14 grudnia 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Sticky Fingers" (1971)



"Sticky Fingers" to prawdopodobnie najbardziej popularny album Stonesów. Jego recenzje dzielą się na ultra-hiper-ekstra-entuzjastyczne, oraz na... takie, których nie znalazłem. Poważnie, nie widziałem ani jednej recenzji, która nie składałaby się z samych zachwytów. Czy jednak ten cały entuzjazm jest zasłużony? W wypromowaniu longplaya z pewnością pomogły dwa świetne single, "Brown Sugar" i "Wild Horses", oraz kontrowersyjna okładka, zaprojektowana przez Andy'ego Warhola (z prawdziwym zamkiem w pierwszym wydaniu). Ale longplay ma do zaoferowania znacznie więcej. Bo choć bezkrytyczne opinie na jego temat są według mnie jednak odrobinę przesadzone (nie wszystkie utwory trzymają równy poziom), to muszę przyznać, że to naprawdę mocna rzecz. Pozostawiająca w tyle nawet bardzo udany poprzedni album, "Let It Bleed".

Okładka wydania hiszpańskiego.
Trzeba jednak pamiętać, że zespół miał tym razem znacznie więcej czasu, niż kiedykolwiek wcześniej, aby dopracować każdy szczegół. Nagrywając po raz pierwszy dla własnej wytwórni, muzycy nie byli ograniczeni żadnymi terminami. W rezultacie sesje nagraniowe odbywały się na przestrzeni ponad roku. Pierwsze nagranie, "Brown Sugar", powstało już na samym początku grudnia 1969 roku, a ostatnia sesja zakończyła się w styczniu 1971 roku. Warto w tym miejscu wspomnieć o niesławnym występie grupy na Altamont Free Concert, 6 grudnia '69, gdyż miał on prawdopodobnie decydujący wpływ na ostateczny kształt albumu. To właśnie w jego trakcie, wynajęty do ochrony gang motocyklowy Hell's Angels zabił czarnoskórego uczestnika koncertu, który jednak sam wcześniej wyciągnął broń. Członkowie gangu zaczęli zachowywać się agresywnie już wcześniej, gdy zespół wykonywał utwór "Sympathy for the Devil" - fakty te zostały szybko powiązane i wkrótce potem nasiliły się oskarżenia o związki zespołu z satanizmem. Wówczas muzycy postanowili całkiem zerwać z "piekielną" otoczką, która od pewnego czasu im towarzyszyła. Począwszy od albumu "Sticky Fingers" teksty zespołu można streścić hasłem "sex, drugs & rock'n'roll". Przy czym w przypadku tego albumu, zdecydowanie najwięcej mowy o narkotykach.

Ale to nie warstwa tekstowa wpływa na jakość longplaya. Muzyka broni się sama. Już na otwarcie pojawia się cios w postaci jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów Stonesów, czyli wspomnianego już dwukrotnie "Brown Sugar". Zadziornego, bardzo dynamicznego kawałka, z charakterystycznym gitarowym riffem (wyjątkowo wymyślonym nie przez Richardsa, a Jaggera) i ostrymi solówkami Bobby'ego Keysa na saksofonie. "Sway" to dla odmiany wolniejszy utwór, w którym zgrzytliwe gitary przeplatają się z ładnym motywem pianina, a w tle pobrzmiewa orkiestracja. Można tu także podziwiać gitarowy kunszt Micka Taylora, który ozdobił utwór długą solówką graną techniką slide. A tuż potem rozbrzmiewa prześliczny "Wild Horses", z misterną konstrukcją gitar akustycznych (w tym 12-strunowych), czarującymi solówkami - tym razem w wykonaniu Richardsa, oraz świetnymi wejściami perkusji (niemal tak rewelacyjnymi, jak w wydanym w tym samym roku "Stairway to Heaven" Zeppelinów). Następujący tuż potem "Can't You Hear Me Knocking" to wręcz zwrot o 180 stopni - zgiełkliwy, nieco toporny utwór. Ale tylko przez pierwsze dwie minuty i czterdzieści sekund - później utwór niespodziewanie zmienia się w improwizowany, niemal jazzrockowy jam, z etnicznymi perkusjonaliami, oraz solówkami na saksofonie i gitarze, w tle zaś pobrzmiewają organy (na których zagrał Billy Preston, znany chociażby ze współpracy z The Beatles). Chyba nikt nie spodziewałby się takiego utworu po tym zespole.

Tuż potem następuje jednak utwór, który moim zdaniem ewidentnie odstaje od reszty albumu, zarówno pod względem stylistycznym, jak i poziomu. "You Gotta Move" to przeróbka gospelowej pieśni z lat 40., w wersji Stonesów oparta na country-bluesowej aranżacji Freda McDowella, której surowe, ascetyczne brzmienie (tylko wokal, gitary - ale bez basowej - i bardzo oszczędna perkusja), w połączeniu z monotonią, działa na mnie odpychająco. Na tle dopracowanej reszty albumu wypada bardzo słabo. Wysoki poziom na szczęście wraca w otwierającym drugą stronę winylowego wydania "Bitch" - kolejnym zadziornym i dynamicznym kawałku, ze świetnym gitarowym riffem i saksofonowymi solówkami. Reszta albumu jest już bardziej stonowana. "I Got the Blues" to przejmująca ballada, o - zgodnie z tytułem - bluesowym odcieniu. Wspaniale wypadają tutaj saksofonowe wejścia Keya, oraz organowe solo Prestona. A jeszcze bardziej przejmująca jest częściowo akustyczna "Sister Morphine". Utwór napisany przez Jaggera i Richardsa wspólnie z Marianne Faithfull, która zresztą także nagrała swoją wersję (z udziałem ponad połowy Stonesów, z wyjątkiem Billa Wymana i - nie grającego także w ich wersji - Taylora) i wydała ją już na początku 1969 roku. Pod względem tekstowym jest to szczere wyznanie narkomana, świetnie zinterpretowane wokalnie przez Jaggera, któremu towarzyszy intrygująca muzyka (z niesamowitym popisem Ry Coodera, który zagrał tutaj gościnnie na gitarze). Co ciekawe, kompozytorski wkład Faithfull był przez wiele lat był nieuwzględniany w opisie albumu - zmieniło się do dopiero w latach 90. po wygraniu sądowej batalii przez byłą kochankę Jaggera.

"Dead Flowers" to dla odmiany kompozycja o bardzo pogodnym charakterze. Niestety, jest to także drugi utwór z tego albumu, który niespecjalnie mnie przekonuje. O ile jednak w przypadku "You Gotta Move" mam wyłącznie negatywne odczucia, tak tutaj są one bardziej mieszane. Bo w sumie jest to całkiem przyjemny, melodyjny kawałek. A jednak odpychający swoją banalnością i aranżacją w stylu country, którego nie znoszę. Na zakończenie albumu czeka jednak kolejna świetna ballada, "Moonlight Mile". Wyróżniająca się naprawdę niezwykłym klimatem - z jednej strony słychać w niej wyraźną inspirację muzyką z dalekiego wschodu, a z drugiej przygniata (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) słuchacza niemal orkiestrowym rozmachem. Przede wszystkim zachwyca jednak wspaniałą melodią, która spokojnie może konkurować z "Wild Horses", "I Got the Blues" i "Sister Morphine". Sam nie mogę się zdecydować, który z tych utworów wywołuje u mnie największe emocje. Wszystkie są fantastyczne. Aż trudno uwierzyć, że cztery tego typu kompozycje znalazły się na jednym albumie. To przede wszystkim one decydują o wielkości "Sticky Fingers". Jednak gdyby wypełniały go tylko kompozycje tego typu - pewnie w pewnym momencie zaczęłyby nudzić. Na szczęście reszta utworów jest bardzo zróżnicowana i chociaż nie wszystkie z nich zachwycają, to w w większości trzymają mocny poziom.

Ocena: 9/10

PS. W sierpniu tego roku "Sticky Fingers" został wznowiony w licznych formatach, zawierających wiele bonusowych nagrań, w tym alternatywne wersje "Brown Sugar" (z gitarową solówką Erica Claptona), "Wild Horses" (akustyczna), "Can't You Hear Me Knocking" (bez części jamowej), "Bitch" i "Dead Flowers", a także pięć utworów w wersjach koncertowych zarejestrowanych w 1971 roku w londyńskim Roundhouse ("Live with Me", "Stray Cat Blues", "Love in Vain", 11-minutowe wykonanie "Midnight Rambler", oraz "Honky Tonk Woman"). Dostępne są trzy wydania winylowe: jednopłytowe bez bonusów i z oryginalną okładką (bez zamka), dwupłytowe z wspomnianymi wyżej bonusami (oprócz "Midnight Rambler") i oryginalną okładką (z zamkiem), oraz dwupłytowe z tymi samymi bonusami i hiszpańską wersją okładki. Z wydań cyfrowych najbardziej obszerne zawiera aż trzy płyty CD (jedną z oryginalnym albumem, drugą z wymienionymi wyżej bonusami, oraz trzecią z kompletnym zapisem występu na Uniwersytecie w Leeds, także z 1971 roku), płytę DVD (z rejestracją utworów "Midnight Rambler" i "Bitch" z londyńskiego Marquee Club - ponownie 1971 rok), oraz winylowy singiel z utworami "Brown Sugar" i "Wild Horses".



The Rolling Stones - "Sticky Fingers" (1971)

1. Brown Sugar; 2. Sway; 3. Wild Horses; 4. Can't You Hear Me Knocking; 5. You Gotta Move; 6. Bitch; 7. I Got the Blues; 8. Sister Morphine; 9. Dead Flowers; 10. Moonlight Mile

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara (2,9,10), instr. perkusyjne (1); Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara (1-7,9,10); Bill Wyman - bass, pianino (5); Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ian Stewart - pianino (1,9); Bobby Keys - saksofon (1,4,6,7); Nicky Hopkins - pianino (2,4); Paul Buckmaster - aranżacja instr. smyczkowych (2,10); Jim Dickinson - pianino (3); Billy Preston - organy (4,7); Rocky Dijon - kongi (4); Jimmy Miller - instr. perkusyjne (4); Jim Price - trąbka (6,7), pianino (10); Ry Cooder - gitara (8); Jack Nitzsche - pianino (8)
Producent: Jimmy Miller


3 komentarze:

  1. Super album. Mój ulubiony obok "exile on main street" i "let it bleed".

    OdpowiedzUsuń
  2. W mojej opinii to ich szczytowe osiągnięcie. Album absolutnie wspaniały bez ani jednego słabego momentu. Moja ocena 10/10 :D.

    OdpowiedzUsuń
  3. Moonlight Mile niesamowita piosenka

    OdpowiedzUsuń