15 stycznia 2016

[Recenzja] Witchcraft - "Nucleus" (2016)



Witchcraft to jeden z naprawdę nielicznych młodych zespołów, do którego twórczości chętnie wracam. Grupa ciekawie nawiązuje do najlepszych czasów muzyki rockowej. Nie tylko stylistycznie. Jej pierwsze trzy albumy brzmiały jakby zostały nagrane czterdzieści lat wcześniej. Szczególnie warto z nich wyróżnić trzeci, "The Alchemist" z 2007 roku. O ile na poprzednich było słychać głównie inspirację klasycznym doom metalem (Black Sabbath, Pentagram), tak na tym doszły wyraźne wpływy rocka progresywnego, a aranżacje stały się znacznie bogatsze. Poza tym muzycy rozwinęli się jako kompozytorzy i zaproponowali bardzo przebojowy, ale nie banalny, materiał. Nieco rozczarował mnie kolejny album zespołu, wydany w 2012 roku "Legend" - pierwszy, który poznawałem na bieżąco. Chociaż poziom kompozytorski na nim nie spadł, to przez unowocześnione (czyt. cięższe, pozbawione przestrzeni i dynamiki) brzmienie i uproszczenie aranżacji (tylko podstawowe instrumentarium: gitary, bas, perkusja) nie słuchało się go tak przyjemnie, jak poprzednich dokonań Witchcraft. Być może to uwspółcześnienie było koniecznym kompromisem po podpisaniu kontraktu z większą wytwórnią, a może wynikało z istotnej zmiany składu - z oryginalnego wcielenia grupy pozostali wówczas tylko wokalista i gitarzysta Magnus Pelander oraz basista Ola Henriksson.

Od czasu wydania "Legend" minęło trochę ponad trzy lata. W międzyczasie skład Witchcraft znów uległ poważniej zmianie - w zespole pozostał tylko Pelander. To jednak właśnie on był zawsze siłą napędową grupy, co pozwoliło zachować mu nazwę. Z pomocą nowej sekcji rytmicznej - basisty Tobiasa Angera i perkusisty Rage'a Widerberga - nagrał kolejny album wydany pod tym szyldem, zatytułowany "Nucleus". Na miesiąc przed premierą albumu opublikowana została pierwsza zapowiedź, w postaci singlowego kawałka "The Outcast". Utwór sprawia naprawdę dobre wrażenie: klasyczne brzmienie (bliższe pierwszych trzech albumów, niż "Legend"), dużo hard rockowego riffowania, ale też liczne spokojne zwolnienia, do tego przebojowa melodia i bogata aranżacja (poza podstawowym instrumentarium słychać także flet i klawisze); nie można też nie wspomnieć o zgrabnych, klasycznie rockowych gitarowych solówkach. Kompozycja spokojnie mogłaby tracić na "The Alchemist". I na pewno nie byłaby tam wypełniaczem. Po takiej zapowiedzi spodziewałem się albumu co najmniej bardzo dobrego.

Ale "Nucleus" nie jest takim albumem. Klasyczne brzmienie i dość urozmaicone aranżacje, charakteryzujące także pozostałe utwory, to za mało by zachwycić, jeśli brakuje dobrych, przyciągających uwagę kompozycji. "The Outcast" należy do wyjątków. Innym interesującym utworem jest  "An Exorcism of Doubts". Rozpoczęty posępnym motywem, jakiego nie powstydziłby się Tony Iommi, który stopniowo przechodzi w niemal balladową zwrotkę, by wrócić w refrenie. Po drugim refrenie niespodziewanie rozbrzmiewa bardzo ładna solówka, przywołująca klimat rockowych ballad z lat 70. Potem utwór nabiera ciężaru i tempa, pojawia się kilka niezłych riffów, by na koniec wrócił do głównego tematu. Bardzo sabbathowo brzmi także "Theory of Consequence", słusznie wybrany na drugą zapowiedź longplaya. Szkoda jedynie, że kończy się po niespełna dwóch i pół minuty, pozostawiając spory niedosyt. Na wyróżnienie zasługują także bardziej pogodne i przebojowe "The Obsessed", "To Transcend Bitterness" i "Chasing Rainbows". Wbrew wszelkiej logice, ostatni - i najlepszy - z tych trzech utworów jest tylko bonusem (w wydaniu digipakowym oraz wersji winylowej).

Ale na albumie jest też sporo dłużyzn. Już na otwarcie pojawia się ponad ośmiominutowy "Malstroem", który po ciekawym wstępie (z gitarą akustyczną i fletem) zmienia się w toporny i dość monotonny riffowy walec. A to jeszcze nic przy dwóch najdłuższych utworach, które razem trwają pół godziny. W tytułowym "Nucleus" zespół proponuje liczne zmiany nastroju, ale całości brakuje płynności, jaką miał chociażby tytułowy utwór z "The Alchemist". Do tego dochodzi chaos spowodowany użyciem zbyt wielu dodatkowych instrumentów - jak nie fletu, to skrzypiec lub przeróżnych klawiszowych brzmień, by na koniec wstawić jeszcze minutę gry na akordeonie. Jakby tego było mało, pojawiają się tu jeszcze chóralne wokalizy... Dla odmiany w finałowym "Breakdown" dzieje się zbyt mało, jak na kwadrans muzyki: najpierw siedem minut jednostajnego, spokojnego grania, potem drugie tyle monotonnego powtarzania jednego, topornego riffu. Zdecydowanie więcej dzieje się w niemal trzykrotnie krótszym "Helpless" - częściowo utrzymanym balladowym nastroju, a częściowo miażdżącym sabbathowym ciężarem. Jednak i w nim pojawia się spora powtarzalność motywów,

Chociaż ilościowo przeważają tutaj utwory udane (sześć do czterech), to pod względem czasowym stanowią one mniejszą część albumu (niespełna pół godziny, przy ponad 70-minutowej całości). W rezultacie "Nucleus" okazuje się najsłabszym albumem w dotychczasowej dyskografii Witchcraft. Grupa wciąż jest jednym z najciekawszych zjawisk na scenie retro-rockowej, ale nie podoba mi się kierunek, jaki obrała na tym albumie. Za dużo tutaj rozciągania utworów, przy czym muzykom zbrakło wyobraźni, by ciekawie je wypełnić, unikając chaosu lub monotonii. W krótszych utworach dzieje się zdecydowanie więcej, a przynajmniej sprawiają one takie wrażenie. Mam nadzieję, że muzycy po nabraniu dystansu do swojego najnowszego albumu, dostrzegą jego wady i wyciągną odpowiednie wnioski. Nie wykluczam, że będą wówczas w stanie stworzyć coś na miarę "The Alchemist" - jak dotąd najlepszego retro-albumu XXI wieku.

Ocena: 7/10



Witchcraft - "Nucleus" (2016)

LP1: 1. Malstroem; 2. Theory of Consequence; 3. The Outcast; 4. Nucleus; 5. An Exorcism of Doubts
LP2: 1. The Obsessed; 2. To Transcend Bitterness; 3. Helpless; 4. Breakdown; 5. Chasing Rainbows

Skład: Magnus Pelander - wokal i gitara; Tobias Anger - bass; Rage Widerberg - perkusja
Producent: Magnus Pelander, Philip Gabriel Saxin i Anton Sundell


2 komentarze:

  1. Mi się Legend podobał, a to dlatego że lubię bardziej przebojowe, rock 'n rollowe wydanie stoneru. Z resztą się zgadzam. Taki tytułowy Alchemist miał sporo przejść i był długi w cholerę, ale nie męczył, bo utwór zwyczajnie gdzieś zmierzał. Tu za dużo piosenek które brzmią jak zacięta katarynka ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też "Legend" się podoba, choć nie tak bardzo jak "The Alchemist" ;)

      Usuń