31 grudnia 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "It's Only Rock 'n' Roll" (1974)



O zawartości "It's Only Rock 'n' Roll" praktycznie wszystko mówi jego tytuł. Zdecydowana większość tego albumu to stonesowski rock, wywodzący się bezpośrednio z rhythm 'n' bluesa i rock and rolla. Eksperymenty z innymi stylami poszły niemal w niepamięć. Niemal, bo jednak znalazły się tutaj takie utwory, jak akustyczny "Till the Next Goodbye" (przypominający folkowe kawałki Led Zeppelin), ballada "If You Really Want to Be My Friend", w której pojawiają się soulowe chórki (w wykonaniu członków zespołu Blue Magic), a także "Fingerprint File" oparty na taneczno-funkowej linii basu. Ten ostatni to zresztą jeden z najbardziej niedocenianych i najciekawszych utworów w dyskografii zespołu. Ów wspomniany, taneczny charakter, spotyka się tutaj z niemal hardrockową zadziornością gitarowych partii. A to, co Mick Taylor wyprawia na basie, to prawdziwe mistrzostwo.

Największą perłą tego albumu jest jednak "Time Waits for No One" - rewelacyjna ballada, z kilkoma wspaniałymi gitarowymi solówkami Taylora, z ładnymi klawiszowymi ozdobnikami Nicky'ego Hopkinsa, oraz z zapadającą w pamięć linią wokalną. Warto też zwrócić uwagę na wykorzystany w tle syntezator - rzecz wcześniej nie pojawiającą się na płytach zespołu. Reszta albumu to już typowi Stonesi - dynamiczni, zadziorni i trochę niechlujni. Energetyczne kawałki w rodzaju "If You Can't Rock Me" (swoją drogą - świetny otwieracz), "Ain't Too Proud to Beg" (oryginalnie wykonywanego przez The Temptations), "Luxury" i "Dance Little Sister" to dokładnie takie granie, jakiego można się po tym zespole spodziewać. Do nich zalicza się także tytułowy "It's Only Rock 'n Roll (But I Like It)" - jeden z najbardziej znanych utworów zespołu, który można wręcz uznać za jego hymn. Całości dopełnia jeden wypełniacz w postaci niezbyt interesującego, mimo bluesowych partii gitar, "Short and Curlies".

"It's Only Rock 'n' Roll" to powrót zespołu do wysokiej formy. Niestety, longplay okazał się ostatnim nagranym z najbardziej utalentowanym muzykiem, jaki przewinął się przez skład The Rolling Stones, Mickiem Taylorem. Gitarzysta nigdy nie pasował do reszty zespołu pod względem charakteru, ale szalę przeważyło nieuwzględnienie jego istotnego wkładu kompozytorskiego w ten album (wspólnie z Jaggerem stworzył utwory "Till the Next Goodbye" i "Time Waits for No One", tymczasem ich autorstwo zostało przypisane Jaggerowi i... niezaangażowanemu w ich powstanie Richardsowi). Odejście Taylora było największą stratą dla zespołu. Bo to w sporym stopniu dzięki niemu albumy zespołu z lat 1969-74 są tak udane.

Ocena: 8/10



The Rolling Stones - "It's Only Rock'n'Roll" (1974)

1. If You Can't Rock Me; 2. Ain't Too Proud to Beg; 3. It's Only Rock 'n Roll (But I Like It); 4. Till the Next Goodbye; 5. Time Waits for No One; 6. Luxury; 7. Dance Little Sister; 8. If You Really Want to Be My Friend; 9. Short and Curlies; 10. Fingerprint File

Skład: Mick Jagger- wokal, gitara (3,10); Keith Richards - gitara, bass (1), dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara, syntezator (5), kongi (7), bass (10), dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass (2-9), syntezator (10); Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Billy Preston - instr. klawiszowe (1,2,8,10); Ian Stewart - pianino (3,7,9); Nicky Hopkins - pianino (4-6,8,10); Ray Cooper - instr. perkusyjne; Ed Leach - instr. perkusyjne (2); Charlie Jolly - tabla (10); Blue Magic - dodatkowy wokal (8)
Producent: Mick Jagger i Keith Richards


30 grudnia 2015

[Recenzja] The Yardbirds - "Little Games" (1967)



Po kilkunastu miesiącach personalnej stabilizacji, skład The Yardbirds zaczął się sypać. Najpierw odszedł basista Paul Samwell-Smith, który postanowił zostać producentem muzycznym. Na jego miejsce przyjęto znanego muzyka sesyjnego, Jimmy'ego Page'a. Skład ten okazał się jednak efemerydą. W tym okresie zarejestrowano tylko trzy utwory: psychodeliczne "Happenings Ten Years Time Ago" i "Psycho Daisies", które wydano razem na singlu, a także hardrockowy "Stroll On", będący nową wersją "The Train Kept A-Rollin'" (z własnym tekstem). Ten ostatni powstał do filmu "Blow-Up" (w Polsce znanego jako "Powiększenie") w reżyserii Michelangelo Antonioniego (zespół wystąpił zresztą w jednej ze scen, pokazującej jak grają ten utwór podczas koncertu - zakończonego rozwaleniem gitary przez Jeffa Becka). Co ciekawe, każdy z tych utworów powstał w nieco innym składzie. "Psycho Daisies" jest jednym z dwóch utworów zespołu (obok "The Nazz Are Blue"), w którym rolę wokalisty pełni Beck, a także jedynym, w którym Page rzeczywiście zagrał na basie. W "Happenings Ten Years Time Ago" i "Stroll On" pełni już rolę gitarzysty solowego, dzieląc ten obowiązek z Beckiem, natomiast na basie grają odpowiednio John Paul Jones, jako muzyk sesyjny, oraz Chris Dreja, dotychczasowy gitarzysta rytmiczny, który pozostał basistą już do końca istnienia The Yardbirds.

Niedługo później doszło do kolejnego rozłamu. Muzycy mieli dość olewającego koncerty Becka i podczas jednej z jego nieobecności postanowili wywalić go z grupy. Przypadkiem lub nie, właśnie w tym czasie popularność zaczęły zdobywać zespoły z tylko jednym gitarzystą, jak The Who, Cream czy The Jimi Hendrix Experience. Dawało im to większe pole do popisu podczas koncertowych improwizacji (z drugim gitarzystą trudniej byłoby uniknąć chaosu), które również w tamtym czasie stawały się bardzo popularne. Okrojony skład The Yardbirds postanowił podpiąć się pod te trendy, włączając improwizacje do swoich występów. Niestety, ich koncertowe wyczyny, nie miały żadnego przełożenia na działalność studyjną. Wytwórnia podcięła muzykom skrzydła, przydzielając im jako producenta niejakiego Mickiego Mosta - faceta wciąż żyjącego w poprzedniej epoce, kiedy to najważniejsze były single. Podczas sesji kazał zespołowi pracować głównie nad podsuniętymi przez siebie cudzymi kompozycjami, które miały zostać wydane na małych płytach; znacznie mniej czasu pozwalając im pracować nad utworami, które miały wypełnić ich kolejny album długogrający (z kawałków singlowych znalazł się na nim tylko "Little Games", który dostarczyli wynajęci przez Mosta songwriterzy). W sumie na nagranie tego albumu - nie licząc zarejestrowanego wcześniej utworu tytułowego - muzycy dostali tylko trzy dni. W takim pośpiechu, pod okiem niechętnego eksperymentom i utworom dłuższym niż trzy minuty producenta, nie mogło powstać nic wyjątkowego.

"Little Games" to przede wszystkim proste piosenki, na pograniczu popu (banalne melodie, przewidywalne struktury) i rocka (ostre brzmienie). Taki jest chociażby utwór tytułowy czy "No Excess Baggage". Rozrzut stylistyczny jest tu jednak całkiem spory, szczególnie pod koniec albumu, gdy kolejno słuchamy tak różnych utworów, jak inspirowany przedwojennym bluesem "Stealing Stealing" (wzbogacony brzmieniem kazoo), oparty na brzmieniach akustycznych "Only the Black Rose", oraz brzmiący jak piosenka dla dzieci  "Little Soldier Boy". A przecież na albumie są też takie utwory, jak ciężki, bluesrockowy "Smile on Me" (oparty na "Shake on Me" Howlin' Wolfa), czy psychodeliczny odlot "Glimpses". Warto na chwilę się zatrzymać przy tym ostatnim, bo to naprawdę interesująca rzecz. Oparta na wyrazistej, mantrowej partii basu, z równie monotonną perkusją, intrygującą improwizacją Page'a, klimatyczną wokalizą i różnymi dodatkowymi dźwiękami. Longplay jednak przede wszystkim powinien zainteresować wielbicieli Led Zeppelin, bo to właśnie tutaj należy szukać korzeni tej grupy. Jimmy Page już tutaj zaproponował takie rozwiązania, jak granie na gitarze smyczkiem ("Tinker, Tailor, Soldier, Sailor") czy dublowanie linii wokalnej za pomocą gitary ("Drinking Muddy Water", oparty na bluesowym klasyku "Rollin' and Tumblin'", znanym m.in. z wykonania Muddy'ego Watersa). Nie można zapomnieć o instrumentalnym "White Summer", czyli pierwowzorze "Black Mountain Side" z debiutu Led Zeppelin. Podobnie jak w tamtym utworze, Page gra tutaj na gitarze akustycznej, imitującej brzmienie sitaru, z towarzyszeniem muzyka grającego na tabli (indyjskim instrumencie perkusyjnym). Jednak w "White Summer" pojawia się także partia oboju.

Chociaż na "Little Games" nie brakuje ciekawych utworów (z "Glimpes" i "White Summer" na czele), to stylistyczna niespójność wpływa negatywnie na odbiór całości - szczególnie pod koniec albumu pojawia się wręcz wrażenie chaosu. Gdyby jednak wyrzucić trzy ostatnie utwory, a pozostałe nieco wydłużyć (tylko "Glimpes" trwa powyżej czterech minut, ale to właśnie w nim najbardziej razi zbyt nagłe zakończenie), byłby to naprawdę niezły album.

Ocena: 6/10

PS. "Little Games" okazał się dla The Yardbirds łabędzim śpiewem. Niedługo po jego wydaniu, Keith Relf i Jim McCarty stwierdzili, że nie interesuje już ich granie rocka i odeszli z zespołu, by stworzyć folkowy duet Together, a następnie progresywno-folkową grupę Renaissance. Na ich miejsce przyjęto Roberta Planta i Johna Bonhama, a zespół zmienił nazwę na The New Yardbirds. Kiedy jednak jego szeregi opuścił także Chris Dreja (by poświęcić się innej pasji, jaką była fotografia), a jego miejsce zajął John Paul Jones, nazwa została zmieniona na Led Zeppelin. Podczas gdy Page i spółka odnosili coraz większe sukcesy, Keith Relf postanowił wrócić do mocniejszego grania, czego wynikiem było powstanie grupy Armageddon. Niestety, zespół zdążył wydać tylko jeden album, zanim w maju 1976 roku Relf zmarł w wyniku porażenia prądem ze źle uziemionej gitary. W latach 80. doszło do zjednoczenia Chrisa Dreji, Jima McCarty'ego i Paula Samwell-Smitha, którzy nagrali dwa albumy pod szyldem Box of Frog (na pierwszym wystąpił gościnnie m.in. Jeff Beck). W 1992 roku McCarty i Dreja reaktywowali natomiast The Yardbirds, który działa do dzisiaj (choć od dwóch lat już bez Dreji). Jedyny studyjny album tego wcielenia grupy, "Birdland", ukazał się w 2003 roku, a na jego zawartość składają się głównie nowe wersje utworów z lat 60., uzupełnione kilkoma nowymi kompozycjami (w tym znów jedną z gościnnym udziałem Becka).



The Yardbirds - "Little Games" (1967)

1. Little Games; 2. Smile on Me; 3. White Summer; 4. Tinker, Tailor, Soldier, Sailor; 5. Glimpses; 6. Drinking Muddy Water; 7. No Excess Baggage; 8. Stealing Stealing; 9. Only the Black Rose; 10. Little Soldier Boy

Skład: Keith Relf - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Jimmy Page - gitara; Chris Dreja - bass (2,4-6,8-10), dodatkowy wokal; Jim McCarty - perkusja i instr. perkusyjne (2,4-10), dodatkowy wokal
Gościnnie: John Paul Jones - bass (1,7), aranżacja instr. smyczkowych (1); Dougie Wright - perkusja (1); Chris Karan - tabla (3); Ian Stewart - pianino (6)
Producent: Mickie Most


29 grudnia 2015

[Artykuł] Rock in Peace: Lemmy Kilmister (1945-2015)

Trudno w to uwierzyć. Symbol rock and rolla, Lemmy Kilmister, zmarł wczoraj wieczorem. Chociaż w ostatnim czasie mocno podupadł na zdrowiu, nikt chyba nie podejrzewał, że tak szybko nastąpi koniec. Mimo kilkudziesięciu lat nadużywania alkoholu, narkotyków i papierosów, Lemmy wydawał się niezniszczalny - regularnie co dwa lata wydawał nowe albumy pod szyldem Motörhead, wyruszał z zespołem na długie trasy... Dopiero w ostatnich miesiącach te wszystkie beztroskie lata odbiły się na jego formie i zdrowiu. Chociaż sam zapewniał, że to tylko przejściowe problemy, rzeczywistość okazała się znacznie poważniejsza.


Lemmy, a właściwie Ian Fraser Kilmister, urodził się 24 grudnia 1945 roku, gdzieś w północnej Walii. Od dzieciństwa interesował się rock and rollem. Bo to taka niegrzeczna, niepokorna muzyka, bo rodzice tego nienawidzili, bo jest w tym ta wspaniała postawa - mówił. Pierwszy raz mnie wzięło, gdy zobaczyłem jak Little Richard śpiewa "Good Golly Miss Molly". Wzięło mnie bez reszty. Potem oczywiście The Beatles, dla mnie największa grupa świata. Później pierwszy album Pink Floyd, Creedence Clearwater Revival, naturalnie Jimi Hendrix. On i Jeff Beck to dla mnie najlepsi gitarzyści na tej planecie. I tak dalej. Jedyne co chciałem w życiu robić, to grać rock'n'rolla. Samodzielnie zaczął uczyć się gry na gitarze. Byłem okropnym gitarzystą - przyznawał. Naprawdę miernym. Dawałem z siebie wszystko, ale muszę przyznać, że to było beznadziejne. W wieku kilkunastu lat opuścił dom i zamieszkał w Londynie. Tam zdobywał doświadczenie w takich grupach, jak The Rocking Vicars (mającej kontrakt z Deccą, ale żadna stacja radiowa nie chciała grać ich utworów ze względu na kontrowersyjny image muzyków, przebranych za księży), Sam Gopal, oraz Opal Butterfly.

Na utrzymanie zarabiał jako techniczny The Jimi Hendrix Experience. Nieco przypadkiem zdobył tę posadę. Po przyjeździe do Londynu dzieliłem mieszkanie z Noelem Reddingiem [basistą Experience] i takim kolesiem, który był technicznym u The Who - wspominał Lemmy. Robili jakąś tam trasę i to on załatwił mi tę robotę. Hendrix stał się właśnie wtedy wielki, ale ja nie byłem jego technicznym. Ot, zwyczajnie nosiłem graty, taka jest prawda. Po latach przyznawał, że nosił nie tylko "graty". Załatwiałem mu dziesięć działek, on brał siedem, a trzy oddawał mnie i trzeba było to zażyć - mówił. Czułbym się jak gbur, gdybym tego nie zrobił. Zwykle brałem jedną działkę, a dwie chowałem za uchem na później. LSD w tamtych czasach to było coś niesamowitego. Teraz jest tylko speed i sztuczne dragi. A LSD było czyściutkie. Połykaliśmy je niczym słodycze. To prawdopodobnie właśnie w tym okresie Lemmy rozpoczął swój rock and rollowy tryb życia. Narkotyki i alkohol stały się dla niego chlebem powszednim. 

W 1972 roku jego kariera muzyczna nabrała impetu, gdy dołączył do już uznanej grupy Hawkwind, początkowo jako gitarzysta, ostatecznie jednak został w niej basistą. Byłem w trasie z Hendrixem - wspominał. I to on mi powiedział, że nigdy nie będę dobrym gitarzystą. Mimo to miałem szczęście. Dołączyłem do Hawkind jako gitarzysta, ale zdecydowali, że nie będą potrzebować kolejnego gitarzysty - Dave [Brock] zdecydował, że weźmie gitarę wiodącą. Wtedy na jednym z darmowych koncertów nie pojawił się basista - bo mu nie płacili. Zostawił swój bas i wzmacniacz... Jako członek zespołu, Kilmister nagrał z nim trzy kolejne albumy studyjne: "Doremi Fasol Latido" (1972), "Hall of the Mountain Grill" (1974) i "Warrior on the Edge of Time" (1975), a także koncertowy "Space Ritual" (1973). Zespół zdobywał coraz większe uznanie, jednak Lemmy nie zagrzał w nim długo miejsca. Po incydencie na kanadyjskiej granicy (celnicy myśleli, że próbuje przemycić kokainę, w rzeczywistości był to legalny wówczas w Kanadzie siarczan amfetaminy), w wyniku którego zespół musiał odwołać część koncertów, Lemmy został wyrzucony z Hawkwind. Wówczas założył swój własny zespół, Motörhead. Już wcześniej wykorzystał ten termin (oznaczający osobę zażywającą amfetaminę) jako tytuł utworu napisanego dla Hawkwind (wydanego na stronie B singla "King of Speed", później nagranego także przez Motörhead). Twórczość zespołu jest różnie szufladkowana - od hard rocka i heavy metalu po punk rock - jednak Lemmy zawsze powtarzał: Ja to nazywam rock and rollem. I dodawał: Naprawdę nie obchodzi mnie jak to nazwą inni. To naturalne rozwinięcie muzyki Eddiego Cochrana i Little Richarda.

Dalsza historia Lemmy'ego to tak naprawdę historia Motörhead. Czasy się zmieniały, zmieniali się gitarzyści i perkusiści, ale Kilmister konsekwentnie stał na czele zespołu, grając swój ukochany rock and roll, bez oglądania się na żadne mody. Grupa wydała w sumie dwadzieścia dwa studyjne albumy, z których ostatni, "Bad Magic", ukazał się w sierpniu tego roku. Z tej bogatej dyskografii warto wyróżnić takie albumy, jak klasyczne "Overkill" (1979) i "Ace of Spades" (1980), dojrzałe "Another Perfect Day" (1983) i "1916" (1991), a także potwierdzający dobrą formę zespołu, mimo trzydziestu lat działalności, "Aftershock" (2013). Niestety, po wydaniu tego longplaya, forma niezniszczalnego, jak się zdawało, Lemmy'ego znacznie się pogorszyła. Lata imprezowego życia odbiły się na jego zdrowiu. Powinienem umrzeć już dość dawno - powtarzał to zdanie przez kilkanaście, może kilkadziesiąt lat, ale nigdy wcześniej nie musiał przerywać koncertów z powodu złego samopoczucia. Problemy zdrowotne zaczęły się wiosną tego roku, jednak z czasem wszystko zdawało się iść ku lepszemu - zespół dokończył trasę, nagrał nowy longplay, Lemmy myślał także o nagraniu solowego albumu. Na trasie promującej "Bad Magic" wszystko zaczęło się jednak na nowo, tym razem muzyk miał głównie problemy z płucami. Przyczyną jego śmierci był jednak wyjątkowo agresywny - jak napisano w oświadczeniu - nowotwór, o którym dowiedział się zaledwie dwa dni wcześniej, 26 grudnia. Dwa dni po skończeniu 70. lat.



Opracowano na podstawie newsów prasowych i biografii zespołu ze strony motorhead.rockmetal.art

[Recenzja] The Who - "The Who By Numbers" (1975)



O ile na "Who's Next" powrót do grania niepowiązanych ze sobą utworów (zamiast nudnych rockowych oper) wyszedł znakomicie, tak na "The Who By Numbers" już niekoniecznie. Nie ma tutaj tak wyrazistych i fajnych utworów, jak "Baba O'Riley", "Behind Blue Eyes" czy "Won't Get Fooled Again". Najbardziej znanym fragmentem longplaya jest banalna pioseneczka zalatująca country, "Squeeze Box". Jeszcze więcej country pojawia się w koszmarnym "Blue, Red and Grey", w którym w roli głównego wokalisty wystąpił Pete Townshend, wykorzystujący tutaj swoje najbardziej irytujące rejestry. Fatalnie wypada także drugi śpiewany przez niego utwór, "However Much I Booze" - nie tylko przez wokal, ale także banalną warstwę muzyczną. Słabe okazują się także ballady, w których nie dzieje się nic interesującego ("Imagine a Man", "They All in Love", "How Many Friends"). Nieco lepsze okazują się te bardziej zadziorne kawałki, jak "Slip Kid", "Success Story" i "In a Hand or a Face". Nie prezentują sobą nic wyjątkowego, ale od biedy można ich posłuchać. Jedynie "Dreaming from the Waist" wyróżnia się zdecydowanie na plus. Jest w nim i świetna partia basu Johna Entwistle'a, i udane zmiany dynamiki. Ogólnie jednak album może się podobać chyba tylko największym wielbicielom The Who.

Ocena: 5/10



The Who - "The Who By Numbers" (1975)

1. Slip Kid; 2. However Much I Booze; 3. Squeeze Box; 4. Dreaming from the Waist; 5. Imagine a Man; 6. Success Story; 7. They Are All in Love; 8. Blue, Red and Grey; 9. How Many Friends; 10. In a Hand or a Face

Skład: Roger Daltrey - wokal, instr. perkusyjne; Pete Townshend - gitara, instr. klawiszowe, wokal (2,8), ukulele, bandżo, akordeon, dodatkowy wokal; John Entwistle - bass, instr. dęte, dodatkowy wokal; Keith Moon - perkusja i instr, perkusyjne
Gościnnie: Nicky Hopkins - pianino (1,5-7,9,10)
Producent: Chris Charlesworth, Bill Curbishley, Glyn Johns i Robert Rosenberg


28 grudnia 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Goats Head Soup" (1973)



"Goats Head Soup" to album niesłusznie pozostający w cieniu wydanego rok wcześniej "Exile on Main St.". Owszem, także dość nierówny, ale moim zdaniem pod wszelkimi innymi względami znacznie przewyższający słynnego poprzednika. Chociażby pod względem czasu trwania - jest krótszy, a tym samym mniej na nim wypełniaczy. Ale najważniejsze, że nie brakuje na nim wyrazistych utworów. To przecież właśnie na "Goats Head Soup" znalazła się kompozycja "Angie". Chyba najczęściej prezentowany kawałek The Rolling Stones przez polskie stacje radiowe (tak przynajmniej było dziesięć lat temu, gdy jeszcze zdarzało mi się słuchać radia). I chociaż zespół ma lepsze utwory od tego, to nie można odmówić "Angie" uroku. To przecież jedna z najładniejszych ballad zespołu, a nawet całej muzyki rockowej. Gitara akustyczna bardzo przyjemnie współgra tutaj z pianinem i smyczkami, a partia wokalna Micka Jaggera należy do najładniejszych i najbardziej chwytliwych, jakie wykonał. Całkiem nieźle wyszła też druga ballada, bardziej sielska "Coming Down Again", w której to Keith Richards wspina się na wyżyny swoich wokalnych możliwości.

Ale na albumie nie mogło zabraknąć i gitarowego czadu. Tutaj przede wszystkim trzeba wyróżnić funkująco-hardrockowy "Doo Doo Doo Doo Doo (Heartbreaker)", a także rock and rollowy "Starfucker" (bo tak naprawdę nazywa się utwór "Star Star", ocenzurowany na trackliście przez dystrybutora), brzmiący jak obmierzła wersja Chucka Berry'ego. Trzeba też zwrócić uwagę na świetny otwieracz "Dancing with Mr. D" - wolniejszy kawałek, utrzymany na pograniczu rocka, funku i bluesa, oparty na rewelacyjnie pulsującej partii basu (w wykonaniu Micka Taylora - jak większość najbardziej wyrazistych linii basu z albumów Stonesów). To mój ulubiony fragment albumu. Melodyjny, stopniowo nabierający ostrości "100 Years Ago" także wypada nieźle. Ale już rock and rollowemu "Silver Train" i utrzymanemu w stylu boogie "Hide Your Love" brakuje wyrazistości. Poziom jednak zaniżają przede wszystkim dwa pozostałe utwory. W tym trzecia na płycie ballada, "Winter", do której doklejono nachalne, zupełnie niepasujące smyczki i dęciaki (chociaż gitarowa solówka wypada naprawdę ładnie). Kompletny chaos pojawia się natomiast w "Can You Hear the Music", w którym wyjątkowo nieciekawie wypadają wpływy muzyki dalekowschodniej (a przecież bardzo lubię takie brzmienia, czego wyraz dałem już kilkakrotnie w różnych recenzjach).

"Goats Head Soup" to w sumie niezły album, na którym nie brakuje bardzo udanych utworów. Longplay wniósł też pewien powiew świeżości do dyskografii Stonesów - wpływy muzyki country, tak wyraźnie zaznaczone na czterech poprzednich albumach, tutaj zostały całkowicie wyparte przez elementy funkowe. Co, przynajmniej moim zdaniem, wyszło zdecydowanie na lepsze.

Ocena: 7/10



The Rolling Stones - "Goats Head Soup" (1973)

1. Dancing with Mr. D; 2. 100 Years Ago; 3. Coming Down Again; 4. Doo Doo Doo Doo Doo (Heartbreaker); 5. Angie; 6. Silver Train; 7. Hide Your Love; 8. Winter; 9. Can You Hear the Music; 10. Star Star

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka (6), pianino (7), gitara (8); Keith Richards - gitara, wokal (3), bass (4,6), dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara, bass (1,3), dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass (2,5,7-10); Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Nicky Hopkins - pianino (1-3,5,8,9); Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne (1,9); Nicholas Pascal Raicevic - instr. perkusyjne (1,9); Billy Preston - instr. klawiszowe (2,4); Bobby Keys - saksofon (3,4); Jim Horn - flet i saksofon (4,8); Chuck Findley - trąbka (4); Ian Stewart - pianino (6,10); Jimmy Miller - instr. perkusyjne (9)
Producent: Jimmy Miller


25 grudnia 2015

[Artykuł] Podsumowanie roku 2015, czyli najgorsze i najlepsze albumy wydane w ciągu ostatnich 12 miesięcy



Jak zawsze w okresie świątecznym, także tego roku przedstawiam swoje subiektywne podsumowanie roku. Na początek kilka słów o sprawach związanych z blogiem. Wśród ponad dwustu opublikowanych w tym roku postów zdecydowaną większość stanowiły, tradycyjnie, recenzje. Oprócz opisów premierowych wydawnictw, najchętniej czytane były zarówno recenzje kultowych albumów (jak np. "Sticky Fingers", "Electric Ladyland", czy "Layla and Other Assorted Love Songs") jak i tych nieznanych szerokiej publiczności (np. "It'll All Work Out in Boomland" T2, albo "Warpig" Warpig). Pojawił się także nowy, bardzo dobrze przyjęty cykl "Historie Klasycznych Albumów", na chwilę obecną liczący dziewięć części (niestety, przez nawał innych zajęć, nie zdołałem napisać planowanych dwóch kolejnych, o "Rubber Soul" Beatlesów i debiucie Wishbone Ash). Liczba odwiedzin bloga w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy wyniosła prawie 250 tysięcy wejść, co stanowi prawie połowę wszystkich odwiedzin (450 tysięcy wejść).

Płytowe podsumowanie podzieliłem w tym roku na trzy kategorie: "Najgorsze albumy", "Najlepsze albumy", oraz "Specjalne wyróżnienia". Dodatkowo, podobnie jak w zeszłym roku, na koniec zamieszczam listę zakupionych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy wydawnictw muzycznych. Zaznaczam, że wszystkie rankingi mają wyłącznie subiektywny charakter i nie pretendują do roli "jedynych słusznych, z którymi wszyscy mają się zgadzać". Mile widziane są komentarze z Waszymi listami ulubionych (lub znienawidzonych) tegorocznych wydawnictw, natomiast nie będę publikował komentarzy krytykujących moje wybory (wymiana zdań o jakości poszczególnych wydawnictw, jeśli jest prowadzona na poziomie, ma sens, ale krytykowanie czyiś preferencji jest infantylne). Zanim jednak przejdę do swoich rankingów, przedstawię grafikę z wynikami głosowania na najlepszy tegoroczny album, przeprowadzony w zamieszczonej na blogu ankiecie. Wyniki dość mocno pokrywają się z moim własnym podsumowaniem, chociaż spora część Czytelników (i pewnie także przypadkowych odwiedzających) oddała głosy na albumy, które znajdują się na mojej liście najgorszych wydawnictw. Na samym końcu notowania znajdują się głównie albumy, których nie umieściłem w żadnym rankingu, ale też jeden (bez żadnych głosów), który znalazł się na mojej liście najlepszych.





Największe rozczarowania 2015 roku:


5. Dave Gahan & Soulsavers - "Angels & Ghosts". Ukazało się w tym roku wiele znacznie gorszych albumów od tego, jednak zdecydowałem się umieścić go na liście najgorszych, ponieważ jest on dla mnie największym tegorocznym rozczarowaniem (cztery poniższe pozycje nie były rozczarowaniami, bo nie oczekiwałem po nich wiele). Spodziewałem się kontynuacji poprzedniego albumu Soulsavers z Gahanem, "The Light the Dead See" z 2012 roku, czyli przepięknych melodii, niepowtarzalnego klimatu i przepełnionych szczerymi emocjami partii wokalnych. Zamiast tego dostałem bardzo konwencjonalny, bezbarwny pop rock. Kilku utworów słucha się całkiem przyjemnie ("Shine", "You Owe Me", "Tempted" i "All of This and Nothing"), ale całość jest dość nużąca.

4. Saxon - "Battering Ram". Poprzedni album grupy, "Sacrifice" z 2013 roku, zmieścił się w pierwszej dziesiątce mojego podsumowanie sprzed dwóch lat. Bo był to album, który pokazywał, że w tak wyeksploatowanym doszczętnie stylu, jakim jest heavy metal, wciąż można tworzyć interesującą muzykę. Na "Battering Ram" już tak dobrze nie jest - to metalowa sztampa, do bólu schematyczna, pozbawiona ciekawych riffów i solówek, oraz dobrych melodii. Na plus mogę zaliczyć tylko dwa utwory: "Top of the World" z fajnymi unisonami gitar, oraz półballadowy "To the End". Z pewnością ukazało się w tym roku mnóstwo gorszych, jeszcze bardziej wtórnych i bezbarwnych metalowych albumów, ale na szczęście nie miałem okazji ich usłyszeć.

3. Scorpions - "Return to Forever". Zespół powinien zakończyć, tak jak obiecywali muzycy, karierę albumem "Sting in the Tail" z 2010 roku. Całkiem przyzwoitym, nie przynoszącym grupie wstydu. "Return to Forever" to jedno z najsłabszych wydawnictw grupy. Album złożony jest z nagranych współcześnie odrzutów z lat 80. i 90., a także nowych kawałków, napisanych przy istotnej pomocy producentów (którzy zupełnie nie mają pojęcia czym jest hard rock - co słychać także w plastikowym, płaskim brzmieniu, z cienko brzęczącymi gitarami i brakiem niskich tonów). Scorpionsi w ciągu swojej kariery nagrali wiele koszmarnych rzeczy (chociażby album "Eye II Eye"), ale znajdujący się tutaj kawałek "Rollin' Home", inspirowany współczesnym popem w najgorszej odmianie, przebija je wszystkie, jeżeli chodzi o poziom tandety i zażenowania. Inne utwory są tylko odrobinę lepsze. Dość niezły, choć sztampowy, mógłby być "Rock 'n' Roll Band", gdyby nie to koszmarne brzmienie, nijak nie pasujące do tego energetycznego kawałka.

2. Whitesnake - "The Purple Album". Drugi najgorszy tegoroczny album jest zarazem albumem zawierającym najlepsze kompozycje. Po czterech latach przerwy, zespół Davida Coverdale'a zamiast nowego materiału, wydał zbiór nagranych na nowo utworów, które lider 40 lat temu współtworzył z grupą Deep Purple. Bardzo lubię ten okres twórczości słynnej grupy, co chyba jeszcze bardziej wpływa na negatywny odbiór "The Purple Album". Wykonania są okropne. W połowie lat 70. Coverdale był u szczytu swoich wokalnych możliwości. Obecnie próbuje oszukać słuchaczy poprawiając komputerowo swój głos - na tyle nieumiejętnie, że podstęp od razu słychać, a w dodatku nie udało się ukryć w ten sposób, że wokalista bardzo się męczy w tym repertuarze. Muzycznie też nie jest najlepiej: instrumentaliści grają te utwory w bardzo rzemieślniczy sposób, a o ich solówkach nawet nie warto wspominać. Po prostu obecnym muzykom Whitesnake brakuje talentu (który mieli ówcześnie muzycy Deep Purple), mają tylko techniczne umiejętności. Aranżacje są bardzo bliskie oryginalnym (chlubnym wyjątkiem jest zagrany akustycznie "Sail Away", co jednak średnio pasuje do tego utworu), ale uwspółcześnione, komputerowe brzmienie czyni je kompletnie dla mnie niesłuchalnymi.

1. Paradise Lost - "The Plague Within". Lubiłem kiedyś ten zespół. Za umiejętność łączenia ciężkich brzmień z ładnymi, melancholijnymi melodiami. Albumy "Icon", "Draconian Times" i "One Second" to według mnie jedne z ciekawszych wydawnictw lat 90. Podoba mi się nawet "Host" - album, na którym muzycy postanowili zostać klonem Depeche Mode. Od kilku lat zespół jednak z każdym kolejnym albumem gra coraz ciężej. I o ile jeszcze "In Reqiuem" z 2007 roku był ciekawym powrotem do muzyki z czasów "Icon"/"Draconian Times", tak dwa kolejne były już dla mnie za mało melodyjne (choć fragmenty mają niezłe). Tegoroczny "The Plague Within" nie trafia do mnie zupełnie. Album po brzegi wypełniony jest bezmyślną agresją i ciężarem, ledwie w kilku utworach pojawiają się śladowe ilości melodii. W okolicach premiery napisałem recenzję, której jednak zdecydowałem się nie publikować, bo nie jest to muzyka (o ile w ogóle można to nazwać muzyką), o jakiej chciałbym tutaj pisać. Zamieszczę teraz zakończenie tej recenzji: Nie rozumiem czemu zespół, który wypracował kiedyś całkiem interesujący i dość oryginalny styl, cofnął się w rozwoju do grania tak bardzo niedojrzałej muzyki, w której liczy się wyłącznie bezsensowna, przejaskrawiona brutalność. Jeżeli kogoś to pociąga, może spróbować zmierzyć się z "The Plague Within". Nie sądzę jednak, by ktoś ze stałych bywalców tego bloga, był tym zainteresowany.




Najlepsze albumy 2015 roku:


10. Chris Cornell - "Higher Truth"

Ocena w recenzji: 6/10

Chris Cornell na muzycznej scenie działa już od 30 lat, a mimo to pozostaje twórcą poszukującym. Wystarczy przyjrzeć się trzem ostatnim albumom, jakie nagrał. Solowy "Scream" z 2009 roku był (nieudaną) próbą odnalezienia się w świece współczesnego, przeprodukowanego popu. Nagrany z Soundgarden "King Animal" (2012) był natomiast powrotem do brudnego, zakręconego grania, które ćwierć wieku temu przyniosło mu sławę. Natomiast tegoroczny, znów solowy, "Higher Truth" to granie bardzo ascetyczne, z akompaniamentem często ograniczającym się do gitary akustycznej. Na dłuższą metę (czyt. przy dwunastu podobnych utworach) takie proste, ograniczające aranżacje stają się męczące. Po kilku utworach zaczyna brakować różnorodności. Na szczęście nie zabrakło tutaj dobrych melodii, szczególnie w takich utworach, jak brzmiący bardzo beatlesowsko (a właściwie harrisonowsko) "Let Your Eyes Wander", singlowy "Nearly Forgot My Broken Heart", oraz folkowo-zeppelinowy "Dead Wishes".


9. Motörhead - "Bad Magic"

Ocena w recenzji: 6/10

Na Motörhead można polegać. Bez żadnego zbędnego kombinowania, muzycy grają tylko to, co wychodzi im najlepiej. Czyli bardzo energiczne, ciężkie i przebojowe kawałki, stylistycznie plasujące się gdzieś pomiędzy rock and rollem, heavy metalem i hard rockiem. I taka właśnie jest zdecydowana większość ich najnowszego longplaya. Ale zespół przecież lubi także na swoich albumach "zaskoczyć" balladą (tutaj rolę tę pełni "Till the End"). Skoro więc wszystko jest na swoim miejscu, czy można powiedzieć że "Bad Magic" to wzorowy album Motörhead?Niestety, jest pewien mankament, a są nim partie wokalne. Oczywiście, Lemmy nigdy nie był dobrym wokalistą (choć jego zachrypnięty głos dobrze współgrał z wykonywaną muzyką). Tutaj jednak wyraźnie się męczy, jest w wyjątkowo fatalnej kondycji (co potwierdzają liczne newsy o jego złym stanie zdrowia, przez który zespół często musi przerywać koncerty). O ile jeszcze w autorskim materiale jakoś daje radę, tak jego wyczyny w przeróbce "Sympathy for the Devil" Stonesów są poniżej wszelkiej krytyki.


8. Europe - "War of Kings"

Ocena w recenzji: 6/10

Jeszcze mniej niż rok temu wyśmiałbym każdego, kto powiedziałby, że umieszczę w swoim podsumowaniu album Europe. Tego samego Europe, który zawsze był dla mnie synonimem obciachu i tandety. Ich najnowszy album zaskoczył mnie jednak pozytywnie. Zamiast "pudel" metalowego kiczu (a'la "The Final Countdown") otrzymujemy tutaj klasycznie hardrockowe granie, kojarzące się z twórczością takich wykonawców, jak Rainbow ("Rainbow Bridge"), Whitesnake ("Praise You", "Children of the Mind") czy Thin Lizzy ("Days of Rock 'n' Roll"). Najlepiej na albumie wypadają balladowe utwory o bluesowym odcieniu: "Angels (with Broken Hearts)", instrumentalny "Vasastan", oraz mój zdecydowany faworyt, wspomniany już "Praise You". Z mocniejszych kawałków najlepsze wrażenie sprawia przebojowy "Days of Rock 'n' Roll". Niestety, spora część zawartych tutaj utworów wypada sztampowo i mało ciekawie. Jednak "War of Kings" i tak oferuje więcej, niż spodziewałem się po tym zespole. A to już coś.


7. Riverside - "Love, Fear and the Time Machine"

Ocena w recenzji: 7/10

Stylistyczny zwrot na najnowszym albumie Riverside nie wszystkim przypadł do gustu. Sam miałem spore obawy przed premierą, gdyż zapowiedzi łagodniejszego materiału inspirowanego muzyką lat 80. nie brzmiały optymistycznie. Jednak "LFatTM" przypadł mi do gustu. Większy nacisk na melodie (np. w "Lost (Why Should I Be Frightened By a Hat?)", albo akustycznej perełce "Time Travellers") i uwypuklenie linii basu (np. "Under the Pillow", "#Addicted", "Caterpillar and the Barbed Wire") to bardzo udane zabiegi. Choć z drugiej strony, sprawiają one, że materiał bliższy jest twórczości Lunatic Soul, niż wcześniejszych dokonań Riverside. Do tych ostatnich zespół nawiązuje jednak w dwóch najdłuższych utworach, czyli "Saturate Me" i - niezbyt według mnie udanym - "Towards the Blue Horizon". A skoro już o tym mowa, nie przekonuje mnie także singlowy "Discard Your Fear", który po świetnym wstępie, nie ma już nic więcej do zaoferowania.


6. Faith No More - "Sol Invictus"

Ocena w recenzji: 8/10 (aktualna ocena: 7/10)

Po osiemnastoletniej przerwie wydawniczej, Faith No More powrócił z albumem, który brzmi jak zagubione ogniwo łączące trzy poprzednie wydawnictwa grupy. Nie brakuje tutaj nieco zwariowanych kawałków o schizofrenicznym klimacie albumu "Angel Dust" ("Super Hero", "Separation Anxiety"); surowego grania w stylu "King for a Day... Fool for a Lifetime" ("Black Friday", "Cone of Shame"); jest też kilka bardziej stonowanych utworów nawiązujących do "Album of the Year" ("Sol Invictus", "Sunny Side Up", "From the Dead"). Odrobinę powiewu świeżości przynosi rozbudowany "Matador". Jednak ten krótki, niespełna czterdziestominutowy longplay to przede wszystkim nostalgiczny powrót do lat 90., kiedy grupa odnosiła największe sukcesy. "Sol Invictus" zrobił na mnie dobre wrażenie i wystawiłem mu bardzo pozytywną ocenę, jednak od napisania recenzji ani razu do niego nie wróciłem - dlatego postanowiłem obniżyć ocenę, a także umieścić go na jednej z niższych pozycji tego rankingu.


5. Slayer - "Repentless"

Ocena w recenzji: 7/10

Kolejny, po Motörhead, zespół, na którym zawsze można polegać. Pomimo straty dwóch członków (w tym głównego kompozytora), Slayer pozostaje Slayerem. I trzyma wysoką formę. Wszystko jest tu na swoim miejscu, zaczynając od charakterystycznej, obrazoburczej okładki, a kończąc na samej muzyki. Stylistycznie plasuje się w okolicach klasycznej trójki "Reign in Blood"-"South of Heaven"-"Seasons in the Abbys" (czy również do nich podobnego, ale nie klasycznego "Christ Illusion"). To dobrze, bo na poprzednich albumach z Paulem Bostaphem zespół próbował unowocześniać swoją muzykę, czego rezultat był nienajlepszy. Tutaj otrzymujemy klasycznego Slayera, na zmianę kipiącego agresją w rozpędzonych do granic możliwości utworach (jak tytułowy, "Implode", "Take Control", "Atrocity Vendor" i "You Against You") i zwalniającego, by miażdżyć słuchacza ciężarem (np.  "Vices", "Chasing Death", "Cast the First Stone", "Pride in Prejudice"). Jest jeszcze kontrowersyjny "When the Stillness Comes", w którym zespół pozwala sobie na więcej melodyjności. Moim zdaniem to najciekawszy i najlepszy utwór z tego albumu. Bynajmniej nie mam nic do reszty - choć od dłuższego czasu nie bardzo mam ochotę słuchać takiej muzyki (dlatego "Repentless" jest kolejnym tegorocznym albumem, do którego nie wracałem po napisaniu recenzji).


4. Steven Wilson - "Hand. Cannot. Erase."

Ocena w recenzji: 8/10

Przez pół roku - od czasu premiery, 27 lutego, do początku września - był to mój faworyt na "album roku". Później jednak ukazało się kilka innych albumów, które zepchnęły "Hand. Cannot. Erase." - czwarty solowy album Wilsona - na miejsce czwarte. To jego najbardziej przystępny album z dotychczas wydanych. Nie brakuje na nim bardzo chwytliwych kawałków o wręcz piosenkowym charakterze, czego najlepszym przykładem tytułowy (ale bez kropek) "Hand Cannot Erase" oraz "Happy Returns". Ten ostatni ma przy okazji sporo wspólnego z wspomnianym wyżej zespołem. Innym utworem, który powinien spodobać się wielbicielom tamtego projektu Wilsona, jest zadziorny "Home Invasion". Na szczególne wyróżnienie zasługuje także rozbudowany "3 Years Older", mój faworyt z tego albumu. Połamany rytm i wysuwająca się na pierwszy plan partia basu przywołują skojarzenia z twórczością Rush, ale istotną rolę odgrywa tu także gitara akustyczna i pianino. Niestety, longplay ma też słabsze momenty, do których zaliczam przede wszystkim "Perfect Life" z gościnną recytacją Katherine Begley na tle monotonnego, mechanicznego podkładu.

3. Ghost - "Meliora"

Ocena w recenzji: 8/10

Jeden z ciekawszych zespołów ostatnich lat - łączący cięższe granie i satanistyczno-horrorowy klimat z rockiem psychodelicznym i popem - na swoim trzecim albumie pokazuje na co go stać. Wydany dwa lata temu "Infestissumam" budził obawy, że zespół pójdzie raczej w stronę popu, jednak "Meliora" to powrót do cięższych brzmień. Singlowy "Cirice" pod względem instrumentalnym przypomina wolniejsze utwory Slayera (z czym ciekawie kontrastuje popowy wokal i pojawiające się w refrenach klawisze). Sporo ciężaru przynoszą także takie utwory, jak np. "From the Pinnacle to the Pit" czy "Mummy Dust". Ale album jest dość zróżnicowany i znalazło się na nim miejsce także dla opartego głównie na brzmieniach akustycznych "He Is", albo dla nieco popowego, w stylu lat 80., "Deus in Absentia", który pokazuje, że zespół nie zamierza wyprzeć się stylu dominującego na poprzednim longplayu. Niestety, ta całkiem fajna muzyka wiele traci przez infantylny wizerunek zespołu (anonimowi muzycy w przebraniach), przez który ciężko traktować Ghost poważnie.


2. David Gilmour - "Rattle That Lock"

Ocena w recenzji: 8/10

Były muzyk Pink Floyd nie śpieszył się z nagraniem następcy "On an Island" z 2006 roku. W ciągu tych dziewięciu lat mógłby przecież nagrać ze trzy albumy - zamiast tego poszedł jednak w jakość. Bo "Rattle That Lock" to najlepszy album w jego solowym dorobku. Wspomniany wyżej "On an Island i jego poprzednik, "About Face", składały się głównie z melancholijnych, spokojnych piosenek, przez co w pewnym momencie zaczynają nudzić. Większą różnorodnością cechuje się debiutancki "David Gilmour", jednak tam same kompozycje nie są specjalnie ekscytujące (najlepszy utwór, "There's No Way Out of Here", to cover mało znanej grupy Unicorn). Tymczasem na czwartym krążku Gilmoura nie można narzekać ani na brak różnorodności, ani na słabe kompozycje.

Odpowiednią dynamikę zapewniają tutaj dwa singlowe kawałki - tytułowy "Rattle That Lock" oraz "Today". Oba wyróżniają się wręcz tanecznym charakterem (świetny funkowy bass Guya Pratta, dawnego współpracownika Pink Floyd), chociaż nie brakuje w nich również ostrych solówek Gilmoura. Sporym zaskoczeniem jest "The Girl in the Yellow Dress" - stricte jazzowy utwór (akompaniament stanowią głównie kontrabas, saksofon i pianino), kojarzący się z zadymionymi knajpami z czarno-białych filmów. Wpływy jazzowe słychać także w "Dancing Right in Front of Me". Reszta albumu to już typowy, melancholijny Gilmour. Takie utwory, jak "A Boat Lies Waiting", instrumentalny "And Then...", czy "In Any Longue", spokojnie mogłyby znaleźć się na którymś z ostatnich albumów Pink Floyd. Szczególną uwagę warto zwrócić na ten ostatni, brzmiący jak "Comfortably Numb" skrzyżowane z "High Hopes". To utwór tego samego kalibru. Ale cały album jest udany. Nie można nie wspomnieć o świetnej formie Davida, którego głos brzmi zaskakująco młodzieńczo (z wyjątkiem "Faces of Stone", gdzie śpiewa niżej, nieco przybrudzonym głosem), a o jego gitarowych solówek chyba nawet nie wypada wspominać, bo te zawsze były na najwyższym poziomie.


1. Iron Maiden - "The Book of Souls"

Ocena w recenzji: 7/10 (aktualna ocena: 8/10)

To zdecydowanie nie była miłość od pierwszego usłyszenia. Nawet nie od drugiego czy trzeciego. Przy pierwszym odsłuchu podobały mi się dwa utwory ("If Eternity Should Fail", tytułowy "The Book of Souls"), ale reszta tak bardzo mnie rozczarowała (lub zirytowała - vide refren "The Red and the Black"), że stwierdziłem, że to najgorszy album zespołu. Gorszy nawet od obu z Blazem Bayleyem jako wokalistą. Z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywałem na "The Book of Souls" coraz więcej rewelacyjnych momentów. By w końcu dojść do wniosku, że to zdecydowanie najlepszy album Iron Maiden z ostatniego ćwierćwiecza. Na albumach od "No Prayer for the Dying" do "The Final Frontier" są góra 3-4 utwory, które naprawdę mi się podobają, resztę uznaję za wypełniacze lub niewypały. Na "The Book of Souls" te proporcje są całkiem odwrotne.

Mimo że to najdłuższy longplay zespołu, muzykom udało się nie powtórzyć błędów kilku poprzednich wydawnictw. Przede wszystkim, nie ma tutaj niepotrzebnego wydłużania utworów, poprzez powtarzanie wciąż tych samych motywów, wszystkie trwają dokładnie ile trzeba. Cieszy też brak refrenów, polegających na powtórzeniu kilka razy tytułu. Kolejnym powodem do radości jest większa ilość krótszych, konkretnych kawałków. Czad w stylu albumów "Piece of Mind" i "Powerslave" zapewnia "Death or Glory"; niesamowicie chwytliwy "When the River Runs Deep" wprost nawiązuje do czasów "Seventh Son of a Seventh Son"; natomiast wolniejszy "Tears of a Clown" kojarzy się z późniejszymi utworami typu "Out of the Shadows" i "Coming Home". Ach tak - jest jeszcze singlowy "Speed of Light", ale to akurat najsłabszy utwór, odpychający mnie swoją topornością, prostotą i brakiem dobrej melodii.

Album zawiera także kilka utworów średniej długości, w tym fantastyczne "If Eternity Should Fail", "Shadow of the Valley" i "The Man of Sorrow". Dwa pierwsze przyciągają uwagę świetnymi melodiami, trzeci - balladowym charakterem. Jest jeszcze mniej wyrazisty "The Great Unkown" - taki tam zapełniacz. Są tu również trzy długie, ponad 10-minutowe kompozycje. "The Red and the Black" nawiązuje do tych dłuższych dzieł zespołu z lat 80. (w rodzaju "Rime of the Ancient Mariner") i byłby naprawdę wspaniałym utworem, gdyby nie wkurzające wokalizy w refrenach (w stylu koszmarnego "Heaven Can Wait). Tytułowy "The Book of Souls" przypomina z kolei utwory z ostatnich albumów, ale wypada ciekawiej od większości z nich. Czymś zupełnie nowym jest natomiast pełen rozmachu, 18-minutowy "The Empire of the Clouds", wyróżniający się obecnością pianina; można zarzucić mu przesadną pompatyczność i przerost formy, ale muszę przyznać, że przewodni motyw jest naprawdę śliczny (choć i tak wolałbym usłyszeć go na solowym albumie Bruce'a Dickinsona).

Wyszła mi tu cała recenzja, zamiast krótkiego opisu, ale cóż - ten album po prostu zasługuje by mówić i pisać o nim jak najwięcej. To zdecydowanie jedna z najlepszych premier, jakie pojawiły się w okresie od powstania tego bloga, ustępująca chyba tylko "Trzynastce" Black Sabbath. Chociaż albumy z miejsca 2. i 3. tegorocznej listy też są wyjątkowo udane. W sumie można więc uznać, że był to bardzo dobry rok.




Specjalne wyróżnienia:

Na powyższej liście umieściłem wyłącznie studyjne albumy z premierowym materiałem, chciałbym jednak wyróżnić także kilka innych wydawnictw. Kolejność według daty wydania.



King Crimson - "Live at the Orpheum". Reaktywowana legenda rocka progresywnego przypomina o sobie nową koncertówką (zarejestrowaną jesienią 2014 roku). Znalazły się na niej m.in. dobre wykonania klasycznych utworów z albumów "Islands" ("The Letters", "Sailor's Tale") i kultowego "Red" (niegrany wcześniej na żywo "One More Red Nightmare", oraz równie piękny jak w oryginale "Starless"). Szkoda jedynie, że całość trwa zaledwie czterdzieści minut. Cóż stało na przeszkodzie, aby wydłużyć go o inne grane wówczas utwory (np. "Pictures of a City", "Red", "Larks' Tongues in Aspic, Part Two", "21st Century Schizoid Man")? Być może tegoroczna, europejska trasa zostanie udokumentowana w dokładniejszy sposób. Najbardziej czekam jednak na nowy materiał. O jego poziom nie trzeba się chyba martwić - nagrania zawarte na "Live at the Orpheum" pokazują, że zespół jest w dobrej formie wykonawczej. Oby także kompozytorskiej.

Taste - "What's Going On: Live at the Isle of Wight 1970" (DVD). Czterdzieści pięć lat po słynnym festiwalu na wysypie Wight z 1970 roku (wystąpiły na nim takie gwiazdy, jak The Who, czy - grający wówczas po raz ostatni dla brytyjskiej publiczności - Jimi Hendrix i The Doors) zdecydowano się opublikować rejestrację występu mało znanej grupy Taste, dowodzonej przez fenomenalnego Rory'ego Gallaghera. Jakość zapisu, zarówno jeśli chodzi o obraz, jak i dźwięk, jest zaskakująco doskonała, jak na materiał, który przeleżał tyle lat w archiwum. A pod względem wykonawczym jest jeszcze bardziej rewelacyjnie: zespół gra tutaj porywające wersje swoich utworów (np. "What's Going On", "Same Old Story"), jak i bluesowych standardów, wzbogaconych rockową energią i ciężarem ("Catfish", "Sugar Mama", "Gamblin' Blues"). Na scenie nie dzieje się zbyt wiele, ale dzięki temu, że występ odbywał się za dnia, można dobrze przypatrzyć się hipisowskiej publiczności. To czyni ten dokument jeszcze bardziej interesującym zapisem tamtych czasów. DVD zawiera także sporo dodatków: trzy utwory wykonane na żywo, ale bez udziału publiczności, dla niemieckiej telewizji (w tym jazzrockowy "It's Happened Before, It'll Happen Again" pokazujący kunszt Gallaghera zarówno jako gitarzysty, jak i saksofonisty), oraz trzy "teledyski" (dziś wywołujące raczej zażenowanie, niż inne emocje).

Pink Floyd - "1965: Their First Recordings". Sześcioutworowa EPka, wydana w bardzo limitowanym nakładzie, zawierająca najwcześniejsze, dotąd nieopublikowane nagrania tego słynnego zespołu. Pokazują one zupełnie inne oblicze grupy, która w tamtym czasie wykonywała... dość stereotypowy rhythm 'n' blues. Lekką zapowiedź późniejszego, psychodelicznego stylu Pink Floyd (znanego z debiutanckiego "The Piper at the Gates of Dawn") znajdziemy tylko w utworze "Butterfly". Zaskakująco wypada natomiast stricte bluesowy "I'm a King Bee" (z repertuaru Slima Harpo), a także "Walk with Me Sydney", wyróżniający się damsko-męską partią wokalną (Syd Barrett śpiewa w duecie z Juliette Gale, późniejszą żoną Ricka Wrighta). Mnie najbardziej do gustu przypadł bardzo chwytliwy, mimo surowego brzmienia, "Lucy Leave". Ogólnie rzecz biorąc, nie są to jakieś wybitne nagrania, ale też nie tak słabe, by przez pięćdziesiąt lat trzymać je w ukryciu. Wydawnictwo ma przede wszystkim ogromną wartość historyczną - pokazuje od czego zaczynał jeden z najważniejszych i najlepszych zespołów rockowych. Podobno w przyszłym roku nagrania mają zostać wznowione na jakimś powszechnie dostępnym wydawnictwie. Pozostaje czekać.




Albumy, które kupiłem w tym roku:

Z tegorocznych wydawnictw nabyłem cztery: "Hand. Cannot. Erase." i "Rattle That Lock" na winylach, "The Book of Souls" na CD ("Deluxe Edition"), oraz "What's Going On: Live at Isle of Wight 1970" na DVD. Poza tym, kupiłem także sporo starszych wydawnictw:

Winyle:
  1. The Allman Brothers Band - "At Fillmore East" (1971)
  2. Black Sabbath - "Cross Purposes" (1994; nieoficjalna reedycja 2014, z bonusowym utworem "What's the Use")
  3. Cream - "Wheels of Fire" (1968)
  4. Cream - "The Best of Cream Live" (1972; albumy "Live Cream" i "Live Cream II" w jednej kopercie)
  5. Deep Purple - "Come Taste the Band" (1975)
  6. Depeche Mode - "101" (1989)
  7. Depeche Mode - "Ultra" (1997; reedycja 2007)
  8. Eric Clapton - "Rainbow Concert" (1973)
  9. The Honeydrippers - "Volume One" EP (1984)
  10. Howlin' Wolf - "The London Sessions" (1971)
  11. Jethro Tull - "Stand Up" (1969)
  12. Jethro Tull - "Aqualung" (1971)
  13. Jethro Tull - "Living in the Past" (1972) sprzedany
  14. Jethro Tull - "Songs from the Wood" (1977)
  15. Jethro Tull - "The Broadsword and the Beast" (1982)
  16. Jimi Hendrix - "Band of Gypsys" (1970)
  17. Led Zeppelin - "Physical Graffiti" (1975)
  18. Led Zeppelin - "Presence" (1976)
  19. Mountain - "Live: The Road Ever Goes On" (1972)
  20. Queen - "The Game" (1980)
  21. The Rolling Stones - "Get Yer Ya-Ya's Out!" (1970)
  22. The Rolling Stones - "Hot Rocks (1964-1971)" (1971)
  23. Rory Gallagher - "Deuce" (1971)
  24. Rory Gallagher - "Irish Tour '74" (1974)
  25. Rory Gallagher - "Calling Card" (1976)
  26. Rory Gallagher - "Top Priority" (1979)
  27. Rory Gallagher - "Jinx" (1982)
  28. Taste - "Taste" (1969)
  29. Taste - "On the Boards" (1970)
  30. Traffic - "John Barleycorn Must Die" (1970)
  31. Traffic - "The Low Spark of High Heeled Boys" (1971)
  32. UFO - "UFO II: Flying" (1971)
  33. The Who - "Live at Leeds" (1970)
  34. The Who - "Who's Next" (1971)
  35. Wings - "Greatest" (1978)

DVD:
  1. Deep Purple - "Live in Concert 72/73" (2005)
  2. Deep Purple - "Live in California 74" (2005)
  3. Led Zeppelin - "DVD" (2003)
  4. Rory Gallagher - "Live at Montreux Festival 1975-94" (2006; reedycja 2013 z bonusową płytą CD)
  5. The Who - "Live at the Isle of Wight Festival 1970" (2004)



23 grudnia 2015

[Recenzja] Love Sculpture - "Forms and Feelings" (1969)



"Forms and Feelings", drugi album Love Sculpture, ukazał się zaledwie rok po debiutanckim "Blues Helping". Przez ten krótki okres zespół przeszedł zaskakującą metamorfozę. Naprawdę trudno uwierzyć, że te dwa albumy są dziełem tych samych muzyków. Na "Forms and Feelings" nie ma ani odrobiny bluesa, którym przesiąknięta była każda sekunda poprzedniego longplaya. Zamiast tego zaproponowali bardzo różnorodny materiał, czerpiący z różnych gatunków i stylów. Muzycy sięgnęli po utwór mistrza rock and rolla, Chucka Berry'ego (zaostrzona wersja "You Can't Catch Me"), po balladę brytyjskiego piosenkarza Paula Kordy ("Seagull"), a także po... dzieła muzyki klasycznej ("Farandole" Georgesa Bizeta i "Tańca z szablami" Arama Chaczaturiana; amerykańskie wydanie albumu zawiera także interpretację "Marsa" Gustava Holsta, nieuwzględnioną na europejskich wydaniach z przyczyn prawnych).

To właśnie wykonania "Farandole" i wydłużonego do jedenastu minut "Sabre Dance" sprawiają największe wrażenie z zawartych tutaj utworów. Zagrane z niesamowitą szybkością, precyzją i wirtuozerią, są dowodem wielkiego talentu i umiejętności Dave'a Edmundsa. Co ciekawe, skrócona wersja tego drugiego utworu, była całkiem sporym przebojem singlowym w ojczyźnie muzyków, dochodząc do 5. miejsca na UK Singles Chart. Na albumie znalazły się także cztery utwory napisane przez producentów longplaya, Mike'a Finesilvera i Pete'a Kera, którzy zaproponowali bardzo zróżnicowany materiał. "In the Land of the Few" (jedyny utwór, w który kompozytorski wkład miał także Edmunds) to niesamowicie chwytliwa piosenka na pograniczu popu i rocka, wzbogacona klasycyzującymi klawiszami we wstępie oraz ostrym gitarowym solem. "Nobody's Talking" to dla odmiany ciężki utwór hardrockowy w wolnym tempie. Z kolei rozbudowany "Why (How Now)" i urocza ballada "People People" zdradzają silną inspirację rockiem psychodelicznym i beatlesowskimi melodiami.

Mimo zupełnie innej stylistyki, "Forms and Feelings" to album równie udany, co jego poprzednik. Z jednej strony znacznie bardziej intrygujący (w końcu "Blues Helping" tylko powielał bluesowe schematy), jednak przez ogromne zróżnicowanie stylistycznie - strasznie niespójny. Wychodzi na zero, czyli ocena powinna być taka sama.

Ocena: 8/10

PS. Po wydaniu tego albumu, zespół, w odświeżonym składzie (z drugim gitarzystą Mickeyem Gee i nowym perkusistą Terry Williams, późniejszym członkiem Dire Straits), wyruszył w trasę koncertową, która okazała się jego łabędzim śpiewem. Po rozpadzie Love Sculpture, Dave Edmunds rozpoczął karierę solową, osiągając całkiem spore sukcesy komercyjne (m.in. singiel "I Hear You Knocking", cover utworu Smileya Lewisa, który w 1970 roku doszedł na szczyt brytyjskiej listy).



Love Sculpture - "Forms and Feelings" (1969)

1. In the Land of the Few; 2. Seagull; 3. Nobody's Talking; 4. Why (How Now); 5. Farandole; 6. You Can't Catch Me; 7. People People; 8. Sabre Dance

Skład: Dave Edmunds - wokal, gitara i instr. klawiszowe; John Williams - bass, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Bob "Congo" Jones - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Dave Edmunds, Mike Finesilver i Pete Ker


21 grudnia 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Exile on Main St." (1972)



"Exile on Main St." uznawany jest za kolejne wielkie dzieło Stonesów. Zdarzają się nawet opinie, że właśnie ten longplay jest szczytowym osiągnięciem grupy. Trudno mi zrozumieć ten fenomen. Zarówno kiedy poznawałem "Exile..." przed pięcioma laty, jak i przypominając go sobie teraz, miałem dokładnie takie same odczucia. Mieszane, lecz z przewagą negatywnych. Uważam, że ten dwupłytowy album - częściowo składający się z odrzutów po "Let It Bleed" i "Sticky Fingers" - to chaotyczny zbiór (głównie) nieprzemyślanych, niedopracowanych i pozbawionych wyrazistości kawałków. Być może ogólne wrażenie byłoby lepsze, gdyby okrojono ten materiał do jednej płyty, o standardowym czasie trwania około czterdziestu minut. Choć i wtedy nie byłby to album na miarę trzech poprzednich (dwóch wyżej wspomnianych i "Beggar's Banquet"). Gdyż, moim zdaniem, nie ma tu żadnego naprawdę rewelacyjnego utworu. Choć kilka przyzwoitych kawałków można wyłapać.

Z pierwszej płyty właściwie tylko jeden utwór zwrócił moją uwagę - singlowy "Tumbling Dice" o dość przebojowej melodii i przyjemnie pulsującej linii basu (w wykonaniu Micka Taylora, grającego na basie także w trzech innych utworach). Od biedy mogę wyróżnić jeszcze zadziorny "Rocks Off", który całkiem nieźle sprawdza się na otwarcie, choć niczym szczególnym nie zachwyca, a także łagodniejszy "Torn and Frayed" (w którym błyszczą gościnnie zaproszeni muzycy, grający na gitarze hawajskiej, pianinie i organach). Druga płyta przynosi nieco więcej ciekawej muzyki. Chociażby intrygujący blues "Ventilator Blues" (jedyny utwór Stonesów, przy którym został uwzględniony kompozytorski wkład Taylora). Albo wyraźnie inspirowane soulem "Let It Loose" i "Shine a Light" (w tym drugim znów pojawia się świetna linia basu w wykonaniu Taylora, jego zgrabna solówka gitarowa, a także fantastyczne organy Billy'ego Prestona). Nie brakuje tu też bardziej zadziornego, a zarazem przebojowego grania - vide "All Down the Line" i "Soul Survivor". Z wymienionych utworów można by skompilować krótki jednopłytowy album, który może i nie byłby wybitnym osiągnięciem, ale przynajmniej by nie nudził. Jako dwupłytowy album "Exile..." niestety nudzi. Niemal połowa utworów jest tak bezbarwna, że po przesłuchaniu ich nic nie zostaje mi w głowie, a zdarzają się tutaj też kompletne niewypały. Do tych ostatnich zaliczam "Sweet Virginia" (kolejny kawałek w repertuarze grupy w stylu country), "I Just Want to See His Face" (zdecydowanie mniej udany, od wyżej wspomnianych, flirt z soulem), a także "Happy" (najbardziej znany utwór zespołu śpiewany przez Keitha Richardsa, jednak strasznie banalny).

"Exile on Main St." powstawał w okresie największych narkotykowych i alkoholowych ekscesów muzyków The Rolling Stones. I chyba tym właśnie należy tłumaczyć wydanie takiego albumu - nikt nie był na tyle trzeźwy, aby uświadomić sobie, że co najmniej połowa tego materiału powinna pozostać w archiwum. Druga ("mniejsza") połowa wyszła jednak całkiem nieźle, jak na warunki, w których powstawała.

Ocena: 6/10



The Rolling Stones - "Exile on Main St." (1972)

LP1: 1. Rocks Off; 2. Rip This Joint; 3. Shake Your Hips; 4. Casino Boogie; 5. Tumbling Dice; 6. Sweet Virginia; 7. Torn and Frayed; 8. Sweet Black Angel; 9. Loving Cup
LP2: 1. Happy; 2. Turd on the Run; 3. Ventilator Blues; 4. I Just Want to See His Face; 5. Let It Loose; 6. All Down the Line; 7. Stop Breaking Down; 8. Shine a Light; 9. Soul Survivor

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne, gitara (LP1: 5, LP2: 7); Keith Richards - gitara, bass (LP1: 4, LP2: 1, 9), wokal (LP2: 1), pianino (LP2: 4), dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara, bass (LP1: 5,7, LP2: 4,8); Bill Wyman - bass; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Nicky Hopkins - pianino; Bobby Keys - saksofon, instr. perkusyjne (LP2: 1); Jim Price - trąbka, puzon, organy (LP2: 2); Bill Plummer - kontrabas (LP1: 2, LP2: 2,4,6); Ian Stewart - pianino (LP1: 3,6, LP2: 7); Jimmy Miller - perkusja (LP1: 5, LP2: 1,8), instr. perkusyjne (LP1: 8,9, LP2: 4,6); Al Perkins - gitara (LP1: 7); Richard Washington - marimba (LP1: 8); Chris Shepard - tamburyn (LP2: 2); Billy Preston - pianino i organy (LP2: 8); Clydie King, Venetta Fields, Joe Green, Gram Parsons, Jerry Kirkland, Mac Rebennack, Shirley Goodman, Tami Lynn, Kathi McDonald - dodatkowy wokal
Producent: Jimmy Miller


18 grudnia 2015

[Recenzja] Love Sculpture ‎- "Blues Helping" (1968)



Love Sculpture to jeden z tych licznych brytyjskich zespołów, które powstały w drugiej połowie lat 60. na fali popularności bluesa. Powstał w 1966 roku, z inicjatywy utalentowanego gitarzysty Dave'a Edmundsa, pełniącego także rolę wokalisty, a składu dopełnili basista John Williams i perkusista Robert Jones. Było to zatem klasyczne bluesrockowe power trio. Jego twórczość jednak różni się nieco od innych przedstawicieli stylu, jak Cream, The Jimi Hendrix Experience, czy Free. Mniej w niej rockowego czadu (nie licząc ostrych solówek Edmundsa), więcej stonowanego bluesa. Debiutancki album Love Sculpture, "Blues Helping", najbardziej przypomina mi inny debiut - a mianowicie grupy The Allman Brothers Band. Zresztą nie tylko stylistycznie, bo Edmunds nawet posiada zbliżoną barwę głosu do Gregga Allmana. Co jednak istotne, to "Blues Helping" ukazał się jako pierwszy, zanim jeszcze grupa braci Allman w ogóle powstała.

Pod względem kreatywności prowadzili jednak Amerykanie. Muzycy Love Sculpture na swój pierwszy album stworzyli tylko jeden własny utwór - dość przeciętny, instrumentalny "Blues Helping". Poza tym sięgnęli po (głównie) bluesową klasykę; utwory wykonywane oryginalnie przez takich wykonawców, jak np. B.B. King, Ray Charles, Elmore James, Howlin' Wolf, czy Slim Harpo. Materiał jest dość zróżnicowany. Obok wolnych, udramatyzowanych bluesów ("3 O'Clock Blues", "Don't Answer the Door"), pojawiają się też znacznie żywsze kawałki ("Wang-Dang-Doodle", "Shake Your Hips"). Opus magnum albumu stanowi przepiękne wykonanie "Summertime" - arii napisanej przez George'a Gershwina na początku lat 30. Pod względem wokalnym, wersja Love Sculpture wypada bardzo delikatnie w porównaniu ze słynnym wykonaniem Janis Joplin i Big Brother and the Holding Company, nagranym w tym samym roku, jednak muzycznie przynosi podobną, jeśli nie większą, dawkę emocji. Zaczyna się balladowo, jedynie z czystym akompaniamentem gitary, ale napięcie stopniowo rośnie, aż do punktu kulminacyjnego w postaci przeszywającej gitarowej solówki. Innym zasługującym na wyróżnienie utworem jest "On the Road Again" pochodzący z repertuaru Floyda Jonesa, oparty jednak na wersji amerykańskiej grupy Canned Heat (wydanej na początku 1968 roku). To najbardziej chwytliwy fragment albumu, a zarazem wyróżniający się dość niepokojącym, hipnotycznym nastrojem.

"Blues Helping" to solidny bluesrockowy longplay. Nie wznoszący do stylu niczego nowego, ale przecież nie o to chodzi w tego typu muzyce. Najważniejsze, że słucha się tego materiału wyśmienicie. Pozostaje tylko żałować, że grupa szybko, bo już na kolejnym albumie, porzuciła tego typu granie. Ale to już historia na inną recenzję.

Ocena: 8/10



Love Sculpture ‎- "Blues Helping" (1968)

1. Stumble; 2. 3 O' Clock Blues; 3. I Believe to My Soul; 4. So Unkind; 5. Summertime; 6. On the Road Again; 7. Don't Answer the Door; 8. Wang-Dang-Doodle; 9. Come Back Baby; 10. Shake Your Hips; 11. Blues Helping

Skład: Dave Edmunds - wokal, gitara i instr. klawiszowe; John Williams - bass, pianino (10); Bob ''Congo'' Jones - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Kingsley Ward i Malcolm Jones


16 grudnia 2015

[Recenzja] The Yardbirds - "The Yardbirds" (1966)



Longplay "The Yardbirds" - znany także pod tytułami "Over Under Sideways Down" (tak wydano go w Stanach, Niemczech i Francji) i nieoficjalnym "Roger the Engineer" (ze względu na okładkę, narysowaną przez Chrisa Dreję, przedstawiającą inżyniera dźwięku Rogera Camerona) - to pierwszy album zespołu z prawdziwego zdarzenia. Nie koncertówka ("Five Live Yardbirds"), nie zbiór przypadkowych utworów nagranych w różnych składach ("For Your Love", "Having a Rave Up"), a materiał zarejestrowany podczas jednej sesji, przez tych samych muzyków, z myślą o wydaniu na płycie długogrającej. To także pierwsze - i jedyne - wydawnictwo grupy, na którym znalazły się wyłącznie kompozycje napisane przez członków The Yardbirds.

Album stanowi jeden z pierwszych przykładów rocka psychodelicznego. Jeszcze bardzo pierwotnego, wciąż mocno tkwiącego w stylach popularnych w pierwszej połowie lat 60. i wcześniej - bluesie, rhythm 'n' bluesie i rock 'n' rollu. Najbardziej psychodelicznym utworem jest "Farewell", oparty na bardzo prostym, wręcz dziecinnym akompaniamencie pianina, a także z wielogłosową partią wokalną. Podobny nastrój chórki tworzą także w balladzie "Turn Into Earth" i w "Ever Since the World Began". Natomiast "Hot House of Omagarashid" sporo czerpie z muzyki afrykańskiej. Nie można też zapomnieć o "Over Under Sideways Down", w którym psychodelicznie robi się za sprawą przetworzonej gitary Jeffa Becka. Z drugiej strony są tutaj także utwory, które można nazwać wczesną formą hard rocka (pełen bluesowych zagrywek "The Nazz Are Blue" - w którym w roli wokalisty wyjątkowo wystąpił Beck - a także ozdobiony świetnymi solówkami "Rack My Mind" i oparty na mocnej partii basu "What Do You Want").

Niestety, mimo prekursorskiego charakteru tego materiału, trudno uznać "The Yardbirds" za wielkie dzieło. Eksperymenty muzyków są ciekawe, ale ich zdolności kompozytorskie - co najwyżej przeciętne. Ich utworom brakuje dobrych melodii, zapamiętywalnych motywów. O większości z nich od razu się zapomina. Wyjątek stanowią chyba tylko dwie kompozycje: napędzany świetnym basowym motywem "Lost Woman" (mój faworyt z tego albumu), oraz najbardziej przebojowy "I Can't Make Your Way" (który jednak brzmi bardzo nieporadnie i banalnie na tle ówczesnych przebojów The Beatles czy The Rolling Stones). Chyba byłoby lepiej, gdyby zespół jednak pozostał przy graniu (głównie) cudzych kompozycji. 

Ocena: 7/10



The Yardbirds - "The Yardbirds" (1966)

1. Lost Woman; 2. Over Under Sideways Down; 3. The Nazz Are Blue; 4. I Can't Make Your Way; 5. Rack My Mind; 6. Farewell; 7. Hot House of Omagarashid; 8. Jeff's Boogie; 9. He's Always There; 10. Turn into Earth; 11. What Do You Want; 12. Ever Since the World Began

Skład: Keith Relf - wokal (1,2,4-7,9-12), harmonijka); Jeff Beck - gitara, bass (2), wokal (3); Chris Dreja - gitara, pianino, dodatkowy wokal; Paul Samwell-Smith - bass (1,3-12), dodatkowy wokal; Jim McCarty - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Paul Samwell-Smith i Simon Napier-Bell


14 grudnia 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Sticky Fingers" (1971)



"Sticky Fingers" to prawdopodobnie najbardziej popularny album Stonesów. Jego recenzje dzielą się na ultra-hiper-ekstra-entuzjastyczne, oraz na... takie, których nie znalazłem. Poważnie, nie widziałem ani jednej recenzji, która nie składałaby się z samych zachwytów. Czy jednak ten cały entuzjazm jest zasłużony? W wypromowaniu longplaya z pewnością pomogły dwa świetne single, "Brown Sugar" i "Wild Horses", oraz kontrowersyjna okładka, zaprojektowana przez Andy'ego Warhola (z prawdziwym zamkiem w pierwszym wydaniu). Ale longplay ma do zaoferowania znacznie więcej. Bo choć bezkrytyczne opinie na jego temat są według mnie jednak odrobinę przesadzone (nie wszystkie utwory trzymają równy poziom), to muszę przyznać, że to naprawdę mocna rzecz. Pozostawiająca w tyle nawet bardzo udany poprzedni album, "Let It Bleed".

Okładka wydania hiszpańskiego.
Trzeba jednak pamiętać, że zespół miał tym razem znacznie więcej czasu, niż kiedykolwiek wcześniej, aby dopracować każdy szczegół. Nagrywając po raz pierwszy dla własnej wytwórni, muzycy nie byli ograniczeni żadnymi terminami. W rezultacie sesje nagraniowe odbywały się na przestrzeni ponad roku. Pierwsze nagranie, "Brown Sugar", powstało już na samym początku grudnia 1969 roku, a ostatnia sesja zakończyła się w styczniu 1971 roku. Warto w tym miejscu wspomnieć o niesławnym występie grupy na Altamont Free Concert, 6 grudnia '69, gdyż miał on prawdopodobnie decydujący wpływ na ostateczny kształt albumu. To właśnie w jego trakcie, wynajęty do ochrony gang motocyklowy Hell's Angels zabił czarnoskórego uczestnika koncertu, który jednak sam wcześniej wyciągnął broń. Członkowie gangu zaczęli zachowywać się agresywnie już wcześniej, gdy zespół wykonywał utwór "Sympathy for the Devil" - fakty te zostały szybko powiązane i wkrótce potem nasiliły się oskarżenia o związki zespołu z satanizmem. Wówczas muzycy postanowili całkiem zerwać z "piekielną" otoczką, która od pewnego czasu im towarzyszyła. Począwszy od albumu "Sticky Fingers" teksty zespołu można streścić hasłem "sex, drugs & rock'n'roll". Przy czym w przypadku tego albumu, zdecydowanie najwięcej mowy o narkotykach.

Ale to nie warstwa tekstowa wpływa na jakość longplaya. Muzyka broni się sama. Już na otwarcie pojawia się cios w postaci jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów Stonesów, czyli wspomnianego już dwukrotnie "Brown Sugar". Zadziornego, bardzo dynamicznego kawałka, z charakterystycznym gitarowym riffem (wyjątkowo wymyślonym nie przez Richardsa, a Jaggera) i ostrymi solówkami Bobby'ego Keysa na saksofonie. "Sway" to dla odmiany wolniejszy utwór, w którym zgrzytliwe gitary przeplatają się z ładnym motywem pianina, a w tle pobrzmiewa orkiestracja. Można tu także podziwiać gitarowy kunszt Micka Taylora, który ozdobił utwór długą solówką graną techniką slide. A tuż potem rozbrzmiewa prześliczny "Wild Horses", z misterną konstrukcją gitar akustycznych (w tym 12-strunowych), czarującymi solówkami - tym razem w wykonaniu Richardsa, oraz świetnymi wejściami perkusji (niemal tak rewelacyjnymi, jak w wydanym w tym samym roku "Stairway to Heaven" Zeppelinów). Następujący tuż potem "Can't You Hear Me Knocking" to wręcz zwrot o 180 stopni - zgiełkliwy, nieco toporny utwór. Ale tylko przez pierwsze dwie minuty i czterdzieści sekund - później utwór niespodziewanie zmienia się w improwizowany, niemal jazzrockowy jam, z etnicznymi perkusjonaliami, oraz solówkami na saksofonie i gitarze, w tle zaś pobrzmiewają organy (na których zagrał Billy Preston, znany chociażby ze współpracy z The Beatles). Chyba nikt nie spodziewałby się takiego utworu po tym zespole.

Tuż potem następuje jednak utwór, który moim zdaniem ewidentnie odstaje od reszty albumu, zarówno pod względem stylistycznym, jak i poziomu. "You Gotta Move" to przeróbka gospelowej pieśni z lat 40., w wersji Stonesów oparta na country-bluesowej aranżacji Freda McDowella, której surowe, ascetyczne brzmienie (tylko wokal, gitary - ale bez basowej - i bardzo oszczędna perkusja), w połączeniu z monotonią, działa na mnie odpychająco. Na tle dopracowanej reszty albumu wypada bardzo słabo. Wysoki poziom na szczęście wraca w otwierającym drugą stronę winylowego wydania "Bitch" - kolejnym zadziornym i dynamicznym kawałku, ze świetnym gitarowym riffem i saksofonowymi solówkami. Reszta albumu jest już bardziej stonowana. "I Got the Blues" to przejmująca ballada, o - zgodnie z tytułem - bluesowym odcieniu. Wspaniale wypadają tutaj saksofonowe wejścia Keya, oraz organowe solo Prestona. A jeszcze bardziej przejmująca jest częściowo akustyczna "Sister Morphine". Utwór napisany przez Jaggera i Richardsa wspólnie z Marianne Faithfull, która zresztą także nagrała swoją wersję (z udziałem ponad połowy Stonesów, z wyjątkiem Billa Wymana i - nie grającego także w ich wersji - Taylora) i wydała ją już na początku 1969 roku. Pod względem tekstowym jest to szczere wyznanie narkomana, świetnie zinterpretowane wokalnie przez Jaggera, któremu towarzyszy intrygująca muzyka (z niesamowitym popisem Ry Coodera, który zagrał tutaj gościnnie na gitarze). Co ciekawe, kompozytorski wkład Faithfull był przez wiele lat był nieuwzględniany w opisie albumu - zmieniło się do dopiero w latach 90. po wygraniu sądowej batalii przez byłą kochankę Jaggera.

"Dead Flowers" to dla odmiany kompozycja o bardzo pogodnym charakterze. Niestety, jest to także drugi utwór z tego albumu, który niespecjalnie mnie przekonuje. O ile jednak w przypadku "You Gotta Move" mam wyłącznie negatywne odczucia, tak tutaj są one bardziej mieszane. Bo w sumie jest to całkiem przyjemny, melodyjny kawałek. A jednak odpychający swoją banalnością i aranżacją w stylu country, którego nie znoszę. Na zakończenie albumu czeka jednak kolejna świetna ballada, "Moonlight Mile". Wyróżniająca się naprawdę niezwykłym klimatem - z jednej strony słychać w niej wyraźną inspirację muzyką z dalekiego wschodu, a z drugiej przygniata (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) słuchacza niemal orkiestrowym rozmachem. Przede wszystkim zachwyca jednak wspaniałą melodią, która spokojnie może konkurować z "Wild Horses", "I Got the Blues" i "Sister Morphine". Sam nie mogę się zdecydować, który z tych utworów wywołuje u mnie największe emocje. Wszystkie są fantastyczne. Aż trudno uwierzyć, że cztery tego typu kompozycje znalazły się na jednym albumie. To przede wszystkim one decydują o wielkości "Sticky Fingers". Jednak gdyby wypełniały go tylko kompozycje tego typu - pewnie w pewnym momencie zaczęłyby nudzić. Na szczęście reszta utworów jest bardzo zróżnicowana i chociaż nie wszystkie z nich zachwycają, to w w większości trzymają mocny poziom.

Ocena: 9/10

PS. W sierpniu tego roku "Sticky Fingers" został wznowiony w licznych formatach, zawierających wiele bonusowych nagrań, w tym alternatywne wersje "Brown Sugar" (z gitarową solówką Erica Claptona), "Wild Horses" (akustyczna), "Can't You Hear Me Knocking" (bez części jamowej), "Bitch" i "Dead Flowers", a także pięć utworów w wersjach koncertowych zarejestrowanych w 1971 roku w londyńskim Roundhouse ("Live with Me", "Stray Cat Blues", "Love in Vain", 11-minutowe wykonanie "Midnight Rambler", oraz "Honky Tonk Woman"). Dostępne są trzy wydania winylowe: jednopłytowe bez bonusów i z oryginalną okładką (bez zamka), dwupłytowe z wspomnianymi wyżej bonusami (oprócz "Midnight Rambler") i oryginalną okładką (z zamkiem), oraz dwupłytowe z tymi samymi bonusami i hiszpańską wersją okładki. Z wydań cyfrowych najbardziej obszerne zawiera aż trzy płyty CD (jedną z oryginalnym albumem, drugą z wymienionymi wyżej bonusami, oraz trzecią z kompletnym zapisem występu na Uniwersytecie w Leeds, także z 1971 roku), płytę DVD (z rejestracją utworów "Midnight Rambler" i "Bitch" z londyńskiego Marquee Club - ponownie 1971 rok), oraz winylowy singiel z utworami "Brown Sugar" i "Wild Horses".



The Rolling Stones - "Sticky Fingers" (1971)

1. Brown Sugar; 2. Sway; 3. Wild Horses; 4. Can't You Hear Me Knocking; 5. You Gotta Move; 6. Bitch; 7. I Got the Blues; 8. Sister Morphine; 9. Dead Flowers; 10. Moonlight Mile

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara (2,9,10), instr. perkusyjne (1); Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara (1-7,9,10); Bill Wyman - bass, pianino (5); Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ian Stewart - pianino (1,9); Bobby Keys - saksofon (1,4,6,7); Nicky Hopkins - pianino (2,4); Paul Buckmaster - aranżacja instr. smyczkowych (2,10); Jim Dickinson - pianino (3); Billy Preston - organy (4,7); Rocky Dijon - kongi (4); Jimmy Miller - instr. perkusyjne (4); Jim Price - trąbka (6,7), pianino (10); Ry Cooder - gitara (8); Jack Nitzsche - pianino (8)
Producent: Jimmy Miller


11 grudnia 2015

[Recenzja] Muddy Waters - "The London Sessions" (1972)



Po sukcesie albumu "The London Sessions" Howlin' Wolfa, przedstawiciele wytwórni Chess Records postanowili wysłać do Londynu innego swojego podopiecznego, aby wspólnie z uznanymi brytyjskimi muzykami zarejestrował uwspółcześnione wersje swoich kompozycji. Tym razem padło na Muddy'ego Watersa. Podobnie jak w przypadku Wolfa, wytwórnia już wcześniej przekonała Watersa do nagrania kilku albumów z elektrycznym bluesem, zahaczających o "biały" blues ("Electric Mud" z 1968 roku, czy wydany rok później - a nagrany m.in. z pomocą Michaela Bloomfielda i Paula Butterfielda, członków "białego" The Paul Butterfield Blues Band - longplay "Fathers and Sons"). W londyńskiej sesji Muddy'ego, oprócz jego stałych współpracowników - gitarzysty Sama Lawhorna i grającego na harmonijce Careya Bella, wzięli udział m.in. tacy muzycy, jak słynny klawiszowiec Steve Winwood; jego kompan z Blind Faith i Traffic - basista Ric Grech; perkusista Mitch Mitchell, znany przede wszystkim z The Jimi Hendrix Experience; a także wschodząca gwiazda blues rocka - irlandzki wirtuoz gitary Rory Gallagher.

Muddy Waters (właść. McKinley Morganfield) zasłynął jako oryginalny wykonawca takich utworów, jak np. "Trouble No More", "I Can't Be Satisfied", "I Wonder Who's Gonna Be Your Sweet Man When I'm Gone", oraz napisanych dla niego przez Williego Dixona "Hoochie Coochie Man", "Just Make Love to Me (I Just Want to Make Love to You)", "You Shook Me" i "I'm Ready". Utwory te były później grane m.in. przez takich wykonawców, jak Chuck Berry, The Rolling Stones, The Animals, The Yardbirds, Jimi Hendrix, The Jeff Beck Group, Led Zeppelin, The Allman Brothers Band, Fleetwood Mac, Rory Gallagher, a nawet Motörhead. Jednak tylko nieliczne z nich pojawiły się na "The London Sessions". Waters i towarzyszący mu muzycy sięgnęli za to po kilka standardów bluesowych, oryginalnie wykonywanych przez innych wykonawców, jak np. "Key to the Highway" (po raz pierwszy nagrany w 1940 roku przez Charliego Segara; rockowym słuchaczom znany zapewne z wersji Derek and the Dominos), czy "Walkin' Blues" (utwór Roberta Johnsona z 1936 roku).

Podobnie, jak na bliźniaczym albumie Howlin' Wolfa, także tutaj utwory zostały urockowione: sekcja rytmiczna Mitchell/Grech zapewnia mocną podstawę, a Gallagher pozwolił sobie na kilka ostrzejszych, jak zwykle elektryzujących solówek (np. w "Young Fashioned Ways", "Who's Gonna Be Your Sweet Man When I'm Gone", oraz w najbardziej dynamicznych "I'm Ready" i "I Don't Know Why"). Brzmienie organów Winwooda (grającego tylko w trzech utworach: "Key to the Highway", "I'm Gonna Move to the Outskirts of Town" i "Sad Sad Day") też jest typowo rockowe. Wszystkie utwory zachowują jednak bluesowy nastrój, dodatkowo podkreślony przez pojawianie się w aranżacjach pianina, sekcji dętej, oraz często dominującej nad innymi instrumentami harmonijki (inna sprawa, że w "I Don't Know Why" brzmienie tego ostatniego instrumentu jest zaskakująco agresywne). A Muddy Waters nie próbował śpiewać w rockowy sposób i nawet w tych najbardziej dynamicznych fragmentach postawił na bluesowy śpiew, na granicy melodeklamacji. Dzięki temu powstało kolejne interesujące połączenie "czarnego" i "białego" bluesa.

Jako podsumowanie mógłbym tutaj napisać dokładnie to samo, co w recenzji "The London Sessions" Howlin' Wolfa - że album sprawdza się jako wprowadzenie do "prawdziwego" bluesa, dla osób lubiących jego "białą" odmianę, ale sam w sobie także jest warty poznania. Jak natomiast wypada porównanie tych dwóch londyńskich sesji? Chyba jednak odrobinę na korzyść albumu Wolfa, na którym była nieco większa różnorodność i większa "chemia" między muzykami (tutaj nieco brakuje zespołowej interakcji, choć każdy muzyk zdaje się dawać od siebie co najlepsze). Mimo wszystko, album Muddy'ego Watersa zasługuje według mnie na tak samo wysoką ocenę - bo również słucha się go bardzo przyjemnie, a na koniec pozostaje nawet pewien niedosyt (gdyż to tylko 36 minut muzyki).

Ocena: 8/10

PS. W 1974 roku ukazał się album "London Revisited", na stronie A zawierający odrzuty z londyńskiej sesji Muddy'ego Watersa ("Hard Days", "Highway 41", "I Almost Lost My Mind", "Lovin' Man"), a na stronie B - odrzuty z sesji Howlin' Wolfa ("Goin' Down Slow", "The Killing Floor", "I Want to Have a Word With You"). Materiał Wolfa został wznowiony na reedycji jego "The London Sessions", natomiast utwory Watersa nie zostały nigdy wydane na CD.



Muddy Waters - "The London Sessions" (1972)

1. Blind Man Blues; 2. Key to the Highway; 3. Young Fashioned Ways; 4. I'm Gonna Move to the Outskirts of Town; 5. Who's Gonna Be Your Sweet Man When I'm Gone; 6. Walkin' Blues; 7. I'm Ready; 8. Sad Sad Day; 9. I Don't Know Why

Skład: Muddy Waters - wokal i gitara; Rory Gallagher - gitara; Sam Lawhorn - gitara; Ric Grech - bass; Mitch Mitchell - perkusja (2-6,8); Herbie Lovelle - perkusja (1,7,9); Georgie Fortune - instr. klawiszowe (1,3,5-7,9); Steve Winwood - instr. klawiszowe (2,4,8); Carey Bell - harmonijka
Gościnnie: Seldon Powell - saksofon; Garnett Brown - puzon; Ernie Royal, Joe Newman - trąbka; Rosetta Hightower - dodatkowy wokal (1)
Producent: Esmond Edwards i Ian Green