10 lutego 2016

[Recenzja] Last in Line - "Heavy Crown" (2016)



Vivian Campbell, Vinny Appice i niedawno zmarły Jimmy Bain to zasłużeni muzycy na hard rockowej scenie. Black Sabbath, Rainbow, Whitesnake, Def Leppard - to tylko niektóre zespoły, przez których składy się przewinęli. Ich biografie mają też kilka wspólnych punktów. Po raz pierwszy ich drogi zeszły się w 1982 roku, gdy zostali zwerbowani przez Ronniego Jamesa Dio do założonej przez niego grupy Dio. Z ich udziałem powstały pierwsze, najbardziej klasyczne albumy zespołu: "Holy Diver" i "The Last in Line", a także mniej udany "Sacred Heart". W 1986 roku ze składu został wyrzucony Campbell, niedługo później z grupą rozstali się także Appice i Bain (obaj jednak wracali do niej przy różnych okazjach). Trójka muzyków zeszła się ponownie w 2012 roku - dwa lata po śmierci Ronniego. To Campbell wpadł na pomysł zespołu złożonego z oryginalnych członków Dio, którego celem byłoby granie klasycznych utworów grupy w hołdzie zmarłemu wokaliście. Składu dopełnił klawiszowiec Claude Schnell (członek Dio w latach 1984-89), a także wokalista Andrew Freeman (ex-Lynch Mob). Zespół przybrał nazwę Last in Line.

Z czasem koncepcja wspólnego grania uległa zmianie. Muzycy doszli do wniosku, że przydałoby się stworzyć nowy materiał, a nie tylko odcinać kupony od swoich dokonań sprzed trzydziestu lat (nawet sam Campbell publicznie przyznawał, że nie było to zbyt ambitne). Rezultatem jest album "Heavy Crown". Nagrany już bez udziału Schnella, za to z pomocą innego byłego członka Dio, Jeffa Pilsona (basisty grupy w latach 1993-97 i 2004-05), który objął stanowisko producenta. Jeszcze przed przesłuchaniem choćby jednego utworu, można domyślić się jak brzmi zawartość tego albumu. Że muzycy nie będą próbować niczym zaskakiwać, stworzyć jakiejś nowej jakości. Ze będzie to po prostu sentymentalna wycieczka do początku lat 80., pełna oczywistych nawiązań do wczesnych albumów Dio. I taka właśnie jest większość tego albumu. Ale wbrew oczekiwaniom jest też pewien element zaskoczenia, choć niekoniecznie pozytywnego. O tym jednak później.

Zaczyna się całkiem nieźle, choć jakby w niewłaściwej kolejności. To rozpędzony "Martyr" powinien rozpoczynać ten album, a utrzymany w średnim tempie "Devil in Me" pojawić się gdzieś później. Może muzycy obawiali się, że "Martyr" nie wytrzyma porównania z porywającymi "Stand Up and Shout" i "We Rock", dlatego rozpoczęli album utworem zupełnie innego rodzaju. "Martyr" rzeczywiście nie może się równać z tamtymi kompozycjami, ale moim zdaniem sprawdziłby się jako otwieracz. To dobry utwór, taki klasyczny heavy metalowy czad, w którym jest też miejsce na chwytliwą melodię. Napędza go energetyczna gra Appice'a, a Campbell już dawno nie grał tak dobrych solówek (od ćwierć wieku chałturzy w Def Leppard). Nowego wokalisty nawet nie wypada porównywać z Ronniem - barwa głosu nawet zbliżona, ale nie te umiejętności, nie ta charyzma - jednak radzi sobie całkiem nieźle, pasuje do tego typu muzyki, Z kolei "Devil in Me" przywodzi na myśl wolniejsze kawałki Dio i wypada wcale nie gorzej od nich. Ma całkiem przebojową melodię i odpowiedni ciężar. Dobrze wypadają też inne utwory tego typu: "Burn this House Down", oparty na całkiem nośnym riffie "Already Dead", "Orange Glow", oraz tytułowy "Heavy Crown".

Niestety, album zawiera także zdecydowanie mniej udane utwory. W najszybszym "I Am Revolution" robi się nieco chaotycznie. Z kolei najwolniejszy "Blame It on Me" wyszedł dość pretensjonalnie. Razi też wstępem, który jest praktycznie plagiatem "Lock Up the Wolves" - utworu grupy Dio, nagranego już w zupełnie innym składzie, bez Campbella, Appice'a i Baina. Oba te utwory można jednak przełknąć i w najgorszym razie potraktować jako wypełniacze. Niestety, są tu też fragmenty, które ewidentnie nie pasują do reszty. Pierwszym z nich jest "Starmaker". Skądinąd całkiem udany, melodyjny kawałek - do czasu okropnego refrenu, mającego więcej wspólnego z współczesnym pseudo-rockiem (z okolic Nickelback), niż klasycznym heavy metalem. Podobne skojarzenia wywołują także balladowe fragmenty "Curse the Day", oraz cała linia wokalna finałowego "The Sickness". Zespół Dio nigdy nie grał w takim stylu, więc i tutaj takie utwory nie powinny się pojawić. Czyżby muzycy Last in Line liczyli na to, że dzięki tym utworom trafią także do innego typu odbiorców, niż tylko fanów metalu? Szkoda tylko, że jako grupę docelową wybrali słuchaczy radiowej papki, zamiast poeksperymentować z czymś bardziej ambitnym.

Mimo wszystko, "Heavy Crown" to album, który powinien choć w pewnym stopniu zadowolić wielbicieli wczesnych dokonań grupy Dio. Nie ma tu nic odkrywczego, ani szczególnie wybitnego, jednak słucha się tego dość przyjemnie. Nie jest to jednak album, do którego chciałby się wracać. Zachęcający natomiast do przypomnienia sobie "Holy Diver" i "The Last in Line" - klasyki gatunku, którą można słuchać wielokrotnie i się nie znudzi. Tymczasem "Heavy Crown" to longplay na jedno, może dwa przesłuchania.

Ocena: 6/10



Last in Line - "Heavy Crown" (2016)

1. Devil in Me; 2. Martyr; 3. Starmaker; 4. Burn this House Down; 5. I Am Revolution; 6. Blame It on Me; 7. Already Dead; 8. Curse the Day; 9. Orange Glow; 10. Heavy Crown; 11. The Sickness

Skład: Andrew Freeman - wokal; Vivian Campbell - gitara; Jimmy Bain - bass; Vinny Appice - perkusja
Producent: Jeff Pilson


5 komentarzy:

  1. Jako że jest wzmianka o Def Leppard, chciałbym zapytać co sądzisz o dokonaniach tej grupy (szczególnie z okresu "Hysterii")?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twórczość tego zespołu jest dla mnie zbyt amerykańska, zbyt komercyjna i wygładzona brzmieniowo, taka jakaś "plastikowa". Tylko dwa pierwsze albumy byłem w stanie przesłuchać w całości i więcej niż raz, ale nie powiem żeby mnie specjalnie porwały.

      Usuń
    2. To prawda, mnie też ta plastikowość często odrzuca. Mimo to, od czasu do czasu lubię posłuchać (szczególnie wyżej wymieniony album).

      Usuń
  2. Piosenka nazywa się Starmaker a nie Starbreaker

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się. A "Starbreaker" to jeden z najlepszych utworów Judas Priest, pochodzący z często przeze mnie słuchanego w ostatnim czasie albumu "Sin After Sin". Stąd też pewnie ten błąd, już poprawiony ;)

      Usuń