21 listopada 2015

[Artykuł] Historie Klasycznych Albumów: "A Night at the Opera" Queen

Rok 1975 okazał się przełomowy dla grupy Queen. Zarówno pod względem finansowym - muzycy w końcu zaczęli być wynagradzani za swoją pracę - ale przede wszystkim pod względem artystycznym. Wydany dokładnie 40 lat temu album "A Night at the Opera" to nie tylko przebój "Bohemian Rhapsody" - ale także potwierdzenie wielkości zespołu, który osiągnął tutaj szczyt swoich twórczych możliwości. Choć to zbiór bardzo eklektycznych, pozornie niepasujących do siebie utworów, dzięki unikalnemu, natychmiast rozpoznawalnemu brzmieniu zespołu, tworzą one bardzo spójny i (niemal) doskonały album. "A Night at the Opera" stanowi książkowy przykład, że sukces komercyjny może iść w parze z wartością artystyczną.



Po uszy w długach

Zespół Queen intrygował od samego początku kariery. Już na debiutanckim albumie "Queen" z 1973 roku muzycy zaproponowali bardzo oryginalną odmianę hard rocka, z bogatymi harmoniami wokalnymi i charakterystycznym, "orkiestrowym" brzmieniem gitary Briana Maya. Już wówczas zespół zwrócił na siebie uwagę licznej publiczności, co zaowocowało 24. miejscem na liście najlepiej sprzedających się albumów w rodzimej Wielkiej Brytanii. Wydany rok później "Queen II", na którym muzycy w jeszcze większym stopniu skupili się na bogatych aranżacjach, doszedł już do miejsca 5., przyniósł też grupie pierwszy, dość umiarkowany przebój - "Seven Seas of Rhye" (10. miejsce na liście singli). Opublikowany jeszcze przed końcem 1974 roku trzeci album, "Sheer Heart Attack", niemal otarł się o szczyt, zatrzymując się jednak na 2. miejscu notowania. W porównaniu z poprzednimi longplayami, przyniósł on zdecydowanie bardziej przebojowy materiał - wystarczy wspomnieć o promujących go singlach "Killer Queen" i "Now I'm Here" (odpowiednio 2. i 11. miejsce UK Singles Chart). W Stanach twórczość zespołu była przyjmowana nieco chłodniej (chociaż wszystkie albumy lądowały w Top 100 listy Billboardu), za to prawdziwy szał wywoływała ona w Japonii. Zespół po raz pierwszy wystąpił tam w kwietniu 1975 roku. Hałas był niesłychany - wspominał basista John Deacon. Wrzaski i cała masa prezentów wrzucanych na scenę. Brian May dodawał: W Japonii po prostu coś w końcu zaskoczyło. Byliśmy tam niczym The Beatles.

Pierwsza wizyta w Japonii.

Mimo sporych sukcesów i grona oddanych fanów, zespół był na skraju bankructwa. Ludzie sądzili, że po nagraniu trzech płyt wozimy się w rolls-royce'ach - mówił May. Wtedy zaczęliśmy mieć tego dość. Nie pomagało też to, że [naszym] menedżerem była nasza wytwórnia płytowa - w rozmowach z nią nie miał kto nas reprezentować. Wytwórnia Trident Recording, Publishing and Management finansowała nagrania zespołu (sama rejestracja "Sheer Heart Attack" kosztowała podobno trzydzieści tysięcy funtów), jednak nie bezinteresownie - zgodnie z kontraktem zespół musiał zwrócić te pieniądze, więc po prostu muzycy nie otrzymywali nic z zysków ze sprzedaży. Cały czas wisieli wytwórni fortunę. Byliśmy po uszy w długach - przyznawał May. W sierpniu 1975 roku udało się jednak zerwać niekorzystną umowę (następnie muzycy podpisali bezpośrednie kontrakty z firmami EMI i Electrola, które od zawsze zajmowały się dystrybucją ich płyt - pierwsza w Europie, druga w Stanach). Zespół zachował jednak urazę. Do przykrych doświadczeń Freddie Mercury nawiązał w napisanym przez siebie utworze "Death on Two Legs (Dedicated to...)". Pod względem tekstowym jest to agresywny atak na Normana Sheffielda - byłego menadżera grupy i zarazem szefa Trident. Słowa padające w tekście są tak ostre, że przedstawiciele EMI próbowali przekonać zespół do niewydawania utworu. Bezskutecznie. "Death on Two Legs (Dedicated to...)" otwiera czwarty album zespołu, "A Night at the Opera". Prawdopodobnie najważniejszy w całej karierze. Wyłącznie od jego sukcesu zależało przetrwanie grupy.

Część operowa

Po rozwiązaniu umowy z Trident, zespół musiał poszukać nowego studia nagraniowego. Na początku sierpnia 1975 roku muzycy udali się do studia Rockfield w hrabstwie Monmouthshire (na terenie Walii), przerobionego ze starej farmy. W pobliżu znajdował się tylko jeden pub, więc muzycy nie mieli zbyt wielu możliwości spędzania wolnego czasu. Często oglądali kasety VHS - jedna z nich zawierała komedię "Noc w operze" (org. "A Night the Opera"), nakręconą przez braci Marx w 1935 roku. Biorąc pod uwagę charakter niektórych utworów nad którymi pracowali, stwierdzili, że tytuł ten idealnie pasuje do ich nowego dzieła. Po kilku tygodniach muzycy przenieśli się do Londynu, gdzie nagrywali w kilku różnych studiach. m.in. w Sarm East Studios i Olympic Studios. Podobnie jak w przypadku poprzednich albumów, rolę producenta pełnili Roy Thomas Baker i muzycy Queen, natomiast inżynierem dźwięku po raz kolejny został Mike Stone. Cała sesja pochłonęła rekordową sumę czterdziestu tysięcy funtów.

Queen w 1975 roku: Roger Taylor, John Deacon, Freddie Mercury, Brian May.

Muzycy mieli masę pomysłów - wspominał Baker. Moim zadaniem było poukładanie ich tak, żeby wszystko do siebie pasowało. Pomysły nie są problemem. Są wyzwaniem. Nigdy nie powiem: "To niemożliwe". Najstarszy i zarazem najdziwniejszy pomysł Mercury'ego sięgał jeszcze końca lat 60. To wówczas rozpoczął pracę nad utworem nazwanym "The Cowboy Song". Baker usłyszał go po raz pierwszy na początku 1975 roku. [Freddie] usiadł przy fortepianie, zagrał pierwszą część i powiedział: "To jest główny motyw" - wspominał producent. Następnie zaprezentował mi łącznik i wiedziałem już, że to będzie ballada. Zagrał jeszcze jeden fragment i nagle przestał. Powiedział: "Tu zaczyna się część operowa". Obaj wybuchnęliśmy śmiechem. Wokalista jednak nie żartował - naprawdę chciał nagrać utwór łączący muzykę rockową i operę. W ostatecznej wersji utwór, przemianowany na "Bohemian Rhapsody", jest jeszcze bardziej złożony. Rozpoczyna się wstępem a capella, przechodzącym część balladową, zakończoną gitarową solówką, po której rozbrzmiewa część operowa, przechodząca następnie we fragment hardrockowy, po którym wraca balladowy temat. Trzeba jednak pamiętać, że zespół próbował podobnych rzeczy już wcześniej. Ludzie byli zaskoczeni "Bohemian Rhapsody", ale jeśli wsłuchasz się w "The March of the Black Queen" [z "Queen II"], bardzo dużo podobnych rozwiązań jest już tam - mówił May.

Nagranie części operowej było największym wyzwaniem podczas całej sesji - a może i całej działalności zespołu. Rejestracja tej części wymagała siedmiu dni śpiewania po 10-12 godzin dziennie - wspomina Baker. Ciężko było zarejestrować bogate harmonie wokalne (Mercury'ego, Maya i perkusisty Rogera Taylora) na ledwie 24-ścieżkowym magnetofonie. Jedynym wyjściem było zgrywanie po kilka ścieżek na jedną - a to powodowało spadek jakości dźwięku. Oryginalna taśma była już niemal przezroczysta - mówił May. Ludzie sądzą, że to tylko jakaś zmyślona legenda, ale naprawdę, gdy trzymało się taśmę pod światło, wszystko było przez nią widać. Za każdym razem, gdy przechodziła przez głowicę, zużywała się coraz bardziej. Inna legenda głosi, że część operowa składa się w sumie z 180 ścieżek z partiami wokalnymi.



Pomimo bardzo niekonwencjonalnego charakteru utworu i jego długości (pięć minut, pięćdziesiąt pięć sekund), Freddie uparł się, że zostanie on wydany na pierwszym singlu promującym album. May i Taylor nie mieli nic przeciwko temu, jedynie Deacon początkowo uważał, że utwór powinien zostać skrócony na potrzeby małej płytki. Większym problemem było przekonanie EMI - przedstawiciele wytwórni stanowczo odmawiali wydania na singlu utworu dłuższego niż trzy i pół minuty. Zespół musiał posunąć się do podstępu - nagranie zostało dostarczone Kenny'emu Everettowi, DJ-owi londyńskiego Capital Radio. Po wielokrotnym odtworzeniu utworu, tłumy ludzi zaczęły wypytywać w sklepach o singiel. Postawione pod ścianą EMI nie miało wyboru - "Bohemian Rhapsody"  wydano na małej płycie 31 października. Po pierwszym tygodniu sprzedaży utwór zadebiutował zaledwie na 47. miejscu UK Singles Chart, jednak sukcesywnie piął się w górę, by trzy tygodnie później dojść na sam szczyt, na którym utrzymywał się przez całe dziewięć tygodni. Jak każdy zespół okupujący szczyt brytyjskiego notowania, grupa Queen miała wystąpić w programie Top of the Pops, by zagrać swój przebój. Zespół nie mógł jednak pojawić się w nim osobiście z powodu zaplanowanego na ten sam dzień koncertu - postanowili więc nakręcić promocyjny klip, który miał zostać wyemitowany w programie. Nie był to pierwszy teledysk w historii, ale to właśnie jego popularność sprawiła, że od tamtego czasu widoklipy stały się obowiązkowym elementem promocji singli.

Hymn i herb

Wśród pozostałych utworów nagranych na "A Night at the Opera" uwagę zwraca przede wszystkim kompozycja Maya "The Prophet's Song". Ten najdłuższy, ponad ośmiominutowy utwór w dorobku zespołu, charakteryzuje się podobnym rozmachem, co "Bohemian Rhapsody". Od klimatycznego wstępu, zagranego przez Briana na japońskim instrumencie koto, przechodzi w ciężki hardrockowy utwór, przerwany nagle dziwną częścią z wokalnymi eksperymentami Mercury'ego bez podkładu muzycznego, po której znów nabiera ciężaru, by na koniec znów zrobiło się klimatycznie. Pozostałe utwory na albumie nie są już tak złożone. Longplay jest jednak bardzo różnorodny. Myślę, że byliśmy wtedy pod wpływem płyt The Beatles, zwłaszcza tych późniejszych, jak "Rubber Soul", "Revolver" i "Abbey Road" - tłumaczył Taylor. To były bardzo eklektyczne płyty. Na "A Night at the Opera" znalazło się miejsce dla utworów hardrockowych ("Death on Two Legs" Mercury'ego, "Sweet Lady" Maya, "I'm In Love with My Car" Taylora), uroczych ballad (folkowa "'39" Maya, fortepianowa "Love of my Life" Mercury'ego), typowych dla zespołu pastiszów (wodewilowe "Lazing on a Sunday Afternoon" i "Seaside Randezvous" Mercury'ego , dixielandowy "Good Company" Maya), a także dla nieco beatlesowskiej, popowej piosenki "You're My Best Friend". Ten ostatni utwór, napisany przez Deacona, został wybrany na drugi singiel. Sukcesu "Bohemian Rhapsody" nie powtórzył, chociaż 7. miejsca na UK Singles Chart ciężko uznać za słaby wynik. Na albumie znalazło się także wykonanie brytyjskiego hymnu, "God Save the Queen", grane przez Maya na "orkiestrowo" przetworzonej gitarze. Pomysł narodził się na koncertach, gdy oddana publiczność po zakończeniu występu śpiewała hymn. Zespół postanowił nagrać dla nich podkład, odtwarzany z taśmy po ostatnim utworze - po raz pierwszy odtworzono go 30 października 1974 roku. Od tamtego czasu był to obowiązkowy punkt wszystkich koncertów zespołu (z wyjątkiem występów w Irlandii, gdzie brytyjski hymn mógłby drażnić publiczność).

A Night at the Opera Tour

Równo tydzień przed premierą albumu, 14 listopada, rozpoczęła się promująca go trasa. Zespół włączył do repertuaru tylko trzy nowe utwory: "The Prophet's Song", "Sweet Lady" i "Bohemian Rhapsody". Wykonywanie tego ostatniego sprawiło jednak zespołowi sporo problemów - muzycy nie byli w stanie odtworzyć na żywo jego wstępu i części operowej. Postanowili więc grac go w kilku fragmentach - na początek setu hardrockową część utworu, po kilku innych kompozycjach - pierwsze dwie zwrotki, a po kolejnej przerwie - zakończenie. Dopiero na koncercie odbywającym się 24 grudnia w londyńskim Hammersmith Odeon grupa przyjęła inne rozwiązanie - najpierw muzycy grali pierwsze zwrotki utworu (bez wstępu), następnie - zamiast części operowej - prezentowali fragmenty utworów "Killer Queen" i "The March of the Black Queen", płynnie przechodzące w hardrockową część "Bohemian Rhapsody", po której rozbrzmiewało balladowe zakończenie kompozycji. Począwszy od następnej trasy, zespół postanowił odtwarzać część operową z taśmy. 15 i 16 grudnia, na koncertach w Glasgow, zespół wykonał także "Death on Two Legs", jednak dopiero od marca następnego roku kompozycja zaczęła być grana regularnie. W styczniu do repertuaru został włączony "Lazing on a Sunday Afternoon". Trasa zakończyła się 22 kwietnia 1976 roku. Kolejne utwory z albumu zostały dodane do setlisty na następnych trasach: "You're My Best Friend" i "'39" we wrześniu '76, a "Love of My Life" i "I'm in Love with My Car" dopiero w listopadzie 1977 roku.

"A Night at the Opera" został wydany 21 listopada 1975 roku. Na okładce umieszczony został herb zespołu, namalowany przez Davida Costę, ale zaprojektowany przez Mercury'ego, już w 1972 roku. Mam dyplom Ealing College of Art z grafiki i ilustracji - mówił wokalista. To ja zaprojektowałem herb Queen. Po prostu połączyłem wszystkie postacie reprezentujące nasze znaki zodiaku. Chociaż sam nawet nie wierzę w astrologię. Herb przedstawia dwa lwy (reprezentujące Taylora i Deacona), raka (znak zodiaku Maya), oraz dwie wróżki (symbolizujące pannę - znak pod którym urodził się Mercury), nad którymi unosił się feniks - mityczny ptak, symbol odrodzenia. Wychodzi moja smykałka do reklamy - wyjaśniał Mercury. To jest pewnego rodzaju kampania, projekt. Bez względu na to, czy był to efekt kampanii reklamowej, czy świetnego materiału zawartego na albumie, "A Night at the Opera" okazał się ogromnym sukcesem. W Wielkiej Brytanii doszedł na szczyt listy najlepiej sprzedających się albumów, by po latach pokryć się platyną za 300 tysięcy sprzedanych egzemplarzy. W Stanach longplay doszedł jedynie do 4. miejsca, ale w sumie pokrył się potrójną platyną, za trzy miliony kupionych egzemplarzy. "A Night at the Opera" podobne sukcesy odniósł także na innych, mniej prestiżowych rynkach, przede wszystkim w Australii i krajach niderlandzkich. Przy tak dobrej sprzedaży, nawet nieprzychylna grupie brytyjska prasa muzyczna musiała przyznać, że jest to bardzo udany album.




Źródła cytatów: 
1. Blake Mark, Queen. Królewska Historia, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2015
2. Filipowski Robert, W czerni i bieli, "Teraz Rock Kolekcja" 2010, nr 1, str. 14-15
3. Kirmuć Michał, Herb, "Teraz Rock" 2007, nr 3, str. 98


Więcej na temat:

Brak komentarzy

Prześlij komentarz