29 stycznia 2016

[Blog] Podsumowanie stycznia

To był bardzo udany miesiąc pod względem muzycznych zakupów. Stałem się szczęśliwym posiadaczem albumu, na który polowałem od wielu miesięcy i już niemal zwątpiłem w sukces tych poszukiwań. Ten longplay to debiut Rory'ego Gallaghera, o którym wspominałem już w poprzednich podsumowaniach. Ale moja kolekcja poszerzyła się także o inną bardzo rzadką, trudną do zdobycia pozycję - oryginalne winylowe wydanie "Dehumanizer" Black Sabbath. "Białymi krukami" z pewnością nie są dwa pozostałe zakupy z tego miesiąca - "Against the Grain" Gallaghera i "Sin After Sin" Judas Priest - jednak stanowią przyjemny dodatek. Zgodnie z blogową tradycją, opowiem w kilku zdaniach o każdym z tych albumów.



Rory Gallagher - "Rory Gallagher" i "Against the Grain"

Debiut Irlandczyka przez kilka miesięcy znajdował się na szczycie mojej listy życzeń, jednak wydawał się absolutnie nieuchwytny. Nie sposób było znaleźć go ani w sklepach stacjonarnych, ani internetowych. Przynajmniej w dobrym stanie, bo widziałem dwa zniszczone egzemplarze na aukcjach internetowych. Zacząłem już nawet poważnie rozważać zakup współczesnej reedycji (jestem przeciwnikiem takich wydań, ze względu na cyfrowo remasterowane brzmienie), kiedy niespodziewanie zostało wystawione do licytacji starsze wydanie - co prawda nie pierwsze, a wznowienie z 1988 roku - w bardzo dobrym stanie. Licytowałem wysoko, ale zapłaciłem zaskakująco niewiele (ok. dwie trzecie ceny nowego wydania). Album moim zdaniem jest wart o wiele więcej. Wbrew pewnym obawom (związanym z tym, że to reedycja - wczesna, sprzed czasów digitalizacji, ale jednak reedycja), longplay brzmi r-e-w-e-l-a-c-y-j-n-i-e. Z analogowym ciepłem, głębią i dynamiką. Niektórych utworów - wcześniej słyszanych tylko w formacie mp3 - niemalże nie mogłem rozpoznać. Nabrały zupełnie nowej jakości. Myślałem, że atrakcyjność tego albumu dla mnie wynika po części z jego niedostępności. Teraz jednak - po usłyszeniu w porządnej jakości, ze wszystkimi niuansami - jestem nim zachwycony jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Zmieniłem w recenzji ocenę 9/10 na maksymalną. Tym samym, jest to jeden z zaledwie dziewięciu studyjnych albumów, które oceniam tak wysoko.

O samym albumie nie będę się już długo rozpisywał. To naprawę świetne blues rockowe granie, trochę bardziej stonowane na tle innych wydawnictw Gallaghera, choć nie brakuje na nim jego natchnionych solówek, przede wszystkim gitarowych (np. "I Fall Apart", "For the Last Time"), ale też na saksofonie ("Can't Believe It's True"). Trochę bardziej dynamicznego grania też tu jest ("Laundromat", "Hands Up", "Sinner Boy"). "Against the Grain" to album już nie tak bardzo porywający (za to łatwo dostępny), chociaż zawierający kilka bardzo udanych utworów, jak jazzujący "Cross Me Off Your List", prześliczna ballada "Ain't Too Good", czy uroczy "At the Bottom" przesiąknięty klimatem irlandzkiego folku. Choćby dla tych trzech utworów warto mieć go w kolekcji.


Black Sabbath - "Dehumanizer"

Lata 90. to czas, kiedy płyty CD praktycznie wyparły winyle - te ostatnie wciąż wydawano, ale w niewielkim nakładzie, przez co dziś są to prawdziwe rarytasy. Z tego okresu (trwającego od 1991 do mniej więcej 2005 roku) dotąd posiadałem tylko jeden album - "Fear of the Dark" Iron Maiden (1992). Kupiłem go jakieś 3-4 lata temu w cenie mniej więcej trzech łatwo dostępnych winyli (zagranicznych, w idealnym stanie). Obecnie mógłbym go sprzedać kilka razy drożej. Tymczasem nabyłem kolejnego "białego kruka" - album "Dehumanizer". Cenę lepiej przemilczę, choć nie była to astronomiczna suma. Niemniej jednak, za równowartość można by kupić kilka innych płyt.

"Dehumanizer" to najcięższy album w dyskografii Black Sabbath, choć na swój sposób całkiem przebojowy (vide "Computer God", "After All", "Time Machine", "I"), a przez moment nawet liryczny (półballadowy "Too Late"). Brzmienie tego wydania mnie nie zachwyciło, choć spodziewałem się tego - w końcu w tamtym czasie nagrywano już cyfrowo. Pod tym względem nie różni się praktycznie od posiadanego przeze mnie wydania CD (reedycji z bonusowym dyskiem), wizualnie jednak prezentuje się nieporównywalnie lepiej - na dużej okładce można dostrzec każdy szczegół komiksowej grafiki, co jest absolutnie niemożliwe w przypadku wersji kompaktowej.


Judas Priest - "Sin After Sin"

Kupiłem ten album w "pakiecie" z debiutem Gallaghera. Zawsze lepiej "rozłożyć" koszt wysyłki na kilka płyt, a z oferty sprzedawcy tylko ten album znajdował się na mojej liście życzeń. Znajdował zresztą dość długo, bo zawsze pojawiał się jakiś pilniejszy zakup, a że ten album nie należy do rzadko spotykanych - nie trzeba było się śpieszyć z zakupem. Ogólnie niespecjalnie przepadam za większością dyskografii Judas Priest (te najbardziej popularne albumy, jak "British Steel" czy "Screaming for Vegeance" są dla mnie zbyt monotonne i sztampowe), wyjątek stanowią jednak longplaye z drugiej połowy lat 70. Dotąd posiadałem jednak wyłącznie kultowy "Sad Wings of Destiny". "Sin After Sin" to album jeszcze lepszy. Rozpoczęty dynamicznym, złożonym "Sinner", następnie przyciągający uwagę przebojowymi "Diamonds and Rust" i "Starbreaker", oraz fantastycznymi balladami - sielską "Last Rose of Summer" i mroczną "Here Comes the Tears" - a zakończony wyjątkowo agresywnym, jak na rok powstania (czyli 1977), "Dissident Aggressor". Nigdy później zespół nie nagrał już tak zróżnicowanego i interesującego materiału. Dopełnieniem jest świetne brzmienie, będące zasługą Rogera Glovera, który objął obowiązki producenta.



3 komentarze:

  1. Może nie płytowo, ale też nadaje się do podsumowania miesiąca - odeszło wielu muzyków, niestety wielu z nich grało w zespołach zaliczanych do klasyki. Wczoraj zmarł Paul Kantner z Jefferson Airplane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liczba muzyków, którzy odeszli w ostatnim czasie jest naprawdę przerażająca i niepokojąca. W takim tempie do końca roku może zabraknąć całej "starej gwardii". A godnych następców nie widać...

      Usuń