1 stycznia 2016

[Blog] Podsumowanie grudnia

Pierwszym tegorocznym postem będzie podsumowanie ostatniego miesiąca ubiegłego roku. Miesiąc ten nie przyniósł żadnych zmian w moich muzycznych preferencjach. Okres świąteczny nie powoduje u mnie chęci słuchania "Last Christmas" i innego świątecznego badziewia - sięgałem po płyty tych samych wykonawców, co w poprzednich miesiącach. Choć może trochę częściej po łagodniejsze granie, typu Pink Floyd, niż cięższe brzmienia. Najczęściej słuchanym utworem był natomiast... "Miss You" The Rolling Stones. I to w wersji "Special Disco Version". Disco? Raczej funk, oparty na prawdziwych instrumentach. 12-calowa wersja singla, z tą właśnie wersją, została już dopisana do mojej listy życzeń. Tymczasem, w ciągu ostatniego miesiąca, kupiłem trzy albumy, o których tradycyjnie opowiem w kilku zdaniach.

Zakupy grudniowe.

The Rolling Stones - "Get Yer Ya-Ya's Out!" i "Hot Rocks (1964-1971). Pierwsze dwa albumy Stonesów, jakie kupiłem, to koncertówka i kompilacja. Ten pierwszy pokazuje zespół w szczytowej formie, pomiędzy nagraniem dwóch najlepszych longplayów ("Let It Bleed" i "Sticky Fingers"). Na repertuar składają się głównie najnowsze wówczas utwory, z "Beggars Banquet" i "Let It Bleed", oraz towarzyszących im singli, a zaprezentowane w tak żywiołowych wersjach, że pozostawiających daleko w tyle wersje studyjne. "Hot Rocks" to natomiast wyjątkowo ciekawa kompilacja, bo nie skupiająca się wyłącznie na singlach (choć nie zabrakło takich przebojów, jak "Satisfaction", "Paint It Black" czy "Jumpin' Jack Flash"), ale zawierająca także najlepsze fragmenty albumów (np. "Under My Thumb"), a nawet jedną stronę B singla ("Play with Fire"). Z tego dwupłytowego zestawu szczególnie lubię pierwszą płytę, obejmującą utwory z lat 1964-67 - ich wybór całkowicie mnie zadowala, nie muszę już kupować żadnych albumów z tego okresu. Druga płyta jest może nawet lepsza, ale repertuar mocno pokrywa się z "Get Yer Ya-Ya's Out!", a tutaj pojawiają nieco słabsze wersje studyjne (z wyjątkiem "Midnight Rambler", który jest w tej samej wersji). Z utworów nieobecnych na tamtym wydawnictwie znalazły się tutaj tylko po dwie kompozycje z "Let It Bleed" ("Gimme Shelter", "You Can't Always Get What You Want") i "Sticky Fingers" ("Brown Sugar", "Wild Horses"). Ale akurat te dwa albumy dobrze byłoby mieć w całości.


The Jimi Hendrix Experience - "Smash Hits". Wydanie amerykańskie. Ciekawsze od europejskiego ze względu na stereofoniczny miks, a także lepszy repertuar, obejmujący m.in. "All Along the Watchtower" (mój ulubiony utwór Hendrixa), "Crosstown Traffic", czy "Red House". Europejskie wydanie zawiera co prawda więcej niealbumowych utworów, ale te najlepsze z nich ("Hey Joe", "Purple Haze", "The Wind Cries Mary" i "Stone Free") są także na tym wydaniu. Do tego składanka zawiera całkiem niezłą reprezentację albumu (poza wspomnianym "Red House" także m.in. "Fozy Lady", "Fire", "Manic Depression"). Szkoda, że nie ma żadnego utworu z "Axis: Bold as Love" ("Spanish Castle Magic" i "Little Wing" powinny tu być) i nieco większej reprezentacji "Electric Ladyland"  (chociażby "Voodoo Child (Slight Return)"). Cóż, na zakup wszystkich "normalnych" albumów Experience jeszcze przyjdzie czas. Na początek chciałem jednak tę kompilację, zaspokajającą większość moich potrzeb, jeśli chodzi o ten zespół.





WSZYSTKIM CZYTELNIKOM ŻYCZĘ WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W NOWYM ROKU I JAK NAJWIĘKSZEJ ILOŚCI CIEKAWYCH MUZYCZNYCH PREMIER ;)

Brak komentarzy

Prześlij komentarz