5 listopada 2015

[Blog] Podsumowanie października

W związku z pojawiającymi się prośbami o przywrócenie wpisów z podsumowaniami miesiąca (czy też "ulubieńcami miesiąca", jak to nazywa się na innych blogach), postanowiłem wrócić do prowadzenia tego cyklu. Przyznaję, że nie czuję się najpewniej w takiej formie blogowej aktywności. Zdecydowanie wolę pisać recenzje i artykuły o powstawaniu albumów - czyli de facto teksty charakterystyczne raczej dla serwisów muzycznych, niż blogów. Nieszczególnie pociąga mnie pisanie stricte blogowych "notek", do jakich zaliczyć można "ulubieńców". Nie mogę zatem obiecać, że tym razem cykl będzie prowadzony dłużej niż ostatnio (trzy miesiące). Wszystko zależy jednak oczywiście od tego, jaki będzie odzew Czytelników.

Zakupy z września i października.

Od mojego ostatniego podsumowania miesiąca minął równo rok, dlatego niniejsze będzie dotyczyło nieco dłuższego okresu czasu. Oczywiście nie całych ostatnich dwunastu miesięcy, bo trudno żebym pamiętał czego dokładnie słuchałem w lutym czy maju. Chociaż... Nie sądzę by przez ten czas mój gust się zmienił choćby odrobinę. Wciąż najbliższa jest mi muzyka z okolic blues/hard rocka, a wieczorami najchętniej sięgam po rock progresywny. Na talerzu mojego gramofonu jak zwykle często gościły albumy takich wykonawców, jak - kolejność zupełnie przypadkowa - Pink Floyd, Led Zeppelin, Deep Purple, Black Sabbath, Cream, Iron Maiden (chyba jedynego heavy metalowego zespołu, którego słuchanie wciąż sprawia mi przyjemność), The Beatles, King Crimson, Queen, Rainbow, Rush, itd., itp. Dzięki prowadzeniu bloga i konieczności wyszukiwania kolejnych wykonawców do recenzowania, przypomniałem sobie o wielu, których od dawna nie słuchałem (chociażby The Allman Brothers Band, UFO, The Who, Jethro Tull, Jimi Hendrix), lub wręcz poznałem nowych. Największym odkryciem był z pewnością Rory Gallagher. Chociaż jego nazwisko było mi znane co najmniej od 2006 roku, to zawsze miałem jakieś nieuzasadnione uprzedzenie do wykonawców solowych. Na szczęście w końcu sięgnąłem po twórczość Rory'ego, który praktycznie od razu awansował do pierwszej dziesiątki moich ulubieńców. I jest w niej od ponad pół roku. Więcej na jego (i nie tylko) temat poniżej, w bardziej szczegółowych opisach czego głównie słuchałem w ciągu ostatnich +/- dwóch miesiącach.

I nieco starsze zakupy - z lipca na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku.


I. "The Book of Souls"

Do nowego albumu Iron Maiden zdecydowanie nie zapałałem miłością od pierwszego spojrzenia usłyszenia. Być może było to spowodowane uprzedzeniem wywołanym przez pierwszy singiel (wciąż uważam, że "Speed of Light" jest okropnie słaby melodycznie i przez swoją prostotę zupełnie nie pasuje do reszty albumu), kiepską jakością brzmienia podczas przedpremierowego odsłuchu, a może brakiem jakiegoś naprawdę wybijającego się ponad całość utworu. Z każdym kolejnym przesłuchaniem coraz bardziej jednak przekonywałem się do tego albumu - z największego rozczarowania roku stał się tym najbardziej zachwycający. Przez dość długi okres słuchałem go codziennie. Obecnie już rzadziej, żeby się nie znudził. I tak znam go już na pamięć. Bo chociaż "The Book of Souls" nie zawiera melodii, które nuciłbym już po pierwszym przesłuchaniu, to po kolejnych już same grały mi w głowie (z wyjątkiem bezbarwnego "The Great Unknown"; "Speed of Light" ma przynajmniej fajne, melodyjne solówki). To moim zdaniem zdecydowanie najlepszy album zespołu od czasu "Seventh Son of a Seventh Son" z 1988 roku.
"The Book of Souls" kupiłem wyjątkowo nie w wersji winylowej (bo to bardzo niepraktyczne trzypłytowe wydanie, choć album zmieściłby się na dwóch płytach - wystarczyłoby zamienić miejscami utwory "The Red and the Black" i "When the River Runs Deep"), a w wersji CD, wydanie "Deluxe" - w formie książki, co rewelacyjnie pasuje do tytułu. Poniżej jeden z moich ulubionych fragmentów albumu, chociaż równie dobrze mógłbym umieścić co najmniej sześć innych utworów.




II. "Rattle That Lock"

To zdecydowanie najlepszy solowy album Davida Gilmoura. Debiut był nie do końca udaną próbą odejścia od stylu macierzystego Pink Floyd i był pierwszym dowodem, że słynny gitarzysta jako kompozytor nie dorównuje Rogerowi Watersowi (najlepszy utwór z albumu "David Gilmour" to cover "There's No Way Out of Here" mało znanej, a właściwie nieznanej grupy Unicorn). Kolejne dwa albumy, "About a Face" i "On an Island", zawierają kilka przyjemnych utworów, ale jako całość są monotonne i zbyt senne. Tymczasem "Rattle That Lock" to naprawdę świetny zbiór utworów, dobrze skomponowanych i zróżnicowanych stylistycznie. Nie zabrakło zaskoczeń (taneczne single "Rattle That Lock" i "Tonight", jazzowy "The Girl in the Yellow Dress"), ale większość utworów  utrzymana jest w charakterystycznym gilmourowskim/floydowym stylu (np. "A Boat Lies Waiting", "In Any Tongue"). "Rattle That Lock" to album idealny na wieczory, zwłaszcza o tej porze roku. Ten album kupiłem w wersji winylowej - na szczęście jednopłytowej, mimo czasu trwania przekraczającego 50 minut.




III. Rory Gallagher / Taste

O swoim uwielbieniu dla twórczości Rory'ego już wspominałem. Naturalnie, postanowiłem zakupić kilka jego albumów - oczywiście oryginalnych, nieremasterowanych wydań winylowych. O ile jednak nie było problemów ze znalezieniem tych nieco późniejszych longplayów, jak "Irish Tour '74" czy "Top Priority" (oraz "Calling Card", ale z jego zakupem się nie śpieszyłem), tak okazało się, że dwa pierwsze solowe albumy Gallaghera, oraz oba albumy nagrane przez niego z grupą Taste, są swego rodzaju białymi krukami. Solowy debiut, "Rory Gallagher", to obecnie pozycja której najbardziej mi brakuje w kolekcji. W końcu to jeden z najlepszych bluesrockowych (z elementami folku i jazzu) albumów, jakie znam. Jeszcze nigdy nie widziałem go na własne oczy - dwa razy pojawił się na internetowych aukcjach, ale w fatalnym stanie. Jego następca, "Deuce" (prawie tak samo dobry jak debiut, zawierający m.in. przepiękny "I'm Not Awake Yet"), w ogóle nie pojawia się na aukcjach, ale na szczęście znalazłem go w lipcu na gdańskim Jarmarku Dominikańskim. Nieco dłużej polowałem na albumy Taste - w ostatnim czasie wygrałem je jednak na aukcjach (drugi, "On the Boards", doszedł dopiero wczoraj wieczorem i dlatego nie załapał się na powyższe zdjęcia). W między czasie kupiłem dopiero co wydane DVD Taste, "What's Going On: Live at the Isle of Wight". Świetny materiał (w zaskakująco dobrej jakości brzmienia i obrazu, biorąc pod uwagę, że przeleżał 45 lat w archiwum), pokazujący jak wspaniałym muzykiem był Rory Gallagher - należał do ścisłej czołówki bluesowych i rockowych gitarzystów.




IV. The Who

Często gdy przypominam sobie o jakimś zespole, dzięki recenzowaniu na blogu, postanawiam kupić niektóre jego albumy. W ostatnim czasie było tak m.in. z Robertem Plantem (EPka "The Honeydrippers, Volume One") oraz - przede wszystkim - z The Who. Dotąd postrzegałem ten zespół - przez pryzmat ich najwcześniejszych dokonań - jako "gorszą kopie The Beatles". Mimo, że wiedziałem, że stać ich na więcej (album "Who's Next", zresztą jeden z moich najnowszych zakupów), nie wierzyłem, że ten zespół rzeczywiście nagrał "jedną z najlepszych koncertówek wszech czasów". Dlatego też nie spieszyłem się z poznaniem "Live at Leeds" - do czasu, gdy nadeszła pora na napisanie recenzji. I wprost nie mogłem uwierzyć, że zespół rzeczywiście gra na niej tak dobrze, jak Cream czy Led Zeppelin. Szczególnie porywająco wypadają pełne hardrockowej mocy covery bluesowych kawałków ("Young Man Blues", "Summertime Blues", "Shakin' All Over"), odrobinę słabiej własne kompozycje, z wyjątkiem rewelacyjnej, rozbudowanej do piętnastu minut wersji "My Generation". Oczywiście "Live at Leeds" od razu wylądował na liście zakupów (nabyłem go w komplecie z "Who's Next"). Jako uzupełnienie kupiłem DVD "Live at the Isle of Wight Festival 1970", zarejestrowane zaledwie pół roku później (występ w Leeds niestety nie został sfilmowany). Więcej o tym wydawnictwie napiszę, gdy nadejdzie czas na jego recenzję, na razie jeszcze go nie widziałem, poza fragmentami na YouTube.




A Wy czego ostatnio słuchaliście?

13 komentarzy:

  1. Ostatnio - Deep Purple, Aerosmith i Maanam (+ oczywiście nowości: "The Book of Souls", "Rock or Bust" i "Bad Magic").

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Rock or Bust" to już nie taka nowość, niedługo minie rok od wydania ;)

      Usuń
    2. No niby tak, ale w momencie premiery jakoś go przeoczyłem - nie jestem aż takim fanem AC/DC.

      Usuń
  2. świetnie, że do tego wróciłeś, interesujący post! mógłbyś kiedyś może przedstawić całą swoją kolekcję? wiem, że trudno opisać tyle albumów, ale może przedstawiłbyś przynajmniej listę wszystkich płyt, które posiadasz? Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałem kiedyś pomysł założenia drugiego bloga, na którym opisywałbym płyty ze swojej kolekcji - miał się nazywać "Winyloteka" ;) Ale skończyło się na zarezerwowaniu adresu w blogspocie... Natomiast katalog mojej kolekcji jest dostępny online pod tym adresem: https://rateyourmusic.com/collection/RocknRollWillNeverDie/oo

      Usuń
    2. Pewnie nie jest to dobre miejsce na poruszenie tej kwestii, ale na bank lepsze niż pod recenzją jakiegoś albumu :) mianowicie zaciekawiła mnie jedna z ocen na Twoim rateyourmusic - "Ok Computer", który swojego czasu był uważany za objawienie ,wyceniłeś na pół gwiazdki. Zachwyty nad tym dość wątpliwej jakości (ostatnie podejście miałem z rok temu, może teraz uznałbym inaczej :D ) "dziełem" są bardzo na wyrost, jednak pewnej nowatorskości nie sposób mu odmówić. Skąd taka krytyczna ocena? Czy planujesz kiedyś zrecenzować ten LP (jak i inne radioheady)?

      Usuń
    3. To najbardziej bezpłciowa muzyka, jaką słyszałem, udająca extra-super-hiper ambitną, poprzez zrezygnowanie z piosenkowych struktur i melodii. Czy to jest nowatorskie? Nie, z lepszym rezultatem robiono takie rzeczy już we wcześniejszych dekadach ;) Do tego najbardziej irytujący wokal jaki słyszałem... A czemu w ogóle oceniłem to coś? W celu zaniżenia oceny, bo nie godzi się, żeby zajmowało pierwsze miejsce albumów wszech czasów w rankingu RYM, wyprzedzając arcydzieła prawdziwych geniuszy, jak Pink Floyd, The Beatles czy inne King Crimson, którzy nie musieli niczego udawać, bo naprawdę tworzyli rzeczy wybitne. Nie, na recenzję nie ma szans. Ale dodam, że kiedyś podobały mi się fragmenty poprzedniego albumu Radiohead, "The Bends" (poza wokalem). Ten album nie jest tak pretensjonalny i przeintelektualizowany, jak "Ok Computer".

      Usuń
    4. oooooooo w końcu ktoś kto ma podobne zdanie o Radiohead;) "Most overrated music band ever":)

      Usuń
    5. Dokładnie ;) Niedawno pod jedną z recenzji wywiązała się dyskusja, w której twierdziłem, że najbardziej przeceniane zespoły to Nirvana, Sex Pistols i U2. Ale zupełnie zapomniałem o Radiohead, który jest bardziej przeceniany od tamtych trzech (a przynajmniej dwóch ostatnich) razem wziętych!

      Usuń
    6. Nie no - U2 kiedyś fajnie grało;) Ale fakt faktem - było to ponad 20 lat temu:)

      Usuń
    7. Jestem lekko (to eufemizm!) zszokowany, że oceniłeś ten album nisko po to, żeby "pomóc" artystom, których bardziej czujesz. Myślę, że pewna niechęć do tego albumu zarówno z Twojej jak i mojej (dlatego wstrzymuję się póki co z opisaniem go, gdyż po prostu nie czuję się na siłach by go znowu przesłuchać a potem zrugać go, zachwycić się nim lub podejść z rezerwą) strony wynika nie z tego, czym faktycznie jest - a z tego co się z niego zrobiło (overrated - na pewno). Fakt, OkC chwilami wchodzi w te rejony rocka (czy to jeszcze rock?) którego ja (jak i zapewne Ty) z lekka zaczynam nie trawić (na marginesie to właśnie od jakiegoś '97 roku gitarowe granie zaczęło gwałtownie tracić popularność) ale jest w niej pierwiastek tego czegoś, co podciąga to bardziej pod post/space rock niż klasyczne akordowe granie. Zarazem nieco zasmuca mnie fakt, że nie 'obnażysz' tutaj słabości tego albumu. Mam powyżej uszu zachwalania go, szczególnie przez jeden polski serwis muzyczny. Jestem na serio ciekaw jakie dyskwalifikujące wady byś mu wytknął, by poprzeć konkretami 1-2-góra3 jakie pewnie byś mu wystawił.

      Ps. Coś musi być grane, skoro w 120 najlepszych albumach na RyM, aż 5 to Radiohead.

      Usuń
    8. Nie, to nie tak, że oceniłem go aż tak nisko tylko po to, żeby "pomóc" innym wykonawcom (i tak jeden głos nic by nie zmienił). Ten album wg mnie faktycznie zasługuje na taką ocenę (biorąc pod uwagę jedynie moje subiektywne odczucia). Chodziło mi raczej o to, że z reguły w ogóle nie oceniam albumów, które nie leżą w kręgu moich zainteresowań. Ten oceniłem - żeby zamanifestować sprzeciw wobec niepojętej popularności tego zespołu, a zwłaszcza tego albumu ;)

      Też nie mam ochoty przypominać go sobie - jest tak smętny i monotonny, że musiałbym wybić z dziesięć kubków kawy, żeby nie zasnąć po drugim, trzecim kawałku - a nie napiszę recenzji nic z niego nie pamiętając.

      Usuń
  3. Z nowości ostatnio dużo słuchałem "The Book of Souls", "Love, Fear and the Time Machine", "Rattle That Lock" a ze starszych to ostatnio słucham na okrągło dziewięć kolejnych albumów Dream Theater, od "Images and Words" (1992) do "Black Clouds & Silver Linings (2009).
    Pozdrawiam i czekam na recenzje DT.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.