10 listopada 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Their Satanic Majesties Request" (1967)



Jako drugi najpopularniejszy zespół połowy lat 60., Stonesi nieustannie są porównywani z numerem jeden - Beatlesami. Tymczasem obie grupy niewiele mają ze sobą wspólnego. The Beatles zaczynali od grania melodyjnego rock and rolla i ewoluowali praktycznie z albumu na album, często tworząc rzeczy prekursorskie. Natomiast korzenie The Rolling Stones to surowy rhythm and blues, którego muzycy trzymali się praktycznie przez całą karierę. Jeden jedyny raz postanowili jednak wyraźnie nawiązać do swoich bardziej znanych kolegów po fachu. Wydany pod koniec 1967 roku album "Their Satanic Majesties Request" to oczywista odpowiedź na opublikowany pół roku wcześniej "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band". Longplay jeszcze bardziej dziwny, przepełniony psychodeliczno-narkotycznym klimatem. Podobno muzycy zupełnie nie pamiętają jego sesji nagraniowej. I chyba w tym wypadku nie jest to tylko próba wzbudzenia kontrowersji. Dziwaczna muzyka wypełniająca "Their Satanic Majesties Request" mogła powstać chyba tylko i wyłącznie pod wpływem substancji psychoaktywnych.

To jedyny album The Rolling Stones, na którym zespół wyparł się swojego charakterystycznego, surowego brzmienia. Brzmienie jest tutaj wyjątkowo bogate. To głównie zasługa Briana Jonesa, który praktycznie porzucił grę na gitarze, na rzecz takich instrumentów, jak saksofon, flet, elektryczny dulcimer, oraz przeróżnych perkusjonalii i instrumentów klawiszowych - szczególnie melotronu, za pomocą którego nadaje wielu utworom orkiestrowego tła. Na albumie pojawiają się także prawdziwe smyczki (zaaranżowane przez Johna Paula Jonesa, późniejszego basistę Led Zeppelin), wykorzystane w utworze "She's a Rainbow". Zresztą będącym prawdziwą perłą tego albumu. Wyjątkowo zgrabnie - jak na ten album - skomponowanym utworem, wyróżniającym się bardzo chwytliwą melodią. Innym świetnym utworem jest "2000 Light Years from Home", o bardzo intrygującym, "kosmicznym" klimacie. Dobrze wypada także zadziorny i ciężki brzmieniowo "Citadel" - najbardziej gitarowy utwór na albumie. Z kolei "2000 Man" ma kolejną świetną melodię, jednak utwór sprawia wrażenie jakby jego poszczególne części posklejano z fragmentów kilku różnych kompozycji. Chociaż to jeszcze nic przy takich kakofonicznych kawałkach, jak ośmiominutowy "Sing This All Together (See What Happens)" czy "On with the Show". Nagrywając je muzycy chyba kompletnie nie mieli pojęcia, co chcą osiągnąć... Koniecznie trzeba wspomnieć także o "In Another Land" - jednym z zaledwie dwóch utworów w całej dyskografii zespołu skomponowanych przez basistę Billa Wymana, a także jedynym przez niego zaśpiewanym. Niezbyt jednak interesującym melodycznie, a w warstwie muzycznej zdominowany przez archaiczne brzmienie klawesynu.

"Their Satanic Majesties Request" to po prostu jeden wielki eksperyment, mający kilka interesujących fragmentów, ale na ogół sprawiający wrażenie bardzo nieprzemyślanego. Warto dodać, że to pierwszy album Stonesów wydany w identycznej formie po obu stronach Atlantyku.

Ocena: 6/10



The Rolling Stones - "Their Satanic Majesties Request" (1967)

1. Sing This All Together; 2. Citadel; 3. In Another Land; 4. 2000 Man; 5. Sing This All Together (See What Happens); 6. She's a Rainbow; 7. The Lantern; 8. Gomper; 9. 2000 Light Years from Home; 10. On with the Show

Skład: Mick Jagger - wokal, instr. perkusyjne; Keith Richards - gitara, melotron, dodatkowy wokal; Brian Jones - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, flet, saksofon, dulcimer, gitara; Bill Wyman - bass, instr. perkusyjne, wokal (3), pianino (3), dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Nicky Hopkins - instr. klawiszowe; Paul McCartney - dodatkowy wokal (1,5), instr. perkusyjne (6); John Lennon - dodatkowy wokal (1,5); Steve Marriott - gitara i dodatkowy wokal (3); Ronnie Lane - dodatkowy wokal (3); John Paul Jones - aranżacja instr. smyczkowych (6)
Producent: The Rolling Stones


1 komentarz:

  1. To wydawnictwo ma tyle samo wad co i zalet i dlatego trudno było mi jednoznacznie je ocenić.

    Niewątpliwie ogromnym jego mankamentem jest rezygnacja z własnego stylu na rzecz udawania innych kapel - głównie The Beatles i Pink Floyd (z Debiutu). U zespołu tej klasy co Rolling Stones jest to rzecz zupełnie nie do przyjęcia. Jeżeli chcieli grać rock psychodeliczny powinni wymyślić go po swojemu, łączenie "Lucy in the Sky with Diamonds" z "Interstellar Overdrive" jest absolutnie poniżej tego, czego się od Stonesów wymaga.

    Z drugiej strony album sam w sobie trzyma naprawdę niezły poziom. Chwytliwe melodie w połączeniu z multiinstrumentalnym rzężeniem to przecież wizytówka takiej muzyki. Pod względem czysto muzycznym był to w chwili wydania jeden z najlepszych ich albumów, dopiero kolejne nagrania zespołu przerosły "Satanic" o klasę.

    Gdyby tą płytę wydał jakiś mało znany, mało ważny zespół dzisiaj mówiono by o niej w kategoriach pomniejszych pereł psychodelicznego rocka. Byłaby to rzecz zupełnie niszowa - bo nic, poza ładnymi melodiami do gatunku niewnosząca - ale z pewnością wysoko ceniona przez fanów takiej muzyki. Ale przecież to jest płyta The Rolling Stones...

    Istnieje w muzyce rozrywkowej taka kategoria jak "udany eksperyment, nieudana muzyka". Na przykład "Alan's Psychedelic Breakfast" - formalnie niby to ciekawe, ale muzyka nudna jak nie wiem. Istnieje też kategoria odwrotna: "udana muzyka, nieudany eksperyment" i tam moim zdaniem jest miejsce Their Satanic Majesties Request.

    OdpowiedzUsuń