4 grudnia 2015

[Blog] Podsumowanie listopada

Pora na kolejne podsumowanie miesiąca. W listopadzie najchętniej słuchałem Queen (bez związku z rocznicą śmierci Freddiego), Led Zeppelin, Cream, Rory'ego Gallaghera (solo i z Taste), The Who, The Yardbirds, King Crimson (dwa pierwsze albumy idealnie sprawdzają się o tej porze roku), Budgie, The Beatles, oraz Davida Gilmoura i Pink Floyd. A także The Rolling Stones, ale to już głównie z powodu recenzowania ich dyskografii na blogu. Chociaż muszę przyznać, że postanowiłem nabyć kilka ich albumów. A skoro już mowa o kupowaniu płyt...


Z albumów widocznych na powyższym zdjęciu tylko dwa to zakupy listopadowe. "On the Boards" Taste  kupiłem jeszcze w październiku, ale doszedł już po napisaniu przeze mnie poprzedniego podsumowania. Dość długo polowałem na ten longplay, aż sprawdziło się przysłowie "do trzech razy sztuka" (za pierwszym razem moja oferta zastała przebita w licytacji, za drugim... przypomniałem sobie o licytacji kilka minut po jej zakończeniu). "The London Session" Howlin' Wolfa to z kolei zakup wczorajszy, ale postanowiłem wypełnić nim kadr zdjęcia. Jest to wydanie finlandzkie - nawet nie wiedziałem, że tam też tłoczono winyle.

Pierwszym zakupem w listopadzie była kompilacja "Wings Greatest". Ogólnie niezbyt przepadam za post-beatlesowską twórczością Paula McCartneya, ale niektóre utwory lubię. Szczególnie bondowski "Live and Let Die" i "Band on the Run" - a oba są na tej składance. Egzemplarz w idealnym stanie kosztował, razem z wysyłką, niecałe dwadzieścia złotych - głupio byłoby przepuścić taką okazję. Atrakcyjna cena skusiła mnie także na zakup "Jinx" Rory'ego Gallaghera. Nawet nie pamiętałem za bardzo jego zawartości, ale to w końcu Gallagher - od dłuższego czasu mój ulubiony muzyk. Po przesłuchaniu, album okazał się o wiele lepszy, niż niegdyś napisałem w recenzji (już poprawionej). Przebojowy "Signals", ballada "Easy Come, Easy Go" i ciężki "Big Guns" to najlepsze jego fragmenty, a pozostałe utwory stanowią przyjemny dodatek. Cholera, niedługo pewnie będę chciał mieć całą Jego dyskografię. Na razie jednak rozglądam się przede wszystkim za niedostępnym debiutem.




PS. Zachęcam do udziału w ankiecie na najlepszy album 2015 roku (znajduje się na dole strony). Uwzględniłem w nim tylko albumy studyjne i tylko takie, które sam przesłuchałem. W przypadku wyboru opcji "inny", możecie napisać jaki w komentarzach pod tym postem. Mój subiektywny ranking tegorocznych albumów pojawi się na blogu prawdopodobnie w święta.


6 komentarzy:

  1. Hmmm, wspominasz o Stonesach... czy będziesz ich jeszcze recenzować? Czekałem we wtorek na recenzję Sticky Fingers (sądzę że to ten LP teraz zrecenzujesz) a tu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W poniedziałek będzie recenzja koncertówki "Get Yer Ya-Ya's Out!", a "Sticky Fingers" prawdopodobnie w następnym tygodniu. W międzyczasie będą jeszcze kolejne recenzje The Who i albo The Yardbirds, albo zapowiedzianego kiedyś "The London Sessions" Muddy'ego Watersa. W przyszłości będą też dalej recenzowane albumy Jeffa Becka i Roberta Planta, chciałbym też omówić post-zeppelinowe dokonania Jimmy'ego Page'a. Tylko z czasem ostatnio kiepsko ;) Dlatego w tym tygodniu pojawiły się tylko recenzje dwóch nowości ;)

      Usuń
  2. Chciałbym Ci zadać pytanie Paweł. Nie do końca związane z tym postem, ale nie wiem gdzie się Ciebie o to zapytać: myślisz, że jest szansa żeby kiedyś powstało jeszcze jakieś rockowe arcydzieło na miarę "Led Zepppelin I" lub "Dark Side of the Moon"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego typu posty są najlepsze na takie pytania ;) A samo pytanie bardzo ciekawe, trudno jednak dać na nie zdecydowaną odpowiedź. Bo z jednej strony, patrząc na albumy wydane w ciągu ostatnich 40 lat (a szczególnie ostatnich 25), wydaje się niemożliwe, aby mogło jeszcze powstać takie arcydzieło. Nie pojawił się w tym czasie żaden nowy zespół, który miałby ku temu predyspozycje. Z drugiej strony, na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat widać jednak pewną poprawę, jeśli chodzi o muzykę rockową. W drugiej połowie lat 90. rock był praktycznie martwy. Teraz natomiast powstaje mnóstwo nowych zespołów, które grają muzykę w stylu lat 70. Problem w tym, że jakby nie mają zbyt wiele do zaoferowania. Według mnie problem tkwi w tym, że ich inspiracje ograniczą się do dwóch, trzech podobnych wykonawców z lat 70. i na tym koniec. Moim zdaniem powinni sięgnąć głębiej - chociażby do muzyki, którą inspirowali się ich idole, których chcą naśladować. Do innych gatunków, nie tylko do rocka i jego odmian. I z tych różnych inspiracji stworzyć coś własnego. Inny błąd, jaki często popełniają współcześni muzycy, to mylenie talentu z maksymalnie zaawansowanymi umiejętnościami technicznymi. David Gilmour grając proste dźwięki był o wiele bardziej efektowny od muzyków grup typu Dream Theater. Oczywiście przyczyn, dla którego już nie powstają arcydzieła jest więcej, mają one różne podłoże (np. dzieciakom jest teraz za dobrze, przez co nie wykształca się u nich kreatywność). Wszystko może się jeszcze zmienić, ale jaka jest na to szansa? Chyba niewielka.

      Usuń
    2. Moim zdaniem problemem jest tu złe podejście muzyków. Większość z nich sądzi, że wszystko w muzyce rockowej zostało już wymyślone, a oni muszą ograniczać się do kopiowania swoich mistrzów. Dlaczego by nie spróbować połączyć blues rocka z thrash metalem? ;) Wiem, brzmi idiotycznie. Ale czy nie tak samo idiotycznie brzmiało 25 lat temu połączenie rocka progresywnego i death metalu? Mimo tego, kilka lat później Opeth zrobił to świetnie.

      Wspomniałeś jeszcze, że powstaje teraz dużo zespołów grających muzykę w stylu lat 70. Mógłbyś podać jakieś przykłady? ;) Pewnie nie zainteresują mnie jakoś specjalnie, ale warto chyba spróbować...

      I jeszcze jedno pytanie. Jakie jest Twoim zdaniem ostatnie arcydzieło muzyki rockowej? Moim zdaniem "Live After Death" Iron Maiden, albo "Perfect Strangers" Deep Purple, ale długo nad tym nie myślałem, więc znalazłby się pewnie jakiś genialny album, który został później wydany...

      Usuń
    3. Tak, takie podejście na pewno też jest przyczyną ;)

      Zespołów grających w stylu lat 70. jest sporo, głównie ze Skandynawii i innych krajów nordyckich. Za bardzo w ten temat się nie zagłębiałem, bo zazwyczaj jak sięgałem po twórczość takiej grupy, to słyszałem zupełny brak pomysłu na siebie i na ciekawe kompozycje... Zdecydowanie najlepszy według mnie jest szwedzki Witchcraft - grają podobnie do Black Sabbath, chociaż na trzecim albumie, "The Alchemist" z 2007 roku, trochę więcej pokombinowali (jest utwór z saksofonem, jest też kilkunastominutowa kompozycja z melotronem i zmianami nastroju). Ten album jest moim zdaniem naprawdę dobry, ale... "czegoś" jednak brakuje. Jest też grupa Ghost, która łączy heavy metal i hard rock z rockiem psychodelicznym i popem, ale to taka raczej ciekawostka ;) Są też Blood Ceremony (sabbathowe riffy i... jethrotullowy flet) i Blues Pills, oba z żeńskim wokalem, ale znów nie są to grupy, które robiłyby coś więcej, niż naśladowanie 2-3 innych wykonawców. I tak dalej można wymieniać - żaden z tych nowych zespołów nie ma szans nagrać rockowego arcydzieła.

      Najnowszy album studyjny, który oceniłem na 10/10 to "Wish You Were Here", a koncertowy - "Live After Death". Z takich mocnych 9/10, bliskich maksymalnej oceny, ostatni byłby prawdopodobnie "Seventh Son of a Seventh Son" Ironów. Bo "Violator" Depeche Mode to nie jest stricte rockowy album.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.