16 grudnia 2015

[Recenzja] The Yardbirds - "The Yardbirds" (1966)



Longplay "The Yardbirds" - znany także pod tytułami "Over Under Sideways Down" (tak wydano go w Stanach, Niemczech i Francji) i nieoficjalnym "Roger the Engineer" (ze względu na okładkę, narysowaną przez Chrisa Dreję, przedstawiającą inżyniera dźwięku Rogera Camerona) - to pierwszy album zespołu z prawdziwego zdarzenia. Nie koncertówka ("Five Live Yardbirds"), nie zbiór przypadkowych utworów nagranych w różnych składach ("For Your Love", "Having a Rave Up"), a materiał zarejestrowany podczas jednej sesji, przez tych samych muzyków, z myślą o wydaniu na płycie długogrającej. To także pierwsze - i jedyne - wydawnictwo grupy, na którym znalazły się wyłącznie kompozycje napisane przez członków The Yardbirds.

Album stanowi jeden z pierwszych przykładów rocka psychodelicznego. Jeszcze bardzo pierwotnego, wciąż mocno tkwiącego w stylach popularnych w pierwszej połowie lat 60. i wcześniej - bluesie, rhythm 'n' bluesie i rock 'n' rollu. Najbardziej psychodelicznym utworem jest "Farewell", oparty na bardzo prostym, wręcz dziecinnym akompaniamencie pianina, a także z wielogłosową partią wokalną. Podobny nastrój chórki tworzą także w balladzie "Turn Into Earth" i w "Ever Since the World Began". Natomiast "Hot House of Omagarashid" sporo czerpie z muzyki afrykańskiej. Nie można też zapomnieć o "Over Under Sideways Down", w którym psychodelicznie robi się za sprawą przetworzonej gitary Jeffa Becka. Z drugiej strony są tutaj także utwory, które można nazwać wczesną formą hard rocka (pełen bluesowych zagrywek "The Nazz Are Blue" - w którym w roli wokalisty wyjątkowo wystąpił Beck - a także ozdobiony świetnymi solówkami "Rack My Mind" i oparty na mocnej partii basu "What Do You Want").

Niestety, mimo prekursorskiego charakteru tego materiału, trudno uznać "The Yardbirds" za wielkie dzieło. Eksperymenty muzyków są ciekawe, ale ich zdolności kompozytorskie - co najwyżej przeciętne. Ich utworom brakuje dobrych melodii, zapamiętywalnych motywów. O większości z nich od razu się zapomina. Wyjątek stanowią chyba tylko dwie kompozycje: napędzany świetnym basowym motywem "Lost Woman" (mój faworyt z tego albumu), oraz najbardziej przebojowy "I Can't Make Your Way" (który jednak brzmi bardzo nieporadnie i banalnie na tle ówczesnych przebojów The Beatles czy The Rolling Stones). Chyba byłoby lepiej, gdyby zespół jednak pozostał przy graniu (głównie) cudzych kompozycji. 

Ocena: 7/10



The Yardbirds - "The Yardbirds" (1966)

1. Lost Woman; 2. Over Under Sideways Down; 3. The Nazz Are Blue; 4. I Can't Make Your Way; 5. Rack My Mind; 6. Farewell; 7. Hot House of Omagarashid; 8. Jeff's Boogie; 9. He's Always There; 10. Turn into Earth; 11. What Do You Want; 12. Ever Since the World Began

Skład: Keith Relf - wokal (1,2,4-7,9-12), harmonijka); Jeff Beck - gitara, bass (2), wokal (3); Chris Dreja - gitara, pianino, dodatkowy wokal; Paul Samwell-Smith - bass (1,3-12), dodatkowy wokal; Jim McCarty - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Paul Samwell-Smith i Simon Napier-Bell


6 komentarzy:

  1. W żadnym razie nie jest to wybitny album, ale lepszego nie nagrali. Prawda jest taka, że The Yardbirds pełnił w muzyce rockowej funkcję analogiczną do ligi brazylijskiej w piłkarskim świecie - grali tam ludzie, którzy kilka lat później naprawdę świetnie grali zupełnie gdzie indziej. Roger the Engineer to niezły rock, w którym są ciekawe pomysły, ale zespół nie był w stanie wyjść całkiem poza estetykę "chłopaków z grzywkami". Nie ma tu nic nadzwyczajnego ani pod względem kompozycji, ani nowatorstwa. W 1966 roku wydano takie płyty jak:

    * The 13th Floor Elevators - The Psychedelic Sounds of The 13th Floor Elevators
    * The Beach Boys - Pet Sounds
    * The Beatles - Revolver
    * The Byrds - Fifth Dimension
    * Donovan - Sunshine Superman
    * Love - Da Capo
    * Monks - Black Monk Time
    * Frank Zappa - Freak Out!

    Z których każda była o lata świetlne przed Yardbirdsami, a poza tym (choć Beach Boysów nie lubię) była to po prostu lepsza muzyka. Gdyby Roger powstał rok wcześniej byłoby o czym rozmawiać (bo to jest nie wiele bardziej psychodeliczne niż Rubber Soul), a tak to chyba jednak nie ma...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powtarzane wszędzie opinie, że jedyną zasługą The Yardbirds było to, że był startem kariery dla Claptona, Becka i Page'a, jest bardzo krzywdzące i mija się z prawdą. Bo był to zespół wyprzedzający swój czas - choć niekoniecznie na tym albumie i niekoniecznie jako zespół psychodeliczny. Rok wcześniej, w takich utworach, jak np. "I'm Not Talkin'", podłożyli podwaliny stylu, który w kolejnych latach rozwijali Cream i Jimi Hendrix. A ich wersja "The Train Kept A-Rollin'" to już przecież prototyp stylu Led Zeppelin - w 1965 roku nikt inny nie grał takiej muzyki, ani nie brzmiał tak ciężko. Krótko mówiąc, można uznać The Yardbirds za pierwszy zespół hard rockowy (choć jest to jeszcze bardzo prymitywna wersja tego stylu, tak jak prymitywna jest ich wersja psychodelicznego rocka, zaprezentowana na wyżej recenzowanym albumie).

      PS. Moim zdaniem najlepsze utwory The Yardbirds są na studyjnej stronie "Having a Rave Up". Sądzę, że bez nich nie powstałyby - albo powstałyby dużo później - takie albumy, jak "Fresh Cream" czy "Are You Experienced".

      Usuń
    2. Z tym prekursorstwem ostrego rocka to też nie do końca tak. Nasi bohaterowie to była tylko jedna z brytyjskich kapel, która grała w tamtym czasie trochę mocniej, obok nich byli przecież inni - The Kinks, Them, czy nawet Rolling Stones. W dodatku sam pomysł na bardziej sfuzowane granie narodził się na początku dekady w Stanach, gdzie powstały pierwsze kapele garage rockowe i to nimi inspirowali się muzycy z "Brytyjskiej Inwazji". Yardbirdsi dorzucili do tego wszystkiego swoje trzy grosze, ale nie ma co przeceniać ich wkładu.

      Jak szukasz prawdziwych podwalin posłuchaj sobie np.: The Fabulous Wailers - at the Castle z 1962 (!) roku. Nie mówię, że to Ci się będzie jakoś super podobać (chociaż może będzie), ale jak pomyślisz kiedy to zostało nagrane może się okazać, że zaczniesz patrzyć na brytyjskich "prekursorów" w nieco inny sposób.

      Usuń
    3. W ten sposób można szukać korzeni jakiejś muzyki cofając aż do samych początków świata, bo każda musiała być w jakimś stopniu inspirowana czymś wcześniejszym ;) Rock garażowy był jednym ze stylów, z których powstał hard rock, ale czy to znaczy, że zespoły wykonujące ten styl grały już hard rocka? Oczywiście nie. A twórczość The Yardbirds (z okresu po dołączeniu Becka, ale przed nagraniem "Roger the Engineer") to już rodzaj wczesnej formy hard rocka (w większym stopniu czerpiącego z bluesa, niż rock garażowy), niespotykanej w tamtym czasie u innych brytyjskich grup. The Kinks? Owszem, w "You Really Got Me" zaproponowali pierwszy rockowy riff, co miało duży wpływ na powstanie hard rocka, ale to przecież dość lekki utwór, z popową partią wokalną i delikatną grą sekcji rytmicznej. Poza tym riffem, utwór niczym nie odbiega od ówczesnych standardów. Stonesi? Tylko "Satisfaction" wypada (nieco) ciężej od równoległej twórczości Yardbirds, z wyjątkiem (późniejszego o 3-4 miesiące) "The Train Kept A-Rollin'", z którym mogła równać się dopiero twórczość Led Zeppelin.

      Usuń
    4. Powoływanie się na pierwotny rock garażowy nie jest "cofaniem się do początków świata", tylko cofaniem się do początków ostrego grania ;) To oni właśnie je wymyślili.

      Cały czas mówię nie o tym, że The Yardbirds nic do muzyki nie wnieśli, tylko, że wnieśli raczej mało, pociągnęli coś, co wymyślili inni i tyle. Rzeczywiście gra Jeffa była dość nowatorska, tylko, że w całej ich muzyce głównie ten element był do przodu. Nie rozumiem czym Twoim zdaniem różni się wspomniane "You Really Got Me" od utworów z "Having a Rave Up". Ja tam słyszę dokładnie to samo - nowoczesne gitarowe riffy (u Becka nowocześniejsze bo to po prostu już inny rocznik) wplecione w tkankę muzyki pop swojej epoki. Ani w jednym, ani w drugim wypadku i tak nie jest to mało, ale też nie aż tak wiele, jak przy Yardbirds sugerujesz.

      Usuń
    5. We wspomnianym wcześniej przeze mnie utworze "I'm Not Talking" jest coś więcej niż przesterowana gitara - zamiast grania do prostego podkładu sekcji rytmicznej, jak w innych rockowych utworach z tamtego okresu (np. "You Really Got Me", który zresztą naprawdę lubię i doceniam jego nowatorstwo), jest współpraca wszystkich instrumentalistów, z których każdy pełni tak samo ważną rolę. Później fantastycznie zostało to rozwinięte przez Cream ;)

      Bynajmniej nie uważam Yardbirds za najbardziej wpływowy ani najlepszy zespół pierwszej połowy lat 60. Ale jednak zrobili ciut więcej, by być uznawanym tylko za "były zespół Claptona, Becka i Page'a" ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.