25 grudnia 2015

[Artykuł] Podsumowanie roku 2015, czyli najgorsze i najlepsze albumy wydane w ciągu ostatnich 12 miesięcy



Jak zawsze w okresie świątecznym, także tego roku przedstawiam swoje subiektywne podsumowanie roku. Na początek kilka słów o sprawach związanych z blogiem. Wśród ponad dwustu opublikowanych w tym roku postów zdecydowaną większość stanowiły, tradycyjnie, recenzje. Oprócz opisów premierowych wydawnictw, najchętniej czytane były zarówno recenzje kultowych albumów (jak np. "Sticky Fingers", "Electric Ladyland", czy "Layla and Other Assorted Love Songs") jak i tych nieznanych szerokiej publiczności (np. "It'll All Work Out in Boomland" T2, albo "Warpig" Warpig). Pojawił się także nowy, bardzo dobrze przyjęty cykl "Historie Klasycznych Albumów", na chwilę obecną liczący dziewięć części (niestety, przez nawał innych zajęć, nie zdołałem napisać planowanych dwóch kolejnych, o "Rubber Soul" Beatlesów i debiucie Wishbone Ash). Liczba odwiedzin bloga w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy wyniosła prawie 250 tysięcy wejść, co stanowi prawie połowę wszystkich odwiedzin (450 tysięcy wejść).

Płytowe podsumowanie podzieliłem w tym roku na trzy kategorie: "Najgorsze albumy", "Najlepsze albumy", oraz "Specjalne wyróżnienia". Dodatkowo, podobnie jak w zeszłym roku, na koniec zamieszczam listę zakupionych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy wydawnictw muzycznych. Zaznaczam, że wszystkie rankingi mają wyłącznie subiektywny charakter i nie pretendują do roli "jedynych słusznych, z którymi wszyscy mają się zgadzać". Mile widziane są komentarze z Waszymi listami ulubionych (lub znienawidzonych) tegorocznych wydawnictw, natomiast nie będę publikował komentarzy krytykujących moje wybory (wymiana zdań o jakości poszczególnych wydawnictw, jeśli jest prowadzona na poziomie, ma sens, ale krytykowanie czyiś preferencji jest infantylne). Zanim jednak przejdę do swoich rankingów, przedstawię grafikę z wynikami głosowania na najlepszy tegoroczny album, przeprowadzony w zamieszczonej na blogu ankiecie. Wyniki dość mocno pokrywają się z moim własnym podsumowaniem, chociaż spora część Czytelników (i pewnie także przypadkowych odwiedzających) oddała głosy na albumy, które znajdują się na mojej liście najgorszych wydawnictw. Na samym końcu notowania znajdują się głównie albumy, których nie umieściłem w żadnym rankingu, ale też jeden (bez żadnych głosów), który znalazł się na mojej liście najlepszych.





Największe rozczarowania 2015 roku:


5. Dave Gahan & Soulsavers - "Angels & Ghosts". Ukazało się w tym roku wiele znacznie gorszych albumów od tego, jednak zdecydowałem się umieścić go na liście najgorszych, ponieważ jest on dla mnie największym tegorocznym rozczarowaniem (cztery poniższe pozycje nie były rozczarowaniami, bo nie oczekiwałem po nich wiele). Spodziewałem się kontynuacji poprzedniego albumu Soulsavers z Gahanem, "The Light the Dead See" z 2012 roku, czyli przepięknych melodii, niepowtarzalnego klimatu i przepełnionych szczerymi emocjami partii wokalnych. Zamiast tego dostałem bardzo konwencjonalny, bezbarwny pop rock. Kilku utworów słucha się całkiem przyjemnie ("Shine", "You Owe Me", "Tempted" i "All of This and Nothing"), ale całość jest dość nużąca.

4. Saxon - "Battering Ram". Poprzedni album grupy, "Sacrifice" z 2013 roku, zmieścił się w pierwszej dziesiątce mojego podsumowanie sprzed dwóch lat. Bo był to album, który pokazywał, że w tak wyeksploatowanym doszczętnie stylu, jakim jest heavy metal, wciąż można tworzyć interesującą muzykę. Na "Battering Ram" już tak dobrze nie jest - to metalowa sztampa, do bólu schematyczna, pozbawiona ciekawych riffów i solówek, oraz dobrych melodii. Na plus mogę zaliczyć tylko dwa utwory: "Top of the World" z fajnymi unisonami gitar, oraz półballadowy "To the End". Z pewnością ukazało się w tym roku mnóstwo gorszych, jeszcze bardziej wtórnych i bezbarwnych metalowych albumów, ale na szczęście nie miałem okazji ich usłyszeć.

3. Scorpions - "Return to Forever". Zespół powinien zakończyć, tak jak obiecywali muzycy, karierę albumem "Sting in the Tail" z 2010 roku. Całkiem przyzwoitym, nie przynoszącym grupie wstydu. "Return to Forever" to jedno z najsłabszych wydawnictw grupy. Album złożony jest z nagranych współcześnie odrzutów z lat 80. i 90., a także nowych kawałków, napisanych przy istotnej pomocy producentów (którzy zupełnie nie mają pojęcia czym jest hard rock - co słychać także w plastikowym, płaskim brzmieniu, z cienko brzęczącymi gitarami i brakiem niskich tonów). Scorpionsi w ciągu swojej kariery nagrali wiele koszmarnych rzeczy (chociażby album "Eye II Eye"), ale znajdujący się tutaj kawałek "Rollin' Home", inspirowany współczesnym popem w najgorszej odmianie, przebija je wszystkie, jeżeli chodzi o poziom tandety i zażenowania. Inne utwory są tylko odrobinę lepsze. Dość niezły, choć sztampowy, mógłby być "Rock 'n' Roll Band", gdyby nie to koszmarne brzmienie, nijak nie pasujące do tego energetycznego kawałka.

2. Whitesnake - "The Purple Album". Drugi najgorszy tegoroczny album jest zarazem albumem zawierającym najlepsze kompozycje. Po czterech latach przerwy, zespół Davida Coverdale'a zamiast nowego materiału, wydał zbiór nagranych na nowo utworów, które lider 40 lat temu współtworzył z grupą Deep Purple. Bardzo lubię ten okres twórczości słynnej grupy, co chyba jeszcze bardziej wpływa na negatywny odbiór "The Purple Album". Wykonania są okropne. W połowie lat 70. Coverdale był u szczytu swoich wokalnych możliwości. Obecnie próbuje oszukać słuchaczy poprawiając komputerowo swój głos - na tyle nieumiejętnie, że podstęp od razu słychać, a w dodatku nie udało się ukryć w ten sposób, że wokalista bardzo się męczy w tym repertuarze. Muzycznie też nie jest najlepiej: instrumentaliści grają te utwory w bardzo rzemieślniczy sposób, a o ich solówkach nawet nie warto wspominać. Po prostu obecnym muzykom Whitesnake brakuje talentu (który mieli ówcześnie muzycy Deep Purple), mają tylko techniczne umiejętności. Aranżacje są bardzo bliskie oryginalnym (chlubnym wyjątkiem jest zagrany akustycznie "Sail Away", co jednak średnio pasuje do tego utworu), ale uwspółcześnione, komputerowe brzmienie czyni je kompletnie dla mnie niesłuchalnymi.

1. Paradise Lost - "The Plague Within". Lubiłem kiedyś ten zespół. Za umiejętność łączenia ciężkich brzmień z ładnymi, melancholijnymi melodiami. Albumy "Icon", "Draconian Times" i "One Second" to według mnie jedne z ciekawszych wydawnictw lat 90. Podoba mi się nawet "Host" - album, na którym muzycy postanowili zostać klonem Depeche Mode. Od kilku lat zespół jednak z każdym kolejnym albumem gra coraz ciężej. I o ile jeszcze "In Reqiuem" z 2007 roku był ciekawym powrotem do muzyki z czasów "Icon"/"Draconian Times", tak dwa kolejne były już dla mnie za mało melodyjne (choć fragmenty mają niezłe). Tegoroczny "The Plague Within" nie trafia do mnie zupełnie. Album po brzegi wypełniony jest bezmyślną agresją i ciężarem, ledwie w kilku utworach pojawiają się śladowe ilości melodii. W okolicach premiery napisałem recenzję, której jednak zdecydowałem się nie publikować, bo nie jest to muzyka (o ile w ogóle można to nazwać muzyką), o jakiej chciałbym tutaj pisać. Zamieszczę teraz zakończenie tej recenzji: Nie rozumiem czemu zespół, który wypracował kiedyś całkiem interesujący i dość oryginalny styl, cofnął się w rozwoju do grania tak bardzo niedojrzałej muzyki, w której liczy się wyłącznie bezsensowna, przejaskrawiona brutalność. Jeżeli kogoś to pociąga, może spróbować zmierzyć się z "The Plague Within". Nie sądzę jednak, by ktoś ze stałych bywalców tego bloga, był tym zainteresowany.




Najlepsze albumy 2015 roku:


10. Chris Cornell - "Higher Truth"

Ocena w recenzji: 6/10

Chris Cornell na muzycznej scenie działa już od 30 lat, a mimo to pozostaje twórcą poszukującym. Wystarczy przyjrzeć się trzem ostatnim albumom, jakie nagrał. Solowy "Scream" z 2009 roku był (nieudaną) próbą odnalezienia się w świece współczesnego, przeprodukowanego popu. Nagrany z Soundgarden "King Animal" (2012) był natomiast powrotem do brudnego, zakręconego grania, które ćwierć wieku temu przyniosło mu sławę. Natomiast tegoroczny, znów solowy, "Higher Truth" to granie bardzo ascetyczne, z akompaniamentem często ograniczającym się do gitary akustycznej. Na dłuższą metę (czyt. przy dwunastu podobnych utworach) takie proste, ograniczające aranżacje stają się męczące. Po kilku utworach zaczyna brakować różnorodności. Na szczęście nie zabrakło tutaj dobrych melodii, szczególnie w takich utworach, jak brzmiący bardzo beatlesowsko (a właściwie harrisonowsko) "Let Your Eyes Wander", singlowy "Nearly Forgot My Broken Heart", oraz folkowo-zeppelinowy "Dead Wishes".


9. Motörhead - "Bad Magic"

Ocena w recenzji: 6/10

Na Motörhead można polegać. Bez żadnego zbędnego kombinowania, muzycy grają tylko to, co wychodzi im najlepiej. Czyli bardzo energiczne, ciężkie i przebojowe kawałki, stylistycznie plasujące się gdzieś pomiędzy rock and rollem, heavy metalem i hard rockiem. I taka właśnie jest zdecydowana większość ich najnowszego longplaya. Ale zespół przecież lubi także na swoich albumach "zaskoczyć" balladą (tutaj rolę tę pełni "Till the End"). Skoro więc wszystko jest na swoim miejscu, czy można powiedzieć że "Bad Magic" to wzorowy album Motörhead?Niestety, jest pewien mankament, a są nim partie wokalne. Oczywiście, Lemmy nigdy nie był dobrym wokalistą (choć jego zachrypnięty głos dobrze współgrał z wykonywaną muzyką). Tutaj jednak wyraźnie się męczy, jest w wyjątkowo fatalnej kondycji (co potwierdzają liczne newsy o jego złym stanie zdrowia, przez który zespół często musi przerywać koncerty). O ile jeszcze w autorskim materiale jakoś daje radę, tak jego wyczyny w przeróbce "Sympathy for the Devil" Stonesów są poniżej wszelkiej krytyki.


8. Europe - "War of Kings"

Ocena w recenzji: 6/10

Jeszcze mniej niż rok temu wyśmiałbym każdego, kto powiedziałby, że umieszczę w swoim podsumowaniu album Europe. Tego samego Europe, który zawsze był dla mnie synonimem obciachu i tandety. Ich najnowszy album zaskoczył mnie jednak pozytywnie. Zamiast "pudel" metalowego kiczu (a'la "The Final Countdown") otrzymujemy tutaj klasycznie hardrockowe granie, kojarzące się z twórczością takich wykonawców, jak Rainbow ("Rainbow Bridge"), Whitesnake ("Praise You", "Children of the Mind") czy Thin Lizzy ("Days of Rock 'n' Roll"). Najlepiej na albumie wypadają balladowe utwory o bluesowym odcieniu: "Angels (with Broken Hearts)", instrumentalny "Vasastan", oraz mój zdecydowany faworyt, wspomniany już "Praise You". Z mocniejszych kawałków najlepsze wrażenie sprawia przebojowy "Days of Rock 'n' Roll". Niestety, spora część zawartych tutaj utworów wypada sztampowo i mało ciekawie. Jednak "War of Kings" i tak oferuje więcej, niż spodziewałem się po tym zespole. A to już coś.


7. Riverside - "Love, Fear and the Time Machine"

Ocena w recenzji: 7/10

Stylistyczny zwrot na najnowszym albumie Riverside nie wszystkim przypadł do gustu. Sam miałem spore obawy przed premierą, gdyż zapowiedzi łagodniejszego materiału inspirowanego muzyką lat 80. nie brzmiały optymistycznie. Jednak "LFatTM" przypadł mi do gustu. Większy nacisk na melodie (np. w "Lost (Why Should I Be Frightened By a Hat?)", albo akustycznej perełce "Time Travellers") i uwypuklenie linii basu (np. "Under the Pillow", "#Addicted", "Caterpillar and the Barbed Wire") to bardzo udane zabiegi. Choć z drugiej strony, sprawiają one, że materiał bliższy jest twórczości Lunatic Soul, niż wcześniejszych dokonań Riverside. Do tych ostatnich zespół nawiązuje jednak w dwóch najdłuższych utworach, czyli "Saturate Me" i - niezbyt według mnie udanym - "Towards the Blue Horizon". A skoro już o tym mowa, nie przekonuje mnie także singlowy "Discard Your Fear", który po świetnym wstępie, nie ma już nic więcej do zaoferowania.


6. Faith No More - "Sol Invictus"

Ocena w recenzji: 8/10 (aktualna ocena: 7/10)

Po osiemnastoletniej przerwie wydawniczej, Faith No More powrócił z albumem, który brzmi jak zagubione ogniwo łączące trzy poprzednie wydawnictwa grupy. Nie brakuje tutaj nieco zwariowanych kawałków o schizofrenicznym klimacie albumu "Angel Dust" ("Super Hero", "Separation Anxiety"); surowego grania w stylu "King for a Day... Fool for a Lifetime" ("Black Friday", "Cone of Shame"); jest też kilka bardziej stonowanych utworów nawiązujących do "Album of the Year" ("Sol Invictus", "Sunny Side Up", "From the Dead"). Odrobinę powiewu świeżości przynosi rozbudowany "Matador". Jednak ten krótki, niespełna czterdziestominutowy longplay to przede wszystkim nostalgiczny powrót do lat 90., kiedy grupa odnosiła największe sukcesy. "Sol Invictus" zrobił na mnie dobre wrażenie i wystawiłem mu bardzo pozytywną ocenę, jednak od napisania recenzji ani razu do niego nie wróciłem - dlatego postanowiłem obniżyć ocenę, a także umieścić go na jednej z niższych pozycji tego rankingu.


5. Slayer - "Repentless"

Ocena w recenzji: 7/10

Kolejny, po Motörhead, zespół, na którym zawsze można polegać. Pomimo straty dwóch członków (w tym głównego kompozytora), Slayer pozostaje Slayerem. I trzyma wysoką formę. Wszystko jest tu na swoim miejscu, zaczynając od charakterystycznej, obrazoburczej okładki, a kończąc na samej muzyki. Stylistycznie plasuje się w okolicach klasycznej trójki "Reign in Blood"-"South of Heaven"-"Seasons in the Abbys" (czy również do nich podobnego, ale nie klasycznego "Christ Illusion"). To dobrze, bo na poprzednich albumach z Paulem Bostaphem zespół próbował unowocześniać swoją muzykę, czego rezultat był nienajlepszy. Tutaj otrzymujemy klasycznego Slayera, na zmianę kipiącego agresją w rozpędzonych do granic możliwości utworach (jak tytułowy, "Implode", "Take Control", "Atrocity Vendor" i "You Against You") i zwalniającego, by miażdżyć słuchacza ciężarem (np.  "Vices", "Chasing Death", "Cast the First Stone", "Pride in Prejudice"). Jest jeszcze kontrowersyjny "When the Stillness Comes", w którym zespół pozwala sobie na więcej melodyjności. Moim zdaniem to najciekawszy i najlepszy utwór z tego albumu. Bynajmniej nie mam nic do reszty - choć od dłuższego czasu nie bardzo mam ochotę słuchać takiej muzyki (dlatego "Repentless" jest kolejnym tegorocznym albumem, do którego nie wracałem po napisaniu recenzji).


4. Steven Wilson - "Hand. Cannot. Erase."

Ocena w recenzji: 8/10

Przez pół roku - od czasu premiery, 27 lutego, do początku września - był to mój faworyt na "album roku". Później jednak ukazało się kilka innych albumów, które zepchnęły "Hand. Cannot. Erase." - czwarty solowy album Wilsona - na miejsce czwarte. To jego najbardziej przystępny album z dotychczas wydanych. Nie brakuje na nim bardzo chwytliwych kawałków o wręcz piosenkowym charakterze, czego najlepszym przykładem tytułowy (ale bez kropek) "Hand Cannot Erase" oraz "Happy Returns". Ten ostatni ma przy okazji sporo wspólnego z wspomnianym wyżej zespołem. Innym utworem, który powinien spodobać się wielbicielom tamtego projektu Wilsona, jest zadziorny "Home Invasion". Na szczególne wyróżnienie zasługuje także rozbudowany "3 Years Older", mój faworyt z tego albumu. Połamany rytm i wysuwająca się na pierwszy plan partia basu przywołują skojarzenia z twórczością Rush, ale istotną rolę odgrywa tu także gitara akustyczna i pianino. Niestety, longplay ma też słabsze momenty, do których zaliczam przede wszystkim "Perfect Life" z gościnną recytacją Katherine Begley na tle monotonnego, mechanicznego podkładu.

3. Ghost - "Meliora"

Ocena w recenzji: 8/10

Jeden z ciekawszych zespołów ostatnich lat - łączący cięższe granie i satanistyczno-horrorowy klimat z rockiem psychodelicznym i popem - na swoim trzecim albumie pokazuje na co go stać. Wydany dwa lata temu "Infestissumam" budził obawy, że zespół pójdzie raczej w stronę popu, jednak "Meliora" to powrót do cięższych brzmień. Singlowy "Cirice" pod względem instrumentalnym przypomina wolniejsze utwory Slayera (z czym ciekawie kontrastuje popowy wokal i pojawiające się w refrenach klawisze). Sporo ciężaru przynoszą także takie utwory, jak np. "From the Pinnacle to the Pit" czy "Mummy Dust". Ale album jest dość zróżnicowany i znalazło się na nim miejsce także dla opartego głównie na brzmieniach akustycznych "He Is", albo dla nieco popowego, w stylu lat 80., "Deus in Absentia", który pokazuje, że zespół nie zamierza wyprzeć się stylu dominującego na poprzednim longplayu. Niestety, ta całkiem fajna muzyka wiele traci przez infantylny wizerunek zespołu (anonimowi muzycy w przebraniach), przez który ciężko traktować Ghost poważnie.


2. David Gilmour - "Rattle That Lock"

Ocena w recenzji: 8/10

Były muzyk Pink Floyd nie śpieszył się z nagraniem następcy "On an Island" z 2006 roku. W ciągu tych dziewięciu lat mógłby przecież nagrać ze trzy albumy - zamiast tego poszedł jednak w jakość. Bo "Rattle That Lock" to najlepszy album w jego solowym dorobku. Wspomniany wyżej "On an Island i jego poprzednik, "About Face", składały się głównie z melancholijnych, spokojnych piosenek, przez co w pewnym momencie zaczynają nudzić. Większą różnorodnością cechuje się debiutancki "David Gilmour", jednak tam same kompozycje nie są specjalnie ekscytujące (najlepszy utwór, "There's No Way Out of Here", to cover mało znanej grupy Unicorn). Tymczasem na czwartym krążku Gilmoura nie można narzekać ani na brak różnorodności, ani na słabe kompozycje.

Odpowiednią dynamikę zapewniają tutaj dwa singlowe kawałki - tytułowy "Rattle That Lock" oraz "Today". Oba wyróżniają się wręcz tanecznym charakterem (świetny funkowy bass Guya Pratta, dawnego współpracownika Pink Floyd), chociaż nie brakuje w nich również ostrych solówek Gilmoura. Sporym zaskoczeniem jest "The Girl in the Yellow Dress" - stricte jazzowy utwór (akompaniament stanowią głównie kontrabas, saksofon i pianino), kojarzący się z zadymionymi knajpami z czarno-białych filmów. Wpływy jazzowe słychać także w "Dancing Right in Front of Me". Reszta albumu to już typowy, melancholijny Gilmour. Takie utwory, jak "A Boat Lies Waiting", instrumentalny "And Then...", czy "In Any Longue", spokojnie mogłyby znaleźć się na którymś z ostatnich albumów Pink Floyd. Szczególną uwagę warto zwrócić na ten ostatni, brzmiący jak "Comfortably Numb" skrzyżowane z "High Hopes". To utwór tego samego kalibru. Ale cały album jest udany. Nie można nie wspomnieć o świetnej formie Davida, którego głos brzmi zaskakująco młodzieńczo (z wyjątkiem "Faces of Stone", gdzie śpiewa niżej, nieco przybrudzonym głosem), a o jego gitarowych solówek chyba nawet nie wypada wspominać, bo te zawsze były na najwyższym poziomie.


1. Iron Maiden - "The Book of Souls"

Ocena w recenzji: 7/10 (aktualna ocena: 8/10)

To zdecydowanie nie była miłość od pierwszego usłyszenia. Nawet nie od drugiego czy trzeciego. Przy pierwszym odsłuchu podobały mi się dwa utwory ("If Eternity Should Fail", tytułowy "The Book of Souls"), ale reszta tak bardzo mnie rozczarowała (lub zirytowała - vide refren "The Red and the Black"), że stwierdziłem, że to najgorszy album zespołu. Gorszy nawet od obu z Blazem Bayleyem jako wokalistą. Z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywałem na "The Book of Souls" coraz więcej rewelacyjnych momentów. By w końcu dojść do wniosku, że to zdecydowanie najlepszy album Iron Maiden z ostatniego ćwierćwiecza. Na albumach od "No Prayer for the Dying" do "The Final Frontier" są góra 3-4 utwory, które naprawdę mi się podobają, resztę uznaję za wypełniacze lub niewypały. Na "The Book of Souls" te proporcje są całkiem odwrotne.

Mimo że to najdłuższy longplay zespołu, muzykom udało się nie powtórzyć błędów kilku poprzednich wydawnictw. Przede wszystkim, nie ma tutaj niepotrzebnego wydłużania utworów, poprzez powtarzanie wciąż tych samych motywów, wszystkie trwają dokładnie ile trzeba. Cieszy też brak refrenów, polegających na powtórzeniu kilka razy tytułu. Kolejnym powodem do radości jest większa ilość krótszych, konkretnych kawałków. Czad w stylu albumów "Piece of Mind" i "Powerslave" zapewnia "Death or Glory"; niesamowicie chwytliwy "When the River Runs Deep" wprost nawiązuje do czasów "Seventh Son of a Seventh Son"; natomiast wolniejszy "Tears of a Clown" kojarzy się z późniejszymi utworami typu "Out of the Shadows" i "Coming Home". Ach tak - jest jeszcze singlowy "Speed of Light", ale to akurat najsłabszy utwór, odpychający mnie swoją topornością, prostotą i brakiem dobrej melodii.

Album zawiera także kilka utworów średniej długości, w tym fantastyczne "If Eternity Should Fail", "Shadow of the Valley" i "The Man of Sorrow". Dwa pierwsze przyciągają uwagę świetnymi melodiami, trzeci - balladowym charakterem. Jest jeszcze mniej wyrazisty "The Great Unkown" - taki tam zapełniacz. Są tu również trzy długie, ponad 10-minutowe kompozycje. "The Red and the Black" nawiązuje do tych dłuższych dzieł zespołu z lat 80. (w rodzaju "Rime of the Ancient Mariner") i byłby naprawdę wspaniałym utworem, gdyby nie wkurzające wokalizy w refrenach (w stylu koszmarnego "Heaven Can Wait). Tytułowy "The Book of Souls" przypomina z kolei utwory z ostatnich albumów, ale wypada ciekawiej od większości z nich. Czymś zupełnie nowym jest natomiast pełen rozmachu, 18-minutowy "The Empire of the Clouds", wyróżniający się obecnością pianina; można zarzucić mu przesadną pompatyczność i przerost formy, ale muszę przyznać, że przewodni motyw jest naprawdę śliczny (choć i tak wolałbym usłyszeć go na solowym albumie Bruce'a Dickinsona).

Wyszła mi tu cała recenzja, zamiast krótkiego opisu, ale cóż - ten album po prostu zasługuje by mówić i pisać o nim jak najwięcej. To zdecydowanie jedna z najlepszych premier, jakie pojawiły się w okresie od powstania tego bloga, ustępująca chyba tylko "Trzynastce" Black Sabbath. Chociaż albumy z miejsca 2. i 3. tegorocznej listy też są wyjątkowo udane. W sumie można więc uznać, że był to bardzo dobry rok.




Specjalne wyróżnienia:

Na powyższej liście umieściłem wyłącznie studyjne albumy z premierowym materiałem, chciałbym jednak wyróżnić także kilka innych wydawnictw. Kolejność według daty wydania.



King Crimson - "Live at the Orpheum". Reaktywowana legenda rocka progresywnego przypomina o sobie nową koncertówką (zarejestrowaną jesienią 2014 roku). Znalazły się na niej m.in. dobre wykonania klasycznych utworów z albumów "Islands" ("The Letters", "Sailor's Tale") i kultowego "Red" (niegrany wcześniej na żywo "One More Red Nightmare", oraz równie piękny jak w oryginale "Starless"). Szkoda jedynie, że całość trwa zaledwie czterdzieści minut. Cóż stało na przeszkodzie, aby wydłużyć go o inne grane wówczas utwory (np. "Pictures of a City", "Red", "Larks' Tongues in Aspic, Part Two", "21st Century Schizoid Man")? Być może tegoroczna, europejska trasa zostanie udokumentowana w dokładniejszy sposób. Najbardziej czekam jednak na nowy materiał. O jego poziom nie trzeba się chyba martwić - nagrania zawarte na "Live at the Orpheum" pokazują, że zespół jest w dobrej formie wykonawczej. Oby także kompozytorskiej.

Taste - "What's Going On: Live at the Isle of Wight 1970" (DVD). Czterdzieści pięć lat po słynnym festiwalu na wysypie Wight z 1970 roku (wystąpiły na nim takie gwiazdy, jak The Who, czy - grający wówczas po raz ostatni dla brytyjskiej publiczności - Jimi Hendrix i The Doors) zdecydowano się opublikować rejestrację występu mało znanej grupy Taste, dowodzonej przez fenomenalnego Rory'ego Gallaghera. Jakość zapisu, zarówno jeśli chodzi o obraz, jak i dźwięk, jest zaskakująco doskonała, jak na materiał, który przeleżał tyle lat w archiwum. A pod względem wykonawczym jest jeszcze bardziej rewelacyjnie: zespół gra tutaj porywające wersje swoich utworów (np. "What's Going On", "Same Old Story"), jak i bluesowych standardów, wzbogaconych rockową energią i ciężarem ("Catfish", "Sugar Mama", "Gamblin' Blues"). Na scenie nie dzieje się zbyt wiele, ale dzięki temu, że występ odbywał się za dnia, można dobrze przypatrzyć się hipisowskiej publiczności. To czyni ten dokument jeszcze bardziej interesującym zapisem tamtych czasów. DVD zawiera także sporo dodatków: trzy utwory wykonane na żywo, ale bez udziału publiczności, dla niemieckiej telewizji (w tym jazzrockowy "It's Happened Before, It'll Happen Again" pokazujący kunszt Gallaghera zarówno jako gitarzysty, jak i saksofonisty), oraz trzy "teledyski" (dziś wywołujące raczej zażenowanie, niż inne emocje).

Pink Floyd - "1965: Their First Recordings". Sześcioutworowa EPka, wydana w bardzo limitowanym nakładzie, zawierająca najwcześniejsze, dotąd nieopublikowane nagrania tego słynnego zespołu. Pokazują one zupełnie inne oblicze grupy, która w tamtym czasie wykonywała... dość stereotypowy rhythm 'n' blues. Lekką zapowiedź późniejszego, psychodelicznego stylu Pink Floyd (znanego z debiutanckiego "The Piper at the Gates of Dawn") znajdziemy tylko w utworze "Butterfly". Zaskakująco wypada natomiast stricte bluesowy "I'm a King Bee" (z repertuaru Slima Harpo), a także "Walk with Me Sydney", wyróżniający się damsko-męską partią wokalną (Syd Barrett śpiewa w duecie z Juliette Gale, późniejszą żoną Ricka Wrighta). Mnie najbardziej do gustu przypadł bardzo chwytliwy, mimo surowego brzmienia, "Lucy Leave". Ogólnie rzecz biorąc, nie są to jakieś wybitne nagrania, ale też nie tak słabe, by przez pięćdziesiąt lat trzymać je w ukryciu. Wydawnictwo ma przede wszystkim ogromną wartość historyczną - pokazuje od czego zaczynał jeden z najważniejszych i najlepszych zespołów rockowych. Podobno w przyszłym roku nagrania mają zostać wznowione na jakimś powszechnie dostępnym wydawnictwie. Pozostaje czekać.




Albumy, które kupiłem w tym roku:

Z tegorocznych wydawnictw nabyłem cztery: "Hand. Cannot. Erase." i "Rattle That Lock" na winylach, "The Book of Souls" na CD ("Deluxe Edition"), oraz "What's Going On: Live at Isle of Wight 1970" na DVD. Poza tym, kupiłem także sporo starszych wydawnictw:

Winyle:
  1. The Allman Brothers Band - "At Fillmore East" (1971)
  2. Black Sabbath - "Cross Purposes" (1994; nieoficjalna reedycja 2014, z bonusowym utworem "What's the Use")
  3. Cream - "Wheels of Fire" (1968)
  4. Cream - "The Best of Cream Live" (1972; albumy "Live Cream" i "Live Cream II" w jednej kopercie)
  5. Deep Purple - "Come Taste the Band" (1975)
  6. Depeche Mode - "101" (1989)
  7. Depeche Mode - "Ultra" (1997; reedycja 2007)
  8. Eric Clapton - "Rainbow Concert" (1973)
  9. The Honeydrippers - "Volume One" EP (1984)
  10. Howlin' Wolf - "The London Sessions" (1971)
  11. Jethro Tull - "Stand Up" (1969)
  12. Jethro Tull - "Aqualung" (1971)
  13. Jethro Tull - "Living in the Past" (1972) sprzedany
  14. Jethro Tull - "Songs from the Wood" (1977)
  15. Jethro Tull - "The Broadsword and the Beast" (1982)
  16. Jimi Hendrix - "Band of Gypsys" (1970)
  17. Led Zeppelin - "Physical Graffiti" (1975)
  18. Led Zeppelin - "Presence" (1976)
  19. Mountain - "Live: The Road Ever Goes On" (1972)
  20. Queen - "The Game" (1980)
  21. The Rolling Stones - "Get Yer Ya-Ya's Out!" (1970)
  22. The Rolling Stones - "Hot Rocks (1964-1971)" (1971)
  23. Rory Gallagher - "Deuce" (1971)
  24. Rory Gallagher - "Irish Tour '74" (1974)
  25. Rory Gallagher - "Calling Card" (1976)
  26. Rory Gallagher - "Top Priority" (1979)
  27. Rory Gallagher - "Jinx" (1982)
  28. Taste - "Taste" (1969)
  29. Taste - "On the Boards" (1970)
  30. Traffic - "John Barleycorn Must Die" (1970)
  31. Traffic - "The Low Spark of High Heeled Boys" (1971)
  32. UFO - "UFO II: Flying" (1971)
  33. The Who - "Live at Leeds" (1970)
  34. The Who - "Who's Next" (1971)
  35. Wings - "Greatest" (1978)

DVD:
  1. Deep Purple - "Live in Concert 72/73" (2005)
  2. Deep Purple - "Live in California 74" (2005)
  3. Led Zeppelin - "DVD" (2003)
  4. Rory Gallagher - "Live at Montreux Festival 1975-94" (2006; reedycja 2013 z bonusową płytą CD)
  5. The Who - "Live at the Isle of Wight Festival 1970" (2004)



9 komentarzy:

  1. Rewelacyjne zestawienie. Ze słyszanych przeze mnie płyt 2015 r. również daję na 1. miejsce najnowsze dzieło Maidenów.

    Czekam na więcej recenzji :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak patrzę na to Twoje zestawienie widzę wyraźnie, że slogan, który wybrałeś na nazwę bloga jest nieprawdą ;)

    W 2015 wyszło sporo fajnych płyt: jazzowych, elektronicznych, awangardowych, w mniejszym stopniu z kręgów tzw. "rocka/popu alternatywnego". Natomiast tegoroczny klasyczny rock to potworna nędza. I w Twoim zestawieniu widać to jak na dłoni - na pierwszym miejscu jedna z najsłabszych płyt w dyskografii Iron Maiden (nawet jeśli to najlepszy album z tych słabszych to i tak...), na miejscu drugim jedna z najsłabszych płyt, na jakiej David Gilmour w życiu zagrał. Lipa jak nie wiem co. Na Twoim miejscu albo zakopałbym się w latach minionych, albo postarał się wgryźć w nowocześniejsze granie, bo słuchanie np. "Rattle That Lock" to absolutna strata czasu.

    A tak przy okazji: życzę wszystkiego dobrego w nowym roku! Licznych, muzycznych odkryć i dalszego rozwoju. Może za parę lat będziesz tu opisywał Mingusa, Coltrane'a, Księżyc... albo nawet Jordi Savalla! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie jest to strata czasu, bo oba wspomniane albumy (oraz 2-3 kolejne pozycje z listy) dostarczyły mi podczas słuchania sporo przyjemności. A o to właśnie chyba w tym chodzi. Przede wszystkim powinno się czerpać radość ze słuchania muzyki, chyba, że akurat słuchamy jej dla innych emocji. Najważniejsze jest to jak działa na słuchacza (czy rzeczywiście mu się podoba, czy chce do niej wracać), a nie jak bardzo jest to ambitne. Czas zrozumieć takie podstawy, że nie każdemu podoba się to samo, oraz że "bardziej ambitne" nie zawsze znaczy "lepsze" (ani subiektywnie, ani obiektywnie).

      W nazwie bloga chodzi raczej o te najwybitniejsze zespoły sprzed lat, jak The Beatles, Pink Floyd, czy Led Zeppelin. Bo pamięć wciąż o nich żyje, choć od dawna nic nie nagrywają (pół-odgrzewany "The Endless River" się nie liczy).

      Za życzenia dziękuję i nawzajem, ale to chyba jednak nie jest blog dla Ciebie ;) Jazz, awangarda i elektronika odbiegają nie tylko od narzuconej tytułem tematyki, ale też i od moich zainteresowań.

      Usuń
  3. No, własnie mam wrażenie, że wcale tak bardzo nie odbiegają: skoro Pink Floyd, to czemu nie Tangerine Dream? Przecież ich płyty, zwłaszcza z drugiej połowy lat 70' są totalnie Pink Floydowe. "Cyclone" to elektronika, a jednocześnie przecież klasyczny prog rock! Skoro recenzujesz Traffic i Colosseum, a nawet widziałem Mahavishnu Orchestra, to od fusion nie jesteś daleki - a już na pewno nie od tej bardziej rockowej jej części. Wbrew pozorom droga od klasycznego rocka do nieklasycznego nie-rocka wcale taka długa nie jest! :D

    A co do tego słuchania dla przyjemności - z jednej strony to prawda, ale z drugiej jest jednak tak, że te obiektywnie przeciętne płyty (jak "Rattle That Lock") nawet jeśli słuchanie ich w pierwszej chwili jest przyjemne, to jakoś się do nich potem nie wraca. Nie wiem, może za 10 lat wrócisz do którejś z płyt, którą wymieniłeś w swojej dziesiątce 2015, ale gdybym miał prorokować powiedziałbym, że będziesz wracał rzadko i coraz rzadziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię jazz w małych ilościach, ale mam wrażenie, że albumy np. Johna Coltrane'a czy Milesa Davisa nie pasowałyby do tego bloga. Traffic, Colosseum, nie wspomniany przez Ciebie King Crimson, czy nawet Mahavishnu Orchestra (przynajmniej na debiucie, innych albumów nie znam) to jednak zespoły rockowe, jedynie czerpiące, w mniejszym lub większym stopniu, z jazzu. Tak samo nie sądzę, żebym pisał tu kiedyś o "czystym" bluesie, mimo wielkiego uwielbienia dla blues rocka. Z dyskografii Howlin' Wolfa i Muddy'ego Watersa zrecenzowałem tylko londyńskie sesje, na których grają bardziej rockowo.

      Jak dotąd wciąż chętnie słucham pierwszej trójki tej listy - jako jedynych z lat "2010s", nie licząc "13" Black Sabbath. Możliwe, że z czasem zmieni się mój stosunek do nich, ale tak samo jest możliwe, że się nie zmieni. Więc zamiast prorokować, lepiej poczekać na jakieś podsumowanie dekady ;)

      Usuń
    2. "A Tribute to Jack Johnson" Davisa do tematyki bloga pasuje całkiem nieźle, podobnie jak większość kolejnych płyt Mahavishnu Orchestry (to wbrew pozorom nie był zespół rockowy, ich numery maja bardzo otwarty charakter. Tak bardzo, że pomimo brzmienia trudno je uznać za rockowe), Retrun to Forever gdzieś tak od trzeciej płyty, Nucleus i mnóstwo innych rzeczy. Nawet, jeżeli miałbyś trzymać się rocka, to wiele wydawałoby się nie rockowych płyt mieści Ci się dużo bardziej niż sądzisz (Wolf i Waters to dobry przykład tego "zjawiska").

      Na koniec dekady chętnie poczekam - bardzo ciekaw jestem tej kolejnej, identycznej jak poprzednie płyty Deep Purple, która w między czasie pewnie się ukaże :P

      Usuń
  4. Bardzo ciekawe podsumowanie. U mnie lista najgorszych albumów wygląda tak:
    1. Scorpions - Return to Forever
    2. Whitesnake - The Purple Album
    3. UFO - Conspiracy of Stars
    4. Saxon - Battering Ram
    5. Chris Cornell - Higher Truth

    A najlepszych tak:
    1. David Gilmour - Rattle That Lock
    2. Steven Wilson - Hand. Cannot. Erase.
    3. Iron Maiden - The Book of Souls
    4. Faith No More - Sol Invictus
    5. Riverside - Love, Fear and the Time Machine
    6. Danzig - Skeletons
    7. Slayer - Repentless
    8. Europe - War of Kings
    9. Ghost - Meliora
    10. Motorhead - Bad Magic

    OdpowiedzUsuń
  5. Pozwolę sobie również dorzucić coś od siebie.
    Mój osobisty #1 to Steven Wilson, choć nieco razi "dziwny" miks tej płyty. (z tego samego powodu, to znaczy "zarzygania" brzmienia wokalem nie jestem w stanie słuchać dłużej niż kilka minut naprawdę dobrej muzyki Riverside)
    #2 - dosłownie o włos niżej wylądował nowy album projektu Fjieri. "Wilsonowo".
    #3 - dwie pozycje - Tim Bowness - "Stupid Things...". Znów klimaty "Wilsonowe", a że jeszcze dane mi było być na tegorocznym Ino-Rocku....
    #3 - z taką samą ilością "punktów", chyba największe moje tegoroczne pozytywne zaskoczenie, polski zespół Beyond the Event Horizon. Niby nic odkrywczego - powiem więcej - zalatuje mocną inspiracją Toolem, ale całość podana w fajnej formie. I podstawowy w polskich warunkach atut - brak wyjca!
    Rozczarowaniem #1 okazała się nowa płyta Faith no More. Niby słychać solidny warsztat, ogranie i rzemiosło, ale...brzmi tak, jakby muzycy nie wiedzieli o co im chodzi, jakby grali na siłę. W tym przypadku ciesze się, że nie zdążyłem kupić płyty w ciemno.

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetne podsumowanie, w tym roku działo się naprawdę wiele, jazz, funk i ambient pcha się do naszych domów oknami, włazi w tą gitarową muzykę naprawdę dobrze i z klasą. A co ważne duch starego rocka nie ucieka.

    OdpowiedzUsuń