13 stycznia 2016

[Recenzja] The Who - "Who Are You" (1978)



Podobnie jak Stonesi na "Some Girls", także The Who na wydanym w tym samym roku albumie "Who Are You" postanowili pójść z duchem czasu. Jednak w zupełnie inny sposób. U Stonesów polegało to na dodaniu tanecznych rytmów lub punkowej agresji. W przypadku The Who było to dodanie syntezatorów, których plastikowe brzmienie dominuje na całym albumie. Przynajmniej towarzyszy im, typowa dla grupy, mocna gra sekcji rytmicznej. Basowe partie Johna Entwistle'a jak zwykle zachwycają. Nieco gorzej wypada natomiast gra Keitha Moona - zniszczony intensywnym (szczególnie jeśli chodzi o różnego rodzaju używki) trybem życia, nie był w stanie grać z takim zapałem jak dawniej, A bardziej skomplikowanych rytmów w ogóle nie był w stanie zagrać (dlatego też w "Music Must Change" w ogóle nie pojawia się perkusja). Zresztą niespełna trzy tygodnie po premierze tego albumu, organizm Moona nie wytrzymał i perkusista pożegnał się z tym światem... Niewielką rolę na "Who Are You" odgrywa natomiast gitara, przeważnie schowana gdzieś w tle. Może to i lepiej, bo Pete Townshed i tak nigdy nie miał wiele do zaoferowania jako gitarzysta.

Utwory zawarte na "Who Are You" to w sporej części pozostałości po niedokończonym projekcie Townshenda o tytule "Lifehouse". Są to więc odrzuty, do których jakości sami muzycy nie byli najwyraźniej przekonani, skoro zwlekali siedem lat z ich nagraniem i wydaniem. Fakt, ich poziom jest jednak nieco wyższy niż odrzutów wypełniających kompilację "Odds & Sods". Chociaż momentami nie jest dużo lepiej - vide koszmarny "Guitar and Pen", przesłodzona (smyczki i pianino) ballada "Love Is Coming Down", albo utwór tytułowy, irytujący tandetnymi syntezatorami i zbyt popowym, banalnym refrenem. Nieco lepiej wypada dynamiczny "New Song" - szczególnie w drugiej połowie, gdy na pierwszy plan wybija się świetna partia basu Entwistle'a. A utwór byłby jeszcze lepszy, gdyby nie oszpecono go kiczowatymi syntezatorami. Dość intrygująco wypada stonowany początek "Music Must Change", później jednak muzycy robią wszystko, aby maksymalnie go udziwnić. Znacznie ciekawsze okazują się trzy nowsze utwory - wszystkie napisane przez Johna Entwistle'a. "Had Enough" może trochę zalatuje banałem (mdła melodia i znów syntezatory), jednak zawiera fajnie pulsującą partię basu. A "905", śpiewany przez samego Entwistle'a, to już naprawdę przyjemny kawałek, oparty na bardzo zgrabnej melodii. Zdecydowanie najlepiej wypada natomiast ciężki, ale na swój sposób przebojowy, "Trick of the Light", w którym klawisze w końcu ustępują miejsca gitarze, a sekcja rytmiczna gra w nieco funkowy sposób. Te dwie ostatnie kompozycje zostały wydane także na jednym z singli promujących longplay - pewnie można kupić go taniej niż cały album, a dostanie się praktycznie tyle samo udanych utworów (tych częściowo udanych nie liczę).

"Who Are You" to kolejny, po "The Who By Numbers", dowód słabnącej formy zespołu. Ale na poprzedni album, Pete Townshend przynajmniej próbował napisać coś nowego. Że nie wyszło najlepiej, to już inna sprawa. Tutaj poszedł na totalną łatwiznę, odgrzebując odrzuty sprzed prawie dekady, jedynie unowocześniając ich brzmienie (co nie wyszło na dobre). Przynajmniej tyle dobrego, że pojawia się tu więcej, niż kiedykolwiek wcześniej na albumie The Who, kompozycji Johna Entwistle'a . I to wyłącznie dzięki nim mogę wystawić w miarę pozytywną ocenę.

Ocena: 6/10



The Who - "Who Are You" (1978)

1. New Song; 2. Had Enough; 3. 905; 4. Sister Disco; 5. Music Must Change; 6. Trick of the Light; 7. Guitar and Pen; 8. Love Is Coming Down; 9. Who Are You

Skład: Roger Daltrey - wokal, instr. perkusyjne; Pete Townshend - gitara, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; John Entwistle - bass, instr. klawiszowe, instr. dęte (2,5), wokal (3), dodatkowy wokal; Keith Moon - perkusja i instr, perkusyjne
Gościnnie: Rod Argent - instr klawiszowe (2,7-9); Ted Astley - aranżacja instr. smyczkowych (2,8); Andy Fairweather-Low, Billy Nicholls, Michael Nicholls - dodatkowy wokal
Producent: The Who, Jon Astley, Glyn Johns


5 komentarzy:

  1. z tego okresu koniec lat 70tych, początek 80tych to polecam solowe płyty Townshenda, tam był zdecyodowanie w lepszej formie kompozycyjnej..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej podziękuję - na albumach The Who ledwo mogę przebrnąć przez pojedyncze utwory z jego śpiewem, a co dopiero męczyć się przez 40 minut ;)

      Usuń
    2. żaluj są swietne

      Usuń
  2. Pojawi się jeszcze kiedyś The Who? Szczególnie jestem ciekaw Twojej opinii o "It's Hard" i "Endless Wire" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że tak ;) Muszę się tylko zmusić do kolejnego przesłuchania "Face Dances" i "It's Hard", oraz poznania "Endless Wire". Niespecjalnie mam na to ochotę.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.