29 stycznia 2016

[Blog] Podsumowanie stycznia

To był bardzo udany miesiąc pod względem muzycznych zakupów. Stałem się szczęśliwym posiadaczem albumu, na który polowałem od wielu miesięcy i już niemal zwątpiłem w sukces tych poszukiwań. Ten longplay to debiut Rory'ego Gallaghera, o którym wspominałem już w poprzednich podsumowaniach. Ale moja kolekcja poszerzyła się także o inną bardzo rzadką, trudną do zdobycia pozycję - oryginalne winylowe wydanie "Dehumanizer" Black Sabbath. "Białymi krukami" z pewnością nie są dwa pozostałe zakupy z tego miesiąca - "Against the Grain" Gallaghera i "Sin After Sin" Judas Priest - jednak stanowią przyjemny dodatek. Zgodnie z blogową tradycją, opowiem w kilku zdaniach o każdym z tych albumów.



Rory Gallagher - "Rory Gallagher" i "Against the Grain"

Debiut Irlandczyka przez kilka miesięcy znajdował się na szczycie mojej listy życzeń, jednak wydawał się absolutnie nieuchwytny. Nie sposób było znaleźć go ani w sklepach stacjonarnych, ani internetowych. Przynajmniej w dobrym stanie, bo widziałem dwa zniszczone egzemplarze na aukcjach internetowych. Zacząłem już nawet poważnie rozważać zakup współczesnej reedycji (jestem przeciwnikiem takich wydań, ze względu na cyfrowo remasterowane brzmienie), kiedy niespodziewanie zostało wystawione do licytacji starsze wydanie - co prawda nie pierwsze, a wznowienie z 1988 roku - w bardzo dobrym stanie. Licytowałem wysoko, ale zapłaciłem zaskakująco niewiele (ok. dwie trzecie ceny nowego wydania). Album moim zdaniem jest wart o wiele więcej. Wbrew pewnym obawom (związanym z tym, że to reedycja - wczesna, sprzed czasów digitalizacji, ale jednak reedycja), longplay brzmi r-e-w-e-l-a-c-y-j-n-i-e. Z analogowym ciepłem, głębią i dynamiką. Niektórych utworów - wcześniej słyszanych tylko w formacie mp3 - niemalże nie mogłem rozpoznać. Nabrały zupełnie nowej jakości. Myślałem, że atrakcyjność tego albumu dla mnie wynika po części z jego niedostępności. Teraz jednak - po usłyszeniu w porządnej jakości, ze wszystkimi niuansami - jestem nim zachwycony jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Zmieniłem w recenzji ocenę 9/10 na maksymalną. Tym samym, jest to jeden z zaledwie dziewięciu studyjnych albumów, które oceniam tak wysoko.

O samym albumie nie będę się już długo rozpisywał. To naprawę świetne blues rockowe granie, trochę bardziej stonowane na tle innych wydawnictw Gallaghera, choć nie brakuje na nim jego natchnionych solówek, przede wszystkim gitarowych (np. "I Fall Apart", "For the Last Time"), ale też na saksofonie ("Can't Believe It's True"). Trochę bardziej dynamicznego grania też tu jest ("Laundromat", "Hands Up", "Sinner Boy"). "Against the Grain" to album już nie tak bardzo porywający (za to łatwo dostępny), chociaż zawierający kilka bardzo udanych utworów, jak jazzujący "Cross Me Off Your List", prześliczna ballada "Ain't Too Good", czy uroczy "At the Bottom" przesiąknięty klimatem irlandzkiego folku. Choćby dla tych trzech utworów warto mieć go w kolekcji.


Black Sabbath - "Dehumanizer"

Lata 90. to czas, kiedy płyty CD praktycznie wyparły winyle - te ostatnie wciąż wydawano, ale w niewielkim nakładzie, przez co dziś są to prawdziwe rarytasy. Z tego okresu (trwającego od 1991 do mniej więcej 2005 roku) dotąd posiadałem tylko jeden album - "Fear of the Dark" Iron Maiden (1992). Kupiłem go jakieś 3-4 lata temu w cenie mniej więcej trzech łatwo dostępnych winyli (zagranicznych, w idealnym stanie). Obecnie mógłbym go sprzedać kilka razy drożej. Tymczasem nabyłem kolejnego "białego kruka" - album "Dehumanizer". Cenę lepiej przemilczę, choć nie była to astronomiczna suma. Niemniej jednak, za równowartość można by kupić kilka innych płyt.

"Dehumanizer" to najcięższy album w dyskografii Black Sabbath, choć na swój sposób całkiem przebojowy (vide "Computer God", "After All", "Time Machine", "I"), a przez moment nawet liryczny (półballadowy "Too Late"). Brzmienie tego wydania mnie nie zachwyciło, choć spodziewałem się tego - w końcu w tamtym czasie nagrywano już cyfrowo. Pod tym względem nie różni się praktycznie od posiadanego przeze mnie wydania CD (reedycji z bonusowym dyskiem), wizualnie jednak prezentuje się nieporównywalnie lepiej - na dużej okładce można dostrzec każdy szczegół komiksowej grafiki, co jest absolutnie niemożliwe w przypadku wersji kompaktowej.


Judas Priest - "Sin After Sin"

Kupiłem ten album w "pakiecie" z debiutem Gallaghera. Zawsze lepiej "rozłożyć" koszt wysyłki na kilka płyt, a z oferty sprzedawcy tylko ten album znajdował się na mojej liście życzeń. Znajdował zresztą dość długo, bo zawsze pojawiał się jakiś pilniejszy zakup, a że ten album nie należy do rzadko spotykanych - nie trzeba było się śpieszyć z zakupem. Ogólnie niespecjalnie przepadam za większością dyskografii Judas Priest (te najbardziej popularne albumy, jak "British Steel" czy "Screaming for Vegeance" są dla mnie zbyt monotonne i sztampowe), wyjątek stanowią jednak longplaye z drugiej połowy lat 70. Dotąd posiadałem jednak wyłącznie kultowy "Sad Wings of Destiny". "Sin After Sin" to album jeszcze lepszy. Rozpoczęty dynamicznym, złożonym "Sinner", następnie przyciągający uwagę przebojowymi "Diamonds and Rust" i "Starbreaker", oraz fantastycznymi balladami - sielską "Last Rose of Summer" i mroczną "Here Comes the Tears" - a zakończony wyjątkowo agresywnym, jak na rok powstania (czyli 1977), "Dissident Aggressor". Nigdy później zespół nie nagrał już tak zróżnicowanego i interesującego materiału. Dopełnieniem jest świetne brzmienie, będące zasługą Rogera Glovera, który objął obowiązki producenta.



27 stycznia 2016

[Recenzja] Witchwood - "Litanies From the Woods" (2015)



Minął ledwie miesiąc odkąd opublikowałem swoje podsumowanie zeszłego roku, a już żałuję nieuwzględnienia w nim kilku albumów. Albumów, które odkryłem zdecydowanie za późno. Wśród nich znajduje się "Litanies From the Woods" - debiutanckie dzieło młodego włoskiego zespołu o nazwie Witchwood. Grupa czerpie garściami z klasycznego rocka lat 70., głównie z takich stylów, jak hard-, prog- i folk rock. W utworach nie brakuje wyrazistych riffów, ani zachwycających solówek gitarowych. W bogatych aranżacjach słychać zaś inspirację zarówno takimi wykonawcami, jak Deep Purple i Uriah Heep (wszechobecne Hammondy), jak i Jethro Tull (w składzie jest nawet muzyk grający na flecie). Nie brzmi to może szczególnie oryginalnie, jednak na tle licznych współczesnych zespołów nawiązujących do tamtej dekady, Witchwood zdecydowanie się wyróżnia. Muzykom nie można zarzucić ani talentu wykonawczego, ani kompozytorskiego. A szczególnie brak tego drugiego jest widoczny w ostatnich czasach wśród młodych zespołów.

Longplay rozpoczyna się od trzech najbardziej dynamicznych kawałków. "Prelude / Liar" to hardrockowy riffowiec, przyjemnie ubarwiony "purpurowymi" organami. Świetny jest fragment w środku, kiedy milkną wszystkie instrumenty, z wyjątkiem basu, do którego po chwili dołącza partia fletu i organowe tło, a następnie także perkusja - przypomina to nieco twórczość Traffic. Przynajmniej do czasu ponownego wejścia gitary, gdy utwór znów zaczyna nabierać dynamiki. Instrumentalnie jest więc naprawdę rewelacyjnie - gorzej wypada warstwa wokalna. Riccardo Dal Pane niestety nie posiada szerokiej skali głosu, szczególnymi umiejętnościami też nie może się pochwalić. W zupełności wynagradza to jednak muzyka. W kolejnym utworze, "A Place for the Sun", główny riff gitarowy uzupełniany jest fletem i organami, przez co brzmi jak skrzyżowanie mocniejszego Jethro Tull z Deep Purple. Utwór jest ciekawie urozmaicany spokojniejszymi refrenami, znów też pojawia się świetny fragment instrumentalny - tym razem z gitarą akustyczną i prześlicznymi solówkami na gitarze i organach. "Rainbow Highway" to kolejny riffowiec, tym razem o nieco podfunkowionym rytmie. I w tym utworze pojawia się ciekawe zwolnienie w środku - tym razem z klasycyzującą partią pianina, oraz kolejną świetną solówką gitarową.

"The Golden King" rozpoczyna spokojniejszą część albumu. To bardzo klimatyczny, nieco orientalizujący utwór o wciągającym, transowym charakterze. Świetna rzecz. Mieszane odczucia mam natomiast w stosunku do 11-minutowego "Shade of Grey". Z jednej strony są w nim naprawdę śliczne partie gitary akustycznej, a także nadające folkowego klimatu ozdobniki na flecie i mandolinie. Z drugiej - w utworze nie dzieje się zbyt wiele, a zaostrzenia w drugiej połowie wypadają dość topornie. Zdecydowanie przydałoby się skrócić tą kompozycję. Tym bardziej, że album i tak jest bardzo długi. "The World Behind Your Eyes" to bardziej piosenkowy utwór, z łagodnymi, akustycznymi zwrotkami i ostrzejszym, przebojowym refrenem. Warto zwrócić uwagę na kapitalną, choć krótką, solówkę wieńczącą utwór. Najbardziej intrygującym utworem jest "Farewell to the Ocean Boulevard". Mimo, że to ponad kwadrans całkowicie instrumentalnej muzyki, jest zdecydowanie najbardziej chwytliwą kompozycją na albumie, z licznymi zapadającymi w pamięć motywami i fantastycznymi popisami muzyków (jest tu nawet solo perkusyjne - rzecz praktycznie niespotykana na współczesnych albumach). Słabo na tle całości wypada "Song of Freedom" - dziewięciominutowa kompozycja, w której panuje straszny chaos, jakby muzycy chcieli wymieszać ze sobą jak najwięcej muzycznych gatunków - słychać i country, i folk, i blues, i rock... Poziom wraca w podniosłym finale albumu, "Handful of Stars", złożonym z kilku części: wokalnej "The Gates of Slumber"; instrumentalnego popisu na granicy hard- i prog rocka, "Nox Erat..."; a także intrygującego zakończenia "Epilogue: Litanies for a Starless Night", z "kosmiczną" partią syntezatora Mooga.

"Litanies From the Woods" to jak dotąd najlepszy rockowy debiut XXI wieku (przynajmniej z tych, które słyszałem). A także jeden z najlepszych albumów z tego okresu nagranych przez młody zespół. Mimo wszystko, nie pozbawiony wad. Ta największa to długość - 78 minut muzyki to przecież materiał na dwa longplaye. Na miejscu muzyków zrezygnowałbym z kilku utworów - jeden odłożył do dopracowania na następny album ("Shade of Grey"), inny w ogóle bym sobie darował ("Song of Freedom"). I wówczas album sprawiałby jeszcze lepsze wrażenie. Być może następnym razem członkowie Witchwood nie popełnią takiego błędu i wydadzą bardziej zwarty, w pełni udany album. Na razie są największą nadzieją na przyszłość rocka. Oby tego nie zmarnowali.

Ocena: 8/10



Witchwood - "Litanies From the Woods" (2015)

1. Prelude / Liar; 2.  A Place for the Sun; 3. Rainbow Highway; 4. The Golden King; 5. Shade of Grey; 6. The World Behind Your Eyes; 7. Farewell to the Ocean Boulevard; 8. Song of Freedom; 9. Handful of Stars

Skład: Riccardo Dal Pane - wokal, gitara, mandolina, instr. perkusyjne; Luca Celotti - bass; Andrea Palli - perkusja i instr. perkusyjne; Stefano Olivi - instr. klawiszowe; Samuele Tesori - flet, harmonijka
Gościnnie: Alessandro Celli - gitara; Alessandro Aroni - bass (7); Matteo Zambrini - instr. perkusyjne; Tiziana Franzoni - dodatkowy wokal
Producent: Witchwood


25 stycznia 2016

[Recenzja] Black Sabbath - "The End" (2016)



Trzy lata temu grupa Black Sabbath wróciła w wielkim stylu, wydając zaskakująco udany album "13". Longplay okazał się wielkim sukcesem - artystycznym i komercyjnym - i muzycy nie wykluczali, że jeszcze wejdą razem do studia. Osobiście uważałem to za zły pomysł. Wydaje mi się mało prawdopodobne, żeby byli w stanie utrzymać poziom "13". Poza tym, zakończenie tego albumu, z tymi samymi odgłosami burzy, które rozpoczynały debiutancki album, straciłoby wówczas sens. Po tej symbolicznej klamrze dyskografia zespołu powinna się kończyć. Dlatego też nie zmartwiła mnie informacja, że tegoroczna trasa koncertowa będzie ostatnim przejawem działalności Black Sabbath i zespół nie wejdzie już nigdy do studia nagraniowego. O ile jednak nie chciałbym nowego albumu grupy, tak ucieszyła mnie wiadomość, że podczas wspomnianej trasy będzie sprzedawane specjalne wydawnictwo o tytule "The End", zawierające osiem niepublikowanych wcześniej nagrań (w tym czterech studyjnych pozostałości po sesji "13"). Taki suplement nie szkodzi spójności dyskografii, za to jest ciekawym uzupełnieniem ostatniego albumu.

Podczas sesji nagraniowej "13", zespół zarejestrował szesnaście utworów, z których osiem trafiło na album, a kolejne cztery posłużyło jako bonusy w rozszerzonych wydaniach. Te cztery ostatnie - może poza "Methademic", który był nawet wykonywany na koncertach - nie były, szczerze mówiąc szczególnie porywające. Jak zatem brzmią pozostałe cztery utwory z sesji, które dopiero teraz zostały opublikowane? Wbrew obawom, nie jest źle. Ba, taki "Season of the Dead" mógłby być naprawdę mocnym punktem albumu. To rozbudowana do ponad siedmiu minut kompozycja, oparta na fantastycznym, bardzo charakterystycznym - a więc ciężkim i posępnym - riffowaniu Tony'ego Iommiego, wspartym równie rozpoznawalnym basem Geezera Butlera i chwytliwą partią wokalną Ozzy'ego Osbourne'a. Mógłby to być świetny otwieracz lub finał albumu. Brak tego utworu na "13" można tłumaczyć chyba tylko tym, że muzycy postanowili zachować go na potencjalny następny longplay, aby choć w pewnym stopniu mieć zapewniony wysoki poziom.

"Cry All Night" to też mocna rzecz. Utwór niewiele krótszy od poprzedniego, z przebojową częścią wokalną (choć linia wokalna w zwrotkach kojarzy się z "Loner" z "13") i łagodniejszym fragmentem instrumentalnym w środku, podczas którego Iommi gra prostą, lecz przyciągającą uwagę solówkę. Dynamiczny, bardziej zwarty "Take Me Home" pod względem przebojowości nie zostaje w tyle. Sporym zaskoczeniem jest solówka na gitarze akustycznej -  i jest to zaskoczenie jak najbardziej pozytywne. Najmniej przekonuje mnie "Isolated Man" z dziwnie przetworzonym śpiewem Osbourne'a. Jednak i tutaj w warstwie instrumentalnej dzieje się dużo dobrego - świetny jest zwłaszcza fragment z solówką Iommiego na tle basowego popisu Geezera. Wszystkie cztery utwory trzymają dobry poziom, nie sprawiają wrażenia odrzutów. Wiele niestety tracą przez nowoczesną produkcję Ricka Rubina - ale tak samo było przecież z "13".

Na "The End" znalazły się także cztery nagrania koncertowe, zarejestrowane w kwietniu 2013 roku w Australii i Nowej Zelandii, oraz w kwietniu 2014 roku w Kanadzie. Aż trzy z nich pochodzą z ostatniego albumu ("God Is Dead?", "End of the Beginning" i "Age of Reason"), a uzupełnia je nieco niedoceniana perła z wydanego w 1972 roku "Vol. 4" - "Under the Sun". Wykonania są bliskie studyjnych pierwowzorów i jeśli już, to różnią się raczej na niekorzyść - vide "Under the Sun", który został skrócony o instrumentalną kodę. Muzycy są jednak w doskonałej formie. Iommi i Butler łoją jakby wciąż mieli po dwadzieścia-parę lat, a Ozzy śpiewa nie gorzej, niż w studiu. Warto jeszcze wspomnieć o Tommym Clufetosie, który z powodzeniem odtwarza partie Brada Wilka (w utworach z "13") i Billa Warda (w "Under the Sun", zawierającym kilka interesujących perkusyjnych przejść).

"The End" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich wielbicieli Black Sabbath. Studyjne utwory trzymają wysoki poziom albumu "13", a nagrania koncertowe są przyjemnym dodatkiem, potwierdzającym dobrą formę muzyków. Jeżeli to już naprawdę koniec, to zespół odchodzi w doskonałym momencie. Z godnością, zamiast podkopywać swoją legendę kolejnymi, nagrywanymi na siłę, coraz słabszymi nowymi albumami. Niewielu wykonawców zdecydowało się zejść ze sceny, gdy nadszedł na to czas. Za to tym większy szacunek dla Tony'ego, Geezera i Ozzy'ego.

Ocena: 8/10

PS. Mam nadzieję, że nie będzie trzeba długo czekać na ogólnodostępne wydawnictwo, zawierające wszystkie osiem studyjnych odrzutów z "13". Z przyjemnością kupiłbym taką składankę, zwłaszcza jeśli byłaby wydana jako pojedynczy winyl (wszystkie te utwory trwają razem niespełna 44 minuty, a to nawet według dzisiejszych standardów za mało na dwie płyty - choć pewnie wytwórnia znalazłaby sposób, aby wydać na dwóch, niestety). 



Black Sabbath - "The End" (2016)

1. Season of the Dead; 2. Cry All Night; 3. Take Me Home; 4. Isolated Man; 5. God Is Dead? (live); 6. Under the Sun (live); 7. End of the Beginning (live); 8. Age of Reason (live)

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass
Gościnnie: Brad Wilk - perkusja (1-4); Tommy Clufetos - perkusja (5-8); Adam Wakeman - instr. klawiszowe (5-8)
Producent: Rick Rubin (1-4)


22 stycznia 2016

[Recenzja] Megadeth - "Dystopia" (2016)



Dyskografia Megadeth to prawdziwa sinusoida. Dave Mustaine i spółka zaczynali od tworzenia czystego thrash metalu, by z każdym kolejnym albumem grać coraz bardziej melodyjnie. Punktem zwrotnym był longplay "Rust in Peace" - najbardziej dojrzały w ówczesnej dyskografii i przez wielu fanów do dziś uznawany za najlepszy - po którego wydaniu zespół praktycznie zerwał z dotychczasową stylistyką, na rzecz bardziej melodyjnych odmian metalu ("Countdown to Extinction", "Youthanasia"), a później wręcz "zwykłego" rocka ("Cryptic Writings"). XX wiek grupa zakończyła kontrowersyjnym, pop rockowo-elektronicznym "Risk". Po tym albumie zespół znów zaczął grać coraz ciężej i ciężej, aż do apogeum w postaci wydanego dokładnie dekadę później niemal stricte thrashowego "Endgame". Szczęście fanów takiego oblicza grupy nie trwało długo, bowiem już następny w dyskografii "Th1rt3en" był powrotem do bardziej melodyjnego grania, a jego następca, "Super Collider", przyniósł jeszcze łagodniejszą muzykę. Najnowsze dzieło Megadeth, piętnasty studyjny album zatytułowany "Dystopia", wyłamuje się jednak ze wszelkich schematów. Zamiast kolejnego przejściowego albumu, jakiego można było się spodziewać, muzycy stworzyli jedno z najcięższych wydawnictw w swojej karierze.

Tak ciężko i brutalnie, jak w rozpoczynającym album "The Threat Is Real", zespół nie grał już od bardzo dawna. To stricte thrash metalowe, bardzo techniczne granie, ubarwione orientalizmami - nie tylko w klimatycznej introdukcji, z arabską wokalizą, ale także w melodiach gitarowych solówek - co błyskawicznie wywołuje skojarzenia z klasycznym utworem "Holy Wars... The Punishment Due". Podobną dawkę thrashowej agresji przynoszą także takie utwory, jak np. "Fatal Illusion" (z basowym popisem Dave'a Ellefsona), "Death from Within", czy "Lying in State". A najbardziej brutalnie wypada przeróbka "Foreign Policy" z repertuaru punk rockowego Fear. W dwóch utworach - "Bullet to the Brain" i instrumentalnym "Conquer... or Die!" - pojawiają się akustyczne wstępy, będące tylko zmyłką przed kolejnymi porcjami thrashowego młócenia. Ale na albumie są też utwory o nieco bardziej przystępnym charakterze. Do nich należy tytułowy "Dystopia", w którym znacząco uwypuklono warstwę melodyczną. Chociaż brzmieniowo jest ciężko (zwłaszcza w instrumentalnej końcówce), to utwór posiada naprawdę przebojowy potencjał - zapada w pamięć już po pierwszym przesłuchaniu. I to nie tylko refren, lecz także zwrotki. Inny tego typu utwór to "The Emperor" - oparty na nośnym riffie i z naprawdę chwytliwym refrenem. Nawet w wolnym, posępnym "Post-American World" pojawia się sporo melodii; są też ciekawe ozdobniki na nieprzesterowanej gitarze. Najbardziej wyjątkowym utworem jest natomiast podniosły "Poisonous Shadows", w którym pojawia się i orkiestra, i żeńskie chóry, i zagrana na pianinie końcówka... Na piśmie wygląda to przerażająco, ale wcale nie brzmi tak patetycznie, jak można by się spodziewać. To wszystko tylko ozdobniki, dodatek. Pod względem ciężkości brzmienia kompozycja nie odstaje szczególnie od reszty albumu. Za to pod względem melodycznym jest zdecydowanie jego najładniejszym fragmentem.

Grupie Megadeth udała się podobna sztuka, co w zeszłym roku Slayerowi - mimo wymiany połowy składu, nagrała świetny album, który niewiele ustępuje jej największym dokonaniom. Z albumów, które zespół wydał w XXI wieku, właściwie tylko "Endgame" i ewentualnie "The System Has Failed" prezentują podobny poziom. Cieszy, że na "Dystopia" Mustaine postanowił wrócić do cięższego brzmienia. Chociaż osobiście wolałbym, żeby znalazło się tutaj nieco więcej melodii. Bo właśnie utwory, w których położono większy nacisk na warstwę melodyczną, wypadają tutaj najlepiej. Wielbiciele thrashowego młócenia spokojnie mogą do poniższej oceny dopisać sobie jeden, dwa punkty.

Ocena: 7/10

PS. Zgodnie z dzisiejszymi trendami wydawniczymi, album posiada kilka wersji rozszerzonych - każdą z innym materiałem dodatkowym. Podobne praktyki zasługują wyłącznie na potępienie - gdyż jest to zmuszanie najwierniejszych fanów do płacenia kilkakrotnie za niemal identyczny produkt. W dodatku takie bonusowe kawałki przeważnie są niewiele warte. I tak jest też w tym przypadku. "Me Hate You" (z wydania japońskiego), a także "Look Who's Talking" i "Last Dying Wish" (z wersji sprzedawanej w serwisie iTunes oraz amerykańskiej sieci sklepów Best Buy), potwierdzają moją tezę - wszystkie są wyjątkowo nijakie i zaniżają poziom całości. Całkiem nieżły jest natomiast "Melt the Ice Away"  (dodany w serwisie Spotify), ale to akurat kawałek z repertuaru Budgie.

PS2. Na albumie podobno wystąpił muzyk country, Steve Wariner, który zagrał na gitarze hawajskiej - w żadnym utworze nie wyłapałem jednak charakterystycznego brzmienia tego instrumentu.



Megadeth - "Dystopia" (2016)

1. The Threat Is Real; 2. Dystopia; 3. Fatal Illusion; 4. Death from Within; 5. Bullet to the Brain; 6. Post-American World; 7. Poisonous Shadows; 8. Conquer... or Die!; 9. Lying in State; 10. The Emperor; 11. Foreign Policy

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Kiko Loureiro - gitara, pianino (7); David Ellefson - bass, dodatkowy wokal; Chris Adler - perkusja
Gościnnie: Ronn Huff - orkiestracja (7)
Producent:  Dave Mustaine i Toby Wright


20 stycznia 2016

[Recenzja] Steven Wilson - "4 ½" (2016)



Nie można narzekać na brak nowych wydawnictw Stevena Wilsona. Zaledwie rok temu opublikował swój czwarty solowy album, "Hand. Cannot. Erase.". Jesienią ukazała się kompilacja "Transience" (wydana wyłącznie na płycie winylowej), zbierająca łagodniejsze, bardziej piosenkowe utwory z jego dotychczasowych longplayów (a także zawierająca nową, premierową wersję "Lazarus" z repertuaru Porcupine Tree). Teraz natomiast do sklepów trafia EPka zatytułowana "4 ½". To aż 37 minut premierowej muzyki (w latach 60. tyle trwały albumy długogrające, EPki poniżej dziesięciu minut), rozłożonej na sześć utworów. Cztery z nich zostały zarejestrowane podczas sesji "Hand. Cannot. Erase.", jeden został nagrany jeszcze podczas sesji poprzedniego albumu, "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)", a nowe opracowanie "Don't Hate Me" (kolejnego utworu Porcupine Tree) zostało przygotowane specjalnie na to wydawnictwo.

Całość zaczyna się od rozbudowanego, niemal dziesięciominutowego "My Book of Regrets". Utwór charakteryzuje się wieloma zmianami dynamiki, nie brakuje w nim długich solówek gitarowych i klawiszowych (choć największe wrażenie i tak robią pulsujące partie gitary basowej). Zarazem ma dość piosenkowy charakter, wyrazistą melodię. Dziwne, że Wilson nie wykorzystał tego utworu na zeszłorocznym albumie - byłby jednym z jego mocniejszych punktów. Nie można tego powiedzieć natomiast o stonowanym instrumentalu "Year of the Plague" - to typowa muzyka tła, na którą raczej nie zwraca się uwagi. Bardziej żywiołowo robi się w "Happiness III", wyróżniającym się bardzo nośnym refrenem. Dwa kolejne utwory to znów granie instrumentalne. W klimatycznym "Sunday Rain Sets In" pojawia się fajny, wyrazisty motyw gitarowy, ale poza tym znów jest to muzyka tła. Ciekawiej wypada cięższy, nieco pokręcony "Vermillioncore" - sądząc po jego crimsonowo-jazzującym charakterze, to właśnie ten utwór pochodzi z sesji "The Raven That Refused to Sing". Kontrowersyjnym fragmentem, według mnie zupełnie niepotrzebnym, jest natomiast "Don't Hate Me". Pod względem muzycznym nie różni się drastycznie od wersji z "Stupid Dream", w przeciwieństwie do wokalnej - tutaj refreny śpiewa nie Wilson, a Ninet Tayeb (wokalistka występująca także na "Hand. Cannot. Erase."), co brzmi znacznie gorzej. Pomijając fakt, że nie przepadam za żeńskimi wokalami (a jeszcze bardziej za damsko-męskimi duetami), Tayeb po prostu kompletnie nie radzi sobie z tą linią wokalną. A w oryginale jest to przecież jeden z najlepszych, najbardziej zapamiętywalnych refrenów Porcupine Tree.

"4 ½" to w sumie całkiem przyjemne wydawnictwo, skracające czas oczekiwania na kolejny pełnoprawny album Wilsona. Nawet jeśli niektóre utwory sprawiają wrażenie niedokończonych zalążków kompozycji ("Year of Plague", "Sunday Rain Sets In"), a jeden jest niepotrzebną i mniej udaną wersją starszego utworu, to całość wypada naprawdę dobrze. Zaskakująco dobrze, jak na wydawnictwo z odrzutami.

Ocena: 7/10

PS. "4 ½" ukazał się w kilku różnych formatach: na winylu, CD, a także na płycie blu-ray. To ostatnie wydanie zawiera bonus w postaci wypomnianego utworu "Lazarus" (w wersji z "Transience").



Steven Wilson - "4 ½" (2016)

1. My Book of Regrets; 2. Year of the Plague; 3. Happiness III; 4. Sunday Rain Sets In; 5. Vermillioncore; 6. Don't Hate Me

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, bass i instr. klawiszowe; Adam Holzman - instr. klawiszowe; Guthrie Govan - gitara; Dave Kilminster - gitara; Nick Beggs - bass, dodatkowy wokal; Marco Minnemann - perkusja i instr. perkusyjne; Craig Blundell - perkusja i instr. perkusyjne; Chad Wackerman - perkusja i instr. perkusyjne; Theo Travis - saksofon i flet
Gościnnie: Ninet Tayeb - wokal (6)
Producent: Steven Wilson


18 stycznia 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Emotional Resque" (1980)



Zachęceni sukcesem singla "Miss You", Stonesi postanowili kontynuować flirt z muzyką disco. Jednak to, co na poprzednim albumie brzmiało świeżo i intrygująco, tutaj jest już tylko niesmacznym, odgrzewanym kotletem. Ani "Dance (Pt. 1)", ani tytułowy "Emotional Rescue" nie mogą równać się z wspomnianym, dwa lata starszym przebojem. Pierwszy balansuje na granicy autoplagiatu, ale brakuje mu dobrej melodii. Drugi jest natomiast kompletnie asłuchalny przez partię wokalną Micka Jaggera, śpiewającego charakterystycznym dla tego stylu, irytującym falsetem. Na albumie zespół eksperymentuje też z reggae, jednak tym razem (w przeciwieństwie do karykaturalnego "Cherry Oh Baby" z "Black and Blue") ze znacznie lepszym skutkiem - "Send It to Me" to całkiem przyjemny, bezpretensjonalny utwór. Oczywiście na albumie nie zabrakło też stonesowego czadu, choć tym razem w postaci niezbyt wyrazistych utworów ("Summer Romance", "Let Me Go", "Where the Boys Go", "She's So Cold"). Każdą stronę winylowego wydania kończy natomiast ballada - niestety obie ("Indian Girl", "All About You") są zbyt przesłodzone. Na albumie znalazł się jednak jeszcze jeden spokojniejszy utwór - zgrabny blues "Down in the Hole". Dla tego jednego utworu warto sięgnąć po "Emotional Resque". Poza nim brakuje tu jednak wyrazistych kompozycji. Brakuje czegokolwiek, do czego chciałoby się wracać.

Ocena: 5/10



The Rolling Stones - "Emotional Resque" (1980)

1. Dance (Pt. 1); 2. Summer Romance; 3. Send It to Me; 4. Let Me Go; 5. Indian Girl; 6. Where the Boys Go; 7. Down in the Hole; 8. Emotional Rescue; 9. She's So Cold; 10. All About You

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, pianino; Keith Richards - gitara, wokal (10), bass (10), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara, bass (8), dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass (1-7,9), syntezator; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Ian Stewart  - pianino, instr, perkusyjne; Nicky Hopkins - instr. klawiszowe; Sugar Blue - harmonijka; Bobby Keys - saksofon; Michael Shrieve - instr. perkusyjne; Max Romeo - dodatkowy wokal (1); Jack Nitzsche - aranżacja instr. dętych (5)
Producent: Mick Jagger i Keith Richards


15 stycznia 2016

[Recenzja] Witchcraft - "Nucleus" (2016)



Witchcraft to jeden z naprawdę nielicznych młodych zespołów, do którego twórczości chętnie wracam. Grupa ciekawie nawiązuje do najlepszych czasów muzyki rockowej. Nie tylko stylistycznie. Jej pierwsze trzy albumy brzmiały jakby zostały nagrane czterdzieści lat wcześniej. Szczególnie warto z nich wyróżnić trzeci, "The Alchemist" z 2007 roku. O ile na poprzednich było słychać głównie inspirację klasycznym doom metalem (Black Sabbath, Pentagram), tak na tym doszły wyraźne wpływy rocka progresywnego, a aranżacje stały się znacznie bogatsze. Poza tym muzycy rozwinęli się jako kompozytorzy i zaproponowali bardzo przebojowy, ale nie banalny, materiał. Nieco rozczarował mnie kolejny album zespołu, wydany w 2012 roku "Legend" - pierwszy, który poznawałem na bieżąco. Chociaż poziom kompozytorski na nim nie spadł, to przez unowocześnione (czyt. cięższe, pozbawione przestrzeni i dynamiki) brzmienie i uproszczenie aranżacji (tylko podstawowe instrumentarium: gitary, bas, perkusja) nie słuchało się go tak przyjemnie, jak poprzednich dokonań Witchcraft. Być może to uwspółcześnienie było koniecznym kompromisem po podpisaniu kontraktu z większą wytwórnią, a może wynikało z istotnej zmiany składu - z oryginalnego wcielenia grupy pozostali wówczas tylko wokalista i gitarzysta Magnus Pelander oraz basista Ola Henriksson.

Od czasu wydania "Legend" minęło trochę ponad trzy lata. W międzyczasie skład Witchcraft znów uległ poważniej zmianie - w zespole pozostał tylko Pelander. To jednak właśnie on był zawsze siłą napędową grupy, co pozwoliło zachować mu nazwę. Z pomocą nowej sekcji rytmicznej - basisty Tobiasa Angera i perkusisty Rage'a Widerberga - nagrał kolejny album wydany pod tym szyldem, zatytułowany "Nucleus". Na miesiąc przed premierą albumu opublikowana została pierwsza zapowiedź, w postaci singlowego kawałka "The Outcast". Utwór sprawia naprawdę dobre wrażenie: klasyczne brzmienie (bliższe pierwszych trzech albumów, niż "Legend"), dużo hard rockowego riffowania, ale też liczne spokojne zwolnienia, do tego przebojowa melodia i bogata aranżacja (poza podstawowym instrumentarium słychać także flet i klawisze); nie można też nie wspomnieć o zgrabnych, klasycznie rockowych gitarowych solówkach. Kompozycja spokojnie mogłaby tracić na "The Alchemist". I na pewno nie byłaby tam wypełniaczem. Po takiej zapowiedzi spodziewałem się albumu co najmniej bardzo dobrego.

Ale "Nucleus" nie jest takim albumem. Klasyczne brzmienie i dość urozmaicone aranżacje, charakteryzujące także pozostałe utwory, to za mało by zachwycić, jeśli brakuje dobrych, przyciągających uwagę kompozycji. "The Outcast" należy do wyjątków. Innym interesującym utworem jest  "An Exorcism of Doubts". Rozpoczęty posępnym motywem, jakiego nie powstydziłby się Tony Iommi, który stopniowo przechodzi w niemal balladową zwrotkę, by wrócić w refrenie. Po drugim refrenie niespodziewanie rozbrzmiewa bardzo ładna solówka, przywołująca klimat rockowych ballad z lat 70. Potem utwór nabiera ciężaru i tempa, pojawia się kilka niezłych riffów, by na koniec wrócił do głównego tematu. Bardzo sabbathowo brzmi także "Theory of Consequence", słusznie wybrany na drugą zapowiedź longplaya. Szkoda jedynie, że kończy się po niespełna dwóch i pół minuty, pozostawiając spory niedosyt. Na wyróżnienie zasługują także bardziej pogodne i przebojowe "The Obsessed", "To Transcend Bitterness" i "Chasing Rainbows". Wbrew wszelkiej logice, ostatni - i najlepszy - z tych trzech utworów jest tylko bonusem (w wydaniu digipakowym oraz wersji winylowej).

Ale na albumie jest też sporo dłużyzn. Już na otwarcie pojawia się ponad ośmiominutowy "Malstroem", który po ciekawym wstępie (z gitarą akustyczną i fletem) zmienia się w toporny i dość monotonny riffowy walec. A to jeszcze nic przy dwóch najdłuższych utworach, które razem trwają pół godziny. W tytułowym "Nucleus" zespół proponuje liczne zmiany nastroju, ale całości brakuje płynności, jaką miał chociażby tytułowy utwór z "The Alchemist". Do tego dochodzi chaos spowodowany użyciem zbyt wielu dodatkowych instrumentów - jak nie fletu, to skrzypiec lub przeróżnych klawiszowych brzmień, by na koniec wstawić jeszcze minutę gry na akordeonie. Jakby tego było mało, pojawiają się tu jeszcze chóralne wokalizy... Dla odmiany w finałowym "Breakdown" dzieje się zbyt mało, jak na kwadrans muzyki: najpierw siedem minut jednostajnego, spokojnego grania, potem drugie tyle monotonnego powtarzania jednego, topornego riffu. Zdecydowanie więcej dzieje się w niemal trzykrotnie krótszym "Helpless" - częściowo utrzymanym balladowym nastroju, a częściowo miażdżącym sabbathowym ciężarem. Jednak i w nim pojawia się spora powtarzalność motywów,

Chociaż ilościowo przeważają tutaj utwory udane (sześć do czterech), to pod względem czasowym stanowią one mniejszą część albumu (niespełna pół godziny, przy ponad 70-minutowej całości). W rezultacie "Nucleus" okazuje się najsłabszym albumem w dotychczasowej dyskografii Witchcraft. Grupa wciąż jest jednym z najciekawszych zjawisk na scenie retro-rockowej, ale nie podoba mi się kierunek, jaki obrała na tym albumie. Za dużo tutaj rozciągania utworów, przy czym muzykom zbrakło wyobraźni, by ciekawie je wypełnić, unikając chaosu lub monotonii. W krótszych utworach dzieje się zdecydowanie więcej, a przynajmniej sprawiają one takie wrażenie. Mam nadzieję, że muzycy po nabraniu dystansu do swojego najnowszego albumu, dostrzegą jego wady i wyciągną odpowiednie wnioski. Nie wykluczam, że będą wówczas w stanie stworzyć coś na miarę "The Alchemist" - jak dotąd najlepszego retro-albumu XXI wieku.

Ocena: 7/10



Witchcraft - "Nucleus" (2016)

LP1: 1. Malstroem; 2. Theory of Consequence; 3. The Outcast; 4. Nucleus; 5. An Exorcism of Doubts
LP2: 1. The Obsessed; 2. To Transcend Bitterness; 3. Helpless; 4. Breakdown; 5. Chasing Rainbows

Skład: Magnus Pelander - wokal i gitara; Tobias Anger - bass; Rage Widerberg - perkusja
Producent: Magnus Pelander, Philip Gabriel Saxin i Anton Sundell


13 stycznia 2016

[Recenzja] The Who - "Who Are You" (1978)



Podobnie jak Stonesi na "Some Girls", także The Who na wydanym w tym samym roku albumie "Who Are You" postanowili pójść z duchem czasu. Jednak w zupełnie inny sposób. U Stonesów polegało to na dodaniu tanecznych rytmów lub punkowej agresji. W przypadku The Who było to dodanie syntezatorów, których plastikowe brzmienie dominuje na całym albumie. Przynajmniej towarzyszy im, typowa dla grupy, mocna gra sekcji rytmicznej. Basowe partie Johna Entwistle'a jak zwykle zachwycają. Nieco gorzej wypada natomiast gra Keitha Moona - zniszczony intensywnym (szczególnie jeśli chodzi o różnego rodzaju używki) trybem życia, nie był w stanie grać z takim zapałem jak dawniej, A bardziej skomplikowanych rytmów w ogóle nie był w stanie zagrać (dlatego też w "Music Must Change" w ogóle nie pojawia się perkusja). Zresztą niespełna trzy tygodnie po premierze tego albumu, organizm Moona nie wytrzymał i perkusista pożegnał się z tym światem... Niewielką rolę na "Who Are You" odgrywa natomiast gitara, przeważnie schowana gdzieś w tle. Może to i lepiej, bo Pete Townshed i tak nigdy nie miał wiele do zaoferowania jako gitarzysta.

Utwory zawarte na "Who Are You" to w sporej części pozostałości po niedokończonym projekcie Townshenda o tytule "Lifehouse". Są to więc odrzuty, do których jakości sami muzycy nie byli najwyraźniej przekonani, skoro zwlekali siedem lat z ich nagraniem i wydaniem. Fakt, ich poziom jest jednak nieco wyższy niż odrzutów wypełniających kompilację "Odds & Sods". Chociaż momentami nie jest dużo lepiej - vide koszmarny "Guitar and Pen", przesłodzona (smyczki i pianino) ballada "Love Is Coming Down", albo utwór tytułowy, irytujący tandetnymi syntezatorami i zbyt popowym, banalnym refrenem. Nieco lepiej wypada dynamiczny "New Song" - szczególnie w drugiej połowie, gdy na pierwszy plan wybija się świetna partia basu Entwistle'a. A utwór byłby jeszcze lepszy, gdyby nie oszpecono go kiczowatymi syntezatorami. Dość intrygująco wypada stonowany początek "Music Must Change", później jednak muzycy robią wszystko, aby maksymalnie go udziwnić. Znacznie ciekawsze okazują się trzy nowsze utwory - wszystkie napisane przez Johna Entwistle'a. "Had Enough" może trochę zalatuje banałem (mdła melodia i znów syntezatory), jednak zawiera fajnie pulsującą partię basu. A "905", śpiewany przez samego Entwistle'a, to już naprawdę przyjemny kawałek, oparty na bardzo zgrabnej melodii. Zdecydowanie najlepiej wypada natomiast ciężki, ale na swój sposób przebojowy, "Trick of the Light", w którym klawisze w końcu ustępują miejsca gitarze, a sekcja rytmiczna gra w nieco funkowy sposób. Te dwie ostatnie kompozycje zostały wydane także na jednym z singli promujących longplay - pewnie można kupić go taniej niż cały album, a dostanie się praktycznie tyle samo udanych utworów (tych częściowo udanych nie liczę).

"Who Are You" to kolejny, po "The Who By Numbers", dowód słabnącej formy zespołu. Ale na poprzedni album, Pete Townshend przynajmniej próbował napisać coś nowego. Że nie wyszło najlepiej, to już inna sprawa. Tutaj poszedł na totalną łatwiznę, odgrzebując odrzuty sprzed prawie dekady, jedynie unowocześniając ich brzmienie (co nie wyszło na dobre). Przynajmniej tyle dobrego, że pojawia się tu więcej, niż kiedykolwiek wcześniej na albumie The Who, kompozycji Johna Entwistle'a . I to wyłącznie dzięki nim mogę wystawić w miarę pozytywną ocenę.

Ocena: 6/10



The Who - "Who Are You" (1978)

1. New Song; 2. Had Enough; 3. 905; 4. Sister Disco; 5. Music Must Change; 6. Trick of the Light; 7. Guitar and Pen; 8. Love Is Coming Down; 9. Who Are You

Skład: Roger Daltrey - wokal, instr. perkusyjne; Pete Townshend - gitara, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; John Entwistle - bass, instr. klawiszowe, instr. dęte (2,5), wokal (3), dodatkowy wokal; Keith Moon - perkusja i instr, perkusyjne
Gościnnie: Rod Argent - instr klawiszowe (2,7-9); Ted Astley - aranżacja instr. smyczkowych (2,8); Andy Fairweather-Low, Billy Nicholls, Michael Nicholls - dodatkowy wokal
Producent: The Who, Jon Astley, Glyn Johns


11 stycznia 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Some Girls" (1978)



"Some Girls" bywa uznawany za kolejne - i już definitywnie ostatnie - wielkie dzieło Stonesów. Czy jednak słusznie? Przy pierwszych przesłuchaniach nie byłem do tego przekonany, jednak album zyskiwał z kolejnymi odsłuchami. Bez wątpienia jest to znacznie lepszy longplay od poprzedniego w dyskografii "Black and Blue". Nowy skład zdążył się już zgrać, a także odnaleźć w nowej muzycznej rzeczywistości, w której królowały disco i punk - wśród nowych utworów zespołu (a powstało ich tyle, że starczyło ich jeszcze na następne albumy) wielbiciele obu tych stylów mogli znaleźć coś dla siebie. Warto też dodać, że muzycy nagrali ten album niemal całkiem samodzielnie, nie wspierając się - jak przy okazji siedmiu poprzednich longplayów - licznymi muzykami sesyjnymi. Na "Some Girls" muzycy spoza zespołu wystąpili tylko w czterech utworach, z których tylko w jednym ich wkład decyduje o charakterze kompozycji.

Ten utwór to oczywiście "Miss You" - najbardziej znany fragment albumu i ostatni naprawdę wielki przebój zespołu. A także jeden z najlepszych w całej dyskografii zespołu, pomimo ewidentnie tanecznego charakteru. Mick Jagger w tamtym czasie był stałym bywalcem klubów disco i po nasiąknięciu tamtejszymi dźwiękami, postanowił stworzyć coś w tym stylu (w komponowaniu pomógł mu Billy Preston, jednak utwór tradycyjnie został podpisany nazwiskami Jaggera i Keitha Richardsa, mimo że ten drugi nie brał udziału w jego tworzeniu). Na szczęście, w utworze zostały wykorzystane wyłącznie prawdziwe instrumenty. Z członków zespołu najbardziej błyszczy Bill Wyman - ta funkowa linia basu to jego największy popis w karierze. Utwór jest jednak przede wszystkim popisem zaproszonych gości - Iana McLagana (ex-Small Faces), który gra charakterystyczny motyw przewodni na pianinie elektrycznym, a także Mela Collinsa (ex-King Crimson) i Jamesa "Sugar Blue" Whitinga, którzy ubarwiają kompozycję saksofonem i harmonijką. Wyszedł naprawdę świetny, chwytliwy kawałek, z jednej strony idealny na parkiet, a z drugiej - nieodrzucający rockowych (czy też np. bluesowych) słuchaczy.

Innym interesującym utworem jest "Beast of Burden", wydany zresztą jako drugi singiel. Utwór zdradza inspirację soulem i pomimo dość melancholijnego charakteru, zachwyca piękną melodią. Ten kawałek także nieźle sprawdziłby się na parkiecie, do wolniejszego tańca. Jeżeli chodzi natomiast o wspomniane we wstępnie naleciałości punkowe, to wymienić trzeba przede wszystkim agresywne "Lies" i "Respectable". Sporo energii pojawia się także w typowo stonesowskich utworach, jak "When the Whip Comes Down", "Shattered" czy śpiewanym przez Richardsa, autobiograficznym "Before They Make Me Run" (gitarzysta rzeczywiście musiał wówczas uciekać - przed prawem, w wyniku różnych narkotykowych wpadek). Muzycy po raz kolejny sięgnęli do repertuaru The Temptations, tym razem czerpiąc z niego kompozycje "Just My Imagination (Running Away with Me)", której nadali bardziej rockowego charakteru. W tytułowym "Some Girls" przypominają natomiast o swojej fascynacji bluesem - jest tu i fajny motyw na harmonijce, i mocny podkład rytmiczny (ten bas!), i dłuższe solówki gitarowe. Niestety, muzycy przypominają tutaj także o swoim uwielbieniu dla country - w najsłabszym na albumie, banalnym "Far Away Eyes".

W sumie jednak "Some Girls" jawi się jako całkiem udany longplay. Nawiązanie do ówczesnych trendów mogło być strzałem do własnej bramki (bo tak zazwyczaj kończą się takie eksperymenty), jednak zespół wyszedł z tej próby zwycięsko, zachowując własną tożsamość. A przede wszystkim muzycy przypomnieli sobie jak pisać dobre utwory i wykonywać je z dawną energią. Może trochę brakuje tutaj solówek Micka Taylora, jednak nie da się ukryć, że Ronnie Wood lepiej od niego wpasował się do reszty zespołu. 

Ocena: 8/10



The Rolling Stones - "Some Girls" (1978)

1. Miss You; 2. When the Whip Comes Down; 3. Just My Imagination (Running Away with Me); 4. Some Girls; 5. Lies; 6. Far Away Eyes; 7. Respectable; 8. Before They Make Me Run; 9. Beast of Burden; 10. Shattered

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, pianino (6); Keith Richards - gitara, bass (4,8), pianino (6), wokal (8), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara, bass (10), dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass (1-3,5-7,9), syntezator (4); Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Ian McLagan - instr. klawiszowe (1,3); Mel Collins - saksofon (1); Sugar Blue - harmonijka (1,4); Simon Kirke - kongi (10)
Producent: Mick Jagger i Keith Richards


8 stycznia 2016

[Recenzja] Indian Summer - "Indian Summer" (1971)



Indian Summer to kolejny z tych licznych zespołów zaczynających karierę na przełomie lat 60. i 70., które mimo predyspozycji do zdobycia większej popularności, nie miały wystarczająco samozaparcia, aby kontynuować karierę wbrew przeciwnościom losu i słuch o nich szybko zaginął. Już od samego początku grupę spotykały rozczarowania. Jej menadżerem był niejaki Jim Simpson, opiekujący się w tamtym czasie także Black Sabbath. Kiedy nadarzyła się okazja zakontraktowania jednego z tych zespołów z dużą wytwórnią, Simpson - całkiem słusznie - postawił na Sabbath. Dla Indian Summer pozostał kontrakt z mniejszą wytwórnią, która nie była w stanie zapewnić wystarczającej dystrybucji, ani odpowiedniej reklamy. W rezultacie wydanie albumu, zatytułowanego tak samo jak zespół, przeszło bez echa. Muzycy wyruszyli w trasę (z nowym basistą, Wezem Pricem), jednak niewielkie nią zainteresowanie i konieczność dokładania do interesu z własnych kieszeni, zniechęciły ich do dalszej kariery. Zespół zawiesił działalność, a z tworzących ją muzyków jedynie wokalista/klawiszowiec Bob Jackson pozostał aktywny na muzycznej scenie (przewinął się m.in. przez składy Badfinger i Byron Band).

Jedyny album Indian Summer cieszy się sporym uznaniem wśród osób poszukujących "zaginionych pereł" muzyki rockowej. Czy słusznie? Jak już pisałem wcześniej, grupa miała predyspozycje, aby zwrócić uwagę na swoją twórczość. Szczególnie wśród osób zasłuchujących się w rocku progresywnym i hard rocku. Tego drugiego nie ma tutaj zbyt wiele, ale uwypuklone brzmienie organów Hammonda automatycznie kieruje skojarzenia w stronę takich grup, jak Uriah Heep i Deep Purple. Wrażenie to pogłębia barwa głosu Jacksona, niemal identyczna jak u Davida Byrona. Na albumie dominuje jednak łagodniejsze granie, czerpiące m.in. z jazzu i folku. Już pierwszy utwór, "God Is the Dog", za sprawą wysuniętych na pierwszy plan klawiszy, tworzących podniosły nastrój, majestatycznej gry sekcji rytmicznej, oraz ledwie zaakcentowanej gitary, nieodparcie kojarzy się z twórczością tria Emerson, Lake & Palmer (szczególnie z suitą "Tarkus", mimo mniejszych rozmiarów). Utwór zachwyca swoją melodią, ale także brzmieniem - producent Rodger Bain (który pełnił tę samą rolę na trzech pierwszych albumach Black Sabbath) zadbał, aby było ono naturalne, z dobrze wyważonymi proporcjami poszczególnych instrumentów i wokalu. Niestety, dość szybko okazuje się, że sam zespół nie miał zbyt wiele do zaoferowania. Kolejne kompozycje są bardzo podobne do tej pierwszej - utrzymane w tym samym nastroju, identycznie zaaranżowane. W kilku utworach pojawiają się wyraźniejsze partie gitary, w tym także solówki (jazzujące w "Emotions of Men" i "Glimpse", albo bardziej zadziorne w "Another Tree Will Grow"), jednak trudno traktować to jako wielkie urozmaicenie. Nie znaczy to oczywiście, że album jest zły. To bardzo przyjemne granie. A muzycy są naprawdę sprawnymi instrumentalistami. Jednak szkoda, że odkrywają wszystkie swoje atuty już samym początku, w czego rezultacie po dwóch, trzech utworach wkrada się tu pewna monotonia, a nawet wrażenie powielania ustalonych schematów.

Główną wadą tego albumu - czy też po prostu wadą zespołu - wydaje się także brak oryginalności. Indian Summer nie wnieśli do muzyki niczego nowego. Wszystko, co proponują na tym albumie, pojawiło się już wcześniej na płytach innych wykonawców. W tym kontekście zupełnie nie dziwi decyzja Simpsona, aby dać szanse nie im, a innym swoim podopiecznym. Muzycy Black Sabbath ją wykorzystali i stali się jednym z najbardziej inspirujących zespołów rockowych. Tymczasem muzycy Indian Summer nie mieli za bardzo pomysłu na siebie, a nawet jeśli to oni by dostali szansę, to - znając ich zapał - mało prawdopodobne, żeby utrzymali się w muzycznym biznesie przez dłuższy czas. Mimo wszystko, "Indian Summer" to longplay warty poznania. Choć zdecydowanie przeceniany w pewnych, wspomnianych wyżej, kręgach.

Ocena: 7/10



Indian Summer - "Indian Summer" (1971)

1. God Is the Dog; 2. Emotions of Men; 3. Glimpse; 4. Half Changed Again; 5. Black Sunshine; 6. From the Film of the Same Name; 7. Secrets Reflected; 8. Another Tree Will Grow

Skład: Bob Jackson - wokal i instr. klawiszowe; Colin Williams - gitara; Malcolm Harker - bass; Paul Hooper - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rodger Bain


6 stycznia 2016

[Recenzja] The Yardbirds - "Live Yardbirds: Featuring Jimmy Page" (1971)



Po tym, jak grupa Led Zeppelin odniosła sukces, nie trzeba było długo czekać aż różne wytwórnie postanowią zarobić wydając starszy materiał zarejestrowany przez członków tej grupy. Na pierwszy ogień poszły koncertowe nagrania The Yardbirds zarejestrowane z udziałem Jimmy'ego Page'a. Jest to zapis występu grupy z 30 marca 1968 roku w Nowym Jorku. Wykonania są pełne energii i swobody, czego często brakowało na studyjnych albumach grupy. Już na otwarcie zespół zaatakował czadowym "Train Kept A-Rollin'". Jakość zapisu niestety nie jest idealna - na pierwszy plan często wysuwa się harmonijka Keitha Relfa, przez co utwór nie poraża ciężarem, jak wersja studyjna. W dodatku ktoś wpadł na idiotyczny pomysł wstawienia dodatkowych odgłosów publiczności, które zagłuszają zespół... Ale tuż potem pojawia się świetne wykonanie "You're a Better Man Than I", zawierające dwie rewelacyjne solówki Page'a - jedną szybką i ostrą, drugą wolniejszą, przypominającą psychodeliczne odloty Jimiego Hendrixa. Na zakończenie utworu pojawia się fragment przeboju "Heart Full of Soul".

Najciekawszym fragmentem jest jednak "I'm Confused", czyli przeróbka "Dazed and Confused" Jake'a Holmesa. Zaprezentowana już w aranżacji znanej z pierwszego albumu Led Zeppelin. Porywające solówki i riffy Page'a są już na swoim miejscu, brakuje tylko odpowiednio ekspresyjnego wokalisty i mocniej grającej sekcji rytmicznej. Jest za to niezbyt pasująca do tego utworu harmonijka... Pomijając jednak fakt, że Led Zeppelin grał później ten utwór lepiej, i tak jest on najlepszym, najlepiej skomponowanym i najbardziej dojrzałym utworem, jaki kiedykolwiek wykonała grupa The Yardbirds. Kolejna przeróbka, "My Baby" z repertuaru Garneta Mimmsa, już tak szczególnie nie wypada - tym razem zespół nie odbiega daleko od popowego oryginału, a Page nie ma okazji zabłysnąć żadną solówką. Na szczęście, tych ostatnich nie brakuje w odegranych następnie "Over, Under, Sideways, Down", "Drinking Muddy Water" i "Shapes of Things". Największym popisem Page'a jest jednak niemal solowy "White Summer", w którym udało się odtworzyć klimat znany z wersji studyjnej. Całość kończy rozbudowane, 11-minutowe wykonanie "I'm a Man" Bo Diddleya. Nie jest to improwizacja na miarę Cream, niemniej jednak solówki Page'a robią wrażenie.

"Live Yardbirds" ciężko postawić w jednym rzędzie obok najlepszych koncertówek tamtych czasów, mimo wszystko warto zapoznać się z tym materiałem. O ile na studyjnym "Little Games" można usłyszeć, jak rodził się zeppelinowy styl Jimmy'ego Page'a, tak tutaj jest on już praktycznie całkowicie wykrystalizowany. Tym samym, album pozwala poszerzyć wiedzę na temat rozwoju ciężkiego rocka.

Ocena: 7/10



The Yardbirds - "Live Yardbirds: Featuring Jimmy Page" (1971)

1. Train Kept A-Rollin'; 2. You're a Better Man Than I / Heart Full of Soul; 3. I'm Confused; 4. My Baby; 5. Over, Under, Sideways, Down; 6. Drinking Muddy Water; 7. Shapes of Things; 8. White Summer; 9. I'm a Man

Skład: Keith Relf - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara; Chris Dreja - bass; Jim McCarty - perkusja
Producent: nieznany


4 stycznia 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Black and Blue" (1976)



Nowym gitarzystą The Rolling Stones został Ronnie Wood (wcześniej członek The Jeff Beck Group i The Faces, a także solowego zespołu wokalisty obu tych grup, Roda Stewarta). Chociaż Keith Richards i Mick Jagger już wcześniej mieli okazje z nim współpracować (gdy nagrywał swój solowy debiut, "I've Got My Own Album to Do" z 1974 roku), nie od razu zdecydowali się na zatrudnienie własnie jego. Wcześniej przesłuchali wielu innych gitarzystów, wśród których znaleźli się Harvey Mandel (ex-Canned Heat) i Wayne Perkins (muzyk sesyjny) - partie obu wykorzystano nawet na albumie - a także Steve Marriott (ex-Small Faces, Humble Pie), Peter Frampton (ex-Humble Pie), oraz Jeff Beck i Rory Gallagher. Dwaj ostatni nie mieli nawet pojęcia, że biorą udział w przesłuchaniu (choć drugi z nich spędził z zespołem kilka dni na wspólnym graniu), później zaś zgodnie twierdzili, że nie dołączyliby do zespołu. Obaj byli przecież liderami własnych grup i nie chcieli z tego rezygnować, by podporządkowywać się spółce Jagger/Richards. Wood najwyraźniej nie miał z tym problemu. Zresztą jego udział na "Black and Blue" ograniczył się do zagrania w ledwie trzech utworach.

Opisane wyżej wydarzenia są z pewnością ciekawsze niż sam album. Bo "Black and Blue" był, w chwili wydania, najsłabszą pozycją w dyskografii The Rolling Stones. Gdzieś uleciała cała energia, od której kipiał poprzedni longplay, "It's Only Rock 'n' Roll". Słychać to szczególnie w tych bardziej dynamicznych utworach, którym przydałoby się więcej czadu, ale zespół gra w nich niemrawo, jakby bez przekonania ("Hand of Fate", "Hey Negrita", "Crazy Mama"). Jednak problemem jest nie tylko wykonanie - same kompozycje są kompletnie pozbawione wyrazu. Ballady wypadają nużąco ("Memory Hotel", "Fool to Cry"), nieciekawie wyszedł kolejny flirt z funkiem (monotonny i zdecydowanie za długi "Hot Stuff"), podobnie jak sięgnięcie po wpływy jazzowe ("Melody"). Największą porażką jest jednak zupełnie nowy dla zespołu eksperyment ze stylistyką reggae - "Cherry Oh Baby" (z repertuaru Erica Donaldsona). Nie przepadam za tym gatunkiem muzyki, a ten kawałek ma wszystkie jego wady, czyli identyczny, jak we wszystkich innych utworach reggae, rytm, a także irytujące wokalizy.

Bardzo brakuje na tym albumie Micka Taylora, którego partie tak ekscytowały na poprzednich longplayach grupy. Skład z Ronniem Woodem także miewał swoje wzloty, ale na "Black and Blue" próżno ich szukać. 

Ocena: 4/10



The Rolling Stones - "Black and Blue" (1976)

1. Hot Stuff; 2. Hand of Fate; 3. Cherry Oh Baby; 4. Memory Motel; 5. Hey Negrita; 6. Melody; 7. Fool to Cry; 8. Crazy Mama

Skład: Mick Jagger - wokal, instr. perkusyjne (1), pianino (4,7), gitara (8); Keith Richards - gitara, pianino (4), bass (8), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara (3,5,8), dodatkowy wokal (1,2,4,5,8); Bill Wyman - bass (1-7), instr. perkusyjne (1); Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Billy Preston - instr. klawiszowe (1,2,4-6,8), dodatkowy wokal (1,4-6), instr. perkusyjne (6); Harvey Mandel - gitara (1,4); Ollie Brown - instr. perkusyjne (1-3,5,8); Ian Stewart - instr. perkusyjne (1); Wayne Perkins - gitara (2,4,7); Nicky Hopkins - instr. klawiszowe (3,7)
Producent: Mick Jagger i Keith Richards


1 stycznia 2016

[Blog] Podsumowanie grudnia

Pierwszym tegorocznym postem będzie podsumowanie ostatniego miesiąca ubiegłego roku. Miesiąc ten nie przyniósł żadnych zmian w moich muzycznych preferencjach. Okres świąteczny nie powoduje u mnie chęci słuchania "Last Christmas" i innego świątecznego badziewia - sięgałem po płyty tych samych wykonawców, co w poprzednich miesiącach. Choć może trochę częściej po łagodniejsze granie, typu Pink Floyd, niż cięższe brzmienia. Najczęściej słuchanym utworem był natomiast... "Miss You" The Rolling Stones. I to w wersji "Special Disco Version". Disco? Raczej funk, oparty na prawdziwych instrumentach. 12-calowa wersja singla, z tą właśnie wersją, została już dopisana do mojej listy życzeń. Tymczasem, w ciągu ostatniego miesiąca, kupiłem trzy albumy, o których tradycyjnie opowiem w kilku zdaniach.

Zakupy grudniowe.

The Rolling Stones - "Get Yer Ya-Ya's Out!" i "Hot Rocks (1964-1971). Pierwsze dwa albumy Stonesów, jakie kupiłem, to koncertówka i kompilacja. Ten pierwszy pokazuje zespół w szczytowej formie, pomiędzy nagraniem dwóch najlepszych longplayów ("Let It Bleed" i "Sticky Fingers"). Na repertuar składają się głównie najnowsze wówczas utwory, z "Beggars Banquet" i "Let It Bleed", oraz towarzyszących im singli, a zaprezentowane w tak żywiołowych wersjach, że pozostawiających daleko w tyle wersje studyjne. "Hot Rocks" to natomiast wyjątkowo ciekawa kompilacja, bo nie skupiająca się wyłącznie na singlach (choć nie zabrakło takich przebojów, jak "Satisfaction", "Paint It Black" czy "Jumpin' Jack Flash"), ale zawierająca także najlepsze fragmenty albumów (np. "Under My Thumb"), a nawet jedną stronę B singla ("Play with Fire"). Z tego dwupłytowego zestawu szczególnie lubię pierwszą płytę, obejmującą utwory z lat 1964-67 - ich wybór całkowicie mnie zadowala, nie muszę już kupować żadnych albumów z tego okresu. Druga płyta jest może nawet lepsza, ale repertuar mocno pokrywa się z "Get Yer Ya-Ya's Out!", a tutaj pojawiają nieco słabsze wersje studyjne (z wyjątkiem "Midnight Rambler", który jest w tej samej wersji). Z utworów nieobecnych na tamtym wydawnictwie znalazły się tutaj tylko po dwie kompozycje z "Let It Bleed" ("Gimme Shelter", "You Can't Always Get What You Want") i "Sticky Fingers" ("Brown Sugar", "Wild Horses"). Ale akurat te dwa albumy dobrze byłoby mieć w całości.


The Jimi Hendrix Experience - "Smash Hits". Wydanie amerykańskie. Ciekawsze od europejskiego ze względu na stereofoniczny miks, a także lepszy repertuar, obejmujący m.in. "All Along the Watchtower" (mój ulubiony utwór Hendrixa), "Crosstown Traffic", czy "Red House". Europejskie wydanie zawiera co prawda więcej niealbumowych utworów, ale te najlepsze z nich ("Hey Joe", "Purple Haze", "The Wind Cries Mary" i "Stone Free") są także na tym wydaniu. Do tego składanka zawiera całkiem niezłą reprezentację albumu (poza wspomnianym "Red House" także m.in. "Fozy Lady", "Fire", "Manic Depression"). Szkoda, że nie ma żadnego utworu z "Axis: Bold as Love" ("Spanish Castle Magic" i "Little Wing" powinny tu być) i nieco większej reprezentacji "Electric Ladyland"  (chociażby "Voodoo Child (Slight Return)"). Cóż, na zakup wszystkich "normalnych" albumów Experience jeszcze przyjdzie czas. Na początek chciałem jednak tę kompilację, zaspokajającą większość moich potrzeb, jeśli chodzi o ten zespół.





WSZYSTKIM CZYTELNIKOM ŻYCZĘ WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W NOWYM ROKU I JAK NAJWIĘKSZEJ ILOŚCI CIEKAWYCH MUZYCZNYCH PREMIER ;)