29 lutego 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Steel Wheels" (1989)



Po wydaniu "Dirty Works" grupa The Rolling Stones praktycznie przestała istnieć. Nie było promującej trasy koncertowej, Mick Jagger w pełni poświęcił się karierze solowej (w 1987 roku wydał drugi album, "Primitive Cool"), a nawet Keith Richards zaczął działać na własny rachunek (w 1988 roku zadebiutował albumem "Talk Is Cheap"). Punktem zwrotnym okazało się wprowadzenie zespołu do Rock and Roll Hall of Fame. Muzycy nie tylko wystąpili razem podczas ceremonii, ale także puścili w niepamięć wszystkie spory. Pogodzeni Richards i Jagger udali się razem na Barbados, gdzie w ciągu dziesięciu dni skomponowali około pięćdziesięciu nowych utworów. W marcu 1989 roku rozpoczęła się sesja nagraniowa kolejnego albumu, zatytułowanego "Steel Wheels". Albumu będącego niespodziewanym powrotem do formy. Bo jest to bez wątpienia najlepsze dokonanie Stonesów od czasu wydanego jedenaście lat wcześniej "Some Girls".

W przeciwieństwie do kilku poprzednich albumów, "Steel Wheels" jest bardzo spójny stylistycznie. Nie licząc jednego bardziej eksperymentalnego kawałka, mamy tutaj głównie do czynienia z typowo stonesowskim rockiem, czerpiącym bezpośrednio z rhythm and bluesa i rock and rolla. Żadnego reggae, disco, czy nowoczesnych, elektronicznych aranżacji. A co więcej, album aż kipi od świetnych melodii. Udało się z niego wykroić kilka bardzo chwytliwych singli, jak "Mixed Emotions", "Rock and a Hard Place" czy "Terrifying". Co prawda, w notowaniach radziły sobie średnio (z wyjątkiem pierwszego z nich, który doszedł do 5. miejsca w Stanach), ale to po prostu nie były dobre czasy dla takiej muzyki, będącej dla ówczesnych słuchaczy - a przynajmniej według kreujących modę dziennikarzy muzycznych - reliktem minionej epoki. W lepszych czasach mogłyby to jednak być spore przeboje. Zresztą kawałków z przebojowym potencjałem jest tutaj więcej niż wspomniane single. Wyróżnić trzeba przede wszystkim dynamiczny "Sad Sad Sad", który w roli otwieracza sprawdza się równie dobrze co "Brown Sugar" czy "Start Me Up". Na kolejnych miejscach plasują się "Can't Be Seen" i "Hearts for Sale".

Zaskoczeniem jest natomiast wspomniany wcześniej eksperyment, czyli kompozycja "Continental Drift". Nagrana z pomocą marokańskich muzyków, grających na tradycyjnych afrykańskich instrumentach, które nadają utworowi niezwykłego, orientalnego klimatu i transowego charakteru. To jedna z najbardziej niesamowitych i oryginalnych kompozycji w repertuarze zespołu. Niestety, album ma też słabsze momenty, jak "Break the Spell" czy bardzo sztampowy rock and roll "Hold On to Your Hat". Nie najlepiej wypadają ballady, które aż lepią się od produkcyjnego lukru. W singlowym "Almost Hear You Sigh" jest przynajmniej całkiem ładna melodia, podczas gdy pozostałym dwóm, "Blinded By Love" i "Slipping Away", brakuje czegokolwiek wyróżniającego na plus. Największą wadą albumu jest zatem jego czas trwania, przekraczający pięćdziesiąt minut - spokojnie można było pominąć ze dwa, a najlepiej cztery, słabsze utwory.

Ogólnie jednak "Steel Wheels" pozostawia raczej pozytywne wrażenie. Cieszy, że muzycy pokonali kryzys i nagrali album na całkiem przyzwoitym poziomie - dalekim od największych dokonań zespołu, ale też równie odległym od tych najsłabszych. Warto więc zapoznać się z tym materiałem, choć w żadnym wypadku nie jest to obowiązkowa pozycja.

Ocena: 7/10



The Rolling Stones - "Steel Wheels" (1989)

1. Sad Sad Sad; 2. Mixed Emotions; 3. Terrifying; 4. Hold On to Your Hat; 5. Hearts for Sale; 6. Blinded by Love; 7. Rock and a Hard Place; 8. Can't Be Seen; 9. Almost Hear You Sigh; 10. Continental Drift; 11. Break the Spell; 12. Slipping Away

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, harmonijka, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Keith Richards - gitara, wokal (8,12), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara, bass, dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Chuck Leavell - instr. klawiszowe; Matt Clifford - instr. klawiszowe; Luis Jardim - instr. perkusyjne; Phil Beer - mandolina, skrzypce; Roddy Lorimer - trąbka; Sarah Dash, Lisa Fischer, Bernard Fowler, Sonia Morgan, Tessa Niles - dodatkowy wokal
Producent: Chris Kimsey, Mick Jagger, Keith Richards


26 lutego 2016

[Recenzja] May Blitz - "May Blitz" (1970)



Odpowiadając na liczne prośby Czytelników, postanowiłem zaprezentować na blogu grupę May Blitz. To jeden z tych zespołów, które nie odniosły sukcesu, mimo że miały potencjał. Twórczość tego brytyjsko-kanadyjskiego tria może i nie prezentuje tak wysokiego poziomu, jak np. debiutanckie albumy T2 i Lucifer's Friend, jednak warto się z nią zapoznać. Grupa powstała w 1969 roku, na gruzach brytyjskiego zespołu Bakerloo, którego żywot zakończyło odejście śpiewającego gitarzysty Clema Clempsona do bardziej popularnego Colosseum. Osamotniona sekcja rytmiczna - basista Terry Poole i perkusista Keith Baker - postanowili kontynuować działalność pod nowym szyldem. Składu dopełnił pochodzący z Kanady James Black. Zanim jednak trio cokolwiek nagrało, Poole i Baker odeszli do innych zespołów (pierwszy do dziś już zapomnianego Vinegar Joe, drugi do Uriah Heep, z którym nagrał album "Salisbury"). Na ich miejsce Black zaangażował znajomego basistę, także kanadyjskiego pochodzenia, Reida Hudsona, oraz brytyjskiego perkusistę Tony'ego Newmana, który miał już za sobą m.in. współpracę z The Jeff Beck Group. Wkrótce muzycy nagrali swój debiutancki album, nazwany tak samo jak zespół.

Zawartość longplaya można określić jako hard rock z elementami bluesa i psychodelii, a czasem też funku (w utworach "I Don't Know", "Squeet" i "Fire Queen"). Brzmienie jest bardzo surowe, co jednak w tego typu muzyce nie powinno przeszkadzać. Zespół prezentuje całkiem niezły poziom wykonawczy. Już na sam początek otrzymujemy najbardziej rozbudowaną kompozycję, "Smoking the Day Away". Już w  części wokalnej słychać tzw. chemię między muzykami - ich partie idealnie się dopełniają; a w części instrumentalnej każdy z nich ma miejsce do zaprezentowania swoich umiejętności - po krótkiej perkusyjnej solówce i kilku taktach basowego popisu, rozbrzmiewa długie, bardzo ciekawe solo gitarowe. Nie do końca przekonuje jedynie warstwa wokalna - Black śpiewa w mało wyrazisty sposób. Innym wyróżniającym się utworem jest "Dreaming", o onirycznym i lekko orientalizującym klimacie, z zaskakującą częścią środkową, z dzikimi wrzaskami Blacka. Klimatycznie rozpoczyna się także finałowy "Virgin Waters", by potem stopniowo nabierać mocy. Nie zabrakło tutaj także klasycznej ballady - "Tomorrow May Come" przypomina spokojniejsze utwory Wishbone Ash, brakuje tylko słynnych gitarowych duetów. Jest za to fajna partia basu, uwypuklona w drugiej części utworu. Całości dopełniają trzy wspomniane utwory o funkowej rytmice, wyróżniające się także bardziej konwencjonalnymi strukturami - choć i w nich nie brakuje niespodzianek (np. perkusyjne solo w "I Don't Know").

Debiut May Blitz to właściwie typowy album hardrockowy z tamtych czasów - a więc odpowiednio urozmaicony i dobrze wyważony pod względem instrumentalnym (sekcja rytmiczna nie ogranicza się do tła dla gitary i głosu). Jak już jednak wspomniałem, nie jest to album wybitny. Z czasem jednak zyskuje - dla fanów starego rocka, którzy nie mieli jeszcze styczności z tą grupą, na pewno będzie to przyjemne odkrycie. W 1970 roku ukazało się jednak tyle genialnych albumów, że brak sukcesu May Blitz zupełnie nie dziwi. Był to co najwyżej trzecioligowy zespół, jak na ówczesne standardy.

Ocena: 7/10



May Blitz - "May Blitz" (1970)

1. Smoking the Day Away; 2. I Don't Know; 3. Dreaming; 4. Squeet; 5. Tomorrow May Come; 6. Fire Queen; 7. Virgin Waters

Skład: James Black - wokal i gitara; Reid Hudson - bass, dodatkowy wokal; Tony Newman - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: May Blitz


24 lutego 2016

[Recenzja] Lucifer's Friend - "...Where the Groupies Killed the Blues" (1972)



Lucifer's Friend mógł dołączyć do najpopularniejszych grup hard rockowych. Niestety, muzykom zabrakło konsekwencji. Praktycznie każdy wydany pod tym szyldem album utrzymany jest w innym stylu. Drugi w dyskografii zespołu "...Where the Groupies Killed the Blues" to odejście od mrocznego hard rocka z debiutu, na rzecz bardziej progresywno-jazzrockowego grania. Prawie nie słychać tutaj organów, które były kluczowym elementem brzmienia poprzedniego longplaya. Zamiast tego, sporo tutaj pianina, a czasem pojawiają się też syntezatory. To nowe oblicze grupy niestety nie wypada tak interesująco, jak wcześniejsze.

Zaczyna się jednak całkiem nieźle, od galopującego "Hobo", który - podobnie jak otwieracz debiutu, "Ride the Sky" - wyraźnie nawiązuje do zeppelinowego "Immigrant Song". Przynajmniej pod względem wokalnym - John Lawton imituje tutaj charakterystyczną wokalizę Roberta Planta. Pod względem muzycznym słychać jednak już zapowiedź nowego kierunku, w postaci jazzujących partii pianina, które niespecjalnie pasują do hard rockowej gry pozostałych instrumentalistów. Podobny dysonans pojawia się w innych czadowych utworach: "Prince of Darkness" i tytułowym "...Where the Groupies Killed the Blues". Chociaż ten ostatni to akurat jeden z nielicznych fragmentów albumu, w którym oprócz pianina i syntezatorów słychać także organy. Hard rockowe fragmenty pojawiają się także w "Rose on the Vine", ale to już bardziej progresywny utwór, z wieloma zmianami nastroju.

W pozostałych kompozycjach zespół całkowicie odchodzi od swoich korzeni. "Mother" to podniosła ballada, która razi przesadnym patosem (podkreślonym przez użycie melotronu i kontrabasu), a z drugiej strony zachwyca fantastyczną melodią i świetnymi gitarowymi solówkami. Jeszcze bardziej pretensjonalnie wypada "Summerdream / Delirium / No Reason or Rhyme", który wbrew tytułowi i czasowi trwania (wynoszącym ponad osiem minut) jest dość monotonny i momentami po prostu chaotyczny. W przeciwieństwie do "Mother", ciężko znaleźć w nim jakieś pozytywy. Muzycy po prostu przecenili tu swoje umiejętności, niewystarczające do grania jazz rocka. Przeciwieństwem tych dwóch utworów jest "Burning Ships", z ascetyczną pierwszą połową, podczas której partii wokalnej towarzyszy jedynie akompaniament gitar i szum morza, oraz niepasującym zaostrzeniem w drugiej połowie. Melodycznie niestety też nie jest najlepiej, a właśnie melodia jest najważniejsza w tego typu utworach.

"...Where the Groupies Killed the Blues" niestety nie dorównuje fantastycznemu debiutowi Lucifer's Friend. Jego wadą jest nie tyle sam fakt zmiany stylu, co nieadekwatny do umiejętności muzyków wybór nowego stylu. Najlepiej wypadają tutaj utwory, którym najbliżej do poprzedniego albumu. Pozostałe sprawiają wrażenie nie do końca przemyślanych eksperymentów.

Ocena: 7/10



Lucifer's Friend - "...Where the Groupies Killed the Blues" (1972)

1. Hobo; 2. Rose on the Vine; 3. Mother; 4. ...Where the Groupies Killed the Blues; 5. Prince of Darkness; 6. Summerdream / Delirium / No Reason or Rhyme; 7. Burning Ships

Skład: John Lawton - wokal; Peter Hesslein - gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Peter Hecht - instr. klawiszowe; Dieter Horns - bass, kontrabas; Joachim Rietenbach - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Conny Plank, Herbert Hildebrandt, Lucifer's Friend


22 lutego 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Dirty Work" (1986)



W zespole wciąż nie działo się najlepiej. Konflikt na linii Keith Richards - Mick Jagger jeszcze bardziej się zaostrzył, gdy drugi z nich postanowił zadebiutować jako solista (album "She's the Boss", wydany w 1985 roku). Czego rezultatem była jego nieobecność podczas większej części sesji nagraniowej "Dirty Work" - wokale zostały nagrane na samym końcu sesji, do gotowych podkładów instrumentalnych. Do tego doszły problemy z dotąd spokojnym Charliem Wattsem - perkusista coraz bardziej pogrążał się w alkoholowo-heroinowym nałogu, co wpłynęło na jego niewielki udział w sesji nagraniowej. Wiele partii perkusyjnych nagrali muzycy sesyjni, a w jednym utworze ("Sleep Tonight") za bębnami zasiadł Ronnie Wood. Zresztą za część partii gitar i basu także odpowiadają muzycy spoza zespołu.

Mimo tej nieciekawej atmosfery, powstał dość udany, choć niepozbawiony wad, album. Zaczyna się naprawdę wyśmienicie - od bardzo chwytliwego, a przy tym hard rockowo zadziornego "One Hit (to the Body)". Gitarową solówkę zagrał tutaj gościnnie sam Jimmy Page. Hard rockowo zespół gra także w "Fight", "Winning Ugly", tytułowym "Dirty Work", oraz najostrzejszym "Hold Back". W tych utworach zespół wypada całkiem przekonująco. Mało ciekawe i sztampowe okazują się natomiast podejścia do reggae ("Too Rude") i rock'n'rolla ("Had It with You"), a kompletnym nieporozumieniem jest plastikowy "Back to Zero", przypominający o eksperymentach z elektroniką, znanych z poprzedniego albumu. Śpiewana przez Richardsa ballada "Sleep Tonight" wypada dość mdło, aczkolwiek jest w niej pewien potencjał. Z kolei przeróbka "Harlem Shuffle" (z repertuaru duetu Bob & Earl) wyszła dość topornie, co jednak nie przeszkodziło jej stać się najpopularniejszym utworem z tego albumu. Longplay zawiera także "ukryty" bonus w postaci krótkiego fragmentu bluesowego standardu "Key to the Highway". W nagraniu słychać wyłącznie pianino Iana Stewarta - współzałożyciela zespołu i jego wieloletniego współpracownika - który zmarł niedługo po nagraniu, a jeszcze przed wydaniem tego albumu.

Na "Dirty Work" Stonesi wciąż są jedynie bladym cieniem świetnego zespołu, jakim byli dekadę wcześniej. Choć po będącym apogeum żenady "Undercover", ten album jawi się jako początek powrotu do formy. Co zresztą faktycznie wkrótce potem nastąpiło. Ale o tym napisze dopiero za tydzień.

Ocena: 6/10



The Rolling Stones - "Dirty Work" (1986)

1. One Hit (to the Body); 2. Fight; 3. Harlem Shuffle; 4. Hold Back; 5. Too Rude; 6. Winning Ugly; 7. Back to Zero; 8. Dirty Work; 9. Had It with You; 10. Sleep Tonight

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka; Keith Richards - gitara, pianino, wokal (5,10), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara, saksofon, perkusja (10), dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass, syntezator; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Jimmy Page - gitara (1); John Regan - bass (6); Bobby Womack - gitara (7), dodatkowy wokal; Chuck Leavell - instr. klawiszowe; Ian Stewart - pianino; Ivan Neville - instr. klawiszowe, bass, dodatkowy wokal; Philippe Saisse - instr. klawiszowe; Anton Fig - perkusja i instr. perkusyjne; Steve Jordan - perkusja i instr. perkusyjne; Marku Ribas - instr. perkusyjne; Dan Collette - trąbka; Jimmy Cliff, Don Covay, Beverly D'Angelo, Kirsty MacColl, Dollette McDonald, Janice Pendarvis, Patti Scialfa, Tom Waits - dodatkowy wokal
Producent: Steve Lillywhite, Mick Jagger i Keith Richards


19 lutego 2016

[Recenzja] Blind Faith - "London Hyde Park 1969" DVD (2005)



Zespół Blind Faith istniał tylko kilka miesięcy, pozostawił po sobie jednak jeden fantastyczny longplay ("Blind Faith", 1969). Jako nieformalna kontynuacja Cream - w obu zespołach grali Eric Clapton i Ginger Baker - grupa była skazana na sukces. Składu dopełnili niemniej uznani muzycy: świetny wokalista i multiinstrumentalista Steve Winwood (Traffic, ex-Spencer Davis Group), oraz sprawny basista Ric Grech (ex-Family, później także w Traffic). Zespół został rewelacyjnie przyjęty przez wielbicieli rocka, o czym można się przekonać oglądając niniejsze DVD. Jest to zapis występu, jaki odbył się 7 czerwca 1969 roku w londyńskim Hyde Parku. Mimo, że był to debiutancki występ tego składu, zjawiła się bardzo liczna publiczność. Oczywiście zadziałała nie tylko magia nazwisk (tego dnia występowali też inni wykonawcy, m.in. Donovan i Edgar Broughton Band, a wstęp był darmowy), jednak entuzjastyczna reakcja tłumu na muzykę Blind Faith daje jasno do zrozumienia, że spora część widowni przyszła specjalnie na ten właśnie występ.

Film trwa niespełna godzinę, z czego pierwsze dziesięć minut to dokument przedstawiający muzyków i ich wcześniejsze dokonania, a reszta - zapis wspomnianego występu. Złożyło się na niego dziewięć utworów, w tym wszystkie sześć z albumu grupy. Zespół nie miał wcześniej zbyt wiele czasu, aby dobrze się zgrać. I być może dlatego muzycy częściej skracają utwory, zamiast je rozbudowywać. I tak rozpoczynający występ "Well All Right" pozbawiony jest znanego z albumu jazz rockowego wstępu i zakończenia. A "Do What You Like", w wersji studyjnej trwający ponad piętnaście minut, tutaj został skrócony o dwie trzecie. Albumowa wersja zawiera solówki wszystkich czterech muzyków, tutaj pojawiają się tylko popisy Winwooda i Bakera. Nie znaczy to jednak, że grupa wypadła słabo. Są tutaj przecież świetne wersje przebojowego "Can't Find My Way Home", jak zwykle przepięknego "Presence of the Lord", oraz porywającego "Had to Cry Today". Poza utworami z longplaya, zespół wykonał także przeróbki "Sleeping in the Ground" Sama Myersa (w wersji bliskiej bluesowego oryginału), "Under My Thumb" The Rolling Stones (zagraną wolniej od pierwowzoru, wzbogaconą świetną solówką Winwooda), oraz "Means to an End" z repertuaru Traffic (rozbudowaną o wyśmienity popis Claptona).

Jakość obrazu pozostawia nieco do życzenia, ale trzeba pamiętać, że jest to rejestracja sprzed prawie pięćdziesięciu lat. Koncert był filmowany kilkoma kamerami, a montaż jest dość dynamiczny, dzięki czemu można przeboleć statyczność muzyków (Winwood przez cały koncert siedzi za klawiszami, Clapton i Grech też prawie się nie ruszają - być może przez zbyt małą, zastawioną sprzętem scenę). Niestety, nie zabrakło montażowych wpadek. Przede wszystkim w trakcie perkusyjnej solówki Bakera w "Do What You Like" - papieros w ustach muzyka na zmianę pojawia się i znika, w zależności od tego, z której kamery pokazywany jest obraz. Dość ciekawe są ujęcia publiczności, szkoda tylko, że niektóre z nich są kilkakrotnie powtarzane. Za to od strony dźwiękowej jest prawie idealnie - jeśli pominąć słabo słyszalny bas.

DVD poza koncertem zawiera także sporo dodatków, m.im. galerię zdjęć zespołu (z akompaniamentem pełnej studyjnej wersji "Well All Right"), dyskografie członków grupy (do 1969 roku), a także trzy teledyski. Co ciekawe nie są to klipy do utworów Blind Faith (takie nigdy nie powstały), a do kawałków poprzednich grup muzyków. Możemy zatem obejrzeć chaotyczne obrazki do "I'm a Man" Spencer Davis Group i "Hole in My Shoe" Traffic, a także króciutki fragment koncertowego wykonania "I'm So Glad" przez Cream, pochodzący z filmu "Cream's Farewell Concert" - czy naprawdę nie można było zamieścić go w całości? Pewnym pocieszeniem jest to, że kompletny zapis tego występu również został wydany na DVD. Niestety, dość trudnym do zdobycia. Podobnie zresztą jak "London Hyde Park 1969", który od czasu wydania dekadę temu nie był nigdy wznawiany.

Mimo pewnych niedoskonałości, jest to naprawdę interesujący materiał, z którym po prostu trzeba się zapoznać. To świetne podsumowanie kariery jednego z najlepszych - choć także najkrócej istniejących - składów w historii muzyki rockowej. Fantastyczne dopełnienie jedynego albumu Blind Faith. A także rewelacyjny dokument, pokazujący jak wyglądały koncerty pod koniec lat 60.

Ocena: 9/10



Blind Faith - "London Hyde Park 1969" DVD (2005)

London Hyde Park 1969: 1. Well All Right; 2. Sea of Joy; 3. Sleeping in the Ground; 4. Under My Thumb; 5. Can't Find My Way Home; 6. Do What You Like; 7. Presence of the Lord; 8. Means to an End; 9. Had to Cry Today; Bonus videos: 10. I'm a Man (Spencer Davis Group); 11. Hole in My Shoe (Traffic); 12. I'm So Glad (Cream)

Skład: Steve Winwood - wokal i instr. klawiszowe; Eric Clapton - gitara; Ric Grech - bass; Ginger Baker - perkusja
Producent: -


17 lutego 2016

[Recenzja] Anthrax - "For All Kings" (2016)



Pamiętacie medialny szum wokół wspólnej trasy tzw. "Wielkiej Czwórki Thrash Metalu" sprzed sześciu lat? Z owej czwórki najwięcej zyskał na tym właśnie Anthrax. Pozostałym zespołom taka reklama nie była potrzebna. Metallica od lat cieszyła się statusem megagwiazady i sama byłaby w stanie przyciągnąć podobne tłumy na koncerty. Megadeth właśnie wrócił z najlepszym od lat albumem "Endgame". A Slayer nigdy nie zawiódł swoich fanów, dzięki czemu zawsze cieszył się ich niesłabnącym uznaniem. Tymczasem Anthrax swoje najlepsze lata miał już dawno za sobą. Ostatni naprawdę dobry album, "Persistence of Time" ukazał się 20 lat wcześniej. Wkrótce po jego wydaniu, z zespołu odszedł wokalista Joey Belladonna, którego zastąpił zdecydowanie mniej charyzmatyczny John Bush, z którym zespół nagrywał coraz słabsze albumy. Dlatego postawienie Anthrax w 2010 roku na równi z wspomnianą wyżej trójką (a przynajmniej dwójką, bo jednak największą część koncertów wypełniał występ Metalliki), było dla zespołu naprawdę sporą nobilitacją i szansą na odzyskanie popularności. Nic dziwnego, że do składu postanowił wówczas wrócić Belladonna (już po zaklepaniu udziału zespołu w trasie, a jeszcze przed jej rozpoczęciem).

Album "For All Kings", którego oficjalna premiera zbliża się wielkimi krokami, to drugi longplay zespołu od czasu powrotu Belladonny. Poprzedni, "Worship Music" z 2011 roku, przyniósł niestety głównie rozczarowanie. Zawarte na nim utwory sprawiały wrażenie, jakby zespół nie mógł się zdecydować, czy wrócić do thrashowych korzeni, czy może pograć bardziej komercyjnie. Efekt połączenia tych dwóch możliwości, delikatnie mówiąc, nie był zadowalający. Paradoksalnie, "For All Kings" jest albumem, który brzmi zarazem bardziej thrashowo od poprzednika, jak i zawierającym jeszcze bardziej chwytliwe melodie. A rezultat jest naprawdę dobry. W takich utworach, jak "Monster at the End", tytułowym "For All Kings", "Suzerain", czy "All of Them Thieves", świetnie udało się połączyć ciężki, agresywny akompaniament z wyraźnymi melodiami i chwytliwymi partiami wokalnymi. Nawet w najcięższym "Evil Twin", w którym agresywna jest także warstwa wokalna, pojawia się całkiem nośny refren.

Najciekawiej wypadają tutaj bardziej rozbudowane utwory, jak "Breathing Lightning" i "Blood Eagle Wings", w których pojawiają się nawet łagodniejsze fragmenty z czystymi partiami gitar, oraz - a raczej przede wszystkim - "You Gotta Believe". Smyczkowy wstęp, który od razu przywodzi na myśl jeden z najlepszych utworów Anthrax, "Be All, End All" (z albumu "State of Euphoria", 1987), pełni rolę "zmyłki" przed thrashowym łojeniem, całkiem jednak melodyjnym. Innym smaczkiem w tej ponad siedmiominutowej kompozycji jest nagłe zwolnienie oparte na basowym motywie, który stanowi akompaniament dla lekko orientalizującej gitarowej solówki. Naprawdę dobre otwarcie. Słabo prezentuje się natomiast końcówka albumu. Utwory "Defend Avenge", "This Battle Chose Us" i przekombinowany "Zero Tolerance" nie wnoszą już nic nowego ani ciekawego do całości. Sprawiają jedynie, że longplay zaczyna się dłużyć. Bez nich czas trwania albumu wynosiłby optymalne na "długogrającego" wydawnictwa  45 minut.

Mimo pewnych niedoskonałości, "For All Kings" to naprawdę dobry album. Najlepszy w dyskografii zespołu od wydanego ćwierć wieku temu "Persistence of Time". Anthrax, podobnie jak niedawno Slayer i Megadeth, udowodnił, że zasługuje na zaliczanie do "Wielkiej Czwórki Thrash Metalu". Teraz pora na ruch Metalliki.

Ocena: 7/10



Anthrax - "For All Kings" (2016)

1. You Gotta Believe; 2. Monster at the End; 3. For All Kings; 4. Breathing Lightning; 5. Suzerain; 6. Evil Twin; 7. Blood Eagle Wings; 8. Defend Avenge; 9. All of Them Thieves; 10. This Battle Chose Us; 11. Zero Tolerance

Skład: Joey Belladonna - wokal; Scott Ian - gitara, dodatkowy wokal; Jon Donais - gitara; Frank Bello - bass, dodatkowy wokal; Charlie Benante - perkusja
Producent: Jay Ruston


15 lutego 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Undercover" (1983)



Album "Undercover" powstał w atmosferze konfliktu między Keithem Richardsem i Mickiem Jaggerem. Obaj mieli w tamtym czasie zupełnie inną wizję zespołu. Pierwszy uważał, że powinni trzymać się stylu wypracowanego dwie dekady wcześniej. Drugi chłonął wszelkie nowinki ze świata muzyki i chciał wprowadzić je do twórczości grupy. Ponieważ nie dało się tego w żaden sposób pogodzić - bo jak pogodzić klasyczny rock i blues z ejtisowym disco? - obaj tworzyli muzykę osobno. Czego efektem jest nie tylko brak spójności albumu, ale także słaby poziom kompozytorski. Konserwatywne utwory Richardsa bazują na ogranych do bólu patentach, jednak niespecjalnie porywają (np. "All the Way Down", "It Must Be Hell", czy zaśpiewany zbyt sztampowo przez samego Keitha "Wanna Hold You"). Chociaż takim "She Was Hot" i "Too Tough" nie można odmówić sporej dawki energii, dzięki czemu stanowią najjaśniejsze punkty całości. Zdecydowanie gorzej ma się sprawa z kompozycjami Jaggera. "Undercover of the Night" z plastikowym brzmieniem perkusji i klawiszy, czy podobny "Too Much Blood" - wzbogacony dęciakami i melorecytacją - nadają się na parkiet, ale nie album The Rolling Stones. Podobnie jak dubowo-reggae'owy "Feel On Baby" (strasznie smętny i monotonny kawałek). Na ich tle całkiem nieźle wypada "Tie You Up (The Pain of Love)", w którym dyskotekowy charakter połączono z rockową zadziornością (pojawia się tu całkiem niezła, choć krótka, solówka gitarowa). Całość można podsumować jednym zdaniem: "Undercover" to ścisła czołówka najsłabszych albumów zespołu.

Ocena: 4/10



The Rolling Stones - "Undercover" (1983)

1. Undercover of the Night; 2. She Was Hot; 3. Tie You Up (The Pain of Love); 4. Wanna Hold You; 5. Feel On Baby; 6. Too Much Blood; 7. Pretty Beat Up; 8. Too Tough; 9. All the Way Down; 10. It Must Be Hell

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, harmonijka; Keith Richards - gitara, wokal (4), bass (7), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara, bass (3,4), dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass, pianino (7); Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Chuck Leavell - instr. klawiszowe; Ian Stewart - pianino (2,7), instr perkusyjne; Jim Barber - gitara (6); David Sanborn - saksofon; Robbie Shakespeare - bass; Sly Dunbar, Moustapha Cisse, Brahms Coundoul, Martin Ditcham - instr. perkusyjne
Producent: Mick Jagger, Keith Richards i Chris Kimsey


12 lutego 2016

[Recenzja] Steamhammer - "Steamhammer" (1969)



Stemhammer to jeden z licznych przedstawicieli brytyjskiego blues rocka. Zespół powstał w 1968 roku z inicjatywy gitarzysty Martina Quittentona i wokalisty Kierana White'a. Składu dopełnili basista Steve Davy, perkusista Michael Rushton, oraz drugi gitarzysta, Martin Pugh. Muzycy szybko zwrócili na siebie uwagę, dając porywające występy w lokalnych pubach. Już w marcu '69 ukazał się ich pierwszy longplay, "Steamhammer" (znany także jako "Reflection" od nazwy... wytwórni, która go wydała). Dość zaskakujący, bo w przeciwieństwie do innych bluesrockowych debiutów z tamtego okresu, zawierający przede wszystkim autorskie kompozycje muzyków. Na warsztat wzięli tylko dwa cudzesy - "You'll Never Know" B.B. Kinga, oraz "Twenty-Four Hours" Eddiego Boyda. Album wyróżnia się także swoją różnorodnością, bo poza różnymi odcieniami bluesa, słychać tutaj także wpływy folku i rocka psychodelicznego.

Longplay rozpoczyna się od intrygującej miniaturki "Water (Part One)" - tle słychać szum wody, a na pierwszym planie rozwija się przepiękny gitarowy motyw. Utwór nagle się urywa, po niespełna minucie, by ustąpić miejsca ciężkiemu "Junior's Wailing". To właściwie tradycyjny blues, jednak zagrany z rockową dynamiką i z niemal hard rockowym brzmieniem. Utwór był nawet umiarkowanym przebojem w niektórych europejskich krajach, a rok później został zcoverowany przez Status Quo. Sporą dawkę blues rockowej energii przynoszą także takie utwory, jak nieco hendrixowski "She Is the Fire", wspomniany "You'll Never Know", oraz "When All Your Friends Are Gone", w którym wyśmienite gitarowe popisy zestawiono z jazzującą grą sekcji rytmicznej i wspierającego grupę pianisty Pete'a Searsa. Oczywiście nie zabrakło też wolniejszych, klimatycznych bluesów. Uroczy "Lost You Too" to przede wszystkim przepiękna melodia i fantastyczne partie gitar. W "Twenty-Four Hours" można podziwiać natomiast umiejętne budowanie napięcia i jeszcze bardziej rewelacyjne gitarowe solówki.

Jak jednak wspominałem, zespół nie ogranicza się tutaj do bluesa. Środkowa część albumu to udane eksperymenty z innymi stylami. "Even the Clock" i "Down the Highway" mają bardzo psychodeliczny nastrój, osiągnięty dzięki uwypuklonym, monotonnym partiom basu, onirycznym gitarom, oraz partiom fletu. Za te ostatnie odpowiada Harold McNair, znany ze współpracy z folkowym muzykiem Donovanem. A skoro już mowa o folku, to takie wpływy wyraźnie słychać w akustycznym "On Your Road". Partie gitar nie zawsze brzmią w tym utworze czysto, zdarzają się drobne niedociągnięcia, co ma swój urok. Na pewno nie jest wynikiem niedostatecznych umiejętności gitarzystów, a raczej celowym zabiegiem, gdyż w pozostałych utworach nie można nic zarzucić ich grze. Album kończy druga odsłona "Water", czyli znów szum wody i gitara - tym razem ostrzejsza, ale równie piękna.

Rok 1969 przyniósł wiele fantastycznych bluesrockowych debiutów - pierwsze albumy wydali wówczas m.in. także Led Zeppelin, Blind Faith, Free, The Allman Brothers Band czy Taste. Propozycja Steamhammer także ma sporo do zaoferowania. Nie jest co prawda tak nowatorska jak dzieło Led Zeppelin, ani nie objawił się tutaj żaden talent na miarę Rory'ego Gallaghera czy Duane'a Allmana (choć muzykom nie można nic zarzucić). Jest to natomiast porządna porcja solidnego bluesa, wzbogacona interesującymi eksperymentami z innymi stylami.

Ocena: 8/10



Steamhammer - "Steamhammer" (1969)

1. Water (Part One); 2. Junior's Wailing; 3. Lost You Too; 4. She is the Fire; 5. You'll Never Know; 6. Even the Clock; 7. Down the Highway; 8. On Your Road; 9. Twenty-Four Hours; 10. When All Your Friends Are Gone; 11. Water (Part Two)

Skład: Kieran White - wokal, harmonijka; Martin Pugh - gitara; Martin Quittenton - gitara; Steve Davy - bass; Michael Rushton - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Harold McNair - flet; Pete Sears - pianino
Producent: Michael Vestey


9 lutego 2016

[Recenzja] DeWolff ‎- "Roux-Ga-Roux" (2016)



Holandia niespecjalnie kojarzy się z muzyką rockową. Owszem, w latach 60. powstały tam takie grupy, jak Golden Earring czy Focus, a międzynarodowym sukcesem cieszył się singiel "Venus" grupy Shocking Blue. Jednak z czasem kraj ten coraz bardziej znikał z muzycznej mapy. Jeszcze do niedawna nie potrafiłbym wymienić żadnego holenderskiego wykonawcy, który zadebiutował w ostatnim ćwierćwieczu. Okazuje się jednak, że także tam są młodzi ludzie, którzy postanowili hołdować rockowej tradycji. Od dziewięciu lat w Holandii działa trio o nazwie DeWolff. Mimo krótkiego stażu, ma już całkiem bogatą dyskografię, która właśnie poszerzyła się o szósty album studyjny, zatytułowany "Roux-Ga-Roux". Poprzednich wydawnictw nie słyszałem, ale po zapoznaniu się z najnowszym dziełem Holendrów, postanowiłem nadrobić zaległości. Twórczość tria określania jest jako rock psychodeliczny, hard rock i blues rock. Takie inspiracje niewątpliwie na "Roux-Ga-Roux" słychać (w wielu utworach są także wyraźne wpływy... soulu), jednak wszystkie te elementy są tak wymieszane, że nie sposób przypisać tego albumu do konkretnego stylu.

Muzycy nawiązali do tradycji także w sposobie nagrywania - całkowicie analogowym, na taśmę, bez pomocy komputerów. Niestety, nie miałem możliwości przesłuchania albumu z analogowego nośnika, więc nie mogę w pełni doświadczyć efektów takiego nagrywania. Jednak nawet w wersji cyfrowej album posiada ciepłe brzmienie, które słychać szczególnie w wszechobecnych partiach organów elektrycznych i żeńskich, soulujących chórkach. Przywiązanie do analogowych czasów słychać także w samych kompozycjach. Otwierający album tytułowy "Roux-Ga-Roux" pełni podobną rolę, co utwór tytułowy na beatlesowskim "Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band", czy "Have You Ever Been" na hendrixowskim "Electric Ladyland", czyli krótkiego intra z partią wokalną. Zresztą i w warstwie muzycznej słychać inspirację Hendrixem - to charakterystyczne brzmienie gitary z nałożoną "kaczką" (efektem wah-wah). Bezpośrednią kontynuacją i rozwinięciem tego kawałka jest "Black Cat Woman". To bardzo przyjemny utwór, z bluesującymi zagrywkami gitary, organowym tłem, zgrabnie płynącą melodią i stopniowym zaostrzaniem. Pod koniec następuje dość zaskakujące przełamanie. Singlowy "Sugar Moon" wyróżnia się świetnym organowo-gitarowym motywem przewodnim, a także soulowymi chórkami w - bardzo chwytliwym - refrenie, nadającymi oryginalności i fajnego klimatu. Podobną dawkę przebojowości i gitarowo-organowych popisów zapewniają także takie utwory, jak "Baby's Got a Temper", "Easy Money" i "Lucid". Z kolei w "Stick It to the Man" - równie chwytliwym, jak wcześniej wymienione utwory - zamiast organów wykorzystano pianino, momentami nadające klimat starego bluesa, kiedy indziej nieco jazzującego charakteru.

Zespół nie unika także dłuższych, bardziej rozbudowanych utworów. Do nich należy sześciominutowy "Love Dimension", w którym hardrockowe partie gitar spotykają się z soulowymi partiami wokalnymi, a także zwolnieniami z klawiszowym akompaniamentem. Znalazły się tutaj także dwie jeszcze dłuższe, prawie ośmiominutowe kompozycje. "What's the Measure of a Man" z początku brzmi trochę topornie (z wyjątkiem niezłego refrenu), ale w drugiej połowie świetnie się rozkręca, nabiera bardziej improwizowanego charakteru, a także zyskuje psychodeliczny nastrój. Prawdziwą perłą jest natomiast "Tired of Loving You". Niespiesznie rozpoczęty jazzującym wstępem na elektrycznym pianinie, stopniowo nabierającym dynamiki. Pod koniec drugiej minuty utwór przeradza się w zgrabną balladę, zachwycającą piękną, odpowiednio udramatyzowaną, bluesową solówką na gitarze, która następnie ustępuje miejsca równie rewelacyjnemu popisowi na organach. Ciężko uwierzyć, że taki utwór powstał współcześnie, a nie czterdzieści lat temu. Longplay kończy "Toux-Da-Loux", czyli kontynuacja rozpoczynającego go "Roux-Ga-Roux", której sporą część stanowi perkusyjne solo.

Bardzo interesujący i zaskakujący album. Chociaż zaskoczeniem jest tu przede wszystkim fakt, że podobną muzykę można grać dzisiaj. Muzykę czerpiącą z różnych, łatwych do wskazania wzorców, jednak brzmiącą całkiem oryginalnie. A dzisiaj to rzadkość. Współczesne zespoły z kręgu tzw. retro rocka czerpią przeważnie z jednego, dwóch wykonawców i brzmią jak ich gorsza kopia. DeWolff nie brzmi jak niczyja kopia.

Ocena: 8/10



DeWolff ‎- "Roux-Ga-Roux" (2016)

1. Roux-Ga-Roux; 2. Black Cat Woman; 3. Sugar Moon; 4. Baby's Got a Temper; 5. What's the Measure of a Man; 6. Easy Money; 7. Lucid; 8. Stick It to the Man; 9. Tired of Loving You; 10. Love Dimension; 11. Toux-Da-Loux

Skład: Pablo van de Poel - wokal, gitara, bass; Luka van de Poel - perkusja, dodatkowy wokal; Robin Piso - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Producent: DeWolff


8 lutego 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Still Life (American Concert 1981)" (1982)



Wartość studyjnych albumów The Rolling Stones z przełomu lat 70. i 80. jest mocno dyskusyjna (z wyjątkiem udanego "Some Girls"). Na żywo jednak zespół wciąż grał z niesamowitą energią, czego dowodem ten album. Zarejestrowany w listopadzie i grudniu 1981 roku podczas amerykańskiej trasy zespołu. Na repertuar składają się głównie najnowsze wówczas utwory (jak "Start Me Up", czy wiele zyskujący na żywo "Let Me Go"), ale muzycy sięgają także po utwory z początków swojej kariery (m.in. "Time Is on My Side" i "Satisfaction"). Szkoda, że całkowicie zignorowano okres, kiedy w zespole występował Mick Taylor. Wynagradzają to dwa utwory, nieobecne na żadnym studyjnym wydawnictwie Stonesów: prosty rock'n'roll "Twenty Flight Rock" z repertuaru  Eddiego Cochrana, oraz przebojowy "Going to a Go-Go", oryginalnie wykonywany przez The Miracles. Ten drugi utwór został wydany na singlu promującym "Still Life" i odniósł nawet pewien sukces.

Warto zwrócić uwagę na wykonanie "Under My Thumb" - szybsze i cięższe od studyjnego pierwowzoru, przez co nieco mniej urocze, za to porywające energią i gitarowymi solówkami. Świetna jest tutejsza wersja "Time Is on My Side", wzbogacona o piękne gitarowe solówki (o pasującym do klimatu utworu, bluesowym odcieniu). Pięknie wypadł także  "Just My Imagination" z repertuaru The Templations (nagrany przez Stonesów już na "Some Girls"). Natomiast wykonania "Start Me Up" i "Satisfaction" wręcz rozsadza energia. Całości dopełniają fragmenty utworów "Take the 'A' Train" w wykonaniu Duke'a Ellingtona i "Star Spangled Banner" w interpretacji Jimiego Hendrixa, puszczane z taśmy, jako wstęp i zakończenie występów podczas tamtej trasy.

"Still Life (American Concert 1981)" to album warty poznania. Pod względem repertuarowym stanowi świetne dopełnienie "Get Yer Ya-Ya's Out!", a pod względem wykonawczym jest równie udany. Szkoda tylko, że zabrakło tutaj utworów "Miss You" i "Beast of Burden", oraz czegokolwiek z czasów Taylora. Oceniając jednak wyłącznie przez pryzmat tego, co się tutaj znalazło, album i tak zasługuje na wysoką ocenę.

Ocena: 7/10



The Rolling Stones - "Still Life (American Concert 1981)" (1982)

1. Intro: Take the 'A' Train; 2. Under My Thumb; 3. Let's Spend the Night Together; 4. Shattered; 5. Twenty Flight Rock; 6. Going to a Go-Go; 7. Let Me Go; 8. Time Is on My Side; 9. Just My Imagination (Running Away with Me); 10. Start Me Up; 11. (I Can't Get No) Satisfaction; 12. Outro: Star Spangled Banner

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara; Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara, dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Ian McLagan - instr. klawiszowe; Ian Stewart - pianino; Ernie Watts - saksofon (6,9)
Producent: Mick Jagger i Keith Richards


5 lutego 2016

[Recenzja] Lucifer's Friend - "Lucifer's Friend" (1970)



Lucifer's Friend to jeden z najbardziej interesujących mniej znanych zespołów rockowych. Jego korzenie sięgają 1969 roku, kiedy to brytyjski wokalista John Lawton (późniejszy członek Uriah Heep), po rozpadzie swojego ówczesnego zespołu, przeprowadził się do Niemiec. Tam poznał czwórkę instrumentalistów występujących pod szyldem The German Bonds. Muzycy postanowili połączyć siły, po czym przybrali nazwę Asterix i już na początku 1970 roku wydali swój debiutancki longplay. Zawartość albumu "Asterix" to jednak bardzo przeciętny hard rock. Sprawnie wykonany, jednak kiepski kompozytorsko. W dodatku brzmiący dość archaicznie na tle ówczesnych dokonań czołowych przedstawicieli ciężkiego grania (zwłaszcza partie wokalne, tkwiące w poprzedniej dekadzie). Najwyraźniej tak samo uważali muzycy, którzy szybko odcięli się od tego wydawnictwa, zmieniając nazwę na Lucifer's Friend i nagrywając swój "drugi debiut" (znów zatytułowany tak samo, jak zespół), wydany jeszcze pod sam koniec 1970 roku. Ten restart okazał się znakomitym pomysłem. Zwłaszcza, że teraz muzycy postanowili inspirować się najlepszymi i przetwarzać te wpływy na swój własny sposób.

Na "Lucifer's Friend" wyraźnie słychać, że John Lawton był pod wrażeniem Led Zeppelin i śpiewu Roberta Planta, że klawiszowiec Peter Hecht uwielbiał Deep Purple i Uriah Heep (Hammondy!), a gitarzystę Petera Hessleina zainspirowało niskie strojenie gitary przez Tony'ego Iommiego z Black Sabbath. Wzorce są oczywiste, jednak rezultat jest całkiem oryginalny. Ciężkie brzmienie i raczej ponury klimat całości przywołują wspomniany Black Sabbath, jednak tutaj przeważają szybsze tempa niż te, po które grupa Iommiego zazwyczaj sięgała, a istotnym elementem brzmienia są elektryczne organy. Album rozpoczyna się od krótkiego, niespełna trzyminutowego, galopującego "Ride the Sky", zdającego się zapowiadać nadejście heavy metalu. Utwór został ciekawie wzbogacony motywem granym przez Hechta na waltorni, który zresztą kojarzy się z charakterystyczną wokalizą Planta z "Immigrant Song" z wydanego w październiku 1970 roku "Led Zeppelin III" (choć muzycy Lucifer's Friend mogli usłyszeć go już latem, podczas niemieckich występów Brytyjczyków; a może po prostu mieli wspólną inspirację). "Ride the Sky" to przyjemny kawałek, stanowiący jednak dopiero rozgrzewkę przed tym, na co naprawdę stać zespół.

Kolejne utwory charakteryzują się bardziej złożonymi strukturami, dynamicznymi kontrastami, świetnie uzupełniającymi się partiami gitary i organów, a także często wysuwającym się na pierwszy plan basem. Dieter Horns wywija na swoim instrumencie wcale nie gorzej, od najsłynniejszych rockowych basistów tamtych czasów (jak Jack Bruce, John Entwistle, John Paul Jones czy Geezer Butler), nierzadko przyciągając na siebie najwięcej uwagi. Nie znaczy to jednak, że brakuje tutaj interakcji między muzykami - wszystkie partie instrumentalne wzorowo się dopełniają. Same kompozycje są natomiast dość równe, co jednak nie znaczy, że nie ma tutaj wyróżniających się momentów. Do tych najlepszych należy "Keep Goin'" - utwór o nieco bardziej stonowanym charakterze, z ładnymi, nieco bluesowymi fragmentami balladowymi, ale też z hard rockowymi zaostrzeniami. Najbardziej błyszczy jednak najdłuższy w zestawie, siedmiominutowy "Toxic Shadow". We fragmentach z wokalem bardzo chwytliwy, zaś intrygujący w części instrumentalnej, w której prostej, ale efektownej gitarowej solówce towarzyszy hipnotyzujący podkład pozostałych instrumentalistów. Zabieg z klimatycznym zwolnieniem pojawia się także np. w "Everybody's Clown" czy "Free Baby". Świetnie wyszło to w tym ostatnim, gdy zadziorne riffowanie nagle ustępuje bardzo psychodelicznej i nieco nawiedzonej, długiej części instrumentalnej (no, prawie instrumentalnej, bo z wokalizą). Bardziej konwencjonalnym utworem jest "Baby You're a Liar", jednak i tutaj dzieje się sporo dobrego w warstwie instrumentalnej. Nie do końca przekonuje mnie tylko kompozycja "Lucifer's Friend" - do czadowych (najbardziej agresywnych na albumie) fragmentów nie mogę się przyczepić, zbyt pretensjonalnie wypadają jednak "mroczne" refreny.

Z debiutanckim dziełem Lucifer's Friend obowiązkowo powinien zapoznać się każdy wielbiciel ciężkiego, lecz ambitnego rocka. Album, mimo dość oczywistych inspiracji, wypada bardzo interesująco i oryginalnie, a momentami wręcz wyprzedza swój czas.

Ocena: 9/10

PS. Na reedycjach można znaleźć całkiem niezły instrumental "Horla" (oryginalnie wydany jako strona B singla "Ride the Sky"). Niektóre wznowienia z niewytłumaczalnych względów zawierają także zdecydowanie mniej udane kawałki zarejestrowane w późniejszych latach, gdy zespół grał już w zupełnie innym stylu.



Lucifer's Friend - "Lucifer's Friend" (1970)

1. Ride the Sky; 2. Everybody's Clown; 3. Keep Goin'; 4. Toxic Shadows; 5. Free Baby; 6. Baby You're a Liar; 7. In the Time of Job When Mammon Was a Yippie; 8. Lucifer's Friend

Skład: John Lawton - wokal; Peter Hesslein - gitara, dodatkowy wokal, instr. perkusyjne; Peter Hecht - instr. klawiszowe, waltornia (1); Dieter Horns - bass, dodatkowy wokal; Joachim Rietenbach - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Herbert Hildebrandt i Lucifer's Friend


3 lutego 2016

[Recenzja] Lugnet - "Lugnet" (2016)



Szwedzka scena retro rockowa doczekała się kolejnego interesującego reprezentanta. Lugnet jest dopiero debiutującą grupą, jednak przynajmniej dwóch muzyków może już pochwalić się pewnym doświadczeniem. Wokalista Roger Solander miał okazję współpracować z Kenem Hensleyem (niegdyś członkiem Uriah Heep), a perkusista Fredrik Jansson przewinął się m.in. przez składy Witchcraft (zagrał na najlepszym albumie zespołu, "The Alchemist") i doom metalowego Count Raven (w którym pełnił rolę basisty). Pozostali członkowie - gitarzyści Marcus Holten i Danne Jansson, oraz basista Lennart Zethzon - nie mają na koncie żadnych szczególnych osiągnięć, jednak amatorami z pewnością nie są, co słychać w ich grze.

Album "Lugnet" to zaledwie 44 minuty muzyki, rozłożone na osiem utworów - bardzo klasycznie, jak w czasach sprzed pojawienia się płyt kompaktowych. Stylistycznie i brzmieniowo jest tak samo klasycznie. Barwa głosu Solandera kojarzy się z Davidem Coverdalem, z domieszką Tony'ego Martina i Raya Gillena. Doskonale pasuje do wykonywanej przez zespół muzyki. W szybszych, chwytliwych utworach - jak "All the Way", "Sails", "It Ain't Easy" i "Gypsy Dice" - skojarzenia idą w stronę wczesnego Whitesnake, a może nawet Deep Purple z coverdale'owego okresu. Podobnie jest w ciężkiej balladzie "Tears in the Sky", którą fantastycznie ubarwiają klasyczne organy Hammonda oraz ładne, bluesujące solówki gitarowe; zresztą i pod względem melodycznym jest to bardzo udany utwór. Z kolei w najcięższych, a zarazem wolniejszych kompozycjach, "Veins" i "In the Still of the Water", zespół zbliża się lekko do twórczości Black Sabbath (szczególnie tej bardziej doomowo-stonerowej). Muzycy nie bali się zakończyć albumu 10-minutowym utworem "Into the Light", w którym nie brakuje nagłych skoków dynamiki i dłuższych fragmentów instrumentalnych ze zgrabnymi solówkami. Momentami na pierwszy plan wybija się gitara basowa, znów też pojawiają się Hammondy. Świetny finał albumu.

Bardzo obiecujący debiut. Muzykom nie można odmówić umiejętności - wokalista posiada kawał głosu (prawdziwy ewenement wśród nowych zespołów), gitarzyści potrafią zabłysnąć niezłymi solówkami, a sekcja rytmiczna zapewnia solidny podkład. Jako kompozytorzy też nieźle sobie radzą. Oczywiście nie jest to album wybitny, ale słucha się go bardzo przyjemnie. Szczerze polecam go wszystkim wielbicielom klasycznego hard rocka, szczególnie zaś wspomnianych wyżej wykonawców.

Ocena: 7/10

PS. Choć nie jestem zwolennikiem wydłużania albumów i "winylowy" czas ok. trzech kwadransów jest według mnie idealny dla albumu studyjnego, to trochę szkoda, że zespół nie umieścił tutaj utworu "Fly with Me" (wydanego na stronie B singla "All the Way") - bardzo fajnego, o lekko bluesowym odcieniu.



Lugnet - "Lugnet" (2016)

1. All the Way; 2. Sails; 3. Veins; 4. Tears in the Sky; 5. It Ain't Easy; 6. Gypsy Dice; 7. In the Still of the Water; 8. Into the Light

Skład: Roger Solander - wokal; Marcus Holten - gitara; Danne Jansson - gitara; Lennart Zethzon - bass; Fredrik Jansson - perkusja
Gościnnie: Bruno Erminero - organy (4,8)
Producent: Lugnet


1 lutego 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Tattoo You" (1981)



Zaliczanemu do albumów studyjnych "Tattoo You" zdecydowanie bliżej do kompilacji. Na początku lat 80. Stonesi intensywnie koncertowali, co - według ich własnych słów - uniemożliwiało im tworzenie nowych utworów. Jednocześnie uważali, że kolejne trasy powinny być związane z promocją nowego materiału. Muzycy wpadli więc na pomysł, aby wyciągnąć z archiwum niewykorzystane utwory, w razie potrzeby wzbogacić je nowymi partiami (przede wszystkim wokalnymi) i wydać jako nowy album. "Tattoo You" jest zatem głównie zbiorem odrzutów z kilku poprzednich longplayów - wyjątek stanowią dwa nowe kawałki ("Neighbours" i "Heaven"). Najstarsze w zestawie są "Tops" i "Waiting on a Friend" - oba powstały jeszcze z myślą o albumie "Goats Head Soup". Wykorzystano tutaj część ścieżek oryginalnych nagrań, z końcówki 1972 roku, w tym także gitarowe partie Micka Taylora (jego nazwisko pojawiło się jednak dopiero na reedycjach). "Slave" i "Worried About You" to z kolei odrzuty z albumu "Black and Blue". Cała reszta to pozostałości po sesjach do "Some Girls" i "Emotional Resque".

Album podzielony został na dwie części, odpowiadające stronom płyty winylowej. Stronę A wypełniły bardziej dynamiczne kawałki, natomiast B - spokojniejsze, o balladowym charakterze. Z tej pierwszej wyróżnia się przede wszystkim otwierający całość "Start Me Up". Jego korzenie sięgają sesji do albumu "Some Girls" - wówczas muzycy próbowali nagrać go w wersji reggae. Kolejne podejście do nagrania nastąpiło podczas sesji "Emotional Resque", ale wówczas znów rezultat okazał się niezadowalający. W końcu muzycy postanowili nagrać go w bardziej dynamicznej, rockowej wersji, opartej na charakterystycznym riffie, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Powstał jeden z najbardziej rozpoznawalnych i najbardziej chwytliwych kawałków grupy. Zupełnie zasłużenie stał się największym przebojem Stonesów z lat 80. (choć i tak odniósł mniejszy sukces od przebojów z poprzednich dekad).

Kolejne utwory, niestety, już tak nie zachwycają. Od biedy można wyróżnić dość chwytliwy "Hang Fire". Pozostałym brakuje wyrazistości, co zresztą nie powinno dziwić, skoro mamy do czynienia z odrzutami. Dużo tutaj sztampowego rock and rolla (np. śpiewany przez Richardsa "Little T&A", albo "Neighbours") i równie nieciekawego rhythm and bluesa ("Slave", "Black Limousine"). Podobnie nijako wypadają utwory z drugiej części albumu. Eksperymentalny, oniryczny "Heaven" (zarejestrowany bez udziału Richardsa i Wooda - na gitarach grają Jagger i Wyman) intryguje, ale niestety także irytuje falsetową partią wokalną. Ten sam problem dotyczy także "Worried About You", chociaż tutaj nieciekawa - po prostu nudna - jest także warstwa instrumentalna. Dość mdło wypadają "Tops" i "Waiting on a Friend". Zupełnie nie dziwi, że muzycy odłożyli je na tyle lat do archiwum - zwłaszcza, że w tamtym czasie muzycy stworzyli kilka znacznie lepszych ballad ("Angie", "Coming Down Again"). Warto jednak odnotować, że w "Waiting on a Friend" pojawiają się naprawdę ładne partie saksofonu w wykonaniu słynnego jazzmana Sonny'ego Rollinsa. Całości dopełnia smętny "No Use in Crying".

"Tattoo You" to typowy album z odrzutami, na którym przeważają nieciekawe popłuczyny po poprzednich longplayach. Jeden naprawdę udany utwór nie ratuje sytuacji. Choć szczerze mówiąc, całość wypada odrobinę lepiej od albumów "Black and Blue" i "Emotional Resque". Daleko jej jednak do "Some Girls", nie wspominając o dokonaniach Stonesów z Mickiem Taylorem.

Ocena: 6/10



The Rolling Stones - "Tattoo You" (1981)

1. Start Me Up; 2. Hang Fire; 3. Slave; 4. Little T&A; 5. Black Limousine; 6. Neighbours; 7. Worried About You; 8. Tops; 9. Heaven; 10. No Use in Crying; 11. Waiting on a Friend

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara (9,10), harmonijka (5); Keith Richards - gitara, bass (4), wokal (4), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara, bass (2), dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara (8,11); Bill Wyman - bass, gitara (9), syntezator (9); Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Michael Carabello - instr perkusyjne (1,3,11); Ian Stewart - pianino (2,4-6); Sonny Rollins - saksofon (3,6,7); Billy Preston - instr. klawiszowe (3,7); Ollie Brown - instr. perkusyjne (3,7); Pete Townshend - dodatkowy wokal (3); Wayne Perkins - gitara (7); Jimmy Miller - instr. perkusyjne (8); Chris Kimsey - pianino (9); Nicky Hopkins - instr. klawiszowe (8,10,11)
Producent: Mick Jagger i Keith Richards