27 listopada 2015

[Recenzja] Howlin' Wolf - "The London Sessions" (1971)



Howlin' Wolf, a właściwie Chester Arthur Burnett, to jeden z najbardziej inspirujących bluesmanów. Także dla muzyków rockowych. To właśnie on jako pierwszy wykonywał takie utwory, jak np. "Smokestack Lightning", "How Many More Years", "Killing Floor", "No Place to Go", "The Red Rooster", "Spoonful", "I Ain't Superstitious" i "Back Door Man" (trzy ostatnie napisał dla niego inny słynny bluesman, Willie Dixon). Kompozycje te były później wielokrotnie coverowane przez licznych wykonawców, takich jak np. The Rolling Stones, The Yardbirds, The Animals, Cream, Jimi Hendrix, The Doors, Fleetwood Mac, The Jeff Beck Group, Led Zeppelin, a nawet Soundgarden i Megadeth.

Howlin' Wolf zaczynał karierę na początku lat 50., a więc jeszcze w czasach przedalbumowych. Dopiero pod koniec dekady chicagowski bluesman dorobił się pierwszego "długograja" - kompilacji "Moanin' in the Moonlight", zawierającej kilkanaście utworów z wydanych w latach 1951-58 singli. W późniejszych latach dorobił się jednak także kilku albumów sensu stricto, jak "Sings the Blues" (1962), "The Howlin' Wolf Album" (1969) i "Message to the Young" (1971). Te dwa ostatnie były zresztą odejściem od czystego bluesa - na fali popularności blues rocka (czyli "białego" bluesa), wytwórnia Chess Records przekonała Wolfa (i innych podległych im czarnoskórych bluesmanów) do zmodernizowania swojej muzyki, poprzez wzbogacenie jej o rockową energię i ostre gitarowe solówki. Jeszcze bardziej radykalnym krokiem w tę stronę jest "The London Album", będący dosłownym spotkaniem dwóch muzycznych światów - "czarnego" i "białego" bluesa.

Pomysł na jego nagranie narodził się pod koniec lat 60., podczas jednej z amerykańskich tras grupy Cream. Po jednym z koncertów, Eric Clapton spotkał niejakiego Normana Dayrona, pracownika Chess Records, który spontanicznie zaproponował mu nagranie albumu z Howlin' Wolfem. Dla każdego wielbiciela bluesa, a Clapton niewątpliwie się do nich zaliczał, byłaby to propozycja nie do odrzucenia. Postanowiono, że sesja nagraniowa odbędzie się w Londynie. Zasługą Erica było zaangażowanie sekcji rytmicznej The Rolling Stones, Billa Wymana i Charliego Wattsa. On także uparł się, aby na nagrania przyleciał Hubert Sumlin, gitarzysta od lat współpracujący z Wolfem (przedstawiciele Chess Records byli temu niechętni, ze względu na koszty). W nagraniach wziął udział także współpracownik Stonesów, pianista Ian Stewart, oraz grający na harmonijce Jeffrey Carp. A ponieważ podczas jednego dnia sesji nie mogli być obecni Wyman i Watts, zastąpili ich wówczas Ringo Starr i Klaus Voormann (basista grający na wielu solowych albumach Starra, Johna Lennona i George'a Harrisona). Po zarejestrowaniu, materiał został wysłany do Stanów, gdzie dograno dodatkowe partie instrumentalne - nie tylko amerykańskich muzyków, ale również Steve'a Winwooda, który właśnie koncertował po tamtej stronie Atlantyku ze swoją grupą Traffic.

Repertuar "The London Sessions" to klasyczne utwory Howlin' Wolfa (choć w niewielkim stopniu pokrywające się z wymienionymi na początku), wzbogacone kilkoma coverami równie klasycznych bluesów (jak "Built for Comfort" Dixona, czy "Sittin' on Top of the World" Mississippi Sheiks). Oczywiście zaprezentowane w wersjach odbiegających od stricte bluesowych pierwowzorów. Utwory zostały uwspółcześnione i "urockowione", poprzez takie zabiegi, jak bardziej dynamiczna gra sekcji rytmicznej, mniejsza rola instrumentów klawiszowych (raczej używanych jako "ozdobniki") oraz, przede wszystkim, zwiększenie roli gitary, która przestała być częścią akompaniamentu - wysunięto ją na pierwszy plan, na równi z wokalem Wolfa. Jej ostre brzmienie nie odbiega od ówczesnych standardów hardrockowych, chociaż np. taki "Sittin' on Top of the World" pod względem ciężaru oczywiście ustępuje wersji Cream. Jeszcze więcej rockowego czadu pojawia się w takich utworach, jak "Rockin' Daddy", "I Ain't Superstitious" (wzbogaconym zadziornymi partiami dęciaków), "What a Woman!", "Do the Do" czy "Highway 49". Nawet w utworach bliższych tradycyjnego bluesa ("Worried About My Baby", "Built for Comfort", "The Red Rooster", "Wang-Dang-Doodle"), nie brakuje energetycznych, bluesrockowych solówek Claptona. Jednak nie tylko on tutaj błyszczy, bo taki "Who's Been Talking?" to przede wszystkim popis Winwooda, który ozdobił utwór świetnymi solówkami na organach. Osobną kwestię stanowi warstwa wokalna. Wolf nie próbuje naśladować rockowych wokalistów (co zresztą byłoby niemożliwe przy jego warunkach głosowych), tylko śpiewa swoim charakterystycznym, zachrypniętym głosem w typowo bluesowy sposób.

"The London Sessions" to udany pomost pomiędzy "czarnym" i "białym" bluesem. Idealnie nadaje się jako album, od którego wielbiciele blues rocka mogą zacząć poznawanie "prawdziwego" bluesa (w następnej kolejności proponuję sięgnąć po "The Howlin' Wolf Album",  "Message to the Young", a potem już po stricte-bluesową twórczość Wolfa; chociaż wcześniej warto poznać też "The London Sessions" Muddy'ego Watersa, który niedługo również zrecenzuję). Longplay sprawdza się jednak nie tylko w celach edukacyjnych - zawarta na nim muzyka broni się sama.

Ocena: 8/10



Howlin' Wolf - "The London Sessions" (1971)

1. Rockin' Daddy; 2. I Ain't Superstitious; 3. Sittin' on Top of the World; 4. Worried About My Baby; 5. What a Woman!; 6. Poor Boy; 7. Built for Comfort; 8. Who's Been Talking?; 9. The Red Rooster (Rehearsal); 10. The Red Rooster; 11. Do the Do; 12. Highway 49; 13. Wang-Dang-Doodle

Skład: Howlin' Wolf - wokal, harmonijka (4,8); Eric Clapton - gitara; Hubert Sumlin - gitara;  Bill Wyman - bass (3-13), instr. perkusyjne (2,8,11); Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne (1,3-13)
Gościnnie: Ian Stewart - pianino (1,7,11,13); Phil Upchurch - bass (1); Steve Winwood - instr. klawiszowe (2,5,6,8,12); Klaus Voormann - bass (2); Ringo Starr - perkusja (2); Jordan Sandke - trąbka (2,7); Dennis Lansing - saksofon (2,7); Joe Miller - saksofon (2,7); Lafayette Leake - pianino (3,4,9,10); Jeffrey Carp - harmonijka (3,5,6,12,13); John Simon - pianino (8)
Producent: Norman Dayron


25 listopada 2015

[Recenzja] The Yardbirds - "Having a Rave Up with the Yardbirds" (1965)



"Having a Rave Up with the Yardbirds" to kolejna kompilacja przeznaczona na rynek amerykański. Podobnie jak na wydanej kilka miesięcy wcześniej "For Your Love", także tutaj znalazły się zarówno utwory nagrane z Erikiem Claptonem, jak i z Jeffem Beckiem. Okres, kiedy w zespole występował pierwszy z nich, reprezentują tutaj cztery nagrania koncertowe pochodzące z niewydanej w Stanach koncertówki "Five Live Yardbirds" (covery "Smokestack Lightning" Howlin' Wolfa, "Respectable" The Isley Brothers, oraz "I'm a Man" i "Here 'Tis" Bo Diddleya). Całą pierwszą stronę kompilacji wypełniają natomiast nowe utwory, nagrane już z Beckiem. To głównie nagrania dostępne wcześniej na singlach. Jednak tylko część z nich była wydana także w Europie (brytyjskie przeboje "Heart Full of Soul" i "Evil Hearted You", oraz strona B drugiego z nich, "Still I'm Sad"). Studyjna wersja "I'm a Man" została wydana na singlu tylko w Stanach, a pozostałe dwa utwory, "The Train Kept A-Rollin'" i "You're a Better Man Than I", były unikalne dla tego wydawnictwa (ten ostatni został wydany kilka miesięcy później na stronie B brytyjskiej wersji singla "Shapes of Things", pozostałe dwa nie były wydane w Europie aż do końca lat 70.).

Studyjne nagrania na "Having a Rave Up..." pokazują, że grupa nie stała w miejscu, nie bała się eksperymentować. To w sporym stopniu wpływ Jeffa Becka, który gra tutaj w bardzo pionierski sposób. Wystarczy porównać obie wersje "I'm a Man". Już ta starsza, z gitarą Claptona, ma o wiele więcej energii od bluesowego pierwowzoru, ale w nowszej dochodzi niemal hardrockowy ciężar. Gitarowego czadu nie brakuje także w zadziornych, ale zarazem bardzo chwytliwych, "Evil Hearted You" i "Heart Full of Soul" (oba utwory napisał dla grupy Graham Gouldman, autor hitu "For Your Love"). W tym pierwszym zwraca uwagę orientalizująca solówka Becka, w drugim - ciekawe współbrzmienie sfuzzowanej gitary prowadzącej i rytmicznego podkładu gitary akustycznej. Największy czad pojawia się natomiast w przeróbce "The Train Kept A-Rollin'" Tiny'ego Bradshawa. Riffowa moc tego utworu jest porażająca - a przynajmniej była w 1965 roku. Ani Cream, ani Hendrix, ani nikt inny w latach 60. - do czasu pojawienia się Led Zeppelin - nie grał tak ciężko, jak The Yardbirds w tym kawałku.

Zespół nie ograniczał się jednak tylko do grania ciężkich utworów, czego przykładem łagodniejszy "You're a Better Man Than I" (autorstwa Mike'a Hugga z zespołu Manfreda Manna, oraz jego brata Briana), wyróżniający się niesamowicie nośną melodią. O wszechstronności grupy świadczy jednak przede wszystkim "Still I'm Sad" (wyjątkowo napisany przez członków zespołu, Paula Samwella-Smitha i Jima McCarty'ego), kompozycja oparta na brzmieniach akustycznych, z przetworzoną gitarą Becka naśladującą brzmienie sitaru, a także z nisko mruczanymi chórkami producenta Giorga Gomelsky'ego, imitującymi chorał gregoriański. To naprawdę niezwykły utwór, o intrygującym klimacie (chociaż osobiście bardziej preferuję mniej klimatyczną, za to rewelacyjnie rozimprowizowaną przeróbkę Rainbow - oczywiście mam na myśli wersję z koncertówki "On Stage").

Jedyną wadą "Having a Rave Up..." są nagrania ze strony B. Nie dlatego, że są złe - to sprawnie zagrany blues rock (lub rock and roll - vide "Respectable"), ze świetnymi solówkami Erica Claptona. Problem w tym, że ich brzmienie jest znacznie słabsze od utworów ze strony A. Odstają od nich także pod względem stylistycznym - są bardzo konwencjonalne, w przeciwieństwie do eksperymentalnych i prekursorskich nagrań dokonanych po dołączeniu Jeffa Becka. Szkoda więc, że nie poczekano z premierą tego albumu aż zespół zarejestruje więcej utworów (niedługo później powstał przecież przebój "Shapes of Things" i kilka innych niealbumowych nagrań). Mimo wszystko, jest to bardzo interesujące wydawnictwo. Strona A to obowiązkowa "lektura" dla wszystkich wielbicieli hard rocka - to przecież korzenie tej muzyki. Natomiast strona B, choć niezbyt pasująca do poprzedniej, stanowi całkiem przyjemny dodatek.

Ocena: 8/10



The Yardbirds - "Having a Rave Up with the Yardbirds" (1965)

1. You're a Better Man Than I; 2. Evil Hearted You; 3. I'm a Man; 4. Still I'm Sad; 5. Heart Full of Soul; 6. The Train Kept A-Rollin'; 7. Smokestack Lightning (live); 8. Respectable (live); 9. I'm a Man (live); 10. Here 'Tis (live)

Skład: Keith Relf - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne, gitara; Jeff Beck - gitara (1-6); Eric Clapton - gitara (7-10); Chris Dreja - gitara; Paul Samwell-Smith - bass, dodatkowy wokal; Jim McCarty - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Giorgio Gomelsky - dodatkowy wokal (4); Ron Prentice - bass (5)
Producent: Giorgio Gomelsky i Paul Samwell-Smith


23 listopada 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Let It Bleed" (1969)



Poprzedni album Stonesów, "Beggars Banquet", otworzył nowy etap w twórczości zespołu, a "Let It Bleed" to po prostu jego doskonalsza kontynuacja. Tym razem z bardziej wyważonymi proporcjami, między tym, co zawsze było atrybutem zespołu, czyli rockową żywiołowością, a eksperymentami z innymi stylami. Bo chociaż całość wypada o wiele bardziej rockowo, bardziej stonesowsko, to jednak stylistyczne zróżnicowanie jest tutaj całkiem spore. I w tym tkwi siła tego albumu. Nigdy wcześniej zespół nie stworzył zestawu tak wyrazistych utworów, z których praktycznie każdy ma swój unikalny charakter. Na poprzednich longplayach - może z wyjątkiem "Beggars Banquet" - większość kawałków zlewa się w całość, a tylko nieliczne wyróżniały się z tłumu.

"Let It Bleed" rozpoczyna się od przebojowego "Gimme Shelter". Utwór wyróżnia się wyjątkowo długim, stopniowo budującym napięcie, wstępem, a także świetną melodią i zadziorną grą Keitha Richardsa. Świetne otwarcie, choć mam jedno zastrzeżenie do tego utworu - niepotrzebnie złagodzono go żeńskimi chórkami w refrenie... Zaraz potem rozbrzmiewa jednak przejmująca ballada "Love in Vain" (z repertuaru amerykańskiego bluesmana Roberta Johnsona), zachwycająca pięknymi partiami gitar. Skoro już o tym mowa, większość partii gitar na album zarejestrował Richards - Brian Jones został wyrzucony w trakcie sesji (niedługo później, 3 lipca 1969 roku, utopił się we własnym basenie), a jego następca, Mick Taylor (wcześniej muzyk John Mayall's Bluesbreakers), zagrał tylko w dwóch utworach na albumie. Notabene, w dwóch kolejnych utworach, "Country Tonk" i "Live with Me". Pierwszy z nich, zgodnie z tytułem, to kolejne w dyskografii Stonesów nagranie w stylu country - na szczęście jedyne na tym albumie. Szkoda, że zamiast niego nie trafiła tutaj jego późniejsza wersja, bardziej rockowa "Honky Tonk Women", wydana na singlu kilka miesięcy przed premierą albumu (nawiasem pisząc, ta wersja brzmi jak pierwowzór stylu grupy Lynyrd Skynyrd). "Live with Me" to już utwór stricte rockowy, a wręcz hardrockowy. Zbudowany na świetnym basowym motywie (w wykonaniu Richardsa), wyróżniający się także zadziorną solówką na saksofonie, w wykonaniu niedawno zmarłego Bobby'ego Keysa.

Tytułowy "Let It Bleed" rozpoczyna się dość spokojnie, brzmieniami akustycznymi, by stopniowo przerodzić się w dynamiczny blues. W bluesowym klimacie utrzymany jest także kolejny utwór - rozimprowizowany, niemal siedmiominutowy "Midnight Rambler". Zespół idealnie wpasował się tą kompozycją w ówczesne trendy, jako że był to czas największej popularności tego typu grania. A w jego nagraniu zdążył jeszcze wziąć udział Brian Jones, grający tutaj na kongach. Muzyk zagrał także w kolejnym utworze, "You Got the Silver" - tym razem na cytrze. Ten bluesowo-country'owy kawałek wyróżnia się jednak przede wszystkim wokalnym udziałem Keitha Richardsa. Gitarzysta już wcześniej udzielał się wokalnie (np. w "Connection" i "Salt of the Earth"), ale tutaj po raz pierwszy zaśpiewał zupełnie samodzielnie. "Monkey Man"  to kolejny, po "Gimme Shelter", utwór z intrygującym wstępem, rozwijający się w bardzo melodyjny kawałek, zdominowany przez zadziorne brzmienie gitar i lekko jazzujące partie pianisty Nicky'ego Hopkinsa. A finałowy "You Can't Always Get What You Want" przywołuje klimat wspomnianego "Salt of the Earth", który wieńczył poprzedni album. To powoli rozwijający się utwór o podniosłym, gospelowym charakterze. Udane zakończenie świetnego albumu.

The Rolling Stones zakończyli dekadę lat 60. najlepszym albumem w dotychczasowej karierze, a być może nawet w całej dyskografii. A chociaż longplay nie jest pozbawiony wad (z których najpoważniejsza to obecność nieszczęsnego "Country Honk" zamiast znacznie lepszego "Honky Tonk Women"), to słucha się go naprawdę dobrze. Przed jego poznaniem nie sądziłem, że kiedyś będę miał ochotę wracać do jakiegokolwiek wydawnictwa Stonesów, tymczasem "Let It Bleed" jest właśnie takim albumem. Jeżeli ktoś jeszcze ma problem z przekonaniem się do tego zespołu, a tego akurat albumu jeszcze nie słyszał - proponuję jak najszybciej nadrobić zaległości.

Ocena: 8/10



The Rolling Stones - "Let It Bleed" (1969)

1. Gimme Shelter; 2. Love in Vain; 3. Country Honk; 4. Live with Me; 5. Let It Bleed; 6. Midnight Rambler; 7. You Got the Silver; 8. Monkey Man; 9. You Can't Always Get What You Want

Skład: Mick Jagger - wokal (1-6,8,9), harmonijka (1,6); Keith Richards - gitara, bass (4), wokal (7), dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass (1,2,5-9), cytra (5); Charlie Watts - perkusja (1-8); Mick Taylor - gitara (3,4); Brian Jones - kongi (6), cytra (7)
Gościnnie: Nicky Hopkins - instr. klawiszowe (1,4,7,8); Jimmy Miller - instr. perkusyjne (1,8), perkusja (9); Merry Clayton - dodatkowy wokal (1); Ry Cooder - mandolina (2); Byron Berline - skrzypce (3); Nanette Workman - dodatkowy wokal (3,9); Bobby Keys - saksofon (4); Leon Russell - pianino (4); Ian Stewart - pianino (5); Al Kooper - instr. klawiszowe i waltornia (9); Rocky Dijon - instr. perkusyjne (9); Doris Troy, Madeline Bell i The London Bach Choir - dodatkowy wokal (9)
Producent: Jimmy Miller


21 listopada 2015

[Artykuł] Historie Klasycznych Albumów: "A Night at the Opera" Queen

Rok 1975 okazał się przełomowy dla grupy Queen. Zarówno pod względem finansowym - muzycy w końcu zaczęli być wynagradzani za swoją pracę - ale przede wszystkim pod względem artystycznym. Wydany dokładnie 40 lat temu album "A Night at the Opera" to nie tylko przebój "Bohemian Rhapsody" - ale także potwierdzenie wielkości zespołu, który osiągnął tutaj szczyt swoich twórczych możliwości. Choć to zbiór bardzo eklektycznych, pozornie niepasujących do siebie utworów, dzięki unikalnemu, natychmiast rozpoznawalnemu brzmieniu zespołu, tworzą one bardzo spójny i (niemal) doskonały album. "A Night at the Opera" stanowi książkowy przykład, że sukces komercyjny może iść w parze z wartością artystyczną.



Po uszy w długach

Zespół Queen intrygował od samego początku kariery. Już na debiutanckim albumie "Queen" z 1973 roku muzycy zaproponowali bardzo oryginalną odmianę hard rocka, z bogatymi harmoniami wokalnymi i charakterystycznym, "orkiestrowym" brzmieniem gitary Briana Maya. Już wówczas zespół zwrócił na siebie uwagę licznej publiczności, co zaowocowało 24. miejscem na liście najlepiej sprzedających się albumów w rodzimej Wielkiej Brytanii. Wydany rok później "Queen II", na którym muzycy w jeszcze większym stopniu skupili się na bogatych aranżacjach, doszedł już do miejsca 5., przyniósł też grupie pierwszy, dość umiarkowany przebój - "Seven Seas of Rhye" (10. miejsce na liście singli). Opublikowany jeszcze przed końcem 1974 roku trzeci album, "Sheer Heart Attack", niemal otarł się o szczyt, zatrzymując się jednak na 2. miejscu notowania. W porównaniu z poprzednimi longplayami, przyniósł on zdecydowanie bardziej przebojowy materiał - wystarczy wspomnieć o promujących go singlach "Killer Queen" i "Now I'm Here" (odpowiednio 2. i 11. miejsce UK Singles Chart). W Stanach twórczość zespołu była przyjmowana nieco chłodniej (chociaż wszystkie albumy lądowały w Top 100 listy Billboardu), za to prawdziwy szał wywoływała ona w Japonii. Zespół po raz pierwszy wystąpił tam w kwietniu 1975 roku. Hałas był niesłychany - wspominał basista John Deacon. Wrzaski i cała masa prezentów wrzucanych na scenę. Brian May dodawał: W Japonii po prostu coś w końcu zaskoczyło. Byliśmy tam niczym The Beatles.

Pierwsza wizyta w Japonii.

Mimo sporych sukcesów i grona oddanych fanów, zespół był na skraju bankructwa. Ludzie sądzili, że po nagraniu trzech płyt wozimy się w rolls-royce'ach - mówił May. Wtedy zaczęliśmy mieć tego dość. Nie pomagało też to, że [naszym] menedżerem była nasza wytwórnia płytowa - w rozmowach z nią nie miał kto nas reprezentować. Wytwórnia Trident Recording, Publishing and Management finansowała nagrania zespołu (sama rejestracja "Sheer Heart Attack" kosztowała podobno trzydzieści tysięcy funtów), jednak nie bezinteresownie - zgodnie z kontraktem zespół musiał zwrócić te pieniądze, więc po prostu muzycy nie otrzymywali nic z zysków ze sprzedaży. Cały czas wisieli wytwórni fortunę. Byliśmy po uszy w długach - przyznawał May. W sierpniu 1975 roku udało się jednak zerwać niekorzystną umowę (następnie muzycy podpisali bezpośrednie kontrakty z firmami EMI i Electrola, które od zawsze zajmowały się dystrybucją ich płyt - pierwsza w Europie, druga w Stanach). Zespół zachował jednak urazę. Do przykrych doświadczeń Freddie Mercury nawiązał w napisanym przez siebie utworze "Death on Two Legs (Dedicated to...)". Pod względem tekstowym jest to agresywny atak na Normana Sheffielda - byłego menadżera grupy i zarazem szefa Trident. Słowa padające w tekście są tak ostre, że przedstawiciele EMI próbowali przekonać zespół do niewydawania utworu. Bezskutecznie. "Death on Two Legs (Dedicated to...)" otwiera czwarty album zespołu, "A Night at the Opera". Prawdopodobnie najważniejszy w całej karierze. Wyłącznie od jego sukcesu zależało przetrwanie grupy.

Część operowa

Po rozwiązaniu umowy z Trident, zespół musiał poszukać nowego studia nagraniowego. Na początku sierpnia 1975 roku muzycy udali się do studia Rockfield w hrabstwie Monmouthshire (na terenie Walii), przerobionego ze starej farmy. W pobliżu znajdował się tylko jeden pub, więc muzycy nie mieli zbyt wielu możliwości spędzania wolnego czasu. Często oglądali kasety VHS - jedna z nich zawierała komedię "Noc w operze" (org. "A Night the Opera"), nakręconą przez braci Marx w 1935 roku. Biorąc pod uwagę charakter niektórych utworów nad którymi pracowali, stwierdzili, że tytuł ten idealnie pasuje do ich nowego dzieła. Po kilku tygodniach muzycy przenieśli się do Londynu, gdzie nagrywali w kilku różnych studiach. m.in. w Sarm East Studios i Olympic Studios. Podobnie jak w przypadku poprzednich albumów, rolę producenta pełnili Roy Thomas Baker i muzycy Queen, natomiast inżynierem dźwięku po raz kolejny został Mike Stone. Cała sesja pochłonęła rekordową sumę czterdziestu tysięcy funtów.

Queen w 1975 roku: Roger Taylor, John Deacon, Freddie Mercury, Brian May.

Muzycy mieli masę pomysłów - wspominał Baker. Moim zadaniem było poukładanie ich tak, żeby wszystko do siebie pasowało. Pomysły nie są problemem. Są wyzwaniem. Nigdy nie powiem: "To niemożliwe". Najstarszy i zarazem najdziwniejszy pomysł Mercury'ego sięgał jeszcze końca lat 60. To wówczas rozpoczął pracę nad utworem nazwanym "The Cowboy Song". Baker usłyszał go po raz pierwszy na początku 1975 roku. [Freddie] usiadł przy fortepianie, zagrał pierwszą część i powiedział: "To jest główny motyw" - wspominał producent. Następnie zaprezentował mi łącznik i wiedziałem już, że to będzie ballada. Zagrał jeszcze jeden fragment i nagle przestał. Powiedział: "Tu zaczyna się część operowa". Obaj wybuchnęliśmy śmiechem. Wokalista jednak nie żartował - naprawdę chciał nagrać utwór łączący muzykę rockową i operę. W ostatecznej wersji utwór, przemianowany na "Bohemian Rhapsody", jest jeszcze bardziej złożony. Rozpoczyna się wstępem a capella, przechodzącym część balladową, zakończoną gitarową solówką, po której rozbrzmiewa część operowa, przechodząca następnie we fragment hardrockowy, po którym wraca balladowy temat. Trzeba jednak pamiętać, że zespół próbował podobnych rzeczy już wcześniej. Ludzie byli zaskoczeni "Bohemian Rhapsody", ale jeśli wsłuchasz się w "The March of the Black Queen" [z "Queen II"], bardzo dużo podobnych rozwiązań jest już tam - mówił May.

Nagranie części operowej było największym wyzwaniem podczas całej sesji - a może i całej działalności zespołu. Rejestracja tej części wymagała siedmiu dni śpiewania po 10-12 godzin dziennie - wspomina Baker. Ciężko było zarejestrować bogate harmonie wokalne (Mercury'ego, Maya i perkusisty Rogera Taylora) na ledwie 24-ścieżkowym magnetofonie. Jedynym wyjściem było zgrywanie po kilka ścieżek na jedną - a to powodowało spadek jakości dźwięku. Oryginalna taśma była już niemal przezroczysta - mówił May. Ludzie sądzą, że to tylko jakaś zmyślona legenda, ale naprawdę, gdy trzymało się taśmę pod światło, wszystko było przez nią widać. Za każdym razem, gdy przechodziła przez głowicę, zużywała się coraz bardziej. Inna legenda głosi, że część operowa składa się w sumie z 180 ścieżek z partiami wokalnymi.



Pomimo bardzo niekonwencjonalnego charakteru utworu i jego długości (pięć minut, pięćdziesiąt pięć sekund), Freddie uparł się, że zostanie on wydany na pierwszym singlu promującym album. May i Taylor nie mieli nic przeciwko temu, jedynie Deacon początkowo uważał, że utwór powinien zostać skrócony na potrzeby małej płytki. Większym problemem było przekonanie EMI - przedstawiciele wytwórni stanowczo odmawiali wydania na singlu utworu dłuższego niż trzy i pół minuty. Zespół musiał posunąć się do podstępu - nagranie zostało dostarczone Kenny'emu Everettowi, DJ-owi londyńskiego Capital Radio. Po wielokrotnym odtworzeniu utworu, tłumy ludzi zaczęły wypytywać w sklepach o singiel. Postawione pod ścianą EMI nie miało wyboru - "Bohemian Rhapsody"  wydano na małej płycie 31 października. Po pierwszym tygodniu sprzedaży utwór zadebiutował zaledwie na 47. miejscu UK Singles Chart, jednak sukcesywnie piął się w górę, by trzy tygodnie później dojść na sam szczyt, na którym utrzymywał się przez całe dziewięć tygodni. Jak każdy zespół okupujący szczyt brytyjskiego notowania, grupa Queen miała wystąpić w programie Top of the Pops, by zagrać swój przebój. Zespół nie mógł jednak pojawić się w nim osobiście z powodu zaplanowanego na ten sam dzień koncertu - postanowili więc nakręcić promocyjny klip, który miał zostać wyemitowany w programie. Nie był to pierwszy teledysk w historii, ale to właśnie jego popularność sprawiła, że od tamtego czasu widoklipy stały się obowiązkowym elementem promocji singli.

Hymn i herb

Wśród pozostałych utworów nagranych na "A Night at the Opera" uwagę zwraca przede wszystkim kompozycja Maya "The Prophet's Song". Ten najdłuższy, ponad ośmiominutowy utwór w dorobku zespołu, charakteryzuje się podobnym rozmachem, co "Bohemian Rhapsody". Od klimatycznego wstępu, zagranego przez Briana na japońskim instrumencie koto, przechodzi w ciężki hardrockowy utwór, przerwany nagle dziwną częścią z wokalnymi eksperymentami Mercury'ego bez podkładu muzycznego, po której znów nabiera ciężaru, by na koniec znów zrobiło się klimatycznie. Pozostałe utwory na albumie nie są już tak złożone. Longplay jest jednak bardzo różnorodny. Myślę, że byliśmy wtedy pod wpływem płyt The Beatles, zwłaszcza tych późniejszych, jak "Rubber Soul", "Revolver" i "Abbey Road" - tłumaczył Taylor. To były bardzo eklektyczne płyty. Na "A Night at the Opera" znalazło się miejsce dla utworów hardrockowych ("Death on Two Legs" Mercury'ego, "Sweet Lady" Maya, "I'm In Love with My Car" Taylora), uroczych ballad (folkowa "'39" Maya, fortepianowa "Love of my Life" Mercury'ego), typowych dla zespołu pastiszów (wodewilowe "Lazing on a Sunday Afternoon" i "Seaside Randezvous" Mercury'ego , dixielandowy "Good Company" Maya), a także dla nieco beatlesowskiej, popowej piosenki "You're My Best Friend". Ten ostatni utwór, napisany przez Deacona, został wybrany na drugi singiel. Sukcesu "Bohemian Rhapsody" nie powtórzył, chociaż 7. miejsca na UK Singles Chart ciężko uznać za słaby wynik. Na albumie znalazło się także wykonanie brytyjskiego hymnu, "God Save the Queen", grane przez Maya na "orkiestrowo" przetworzonej gitarze. Pomysł narodził się na koncertach, gdy oddana publiczność po zakończeniu występu śpiewała hymn. Zespół postanowił nagrać dla nich podkład, odtwarzany z taśmy po ostatnim utworze - po raz pierwszy odtworzono go 30 października 1974 roku. Od tamtego czasu był to obowiązkowy punkt wszystkich koncertów zespołu (z wyjątkiem występów w Irlandii, gdzie brytyjski hymn mógłby drażnić publiczność).

A Night at the Opera Tour

Równo tydzień przed premierą albumu, 14 listopada, rozpoczęła się promująca go trasa. Zespół włączył do repertuaru tylko trzy nowe utwory: "The Prophet's Song", "Sweet Lady" i "Bohemian Rhapsody". Wykonywanie tego ostatniego sprawiło jednak zespołowi sporo problemów - muzycy nie byli w stanie odtworzyć na żywo jego wstępu i części operowej. Postanowili więc grac go w kilku fragmentach - na początek setu hardrockową część utworu, po kilku innych kompozycjach - pierwsze dwie zwrotki, a po kolejnej przerwie - zakończenie. Dopiero na koncercie odbywającym się 24 grudnia w londyńskim Hammersmith Odeon grupa przyjęła inne rozwiązanie - najpierw muzycy grali pierwsze zwrotki utworu (bez wstępu), następnie - zamiast części operowej - prezentowali fragmenty utworów "Killer Queen" i "The March of the Black Queen", płynnie przechodzące w hardrockową część "Bohemian Rhapsody", po której rozbrzmiewało balladowe zakończenie kompozycji. Począwszy od następnej trasy, zespół postanowił odtwarzać część operową z taśmy. 15 i 16 grudnia, na koncertach w Glasgow, zespół wykonał także "Death on Two Legs", jednak dopiero od marca następnego roku kompozycja zaczęła być grana regularnie. W styczniu do repertuaru został włączony "Lazing on a Sunday Afternoon". Trasa zakończyła się 22 kwietnia 1976 roku. Kolejne utwory z albumu zostały dodane do setlisty na następnych trasach: "You're My Best Friend" i "'39" we wrześniu '76, a "Love of My Life" i "I'm in Love with My Car" dopiero w listopadzie 1977 roku.

"A Night at the Opera" został wydany 21 listopada 1975 roku. Na okładce umieszczony został herb zespołu, namalowany przez Davida Costę, ale zaprojektowany przez Mercury'ego, już w 1972 roku. Mam dyplom Ealing College of Art z grafiki i ilustracji - mówił wokalista. To ja zaprojektowałem herb Queen. Po prostu połączyłem wszystkie postacie reprezentujące nasze znaki zodiaku. Chociaż sam nawet nie wierzę w astrologię. Herb przedstawia dwa lwy (reprezentujące Taylora i Deacona), raka (znak zodiaku Maya), oraz dwie wróżki (symbolizujące pannę - znak pod którym urodził się Mercury), nad którymi unosił się feniks - mityczny ptak, symbol odrodzenia. Wychodzi moja smykałka do reklamy - wyjaśniał Mercury. To jest pewnego rodzaju kampania, projekt. Bez względu na to, czy był to efekt kampanii reklamowej, czy świetnego materiału zawartego na albumie, "A Night at the Opera" okazał się ogromnym sukcesem. W Wielkiej Brytanii doszedł na szczyt listy najlepiej sprzedających się albumów, by po latach pokryć się platyną za 300 tysięcy sprzedanych egzemplarzy. W Stanach longplay doszedł jedynie do 4. miejsca, ale w sumie pokrył się potrójną platyną, za trzy miliony kupionych egzemplarzy. "A Night at the Opera" podobne sukcesy odniósł także na innych, mniej prestiżowych rynkach, przede wszystkim w Australii i krajach niderlandzkich. Przy tak dobrej sprzedaży, nawet nieprzychylna grupie brytyjska prasa muzyczna musiała przyznać, że jest to bardzo udany album.




Źródła cytatów: 
1. Blake Mark, Queen. Królewska Historia, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2015
2. Filipowski Robert, W czerni i bieli, "Teraz Rock Kolekcja" 2010, nr 1, str. 14-15
3. Kirmuć Michał, Herb, "Teraz Rock" 2007, nr 3, str. 98


Więcej na temat:

20 listopada 2015

[Recenzja] Queen - "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" (2015)



21 listopada minie równo czterdzieści lat od ukazania się przełomowego w dyskografii Queen albumu "A Night at the Opera". To właśnie na nim znalazł się utwór "Bohemian Rhapsody", który zapewnił zespołowi międzynarodową popularność. Z tej okazji do sklepów właśnie trafiło wydawnictwo zatytułowane "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" - zapis jednego z koncertów trasy promującej ten album, który odbył się w londyńskim Hammersmith Odeon, 24 grudnia 1975 roku. Niestety, nie jest to tak ekscytujący materiał, jak wydany rok temu "Live at the Rainbow '74" (zawierający wiele kompozycji wcześniej nieobecnych na oficjalnych albumach koncertowych). Przede wszystkim dlatego, że większość utworów to powtórka z tamtego wydawnictwa. Mimo całego roku dzielącego rejestracje tych występów i wydania w międzyczasie nowego albumu, zespół nieznacznie zmienił swoją setlistę. Muzycy zrezygnowali z kilku utworów, dodali natomiast "Bohemian Rhapsody" (grany w dwóch odsłonach, bez wstępu i części operowej) i "Brighton Rock". Akurat te dwa kawałki raczej nie zachęcają do kupna "A Night at the Odeon", gdyż były już wydane na innych koncertówkach (chociażby klasycznej "Live Killers").

Powstaje zatem pytanie, dlaczego wydano akurat zapis występu w Hammersmith Odeon, a nie jakiegoś innego koncertu trasy, na którym zespół grał także inne utwory z "A Night at the Opera" - chociażby "The Prophet's Song" i "Sweet Lady" (wciąż niewydane na żadnym oficjalnym albumie koncertowym). Nie wspominając już o tym, że na niektórych koncertach trasy wykonywana była kompozycja "Hangman" - wciąż nieopublikowana w żadnej wersji na żadnym oficjalnym wydawnictwie Queen. Może i nie jest to jakiś wybitny utwór, ale fanów grupy na pewno ucieszyłaby jego oficjalna premiera, w końcu z dobrym brzmieniem, a nie w bootlegowej jakości (o ile taka wersja istnieje). Kawałek był grany m.in. podczas występu Queen w Tokio, 1 maja 1975 roku - tego samego, którego fragment pełni rolę bonusu na wydaniu DVD "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975". Kompletnie bez sensu wybrano powtarzające się z londyńskim występem utwory "Now I'm Here", "Killer Queen" i " In the Lap of the Gods... Revisited", zamiast "Hangman" lub także wówczas granego "Doing All Right" (kolejnego utworu grupy niewydanego na żadnej oficjalnej koncertówce).

Oczywiście "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" słucha się wyśmienicie. Zespół dopiero co osiągnął szczyt ("Bohemian Rhapsody" własnie okupował czwarty tydzień z rzędu 1. miejsce UK Singles Chart, a "A Night at the Opera" królował na liście albumów) i muzycy dawali z siebie wszystko, by wypaść jak najlepiej. Repertuar też niczego sobie - dominują w nim utwory o ewidentnie hard rockowym charakterze (jak np. "Now I'm Here", "Ogre Battle", "Liar" czy - znacznie niestety skrócony - "Son and Daughter"), ale znalazło się też miejsce dla kilku uroczych ballad ("White Queen (As It Began)", "In the Lap of the Gods... Revisited"), a nawet na odrobinę bluesa (niealbumowy "See What a Fool I've Been") i rock'n'rolla ("Jailhouse Rock (Medley)"). Problem jedynie w tym, że zdecydowana większość tych utworów, w równie dobrych - jeśli nie lepszych - wykonaniach, była już wydana na "Live at the Rainbow '74". W rezultacie "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" to album głównie dla najbardziej oddanych fanów Queen. Ewentualnie dla tych, którzy chcieliby poznać najbardziej hard rockowe oblicze grupy, a jeszcze nie słyszeli poprzedniej koncertówki. Osobiście polecam im jednak bardziej "Live at the Rainbow '74" - może i nie ma na nim "Bohemian Rhapsody", są za to fantastyczne "Father to Son" i "Stone Cold Crazy".

Ocena: 7/10

PS. Mam nadzieję, że na "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" się nie skończy i za rok do sklepów trafi kolejna koncertówka Queen - tym razem z zapisem któregoś z występów z 1976 roku. Z repertuarem obejmującym takie utwory, jak np. "The Prophet's Song", "Sweet Lady", "You Take My Breath Away" czy "Tie Your Mother Down".



Queen - "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" (2015)

1. Now I'm Here; 2. Ogre Battle; 3. White Queen (As It Began); 4. Bohemian Rhapsody; 5. Killer Queen; 6. The March of the Black Queen; 7. Bohemian Rhapsody (Reprise); 8. Bring Back That Leroy Brown; 9. Brighton Rock; 10. Guitar solo; 11. Son and Daughter; 12. Keep Yourself Alive; 13. Liar; 14. In the Lap of the Gods... Revisited; 15. Big Spender; 16. Jailhouse Rock (Medley); 17. Seven Seas of Rhye; 18. See What a Fool I've Been; 19. God Save the Queen

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, dodatkowy wokal, ukulele (8); John Deacon - bass, dodatkowy wokal; Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Justin Shirley-Smith, Josh Macrae i Kris Fredriksson


19 listopada 2015

[Recenzja] The Yardbirds - "For Your Love" (1965)



W Europie The Yardbirds zadebiutowali koncertówką, a w Stanach kompilacją... Którą można jednak potraktować jako regularny album, gdyż żaden utwór nie był wcześniej wydany na płycie długogrającej, ani nie został później powtórzony na żadnym albumie. "For Your Love" wydano z okazji sukcesu tak samo zatytułowanego singla, a także z powodu zbliżającej się pierwszej amerykańskiej trasy grupy. Na repertuar złożyły się utwory z trzech pierwszych singli zespołu ("I Wish You Would", "Good Morning Little Schoolgirl", "For Your Love"), ich strony B ("A Certain Girl", "I Ain't Got You", "Got to Hurry"), oraz niewydane wcześniej kompozycje, w tym trzy utwory zarejestrowane już z nowym gitarzystą, Jeffem Beckiem, który w marcu 1965 roku zajął miejsce Erica Claptona ("I'm Not Talking", "I Ain't Done Wrong", "My Girl Sloopy" - w Europie wydane kilka miesięcy później, na EPce "Five Yardbirds").

Do najciekawszych fragmentów longplaya z pewnością należy tytułowy "For Your Love". Utwór został napisany przez Grahama Gouldmana (późniejszego muzyka 10cc) dla jego ówczesnej grupy, Mockingbirds, jednak nie spodobał się wydawcy. Potencjał kompozycji dostrzegł jednak menadżer Gouldmana, który postanowił zaproponować ją Beatlesom - wcześniej jednak zainteresowali się nią muzycy The Yardbirds. Nagranie stało się punktem zwrotnym w ich karierze - z jednej strony przyniosło im pierwszy przebój (3. miejsce na UK Singles Chart, 6. w Stanach), z drugiej natomiast doprowadziło do odejścia Erica Claptona. Gitarzysta w tamtym czasie był zainteresowany wyłącznie wykonywaniem bluesa i rhythm 'n' bluesa, tymczasem "For Your Love" był komercyjnym nagraniem pop rockowym. Clapton odszedł w dzień premiery singla. Sama kompozycja wyróżnia się bardzo chwytliwą melodią, a także nietypowymi jak na tamte czasy zmianami tempa i nastroju - wolne zwrotki, wzbogacone brzmieniem klawesynu i bongosów, kontrastują z rock and rollowym przyśpieszeniem w refrenach. I co więcej, nie była wcale najbardziej popowym utworem, jaki nagrał w tamtym czasie zespół - o wiele bardziej komercyjnym nagraniem jest, także obecny na tym albumie, "Sweet Music" z gościnnym udziałem Manfreda Manna. Jednak pozostałe utwory nagrane w oryginalnym składzie rzeczywiście bliższe są tradycyjnego bluesa, a większość z nich ozdabiają świetne gitarowe solówki Claptona ("I Ain't Got You", "A Certain Girl", "Good Morning Little Schoolgirl" i - przede wszystkim - instrumentalny "Got tu Hurry").

Z utworów nagranych już po zmianie składu, prawdziwą perłą jest "I'm Not Talking" (oryginalnie wykonywany przez Mose'a Allisona), wyprzedzający swój czas o dobre dwa lata - ostre brzmienie gitary Becka, grającego blues rockowe riffy i solówki, podparte mocną sekcją rytmiczną, to przecież prototyp stylu Cream, The Jimi Hendrix Experience i podobnych im grup. W 1965 roku nikt tak jeszcze nie grał. Fakt, rok wcześniej pojawiło się "You Really Got Me" The Kinks, jednak to typowa dla tamtych czasów pop rockowa piosenka, tyle że z bardziej wyrazistym riffem i ostrzejszym brzmieniem gitary, ale z dość delikatnym śpiewem i grą sekcji rytmicznej. Z kolei w wydanym pod koniec 1965 roku utworze "My Generation" The Who jest już mocniejsza gra sekcji rytmicznej i bardziej zadziorną partia wokalna, ale z kolei brzmienie gitary pod względem ostrości nie może równać się z kawałkiem The Yardbirds. Wychodzi więc na to, że to właśnie "I'm Not Talking" było pierwszym w pełni hard rockowym utworem. Sporo gitarowego czadu pojawia się także w "I Ain't Done Wrong" - pierwszym utworze The Yardbirds nie będącym coverem ani kawałkiem napisanym dla grupy przez kogoś spoza składu; jego autorem jest wokalista grupy, Keith Relf. Ewidentnie słabiej wypada trzeci z utworów drugiego składu - rozwleczony "My Girl Sloopy", oparty na riffie podkradzionym z "Twist and Shout" (znanym przede wszystkim z wersji The Beatles) i bardziej archaiczny brzmieniowo.

Chociaż "For Your Love" składa się z utworów nagranych podczas kilku różnych sesji, odbywających się na przestrzeni ponad roku (od marca '64 do kwietnia '65), a nawet w różnych składach, całość brzmi dość spójnie i słucha się jej bardzo przyjemnie. Pozycja warta poznania, zwłaszcza jeśli kogoś interesują początki "białego" bluesa oraz korzenie muzyki hard rockowej.

Ocena: 7/10



The Yardbirds - "For Your Love" (1965)

1. For Your Love; 2. I'm Not Talking; 3. Putty (in Your Hands); 4. I Ain't Got You; 5. Got to Hurry; 6. I Ain't Done Wrong; 7. I Wish You Would; 8. A Certain Girl; 9. Sweet Music; 10. Good Morning Little Schoolgirl; 11. My Girl Sloopy

Skład: Keith Relf - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Eric Clapton - gitara (1,3-5,7-10); Jeff Beck - gitara (2,6,11); Chris Dreja - gitara; Paul Samwell-Smith - bass, dodatkowy wokal; Jim McCarty - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Brian Auger - klawesyn (1); Denny Pierce - bongosy (1); Ron Prentice - kontrabas (1); Giorgio Gomelsky - dodatkowy wokal (8); Manfred Mann - instr. klawiszowe i dodatkowy wokal (9); Tom McGuinness - gitara (9); Mike Vickers - gitara (9); Paul Jones - dodatkowy wokal (9)
Producent: Giorgio Gomelsky; Manfred Mann (9)


18 listopada 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Beggars Banquet" (1968)



Po skoku w bok, w postaci psychodelicznego albumu "Their Satanic Majesties Request", zmiażdżonego przez krytykę, Stonesi postanowili wrócić do korzeni. Nie koniecznie swoich - album "Beggars Banquet" tak naprawdę niewiele ma wspólnego z wcześniejszą twórczością zespołu. Mniej tutaj rockowej energii, za to muzycy wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej nawiązali do amerykańskiej tradycji. Dużo tutaj bluesa, ale przede wszystkim pojawiły się ewidentne wpływy muzyki country ("Dear Doctor", "Factory Girl", oraz przeróbka "Prodigal Son" Roberta Wilkinsa). Nieszczególnie odpowiada mi ta metamorfoza, gdyż nigdy nie przepadałem za country. Najwyraźniej jednak jestem w mniejszości, bo przeważają opinie, że "Beggars Banquet" to jedno ze szczytowych osiągnięć Rolling Stones, oraz że longplay rozpoczyna najciekawszy okres twórczości zespołu, rzekomo trwający do roku 1972 i wydanego wówczas albumu "Exile on Main St." (który też nigdy mnie nie zachwycał).

"Beggars Banquet" powstawał w nienajlepszej atmosferze. Brian Jones oddalił się od reszty zespołu, także pod względem muzycznym. Chciał kontynuować psychodeliczne eksperymenty, znów grać na różnych niekonwencjonalnych instrumentach, które nie pasowały do surowego charakteru muzyki, jaką w tamtym czasie tworzyli pozostali muzycy. W rezultacie pozwolono mu na udział tylko w kilku utworach. Mimo problemów, album został ukończony już w lipcu 1968 roku. Premiera opóźniła się jednak aż do grudnia, gdyż ani europejski, ani amerykański wydawca nie chciał zaakceptować projektu okładki zaproponowanego przez zespół - zdjęcia obskurnego kibla. Po wielu miesiącach walki, muzycy się poddali i zgodzili na bardziej neutralną okładkę. Ich pomysł został wykorzystany dopiero na kompaktowej reedycji z 1984 roku (większość późniejszych wydań - zarówno kompaktowych, jak i winylowych - także zawiera taką okładkę). Warto w tym miejscu dodać, że dopiero na wydaniach po 2002 roku album ma właściwą prędkość - podczas przygotowywania oryginalnego masteringu zrobiono błąd, w rezultacie czego prędkość została zwolniona (w sumie wydłużyło to album o około pół minuty). Dopiero po ponad trzydziestu latach postanowiono to poprawić.

Album rozpoczyna się od jednego z najbardziej znanych utworów zespołu, "Sympathy for the Devil". Sławę przyniósł mu przede wszystkim kontrowersyjny tekst (za sprawą którego zespół do dziś bywa oskarżany o propagowanie satanizmu; choć w rzeczywistości nawiązuje on do "Mistrza i Małgorzaty" Michaiła Bułhakowa), ale i pod względem muzycznym jest to dość niekonwencjonalna rzecz - uwagę zwracają przede wszystkim plemienny rytm i charakterystyczne chórki. Znalazło się też miejsce dla zgrabnej solówki Keitha Richardsa. Innym popularnym utworem jest wyjątkowo jak na ten album dynamiczny "Street Fighting Man", który również wywołał spore kontrowersje - wiele stacji radiowych nie chciało go grać, ze względu na tekst, poruszający problem ówczesnych protestów studenckich. Jest to jeden z nielicznych utworów na płycie, na których swoje piętno odcisnął Brian Jones. W tym akurat kawałku zagrał na indyjskich instrumentach, sitarze i tamburze, których brzmienie nadaje mu nieco orientalnego charakteru (w utworze pojawia się także inny instrument pochodzenia indyjskiego, shehnai, na którym gościnnie zagrał Dave Mason, gitarzysta grupy Traffic).

Co ciekawe, to właśnie utwory z udziałem Jonesa (nieograniczającym się do chórków lub grania na harmonijce) należą do moich faworytów z tego albumu: bardzo ładna ballada "No Expectations", którą Brian ozdobił slide'owymi partiami gitary, a także psychodeliczny "Jigsaw Puzzle" i najbardziej dynamiczny, stricte rockowy "Stray Cat Blues", w których zagrał na melotronie. Chociaż akurat w tych dwóch ostatnich to nie jego udział decyduje o ich wartości. W "Jigsaw Puzzle" błyszczy przede wszystkim Bill Wyman, którego wyrazista partia basu przyciąga najwięcej uwagi. Z kolei "Stray Cat Blues" to głównie zadziorne riffowanie Richardsa i interesująca linia wokalna, w której jest miejsce i na śpiew, i na wrzask, i na deklamację. Do ciekawszych fragmentów album zaliczam także klasycznie bluesowy "Parachute Woman", jak również finałową balladę "Salt of the Earth", wyróżniająca się charakterystycznymi dla muzyki gospel żeńskimi chórkami. Zupełnie nie przekonują - a wręcz drażnią - mnie natomiast wspomniane na początku trzy utwory w stylu country. Obniżają poziom całości i zniechęcają mnie do wracania do tego albumu. Szkoda, że zamiast nich nie trafił tutaj singlowy "Jumpin' Jack Flash" - jeden z najlepszych utworów zespołu, pokazujący, że grupa świetnie odnalazła się w czasach narodzin hard rocka.

"Beggars Banquet" to mimo wszystko bardzo udane otwarcie nowego etapu działalności zespołu. Jednak dopiero na dwóch kolejnych albumach zespół doprowadził ten styl do... może niekoniecznie perfekcji, ale na pewno do ciekawszego efektu. Tutaj niestety nie brakuje fragmentów, w których znacząco spada napięcie.

Ocena: 8/10



The Rolling Stones - "Beggars Banquet" (1968)

1. Sympathy for the Devil; 2. No Expectations; 3. Dear Doctor; 4. Parachute Woman; 5. Jigsaw Puzzle; 6. Street Fighting Man; 7. Prodigal Son; 8. Stray Cat Blues; 9. Factory Girl; 10. Salt of the Earth

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka (4); Keith Richards - gitara, bass (1,6), wokal (10), dodatkowy wokal; Brian Jones - dodatkowy wokal (1), gitara (2), harmonijka (3,4,7), melotron (5,8), sitar (6), tambura (6); Bill Wyman - bass, dodatkowy wokal (1), instr. perkusyjne (1); Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal (1)
Gościnnie: Nicky Hopkins - instr. klawiszowe; Rocky Dijon - kongi (1,8,9); Jimmy Miller, Anita Pallenberg, Marianne Faithfull - dodatkowy wokal (1); Dave Mason - shehnai (6), melotron (9); Ric Grech - skrzypce (9); Watts Street Gospel Choir - dodatkowy wokal (10)
Producent: Jimmy Miller


16 listopada 2015

[Recenzja] The Who - "Quadrophenia" (1973)



Pomimo sukcesu albumu "Who's Next", wynikającego między innymi z powrotu do mniej pretensjonalnego grania, Pete Townshend uparł się, aby następny album The Who był kolejną "operą rockową". Niestety, "Quadrophenia" odsłania wszystkie słabości zespołu. Album powstał praktycznie według tego samego schematu, co wydany cztery lata wcześniej "Tommy". Jednak to, co wtedy było nowatorskie i - poprzez element zaskoczenia - mogło zachwycać, tutaj jest już tylko odgrzewanym kotletem. Chociażby powtórzenia niektórych tematów, mające nadać całości spójności - nie dość, że nie są już niczym zaskakującym, to tym razem są tak nachalne, że czasami wręcz irytują. Weźmy utwór tytułowy - w dwóch trzecich składa się z instrumentalnego fragmentu "Love Reign o'er Me", który przewija się na albumie jeszcze kilkakrotnie, zanim na sam koniec usłyszymy go w pełnej wersji. Jak tu się nie znudzić, ciągle słysząc to samo? Nie pomaga patetyczny charakter albumu, wymuszona podniosłość. Tylko obnaża to braki warsztatowe muzyków, którzy po prostu nie mieli wystarczających umiejętności do tworzenia oper, nawet rockowych. Dużo tutaj także bezsensownych eksperymentów (np. "I Am the Sea", w którym Rogera Daltrey śpiewa fragmenty innych utworów, jedynie z akompaniamentem szumu morza). Gwoździem do trumny jest natomiast nieciekawa fabularnie historia opowiedziana w tekstach, którą można by streścić w jednym utworze.

Mimo wszystko, spora część zawartych tutaj utworów broni się sama w sobie. Może i nie wszystkie jednak spokojnie wystarczyłoby ich na jednopłytowy album.  A dwa z nich to prawdziwe perły. Po pierwsze, "The Real Me" - bardzo chwytliwy kawałek hardrockowy, napędzany rewelacyjną partią basu Johna Entwistle'a, ekspresyjnie zaśpiewany przez Daltreya. A skoro już mowa o ekspresyjnym śpiewie, to mało który utwór (i to nie tylko z dorobku The Who) może równać się z drugą perłą albumu - finałowym "Love Reign o'er Me". Partia wokalna Rogera z tego utworu to prawdziwe mistrzostwo. A i warstwa instrumentalna wypada interesująco - z początku jest to klawiszowa ballada, która jednak wspaniale się rozkręca, nabiera dynamiki i dramaturgii. Na wyróżnianie zasługuje także kilka innych utworów, choć nie są to już rzeczy tak rewelacyjne. Chociażby "The Punk and the Godfather" - stylistycznie zbliżony do "The Real Me" (w warstwie muzycznej znów dominują popisy Entwistle'a), ale zepsuty zwolnieniami ze smętnym śpiewem Townsenda. Nie rozumiem czemu gitarzysta miał takie parcie na mikrofon, skoro dysponował barwą głosu, delikatnie mówiąc, nieciekawą i praktycznie żadnymi umiejętnościami wokalnymi. Choć muszę przyznać, że w "I'm the One" (jedynym utworze z tego albumu, gdzie śpiewa sam) poradził sobie całkiem przyzwoicie. To kolejny z tych bardziej udanych fragmentów, łączący fragmenty akustyczne z zaostrzeniami. Warto też wyróżnić przyjemne melodycznie "The Dirty Jobs" i "Sea and Sand".

Nie przekonuje mnie koncept i rozbudowana forma, zaproponowana przez zespół na "Quadrophenii", jednak album ma naprawdę mocne punkty, które nie pozwalają go nisko ocenić. Trzeba też pamiętać, że zespół już nigdy później nie nagrał niczego lepszego. To ostatni album The Who, który mogę polecić z czystym sumieniem.

Ocena: 7/10



The Who - "Quadrophenia" (1973)

LP1: 1. I Am the Sea; 2. The Real Me; 3. Quadrophenia; 4. Cut My Hair; 5. The Punk and the Godfather; 6. I'm One; 7. The Dirty Jobs; 8. Helpless Dancer; 9. Is It in My Head?; 10. I've Had Enough
LP2: 1. 5:15; 2. Sea and Sand; 3. Drowned; 4. Bell Boy; 5. Doctor Jimmy; 6. The Rock; 7. Love, Reign o'er Me

Skład: Roger Daltrey - wokal (LP1: 1,2,4,5,7-10, LP2: 1-5,7); Pete Townshend - gitara, instr. klawiszowe, wokal (LP1: 4-6,10, LP2: 1,2), bandżo, wiolonczela; John Entwistle - bass, instr. dęte, wokal (LP1: 9); Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (LP2: 4)
Gościnnie: Chris Stainton - pianino (LP1: 7, LP2: 1,3)
Producent: The Who, Kit Lambert, Glyn Johns


13 listopada 2015

[Recenzja] Scorpions - "50th Anniversary Deluxe Editions" (2015)

Z okazji obchodów 50-lecia działalności zespołu Scorpions (chociaż profesjonalną karierę zaczął dopiero w 1972 roku, istnieje od 1965), do sklepów właśnie trafiły reedycje ośmiu albumów grupy, oryginalnie wydanych w latach 1977-88. Znów zatem pominięto cztery pierwsze longplaye grupy, czyli fantastyczny debiut "Lonesome Crow", oraz prawie tak samo dobre (z naciskiem na "prawie") "Fly to the Rainbow", "In Trance" i "Virgin Killer". Być może zespół nie posiada praw do ich wydawania. Osiem albumów, które obejmuje seria najnowszych reedycji, to dokładnie te same longplaye, które zostały wznowione w 2001 roku. Wówczas z amatorskim remasteringiem, przez który zupełnie nie dało się ich słuchać (zwłaszcza "Animal Magnetism"), nielicznymi bonusami i wydane wyłącznie w wersji CD. Najnowsze reedycje brzmią znacznie lepiej (wciąż jednak gorzej od oryginalnych wydań winylowych), zawierają mnóstwo dodatkowych utworów (w większości wcześniej niepublikowanych) i zostały wydane w dwóch różnych formatach: CD+DVD (z wyjątkiem "Taken by Force", "Tokyo Tapes" i "Animal Magnetism", które nie zawierają płyty DVD) oraz CD+Winyl. Ilość dysków różni się w zależności od albumu, a wszystkie szczegóły podaję poniżej. W opisach skupiam się przede wszystkim na dodatkowym materiale, ponieważ ich podstawową zawartość już omówiłem w osobnych recenzjach.


"Taken By Force" (1977)

Ostatni studyjny album zespołu nagrany ze świetnym gitarzystą Ulim Jonem Rothem. Przyniósł takie perełki, jak rewelacyjna półballada "We'll Burn the Sky", czy ciężki "The Sails of Charon" z bardzo inspirującą grą Rotha. Znalazł się tu także niemal thrash metalowy "He's a Woman - She's a Man", jak również eksperymenty zespołu z funkiem ("I've Got to Be Free", "Your Light") i folkiem ("Born to Touch Your Feelings").

W najnowszej reedycji w końcu przywrócono oryginalną okładkę, dotychczas z niewiadomych przyczyn cenzurowaną. Jako jedyna pozycja z całej serii zawiera bonusowy utwór na płycie winylowej - jest nim "Suspender Love", oryginalnie strona B singla "He's a Woman...". Kawałek melodyjny, ale dość banalny - stąd pewnie jego brak na oryginalnym wydaniu. Płyta CD, poza "Suspender Love", zawiera także kilka innych bonusów - pięć wcześniej niewydanych wersji demo. Największym zaskoczeniem jest obecność wśród nich "Believe in Love" - utworu wydanego dopiero jedenaście lat później, na albumie "Savage Amusement". W tutejszej wersji brzmi znacznie lepiej, nie jest tak przesłodzony jak w późniejszej. Szkoda tylko, że zamiast tekstu pojawia się tylko wokaliza bez słów. Podobnie zresztą jak w dwóch innych bonusach - hardrockowym "Busy Guys" i naprawdę fajnym ciężkim bluesie "Midnight Jam Blues". Poza tym znalazł się tutaj instrumentalny "Blue Dream", przypominający o fascynacji Rotha Jimim Hendrixem (momentami przywodzi na myśl "Yellow Raven" z poprzedniego albumu Scorpions, "Virgin Killer"), a także wczesna wersja "Born to Touch Your Feelings" - lepsza od albumowej, bo bardziej przejmująco zaśpiewana i pozbawiona nudnej, rozwleczonej końcówki.


"Tokyo Tapes" (1978)

Pierwsza koncertówka Scorpions to zarazem pożegnanie z Ulim Jonem Rothem i świetne podsumowanie okresu, kiedy był on gitarzystą zespołu. Znalazła się tutaj większość najlepszych utworów z wczesnych albumów grupy, jak np. "Speedy's Coming", "In Trance", "Pictured Life", "He'a a Woman - She's a Man" czy "We'll Burn the Sky", zagranych w o wiele bardziej porywających wersjach. Repertuaru dopełniło kilka niealbumowych nagrań, jak "Suspender Love", nieposiadający wersji studyjnej "All Night Long", a także przeróbki rock and rollowch "Hound Dog" i "Long Tall Sally", oraz japońskiej pieśni "Kojo No Tsuku".

W przeciwieństwie do poprzedniej reedycji (z powodu ograniczeń czasowych skróconej o utwór "Polar Nights"), najnowsza także w wersji CD zawiera wszystkie 18 utworów obecnych na oryginalnym wydaniu winylowym - aczkolwiek finałowy "Robot Man" został przeniesiony na drugi dysk. Poza tym znalazło się na nim siedem nieopublikowanych do tej pory oficjalnie nagrań, pochodzących z tych samych koncertów, w tym "Hell-Cat", "Catch Your Train" i interpretacja japońskiego hymnu "Kimi Ga Yo", a także inne wykonania utworów "Polar Nights", "He's a Woman...", "Top of the Bill" i "Robot Man".


"Lovedrive" (1979)

Pierwszy album zespołu z nowym gitarzystą, Matthiasem Jabsem (w kilku utworach zamiast niego zagrał oryginalny gitarzysta grupy, Michael Schenker) to zwrot ku bardziej komercyjnej muzyce. Muzycy, mający za sobą pierwszą wizytę w Stanach, mocno zainspirowali się tamtejszą sceną rockową (o wiele za mocno, bo "Always Somewhere" to praktycznie plagiat "Simple Man" Lynyrd Skynyrd). Dość dobrze jednak odnaleźli się w takiej stylistyce, a "Lovedrive" przyniósł kilka świetnych utworów, z których warto przede wszystkim wyróżnić instrumentalny "Coast to Coast", ze zgrabnymi gitarowymi unisonami, przebojowy utwór tytułowy, oraz ładną balladę "Holiday".

Reedycja zawiera tylko dwa bonusowe utwory w wersjach demo. Pierwszy z nich, ciężki "Cause I Love You", to całkiem niezła rzecz i szkoda, że zespół nie dopracował jej i nie umieścił na albumie (np. zamiast słabszego "Can't Get Enough"). Dopiero po latach muzycy przypomnieli sobie o nim i nagrali go w 2002 roku na kompilację "Bad for Good: The Very Best of Scorpions". Drugi bonus to oryginalna wersja "Holiday" - dłuższa o trzy minuty (czyli trwająca w sumie dziewięć i pół), z rozbudowaną częścią instrumentalną. Dodatkowe DVD zawiera przede wszystkim niewydaną wcześniej oficjalnie rejestrację występu z 5 czerwca 1979 roku w Tokio. Repertuar obejmuje osiem utworów, głównie z albumu "Lovedrive" (tytułowy, "Is There Anybody There", "Another Piece of Meat", "Can't Get Enough"), ale też kilka starszych kompozycji ("We'll Burn the Sky", przepiękne "Life's Like a River" i zagrane zaledwie w dwuminutowym fragmencie "Fly to the Rainbow"), oraz interpretację japońskiej pieśni "Kojo No Tsuki". Ponadto płyta zawiera współczesny wywiad z członkami grupy (Klausem Meinem, Rudolfem Schenkerem, Matthiasem Jabsem, oraz ówczesnym perkusistą, Hermanem Rarebellem).


"Animal Magnetism" (1980)

Album wyraźnie słabszy od poprzednich, przyniósł głównie sztampowy hard rock, przeważnie pozbawiony dobrych melodii. Wyjątkowo słabo wypadło tym razem także balladowe oblicze grupy (przesłodzony, kiczowaty "Lady Starlight"). Całość ratują tylko trzy ostatnie utwory: bardzo chwytliwy "Only a Man", ciężki, ale również przebojowy "The Zoo", oraz złowieszczy utwór tytułowy, z zaskakująco mrocznym, jak na ten zespół, klimatem.

Nowe wydanie zawiera sześć bonusów. Znalazł się wśród nich znany z licznych kompilacji utwór "Hey You" (częściowo zaśpiewany przez Rudolfa Schenkera drażniącym, bardzo wysokim głosem). Nie jest to jednak wersja singlowa (do dziś niewydana oficjalnie na płycie kompaktowej), a bardziej zwarty remiks, przygotowany na kompilację "Best of Rockers n' Ballads". Pozostałe bonusy to niepublikowane wcześniej nagrania demo. W tym pierwotne wersje "Animal Magnetism" (szybsza i pozbawiona mroku albumowej wersji, wypada po prostu nijako) i "Twentieth Century Man" (z innym tekstem i tytułem "Restless Man"). Prosta i niezapadająca w pamięć ballada "Get Your Love" to z kolei pierwowzór "Heroes Don't Cry" - utworu nagranego dopiero w latach 90. (wydanego na "Live Bites" z 1995 roku). Całkowitymi nowościami są natomiast "American Girls" i (niemający absolutnie nic wspólnego z tak samo zatytułowanym utworem z "Tokyo Tapes") "All Night Long". Pierwszy z nich wypada najciekawiej ze wszystkich bonusów na tym dysku - ma dość wyrazistą melodię i zróżnicowaną dynamikę. W sumie wypada lepiej niż większość utworów z podstawowego wydania "Animal Magnetism". Niestety, nie można tego powiedzieć o "All Night Long" - strasznie banalnym i sztampowym kawałku.


"Blackout" (1982)

Longplay jeszcze bardziej komercyjny od dwóch poprzednich. To właśnie tutaj znalazł się pierwszy amerykański przebój zespołu - "No One Like You". A także inne uwielbiane przez fanów utwory, jak tytułowy "Blackout" czy ballada "When the Smoke Is Going Down". Do najciekawszych fragmentów zaliczyć można rozpędzony "Dynamite", oraz powolny, ciężki "China White". Niestety, sporo tu także hardrockowej sztampy ("Can't Live Without You", "Now!").

Reedycja zawiera dodatkowo pięć utworów demo: wczesną wersję utworu "Blackout" (prawie identyczną jak albumowa, ale gorszą brzmieniowo i słabszą wokalnie), a także cztery nieznane dotąd kawałki - "Running for the Plane", "Sugar Man", "All My Love" i "Searching for the Rainbow" - poprawne, ale na albumie byłyby tylko wypełniaczami. Więcej atrakcji przynosi płyta DVD, zawierająca przede wszystkim rejestracje występu z 17 grudnia 1983 roku w Dortmundzie na emitowanym przez niemiecką telewizję festiwalu Rock Pop In Concert. Zespół zagrał wówczas dziesięć utworów, m.in. "Blackout", "Always Somewhere", "Dynamite", "The Zoo", oraz - jeszcze wtedy niewydany na płycie - "Coming Home". DVD zawiera także dwa teledyski ("No One Like You" i nieznany wcześniej "Arizona"), oraz współczesny wywiad.


"Love at First Sting" (1984)

Opus magnum zespołu z okresu największej popularności. To z tego albumu pochodzą wielkie przeboje "Still Loving You" i "Rock You Like a Hurricane". Ale właściwie większość utworów charakteryzuje się przebojowymi melodiami, żeby wspomnieć tylko o chętnie wykonywanych na żywo "Bad Boys Running Wild" i "Big City Night", czy mniej znanych, ale równie dobrych "Coming Home" i "I'm Leaving You". I tym razem nie zabrakło jednak słabszych fragmentów, jak chaotyczny "The Same Thrill" czy rozwleczony "As Soon As the Good Times Roll".

Reedycja "Love at First Sting" jest najobszerniejsza z całej serii i obejmuje aż dwie płyty CD oraz jedną DVD. Pierwsza, poza oryginalnym albumem, zawiera pięć utworów demo, w tym wczesne wersje "Coming Home" (jeszcze bez balladowego wstępu) i "Still Loving You" (niemal identyczną jak albumowa), oraz trzy nieznane wcześniej nagrania. "Living at Night" to całkiem przyjemny, choć banalny, kawałek nieodstający stylistycznie od ówczesnej twórczości Scorpions. Ale już "First Sting Jam No. 1" to nudny i zupełnie niepotrzebny półtoraminutowy jam, z którego absolutnie nic nie wynika. Mieszane odczucia wywołuje natomiast "Anytime (You Want It)" - utwór ewidentnie niedopracowany (w dodatku źle wykonany, z łamiącym się głosem Meine'a), z którego mogło jednak wyjść całkiem intrygujące nagranie. Drugie CD zawiera fragment występu grupy w nowojorskim Madison Square Garden z 6 lipca 1984 roku. Krótko mówiąc, jest to po prostu uboższa o siedem utworów, gorsza brzmieniowo i słabsza wokalnie wersja albumu "World Wide Live". Fakt, są to inne wykonania tych dziesięciu (intra "Countdown" nie liczę) kompozycji, ale bardzo podobne. Po raz kolejny najciekawsze dodatki zawiera płyta DVD. Trafiły na nią cztery teledyski ("Rock You Like a Hurricane", "I'm Leaving You", "Big City Nights", "Still Loving You"), trzy utwory z występów telewizyjnych ("Rock You Like a Hurricane", dwa różne wykonania "Still Loving You"), oraz jeden z festiwalu Monsters of Rock '86 ("Big City Nights"), a także współczesny wywiad z muzykami.


"World Wide Live" (1985)

Założenie było proste - uchwycić zespół będący na szczycie. Druga koncertówka Scorpions to podsumowanie czterech albumów wydanych po "Tokyo Tapes" (nie ma tu żadnego starszego utworu), z naciskiem na te największe przeboje, jak "The Zoo", "Blackout", "No One Like You", "Rock You Like a Hurricane" czy "Still Loving You". Niestety, większość utworów zagrana jest wiernie studyjnym pierwowzorom, a nieliczne zmiany to częściej upraszczanie kompozycji ("Coming Home", "Holiday"), niż rozbudowywanie ich ("Dynamite").

Jako jedyny album z najnowszej serii reedycji, "World Wide Live" nie zawiera żadnych bonusów na dysku CD (i tak już wypełnionym po brzegi). Dodatkowe DVD zawiera natomiast dziesięć utworów pochodzących z tak samo zatytułowanej kasety VHS (wydanej w 1985 roku i nigdy później nie wznawianej), a także współczesny wywiad z muzykami.


"Savage Amusement" (1988)

Najsłabszy z wznowionych albumów. Zespół nie popisał się pod względem kompozytorskim (ponad niski poziom całości wybijają się nieliczne utwory, jak "Rhythm of Love", "Don't Stop at the Top", "Passion Rules the Game" i "Believe in Love"), a złe wrażenie jeszcze bardziej pogarsza plastikowe brzmienie (które stało się przyczyną rozstania z producentem Dieterem Dierksem po kilkunastu latach współpracy).

Reedycja zawiera aż siedem bonusów: bardzo fajny cover "I Can't Explain" The Who, wydany już wcześniej na singlu i wielu składankach, a także sześć nagrań demo. Trzy z nich to utwory znane już w innych wersjach: ballada "Living for Tomorrow" była wydana na singlu w 1989 roku (w wersji koncertowej, później powtórzonej na "Live Bites" i kilku kompilacjach); "Edge of Time" został nagrany ok. 1995 roku na składankę "Deadly Sting" (umieszczono go także na kilku innych kompilacjach); natomiast o "Dancing with the Moonlight" zespół przypomniał sobie całkiem niedawno - najpierw muzycy zagrali go podczas akustycznych występów, których fragmenty wypełniły album "MTV Unplugged In Athens", wydany dwa lata temu, a następnie nagrali w studiu elektryczną wersję, która trafiła na rozszerzone wydanie tegorocznego albumu "Return to Forever". "Edge of Time" jest niemal identyczny jak późniejsza wersja, "Dancing with the Moonlight" ma tutaj zdecydowanie więcej energii, z kolei "Living for Tomorrow" jest nieco uproszczony, wszystkie trzy mają jednak spory potencjał i szczerze mówiąc, wypadają lepiej od większości utworów z "Savage Amusement". Gdyby zespół je dopracował i umieścił na albumie zamiast kilku słabszych kompozycji, mogłyby znacznie podnieść poziom. To samo zresztą dotyczy dwóch nieznanych wcześniej utworów: przebojowego "Taste of Love" (niestety, zepsutego sztampowym refrenem) i agresywnego instrumentala "Fast and Furious". Dodatkowe DVD zawiera cztery wideoklipy ("Rhythm of Love", "Passion Rules the Game", "Believe in Love", "I Can't Explain"), wydany niegdyś na kasecie VHS dokument "To Russia With Love And Other Savage Amusements" o pierwszej wizycie zespołu w Rosji, a także przeprowadzony na potrzeby tego wydawnictwa wywiad z muzykami.



Na zakończenie pozwolę sobie na jeszcze kilka ogólnych refleksji. Bardzo dobrym pomysłem było wznowienie tych albumów, gdyż od wielu lat w sklepach były dostępne wyłącznie te nieszczęsne remastery z 2001 roku. Nowe wydania są nie tylko lepsze pod względem brzmieniowym, ale także wizualnym - wersje CD+DVD zapakowano w eleganckie digipacki z grubymi książeczkami, natomiast wersje winylowe to wierne repliki oryginalnych wydań, z dodatkowymi płytami CD w papierowych kopertach. Mam jednak kilka zarzutów. Po pierwsze - czy konieczne było dodawanie płyt CD do wersji winylowych? Podwyższa to ich cenę, a ktoś kto zbiera płyty analogowe wcale nie musi chcieć posiadać także wersji kompaktowej. Fakt, owe CD zawierają  (z wyjątkiem "World Wide Live") dodatkowe utwory, których nie ma na winylu, jednak czy nie lepiej byłoby po prostu dodać drugi winyl z bonusami? Moim zdaniem miałoby to o wiele więcej sensu.

W przypadku wydań niewinylowych rażą natomiast pewne konsekwencje. Przede wszystkim brak płyt DVD w reedycjach "Taken By Force", "Tokyo Tapes" i "Animal Magnetism". Ok, rozumiem, że nie istnieją nagrania wideo z japońskich występów w 1978 roku i że zespół może nie mieć praw do dysponowania telewizyjnymi materiałami z okresu "Taken..." i "Animal..." (dostępnymi na YouTube), ale można było się pokusić o dodanie samych wywiadów, skoro takowe powstały na potrzeby pozostałych reedycji. Niekonsekwencją jest także obecność drugiego dysku CD w reedycji "Love at First Sting". Czemu w takim razie np. "Lovedrive" nie zawiera dodatkowego dysku CD z zapisem występu w Tokio z '79 roku, w tym utworów które nie zostały sfilmowane (a więc nie ma ich na dołączonym DVD)? Lepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby wszystkie reedycje (poza niezawierającym bonusów "WWL") zawierały drugie CD, na którym umieszczono by wszystkie bonusy. Bo nie dość, że odstają one brzmieniowo od podstawowej zawartości lonplayów, to jeszcze przeważnie (z wyjątkiem "Savage Amusement" i nielicznych bonusów z pozostałych) prezentują znacznie niższy poziom - w rezultacie niepotrzebnie wydłużają i niszczą spójność albumów. Najlepszym rozwiązaniem byłoby natomiast wydanie wszystkich bonusów na osobnych wydawnictwach (CD/winylu z niepublikowanymi wcześniej demówkami, oraz DVD z całym materiałem audiowizualnym). Wówczas fani nie musieliby po raz kolejny kupować tych samych albumów, dla kilku dodatkowych utworów. Oczywiście z wyjątkiem tych, którzy posiadają wydania z 2001 roku - ci jak najszybciej powinni się ich pozbyć i zakupić najnowsze reedycje (lub oryginalne wydania winylowe, pod warunkiem posiadania sprzętu do ich odtwarzania).



12 listopada 2015

[Recenzja] The Jeff Beck Group - "Beck-Ola" (1969)



Niespełna rok po bardzo udanym debiucie, "Truth", grupa Jeffa Becka (z nowym perkusistą Tonym Newmanem i klawiszowcem Nickym Hopkinsem jako pełnoprawnym członkiem) wydała niemal równie udany album "Beck-Ola". Tym razem złożony głównie z własnych kompozycji, w których tworzeniu brali udział wszyscy muzycy. Wśród siedmiu utworów znalazły się jednak dwie przeróbki, pochodzące z repertuaru... Elvisa Presleya. Raczej nieoczywisty wybór, jak na grupę bluesrockową. Muzycy zagrali je jednak po swojemu. W "All Shock Up" ciężko usłyszeć podobieństwo do oryginału - z prostego kawałka z fortepianowym akompaniamentem przerodził się w porywający bluesrockowy popis. Zupełnie inna jest również partia wokalna - beznamiętny śpiew Elvisa został zastąpiony pełnym pasji wokalem Roda Stewarta. Dla odmiany "Jailhouse Rock" jest - zarówno pod względem muzycznym, jak i wokalnym - wierny oryginałowi, chociaż oczywiście zagrany ciężej.

Z autorskich utworów najciekawiej wypada chyba "Spanish Boots", z gitarowym riffowaniem przywodzącym na myśl Led Zeppelin. Mimo dość piosenkowej struktury, daje on spore pole do popisu wszystkim instrumentalistom - solówki gra tutaj nie tylko Beck, ale również Ronnie Wood (świetne basowe zakończenie utworu) i Nicky Hopkins, a Tony Newman co chwile proponuje przeróżne przejścia. Perkusista jeszcze bardziej podkreśla swoją obecność w zadziornym "Plynth (Water Down the Drain)", w którym gra w nico "plemienny" sposób, często wysuwając się na pierwszy plan. Instrumentalny "Girl From Mill Valley" jest z kolei praktycznie solowym nagraniem Hopkinsa, który sam go skomponował i zdominował swoją grą na pianinie - pozostali instrumentaliści grają w tle. Drugi instrumental, najdłuższy na płycie "Rice Pudding", dla odmiany opiera się na większej współpracy muzyków, pełniących niemal równorzędną rolę. Niemal, bo jednak solowe partie Becka i Hopkinsa spychają na dalszy plan Wooda i Newmana. Całości dopełnia nieco toporny "The Hangman's Knee", który ratują jednak ekscytujące popisy Becka i jak zwykle ekspresyjny wokal Stewarta.

"Beck-Ola" pozostawia spory niedosyt, zarówno ze względu na wyjątkowo krótki czas trwania (pół godziny z sekundami), jak i sam poziom zawartego tutaj materiału, który w porównaniu z "Truth" po prostu rozczarowuje. Sam Beck uważał w tamtym czasie, że niemożliwe jest zaproponowanie czegoś oryginalnego i nawet nie próbował zaproponować tutaj czegoś nowego. W rezultacie album sprawia wrażenie mniej ekscytującej kontynuacji debiutu. To wciąż jednak bardzo dobrze zagrany blues rock, który naprawdę warto poznać.

Ocena: 7/10



The Jeff Beck Group - "Beck-Ola" (1969)

1. All Shook Up; 2. Spanish Boots; 3. Girl From Mill Valley; 4. Jailhouse Rock; 5. Plynth (Water Down the Drain); 6. The Hangman's Knee; 7. Rice Pudding

Skład: Rod Stewart - wokal; Jeff Beck - gitara; Ronnie Wood - bass; Tony Newman - perkusja; Nicky Hopkins - instr. klawiszowe
Producent: Mickie Most


11 listopada 2015

[Recenzja] The Yardbirds - "Five Live Yardbirds" (1964)



Pierwszy album długogrający The Yardbirds to dość niekonwencjonalny debiut. Jest to bowiem album koncertowy. Materiał zarejestrowano w londyńskim Marquee Club, 13 marca 1964 roku. Jakość dźwięku jest, jak na datę rejestracji, wyjątkowo dobra (aczkolwiek zdarzają się spadki jakości, szczególnie w "Here 'Tis"). A repertuar to przede wszystkim kipiące energią przeróbki rock and rollowych i bluesowych standardów w rodzaju "Too Much Monkey Business" Chucka Berry'ego, "Smokestack Lightning" Howlin' Wolfa, "Good Morning Little Schoolgirl" Sonny'ego Boya Williamsona, czy "I'm a Man" Bo Diddleya. Raz tylko muzycy zwalniają, aby zaproponować tradycyjny blues "Five Long Years" (z repertuaru Eddiego Boyda). Warto pamiętać, że "Five Live Yardbirds" to także długogrający debiut Erica Claptona. Jego gitarowe solówki są ozdobą większości utworów. Może nie są aż tak ekscytujące, jak jego późniejsze popisy w nagraniach Bluesbreakers, Cream, Blind Faith i Derek and the Dominos, niemniej jednak wykonał kawał dobrej roboty i słychać, że po prostu doskonale czuł się w takiej muzyce. W sumie więc jest to album z pewnością godny poznania, ale nie należy spodziewać się po nim porywających improwizacji charakterystycznych dla nieco późniejszych koncertówek.

Ocena: 7/10



The Yardbirds - "Five Live Yardbirds" (1964)

1. Too Much Monkey Business; 2. Got Love If You Want It; 3. Smokestack Lightning; 4. Good Morning Little Schoolgirl; 5. Respectable; 6. Five Long Years; 7. Pretty Girl; 8. Louise; 9. I'm a Man; 10. Here 'Tis

Skład: Keith Relf - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Eric Clapton - gitara, wokal (4); Chris Dreja - gitara; Paul Samwell-Smith - bass, wokal (4); Jim McCarty - perkusja
Producent: Giorgio Gomelsky


10 listopada 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Their Satanic Majesties Request" (1967)



Jako drugi najpopularniejszy zespół połowy lat 60., Stonesi nieustannie są porównywani z numerem jeden - Beatlesami. Tymczasem obie grupy niewiele mają ze sobą wspólnego. The Beatles zaczynali od grania melodyjnego rock and rolla i ewoluowali praktycznie z albumu na album, często tworząc rzeczy prekursorskie. Natomiast korzenie The Rolling Stones to surowy rhythm and blues, którego muzycy trzymali się praktycznie przez całą karierę. Jeden jedyny raz postanowili jednak wyraźnie nawiązać do swoich bardziej znanych kolegów po fachu. Wydany pod koniec 1967 roku album "Their Satanic Majesties Request" to oczywista odpowiedź na opublikowany pół roku wcześniej "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band". Longplay jeszcze bardziej dziwny, przepełniony psychodeliczno-narkotycznym klimatem. Podobno muzycy zupełnie nie pamiętają jego sesji nagraniowej. I chyba w tym wypadku nie jest to tylko próba wzbudzenia kontrowersji. Dziwaczna muzyka wypełniająca "Their Satanic Majesties Request" mogła powstać chyba tylko i wyłącznie pod wpływem substancji psychoaktywnych.

To jedyny album The Rolling Stones, na którym zespół wyparł się swojego charakterystycznego, surowego brzmienia. Brzmienie jest tutaj wyjątkowo bogate. To głównie zasługa Briana Jonesa, który praktycznie porzucił grę na gitarze, na rzecz takich instrumentów, jak saksofon, flet, elektryczny dulcimer, oraz przeróżnych perkusjonalii i instrumentów klawiszowych - szczególnie melotronu, za pomocą którego nadaje wielu utworom orkiestrowego tła. Na albumie pojawiają się także prawdziwe smyczki (zaaranżowane przez Johna Paula Jonesa, późniejszego basistę Led Zeppelin), wykorzystane w utworze "She's a Rainbow". Zresztą będącym prawdziwą perłą tego albumu. Wyjątkowo zgrabnie - jak na ten album - skomponowanym utworem, wyróżniającym się bardzo chwytliwą melodią. Innym świetnym utworem jest "2000 Light Years from Home", o bardzo intrygującym, "kosmicznym" klimacie. Dobrze wypada także zadziorny i ciężki brzmieniowo "Citadel" - najbardziej gitarowy utwór na albumie. Z kolei "2000 Man" ma kolejną świetną melodię, jednak utwór sprawia wrażenie jakby jego poszczególne części posklejano z fragmentów kilku różnych kompozycji. Chociaż to jeszcze nic przy takich kakofonicznych kawałkach, jak ośmiominutowy "Sing This All Together (See What Happens)" czy "On with the Show". Nagrywając je muzycy chyba kompletnie nie mieli pojęcia, co chcą osiągnąć... Koniecznie trzeba wspomnieć także o "In Another Land" - jednym z zaledwie dwóch utworów w całej dyskografii zespołu skomponowanych przez basistę Billa Wymana, a także jedynym przez niego zaśpiewanym. Niezbyt jednak interesującym melodycznie, a w warstwie muzycznej zdominowany przez archaiczne brzmienie klawesynu.

"Their Satanic Majesties Request" to po prostu jeden wielki eksperyment, mający kilka interesujących fragmentów, ale na ogół sprawiający wrażenie bardzo nieprzemyślanego. Warto dodać, że to pierwszy album Stonesów wydany w identycznej formie po obu stronach Atlantyku.

Ocena: 7/10



The Rolling Stones - "Their Satanic Majesties Request" (1967)

1. Sing This All Together; 2. Citadel; 3. In Another Land; 4. 2000 Man; 5. Sing This All Together (See What Happens); 6. She's a Rainbow; 7. The Lantern; 8. Gomper; 9. 2000 Light Years from Home; 10. On with the Show

Skład: Mick Jagger - wokal, instr. perkusyjne; Keith Richards - gitara, melotron, dodatkowy wokal; Brian Jones - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, flet, saksofon, dulcimer, gitara; Bill Wyman - bass, instr. perkusyjne, wokal (3), pianino (3), dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Nicky Hopkins - instr. klawiszowe; Paul McCartney - dodatkowy wokal (1,5), instr. perkusyjne (6); John Lennon - dodatkowy wokal (1,5); Steve Marriott - gitara i dodatkowy wokal (3); Ronnie Lane - dodatkowy wokal (3); John Paul Jones - aranżacja instr. smyczkowych (6)
Producent: The Rolling Stones


9 listopada 2015

[Recenzja] The Who - "Meaty Beaty Big and Bouncy" (1971)



Ciężko zebrać na fizycznych, oryginalnych nośnikach wszystkie utwory wykonawców działających w latach 60. W tamtym czasie wiele kompozycji - i to przeważnie tych najbardziej znanych - ukazywało się wyłącznie na singlach. Nie inaczej było w przypadku The Who. W samych latach 1965-71 na małych płytach zespołu ukazało się około trzydziestu utworów nieobecnych na płytach długogrających. Większość z nich została co prawda powtórzona później na różnych składankach, jednak nikt nie wpadł na pomysł wydania jednej kompilacji, zbierającej wszystkie tego typu nagrania (na wzór "Past Masters" Beatlesów). Albo przynajmniej niealbumowych stron A singli (gdyż strony B - może poza napisanymi przez Johna Entwistle'a "Dr. Jekyll and Mr. Hyde" i "Heaven and Hell" - i tak nie prezentują większej wartości). Niemal udało się to na "Meaty Beaty Big and Bouncy", zawierającej osiem niealbumowych stron A z jedenastu wydanych do tamtej pory (pozostałe trzy to: poprawna, ale nie wnosząca nic do oryginału przeróbka "The Last Time" Rolling Stonesów; bardzo melodyjny, ale zepsuty głupimi dialogami "Dogs"; oraz dość przeciętny "Let's See Action").

"Meaty Beaty Big and Bouncy" rozpoczyna się od pierwszego singla wydanego (na początku 1965 roku) pod szyldem The Who - "I Can't Explain". Niby piosenka, jakich w tamtym czasie było mnóstwo, ale niesamowicie chwytliwa i energetyczna. Ciekawostką jest udział w nagraniu Jimmy'ego Page'a - wówczas renomowanego muzyka sesyjnego - grającego tutaj na gitarze rytmicznej. Kolejny singiel grupy, otwierający drugą stronę kompilacji (niestety, nagrania nie są ułożone chronologicznie) "Anyway, Anyhow, Anywhere", to także bardzo melodyjny i energetyczny kawałek. Podobno pierwszy w historii zawierający gitarową solówkę, w której wykorzystano sprzężenie zwrotne, tak chętnie używane później chociażby przez Jimiego Hendrixa (choć pierwszym utworem, w którym pojawiło się sprzężenie, był "I Feel Fine" Beatlesów). Kolejne utwory, na które warto zwrócić szczególną uwagę, to przebój "Substitute", zadziorny "Pictures of Lily", częściowo akustyczny "Magic Bus", oraz najnowszy z zawartych tutaj utworów, "The Seeker", pokazujący bardziej hard rockowe oblicze grupy. Ale znalazł się tu także irytujący banalną melodią i archaicznymi chórkami "Happy Jack". Ponadto kompilacja zawiera także kilka utworów z regularnych albumów. I trzeba przyznać, że są to wyjątkowo trafione wybory: "My Generation" i "The Kids Are Alright" z debiutu (reprezentowanego także przez przeciętny "A Legal Matter"), "Boris the Spider" z "A Quick One", "I Can See for Miles" z "The Who Sell Out", oraz "Pinball Wizard" z "Tommy'ego" to przecież najlepsze fragmenty tych albumów. Przynajmniej w mojej subiektywnej opinii. A skoro już o tym mowa, do pełni szczęścia brakuje mi tutaj "Silas Stingy" - ale to przecież mało znany kawałek.

"Meaty Beaty Big and Bouncy" jako uzupełnienie regularnych albumów The Who sprawdza się średnio - brakuje wielu niealbumowych utworów, a obecność kilku albumowych może przeszkadzać tym, którzy mają je już na innych wydawnictwach. Kompilacja może natomiast być świetnym wprowadzeniem do twórczości zespołu - wraz z "Live at Leeds" i "Who's Next" stanowi idealny "pakiet startowy". Nada się także jako substytut pierwszych czterech albumów The Who dla tych, którzy podobnie jak ja uważają, że są tutaj (niemal) wszystkie najlepsze utwory z tego okresu.

Ocena: 8/10



The Who - "Meaty Beaty Big and Bouncy" (1971)

1. I Can't Explain; 2. The Kids Are Alright; 3. Happy Jack; 4. I Can See for Miles; 5. Pictures of Lily; 6. My Generation; 7. The Seeker; 8. Anyway, Anyhow, Anywhere; 9. Pinball Wizard; 10. A Legal Matter; 11. Boris the Spider; 12. Magic Bus; 13. Substitute; 14. I'm a Boy

Skład: Roger Daltrey - wokal, instr. perkusyjne; Pete Townshend - gitara, instr. klawiszowe, wokal; John Entwistle - bass, instr. dęte, wokal; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jimmy Page - gitara (1); Nicky Hopkins - pianino (8)
Producent: Kit Lambert, Shel Talmy, The Who


6 listopada 2015

[Recenzja] The Jeff Beck Group - "Truth" (1968)



Jeff Beck to jeden z trzech słynnych gitarzystów - obok Erica Claptona i Jimmy'ego Page'a - którzy w początkach swojej kariery przewinęli przez grupę The Yardbirds. Podobnie jak pozostała dwójka, niedługo po odejściu z tego zespołu, Beck stworzył swój własny - nazwany po prostu The Jeff Beck Group. Chociaż nie tworzył z nim tak prekursorskiej muzyki, jak Clapton z Bluesbreakers i Cream czy Page z Led Zeppelin, to niewątpliwie trzeba zaliczyć ją do bluesrockowej klasyki. Szczególnie interesujący jest debiutancki album The Jeff Beck Group (sygnowany jedynie nazwiskiem Becka, nazwa grupy się na nim nie pojawia), zatytułowany "Truth". Zdecydowana większość obecnych na nim utworów została zarejestrowana w ciągu zaledwie czterech dni w maju 1968 roku, w składzie obejmującym wokalistę Roda Stewarta (tak, tego samego Roda Stewarta, który później zasłynął takimi popowymi przebojami, jak "Da Ya Think I'm Sexy" czy "Sailing"), basistę Ronniego Wooda (obecnego gitarzystę The Rolling Stones), oraz perkusistę Micky'ego Wallera.

Aż sześć z dziewięciu utworów zawartych na "Truth" to covery. Już na otwarcie pojawia się nowa, ulepszona wersja przeboju The Yardbirds, "Shapes of Things". Znacznie cięższa brzmieniowo i zagrana bardziej energetycznie. Najbardziej różni się jednak pod względem wokalnym - bezbarwną partię Keitha Relfa zastąpił ekspresyjny śpiew Stewarta. Jego szorstki głos idealnie pasuje do tego typu muzyki i w sumie szkoda, że później zwrócił się w stronę bardziej komercyjnego grania. W 1968 roku nic jeszcze tego nie zapowiadało. Zespół sięgnął tutaj także po dwa bluesowe klasyki Williego Dixona - napisany przez niego dla Muddy'ego Watersa "You Shock Me" i stworzony dla Howlin' Wolfa "I Ain't Superstitious". W tych wersjach brzmią oczywiście mocniej, więcej w nich porywających popisów instrumentalnych (zwłaszcza w tym drugim). Podobno Beck długo nie mógł wybaczyć muzykom Led Zeppelin, że rok później również nagrali "You Shock Me", rzekomo kopiując jego aranżację. Jednak w rzeczywistości wersja Led Zeppelin o wiele bardziej odbiega od oryginału, jest bardziej rozbudowana, zwłaszcza jeśli chodzi o partie gitary. Jedyne, co łączy oba covery - oczywiście poza tym, co czerpią z oryginału - to udział Johna Paula Jonesa, grającego w obu wersjach na organach.

Zaskakujący jest wybór pozostałych coverów. Muzycy sięgnęli po folkowy utwór "Morning Dew" Bonnie Dobson i musicalowy "Ol' Man River" autorstwa  Jerome'a Kerna i Oscara Hammersteina II (oba zagrane oczywiście mocniej, z rockową zadziornością; pierwszy ponadto ciekawie wzbogacono brzmieniem dud, nadającym szkocki klimat), a nawet po XVI-wieczną pieśń "Greensleeves" (przepięknie zagraną przez Becka na gitarze akustycznej). Na albumie znalazły się także trzy "własne" kompozycje, podpisane pseudonimem Jeffrey Rod, pochodzącym oczywiście od imion Becka i Stewarta. Cudzysłów wziął się natomiast stąd, że w rzeczywistości są to nieco zmodyfikowane opracowania cudzych utworów: przebojowy, zachowujący jednak bluesrockowy charakter, "Let Me Love You" opiera się na tak samo zatytułowanej kompozycji  Buddy'ego Guya; energetyczny "Rock My Plimsoul" czerpie z "Rock Me Baby" B.B. Kinga; natomiast rozimprowizowany "Blues Deluxe" (z dodanymi odgłosami "publiczności") przypomina inny utwór Kinga, "Gambler's Blues". Wszystkie trzy są świetne, ale podpisanie ich jako własnych kompozycji to spore nadużycie. Jimmy Page za przypisywanie sobie autorstwa mniej podobnych do oryginałów utworów lądował na ławie oskarżonych. To spora rysa na honorze Becka i Stewarta, a także jedyny zarzut, jaki mam wobec tego albumu.

Na "Truth" umieszczony został także jeden utwór zarejestrowany dużo wcześniej, bo w maju 1966 roku. "Beck's Bolero" to pozostałość po planach stworzenia supergrupy, w której składzie znaleźć mieli się Beck, Page, pianista Nicky Hopkins, sekcja rytmiczna The Who - John Entwistle i Keith Moon - a także Steve Winwood (Traffic, Blind Faith) lub Steve Marriott (Small Faces) w roli wokalisty. Skończyło się na zarejestrowaniu tego jednego utworu, w dodatku bez udziału Entwistle'a (jego miejsce zajął John Paul Jones) i bez żadnego wokalisty. "Beck's Bolero" to instrumentalny utwór, z początku opierający się na rytmie... "Bolera" Maurice'a Ravela, później jednak przyśpieszający i nabierający hardrockowego ciężaru. To właśnie tutaj Page po raz pierwszy zagrał na gitarze smyczkiem. W 1966 było to naprawdę innowacyjne nagranie. Wyprzedzające swój czas tak bardzo, że po wydaniu dwa lata później na "Truth" wciąż zaskakiwało. Autorstwo "Beck's Bolero" przypisane jest Page'owi, jednak Beck twierdzi, że pracowali nad nim razem - dlatego nie może wybaczyć Jimmy'emu wykorzystania fragmentu "Beck's Bolero" w "How Many More Times" z pierwszego albumu Led Zeppelin.

"Truth" to naprawdę rewelacyjny, fantastycznie wykonany album bluesrockowy. Rozwijający patenty Bluesbreakers i Cream, a zarazem przygotowujący grunt pod rewolucyjny debiut Led Zeppelin. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich sympatyków takiego grania.

Ocena: 9/10



The Jeff Beck Group - "Truth" (1968)

1. Shapes of Things; 2. Let Me Love You; 3. Morning Dew; 4. You Shook Me; 5. Ol' Man River; 6. Greensleeves; 7. Rock My Plimsoul; 8. Beck's Bolero; 9. Blues Deluxe; 10. I Ain't Superstitious

Skład: Rod Stewart - wokal; Jeff Beck - gitara, dodatkowy wokal (2), bass (5); Ronnie Wood - bass (1-4,7,9,10); Micky Waller - perkusja (1-5,7,9,10)
Gościnnie: Nicky Hopkins - pianino (3,4,8,9); John Paul Jones - organy (4,5), bass (8); Keith Moon - instr. perkusyjne (5), perkusja (8); Jimmy Page - gitara (8)
Producent: Mickie Most