8 stycznia 2016

[Recenzja] Indian Summer - "Indian Summer" (1971)



Indian Summer to kolejny z tych licznych zespołów zaczynających karierę na przełomie lat 60. i 70., które mimo predyspozycji do zdobycia większej popularności, nie miały wystarczająco samozaparcia, aby kontynuować karierę wbrew przeciwnościom losu i słuch o nich szybko zaginął. Już od samego początku grupę spotykały rozczarowania. Jej menadżerem był niejaki Jim Simpson, opiekujący się w tamtym czasie także Black Sabbath. Kiedy nadarzyła się okazja zakontraktowania jednego z tych zespołów z dużą wytwórnią, Simpson - całkiem słusznie - postawił na Sabbath. Dla Indian Summer pozostał kontrakt z mniejszą wytwórnią, która nie była w stanie zapewnić wystarczającej dystrybucji, ani odpowiedniej reklamy. W rezultacie wydanie albumu, zatytułowanego tak samo jak zespół, przeszło bez echa. Muzycy wyruszyli w trasę (z nowym basistą, Wezem Pricem), jednak niewielkie nią zainteresowanie i konieczność dokładania do interesu z własnych kieszeni, zniechęciły ich do dalszej kariery. Zespół zawiesił działalność, a z tworzących ją muzyków jedynie wokalista/klawiszowiec Bob Jackson pozostał aktywny na muzycznej scenie (przewinął się m.in. przez składy Badfinger i Byron Band).

Jedyny album Indian Summer cieszy się sporym uznaniem wśród osób poszukujących "zaginionych pereł" muzyki rockowej. Czy słusznie? Jak już pisałem wcześniej, grupa miała predyspozycje, aby zwrócić uwagę na swoją twórczość. Szczególnie wśród osób zasłuchujących się w rocku progresywnym i hard rocku. Tego drugiego nie ma tutaj zbyt wiele, ale uwypuklone brzmienie organów Hammonda automatycznie kieruje skojarzenia w stronę takich grup, jak Uriah Heep i Deep Purple. Wrażenie to pogłębia barwa głosu Jacksona, niemal identyczna jak u Davida Byrona. Na albumie dominuje jednak łagodniejsze granie, czerpiące m.in. z jazzu i folku. Już pierwszy utwór, "God Is the Dog", za sprawą wysuniętych na pierwszy plan klawiszy, tworzących podniosły nastrój, majestatycznej gry sekcji rytmicznej, oraz ledwie zaakcentowanej gitary, nieodparcie kojarzy się z twórczością tria Emerson, Lake & Palmer (szczególnie z suitą "Tarkus", mimo mniejszych rozmiarów). Utwór zachwyca swoją melodią, ale także brzmieniem - producent Rodger Bain (który pełnił tę samą rolę na trzech pierwszych albumach Black Sabbath) zadbał, aby było ono naturalne, z dobrze wyważonymi proporcjami poszczególnych instrumentów i wokalu. Niestety, dość szybko okazuje się, że sam zespół nie miał zbyt wiele do zaoferowania. Kolejne kompozycje są bardzo podobne do tej pierwszej - utrzymane w tym samym nastroju, identycznie zaaranżowane. W kilku utworach pojawiają się wyraźniejsze partie gitary, w tym także solówki (jazzujące w "Emotions of Men" i "Glimpse", albo bardziej zadziorne w "Another Tree Will Grow"), jednak trudno traktować to jako wielkie urozmaicenie. Nie znaczy to oczywiście, że album jest zły. To bardzo przyjemne granie. A muzycy są naprawdę sprawnymi instrumentalistami. Jednak szkoda, że odkrywają wszystkie swoje atuty już samym początku, w czego rezultacie po dwóch, trzech utworach wkrada się tu pewna monotonia, a nawet wrażenie powielania ustalonych schematów.

Główną wadą tego albumu - czy też po prostu wadą zespołu - wydaje się także brak oryginalności. Indian Summer nie wnieśli do muzyki niczego nowego. Wszystko, co proponują na tym albumie, pojawiło się już wcześniej na płytach innych wykonawców. W tym kontekście zupełnie nie dziwi decyzja Simpsona, aby dać szanse nie im, a innym swoim podopiecznym. Muzycy Black Sabbath ją wykorzystali i stali się jednym z najbardziej inspirujących zespołów rockowych. Tymczasem muzycy Indian Summer nie mieli za bardzo pomysłu na siebie, a nawet jeśli to oni by dostali szansę, to - znając ich zapał - mało prawdopodobne, żeby utrzymali się w muzycznym biznesie przez dłuższy czas. Mimo wszystko, "Indian Summer" to longplay warty poznania. Choć zdecydowanie przeceniany w pewnych, wspomnianych wyżej, kręgach.

Ocena: 7/10



Indian Summer - "Indian Summer" (1971)

1. God Is the Dog; 2. Emotions of Men; 3. Glimpse; 4. Half Changed Again; 5. Black Sunshine; 6. From the Film of the Same Name; 7. Secrets Reflected; 8. Another Tree Will Grow

Skład: Bob Jackson - wokal i instr. klawiszowe; Colin Williams - gitara; Malcolm Harker - bass; Paul Hooper - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rodger Bain


6 komentarzy:

  1. Pełna zgoda. Zespół jest bardzo mocno przeceniany, zwłaszcza w kręgach wielbicieli klasycznego proga. W gruncie rzeczy to dosyć przeciętna, wtórna muzyka, która w dodatku potwornie się zestarzała (W 71 Black Sabbath nagrał "Master of Reality" - jak brzmi ten album, a jak brzmi "Indian Summer", jakie jest podejście do muzyki u Sabbsów, a jakie tutaj...). Generalnie Indian Summer jest dla mnie wizytówką progowego "januszowania", takiej muzyki wujka z wąsem, dla którego świat zaczyna się i kończy na radiowej Trójce. Przy takiej muzyce można napić się piwa w pubie. I właściwie nic więcej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jackson i Paul Hooper,działają czynnie do dziś. Ich kariery związane były ściśle z miastem rodzinnym Coventry.
    W 1972 Bob Jackson, staje się członkiem grupy John Entwistle'a (basista z The Who) Rigor Mortis,która po krótkim tourne rozpada się. Jackson wspólnie z gitarzystą tej grupy,Alanem Rossem,zakłada w 1972 roku zespół Ross,który na rynku istniał do roku 1974 i nagrał dwa albumy (LP "Ross",LP"The Pit and the Pendulum") i jeden singiel (SP "Alright by me"). Chcę w tym miejscu dodać że Jackson i Hooper wspierali często,w okresie 1972-1975,zmieniającą stale swój skład, pochodzącą z Coventry, grupę Monster Magnet. W1975 roku Paul Hooper wspólnie z P.Whitcher'em i R.Lomas'em (ex - Sorrows, ex - Eggy) tworzą grupę The Zips,która nagrywa dla wytwórni RAK SP "By,By Love". Natomiast Bob Jackson od sierpnia 1974 roku (do kwietnia 1975 roku) staje sie pełnoprawnym członkiem grupy Badfinger (z którą nagrywa LP"Head First"1975). Podczas sesji nagraniowej "Head First" 1975 część muzyków wpada na pomysł założenia nowej grupy którą nazwali The Dodgers.Jej pierwotny skład nagrywa dwa single "Don't let me be wrong" i "Just want to love you",oba wydane w 1976 roku. Jednocześnie Bob Jackson wspomaga w nagraniach: Chrissa Williamsona LP "The Changer and the Changed" 1975 i grupę Moon, LP "Too close for comfort" 1976. Stale działająca grupa The Dodgers,zmienia swój skład. W sierpniu 1976 do zespołu dołącza Paul Hooper. Jednak po nagraniu trzech singli ("Down"1976, "Love on the Rebound"1978, "Anytime" 1978) i LP "Love on the rebound" 1978,muzycy rozstają się. W 1979 roku,Jackson wstępuje do grupy The Searchers z którymi koncertuje i nagrywa cztery single i dwa longplaye. W 1980 roku B.Jackson rozpoczyna współpracę z byłym członkiem Uriah Heep, David Byron'em. Jednak po nagraniu LP "On the rocks" (1981) odchodzi od Byron Band,by ponownie zasilić reaktywowaną grupę Badfinger (czerwiec 1982~1985) i na krótko (1983) w zespole Red on Red. Koniec lat siedemdziesiątych,to dla P.Hooper'a współpraca z wodewilowo ~ kabaretową grupą Smackee. Od początku lat osiemdziesiątych do chwili obecnej, występuje z zespołem The Fortunes. Muzyczna droga Bob Jackson'a,po współpracy z wieloma wykonawcami jako muzyk sesyjny lub wspierający na koncertach ( Jeff Beck, Jack Bruce, The Motors ),doprowadziła go również do grupy The Fortunes,której pełnoprawnym członkiem stał się od marca 1995 roku. Jednak opuszcza ją w połowie 2005, by rozpocząć działalność solową. Jak się okazuje M.Harker, który jako pierwszy opuścił grupę,w chwili obecnej nadal udziela się jako muzyk. Podczas ostatniego pobytu grupy, The We're wolves of Stockton w północnej Anglii,doszło do wspólnego występu z P.Hooper'em (17.11.2000)

    OdpowiedzUsuń
  3. ta płyta jest tak kultowa w pewnych kręgach, ponieważ taki krętacz zwany Leśniewskim, nagmimnie ją promował, w latach 90tych...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Temu panu,dawno już podziękowałem,typowy 'warszawski cwaniaczek'...wszystko musowe,trzeba mieć itp,a krętacz jakich mało!...wielu moich znajomych ma podobne o nim zdanie! lol

      Usuń
    2. To racja, pamiętam jak niemal w każdym numerze kultowego "Tylko Rocka" redaktor Leśniewski rozpływał się nad tym albumem. Długo szukałem tego krążka i w końcu odpuściłem. Dopiero niedawno udało mi się do niego dotrzeć i powiem że bardzo mi się podoba. Wiadomo, że do gigantów hard i prog rocka to im daleko. Ale mimo wszystko szkoda że nie poszli dalej. Przy okazji, kiedy możemy spodziewać się recenzji takich klasyków progrocka jak: Kansas, Camel, Eloy, Marillion czy Fish? Brakuje mi też Joe Bonamassy. Pozdrawiam

      Usuń
    3. Przynajmniej na chwilę obecną, tych wykonawców nawet nie mam w planach...

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.