25 stycznia 2016

[Recenzja] Black Sabbath - "The End" (2016)



Trzy lata temu grupa Black Sabbath wróciła w wielkim stylu, wydając zaskakująco udany album "13". Longplay okazał się wielkim sukcesem - artystycznym i komercyjnym - i muzycy nie wykluczali, że jeszcze wejdą razem do studia. Osobiście uważałem to za zły pomysł. Wydaje mi się mało prawdopodobne, żeby byli w stanie utrzymać poziom "13". Poza tym, zakończenie tego albumu, z tymi samymi odgłosami burzy, które rozpoczynały debiutancki album, straciłoby wówczas sens. Po tej symbolicznej klamrze dyskografia zespołu powinna się kończyć. Dlatego też nie zmartwiła mnie informacja, że tegoroczna trasa koncertowa będzie ostatnim przejawem działalności Black Sabbath i zespół nie wejdzie już nigdy do studia nagraniowego. O ile jednak nie chciałbym nowego albumu grupy, tak ucieszyła mnie wiadomość, że podczas wspomnianej trasy będzie sprzedawane specjalne wydawnictwo o tytule "The End", zawierające osiem niepublikowanych wcześniej nagrań (w tym czterech studyjnych pozostałości po sesji "13"). Taki suplement nie szkodzi spójności dyskografii, za to jest ciekawym uzupełnieniem ostatniego albumu.

Podczas sesji nagraniowej "13", zespół zarejestrował szesnaście utworów, z których osiem trafiło na album, a kolejne cztery posłużyło jako bonusy w rozszerzonych wydaniach. Te cztery ostatnie - może poza "Methademic", który był nawet wykonywany na koncertach - nie były, szczerze mówiąc szczególnie porywające. Jak zatem brzmią pozostałe cztery utwory z sesji, które dopiero teraz zostały opublikowane? Wbrew obawom, nie jest źle. Ba, taki "Season of the Dead" mógłby być naprawdę mocnym punktem albumu. To rozbudowana do ponad siedmiu minut kompozycja, oparta na fantastycznym, bardzo charakterystycznym - a więc ciężkim i posępnym - riffowaniu Tony'ego Iommiego, wspartym równie rozpoznawalnym basem Geezera Butlera i chwytliwą partią wokalną Ozzy'ego Osbourne'a. Mógłby to być świetny otwieracz lub finał albumu. Brak tego utworu na "13" można tłumaczyć chyba tylko tym, że muzycy postanowili zachować go na potencjalny następny longplay, aby choć w pewnym stopniu mieć zapewniony wysoki poziom.

"Cry All Night" to też mocna rzecz. Utwór niewiele krótszy od poprzedniego, z przebojową częścią wokalną (choć linia wokalna w zwrotkach kojarzy się z "Loner" z "13") i łagodniejszym fragmentem instrumentalnym w środku, podczas którego Iommi gra prostą, lecz przyciągającą uwagę solówkę. Dynamiczny, bardziej zwarty "Take Me Home" pod względem przebojowości nie zostaje w tyle. Sporym zaskoczeniem jest solówka na gitarze akustycznej -  i jest to zaskoczenie jak najbardziej pozytywne. Najmniej przekonuje mnie "Isolated Man" z dziwnie przetworzonym śpiewem Osbourne'a. Jednak i tutaj w warstwie instrumentalnej dzieje się dużo dobrego - świetny jest zwłaszcza fragment z solówką Iommiego na tle basowego popisu Geezera. Wszystkie cztery utwory trzymają dobry poziom, nie sprawiają wrażenia odrzutów. Wiele niestety tracą przez nowoczesną produkcję Ricka Rubina - ale tak samo było przecież z "13".

Na "The End" znalazły się także cztery nagrania koncertowe, zarejestrowane w kwietniu 2013 roku w Australii i Nowej Zelandii, oraz w kwietniu 2014 roku w Kanadzie. Aż trzy z nich pochodzą z ostatniego albumu ("God Is Dead?", "End of the Beginning" i "Age of Reason"), a uzupełnia je nieco niedoceniana perła z wydanego w 1972 roku "Vol. 4" - "Under the Sun". Wykonania są bliskie studyjnych pierwowzorów i jeśli już, to różnią się raczej na niekorzyść - vide "Under the Sun", który został skrócony o instrumentalną kodę. Muzycy są jednak w doskonałej formie. Iommi i Butler łoją jakby wciąż mieli po dwadzieścia-parę lat, a Ozzy śpiewa nie gorzej, niż w studiu. Warto jeszcze wspomnieć o Tommym Clufetosie, który z powodzeniem odtwarza partie Brada Wilka (w utworach z "13") i Billa Warda (w "Under the Sun", zawierającym kilka interesujących perkusyjnych przejść).

"The End" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich wielbicieli Black Sabbath. Studyjne utwory trzymają wysoki poziom albumu "13", a nagrania koncertowe są przyjemnym dodatkiem, potwierdzającym dobrą formę muzyków. Jeżeli to już naprawdę koniec, to zespół odchodzi w doskonałym momencie. Z godnością, zamiast podkopywać swoją legendę kolejnymi, nagrywanymi na siłę, coraz słabszymi nowymi albumami. Niewielu wykonawców zdecydowało się zejść ze sceny, gdy nadszedł na to czas. Za to tym większy szacunek dla Tony'ego, Geezera i Ozzy'ego.

Ocena: 8/10

PS. Mam nadzieję, że nie będzie trzeba długo czekać na ogólnodostępne wydawnictwo, zawierające wszystkie osiem studyjnych odrzutów z "13". Z przyjemnością kupiłbym taką składankę, zwłaszcza jeśli byłaby wydana jako pojedynczy winyl (wszystkie te utwory trwają razem niespełna 44 minuty, a to nawet według dzisiejszych standardów za mało na dwie płyty - choć pewnie wytwórnia znalazłaby sposób, aby wydać na dwóch, niestety). 



Black Sabbath - "The End" (2016)

1. Season of the Dead; 2. Cry All Night; 3. Take Me Home; 4. Isolated Man; 5. God Is Dead? (live); 6. Under the Sun (live); 7. End of the Beginning (live); 8. Age of Reason (live)

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass
Gościnnie: Brad Wilk - perkusja (1-4); Tommy Clufetos - perkusja (5-8); Adam Wakeman - instr. klawiszowe (5-8)
Producent: Rick Rubin (1-4)


Brak komentarzy

Prześlij komentarz