5 lutego 2016

[Recenzja] Lucifer's Friend - "Lucifer's Friend" (1970)



Lucifer's Friend to jeden z najbardziej interesujących mniej znanych zespołów rockowych. Jego korzenie sięgają 1969 roku, kiedy to brytyjski wokalista John Lawton (późniejszy członek Uriah Heep), po rozpadzie swojego ówczesnego zespołu, przeprowadził się do Niemiec. Tam poznał czwórkę instrumentalistów występujących pod szyldem The German Bonds. Muzycy postanowili połączyć siły, po czym przybrali nazwę Asterix i już na początku 1970 roku wydali swój debiutancki longplay. Zawartość albumu "Asterix" to jednak bardzo przeciętny hard rock. Sprawnie wykonany, jednak kiepski kompozytorsko. W dodatku brzmiący dość archaicznie na tle ówczesnych dokonań czołowych przedstawicieli ciężkiego grania (zwłaszcza partie wokalne, tkwiące w poprzedniej dekadzie). Najwyraźniej tak samo uważali muzycy, którzy szybko odcięli się od tego wydawnictwa, zmieniając nazwę na Lucifer's Friend i nagrywając swój "drugi debiut" (znów zatytułowany tak samo, jak zespół), wydany jeszcze pod sam koniec 1970 roku. Ten restart okazał się znakomitym pomysłem. Zwłaszcza, że teraz muzycy postanowili inspirować się najlepszymi i przetwarzać te wpływy na swój własny sposób.

Na "Lucifer's Friend" wyraźnie słychać, że John Lawton był pod wrażeniem Led Zeppelin i śpiewu Roberta Planta, że klawiszowiec Peter Hecht uwielbiał Deep Purple i Uriah Heep (Hammondy!), a gitarzystę Petera Hessleina zainspirowało niskie strojenie gitary przez Tony'ego Iommiego z Black Sabbath. Wzorce są oczywiste, jednak rezultat jest całkiem oryginalny. Ciężkie brzmienie i raczej ponury klimat całości przywołują wspomniany Black Sabbath, jednak tutaj przeważają szybsze tempa niż te, po które grupa Iommiego zazwyczaj sięgała, a istotnym elementem brzmienia są elektryczne organy. Album rozpoczyna się od krótkiego, niespełna trzyminutowego, galopującego "Ride the Sky", zdającego się zapowiadać nadejście heavy metalu. Utwór został ciekawie wzbogacony motywem granym przez Hechta na waltorni, który zresztą kojarzy się z charakterystyczną wokalizą Planta z "Immigrant Song" z wydanego w październiku 1970 roku "Led Zeppelin III" (choć muzycy Lucifer's Friend mogli usłyszeć go już latem, podczas niemieckich występów Brytyjczyków; a może po prostu mieli wspólną inspirację). "Ride the Sky" to przyjemny kawałek, stanowiący jednak dopiero rozgrzewkę przed tym, na co naprawdę stać zespół.

Kolejne utwory charakteryzują się bardziej złożonymi strukturami, dynamicznymi kontrastami, świetnie uzupełniającymi się partiami gitary i organów, a także często wysuwającym się na pierwszy plan basem. Dieter Horns wywija na swoim instrumencie wcale nie gorzej, od najsłynniejszych rockowych basistów tamtych czasów (jak Jack Bruce, John Entwistle, John Paul Jones czy Geezer Butler), nierzadko przyciągając na siebie najwięcej uwagi. Nie znaczy to jednak, że brakuje tutaj interakcji między muzykami - wszystkie partie instrumentalne wzorowo się dopełniają. Same kompozycje są natomiast dość równe, co jednak nie znaczy, że nie ma tutaj wyróżniających się momentów. Do tych najlepszych należy "Keep Goin'" - utwór o nieco bardziej stonowanym charakterze, z ładnymi, nieco bluesowymi fragmentami balladowymi, ale też z hard rockowymi zaostrzeniami. Najbardziej błyszczy jednak najdłuższy w zestawie, siedmiominutowy "Toxic Shadow". We fragmentach z wokalem bardzo chwytliwy, zaś intrygujący w części instrumentalnej, w której prostej, ale efektownej gitarowej solówce towarzyszy hipnotyzujący podkład pozostałych instrumentalistów. Zabieg z klimatycznym zwolnieniem pojawia się także np. w "Everybody's Clown" czy "Free Baby". Świetnie wyszło to w tym ostatnim, gdy zadziorne riffowanie nagle ustępuje bardzo psychodelicznej i nieco nawiedzonej, długiej części instrumentalnej (no, prawie instrumentalnej, bo z wokalizą). Bardziej konwencjonalnym utworem jest "Baby You're a Liar", jednak i tutaj dzieje się sporo dobrego w warstwie instrumentalnej. Nie do końca przekonuje mnie tylko kompozycja "Lucifer's Friend" - do czadowych (najbardziej agresywnych na albumie) fragmentów nie mogę się przyczepić, zbyt pretensjonalnie wypadają jednak "mroczne" refreny.

Z debiutanckim dziełem Lucifer's Friend obowiązkowo powinien zapoznać się każdy wielbiciel ciężkiego, lecz ambitnego rocka. Album, mimo dość oczywistych inspiracji, wypada bardzo interesująco i oryginalnie, a momentami wręcz wyprzedza swój czas.

Ocena: 9/10

PS. Na reedycjach można znaleźć całkiem niezły instrumental "Horla" (oryginalnie wydany jako strona B singla "Ride the Sky"). Niektóre wznowienia z niewytłumaczalnych względów zawierają także zdecydowanie mniej udane kawałki zarejestrowane w późniejszych latach, gdy zespół grał już w zupełnie innym stylu.



Lucifer's Friend - "Lucifer's Friend" (1970)

1. Ride the Sky; 2. Everybody's Clown; 3. Keep Goin'; 4. Toxic Shadows; 5. Free Baby; 6. Baby You're a Liar; 7. In the Time of Job When Mammon Was a Yippie; 8. Lucifer's Friend

Skład: John Lawton - wokal; Peter Hesslein - gitara, dodatkowy wokal, instr. perkusyjne; Peter Hecht - instr. klawiszowe, waltornia (1); Dieter Horns - bass, dodatkowy wokal; Joachim Rietenbach - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Herbert Hildebrandt i Lucifer's Friend


6 komentarzy:

  1. Absolutny klasyk NKRu. Aż dziw, że piszesz o nim dopiero teraz. Mówiąc szczerze nie słucham raczej tego typu muzyki, ale kiedyś, wiele lat temu słuchałem i bardzo ten album lubiłem (kolejny zresztą też). Jedna z nielicznych, mało znanych kapel, które faktycznie mogłyby zrobić karierę, ale miały po prostu pecha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się dziwię, że dopiero teraz, bo od dawna był na mojej liście "do zrecenzowania" - aczkolwiek do niedawna znałem ten zespół bardzo pobieżnie, z pojedynczych, nielicznych utworów, które nie robiły takiego wrażenia, jak ten album w całości ;)

      Usuń
  2. Jeśli chodzi o mój dziw, to zastanawiam się dlaczego Paweł jeszcze nie umieścił recenzji dwóch pierwszych płyt zespołu May Blitz ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Podzielam zdziwienie SzMon'a - a zatem czas na May Blitz !

    OdpowiedzUsuń
  4. Klasyka. Nic dodać, nic ująć. Szkoda, że następne albumy tej grupy były... jazzujące... :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Chyba tylko sam lucyfer wie dlaczego ten album nie stał się kanonem hard rocka tak jak np. In Rock czy Paranoid. W mojej ocenie w pełni na to zasługuje, chociaż brakuje mu jednego ponadczasowego utworu, który by był wizytówką płyty. Ogień i energia jakie biją z tych utworów są niesamowite i doprawdy oprócz wielkiej trójki Hard Rocka (Purple, Sabbath i Zeppelin) mało było grup grających z takim czadem. Płyta jest bardzo równa, wszystkie utwory trzymają bardzo wysoki poziom. Fantastyczna gra instrumentalistów (ten hammond i perkusja!!!) to również ozdoba tego albumu a głos Johna Lawtona może się podobać. W utworze tytułowym krzyczy niemal jak sam Ian Gillan. W mojej ocenie bliżej mu właśnie do wokalisty Deep Purple niż do Roberta Planta. Moimi ulubionymi kawałkami są: Ride the Sky, tytułowy oraz genialne instrumentale Horla i Satyr`s Dance. Całość robi jednak kolosalne wrażenie. To trzeba mieć!

    OdpowiedzUsuń