26 października 2015

[Recenzja] The Who - "Live at Leeds" (1970)



Pod koniec lat 60. The Who zyskał status jednego z najlepszych i najbardziej żywiołowych zespołów koncertowych. Oczywistym krokiem było więc wydanie albumu koncertowego. Początkowo miał go wypełnić zapis jednego z licznych występów zarejestrowanych podczas amerykańskiej trasy z 1969 roku. Jednak mający dokonać selekcji materiałów Pete Townshend, przerażony ich ilością, postanowił spalić wszystkie taśmy. Podjęto zatem decyzję o rejestracji dwóch brytyjskich występów: 14 lutego 1970 roku na Uniwersytecie w Leeds, oraz dzień później w Hull. Ponieważ podczas tego drugiego wystąpiły problemy techniczne z basem Johna Entwistle'a, wykorzystano nagrania z pierwszego (dopiero po latach rozwój techniki pozwolił naprawić błędy, dzięki czemu występ w Hull również mógł zostać wydany).

Chociaż zespół zagrał w Leeds trzydzieści trzy utwory - w tym niemal kompletne wykonanie "Tommy'ego" - na oryginalne winylowe "Live at Leeds" wydanie trafiło zaledwie sześć z nich, o łącznym czasie 37 minut. Tyle jednak w zupełności wystarcza, aby przekonać się, że opinie na temat ówczesnych koncertowych wyczynów The Who nie są ani odrobinę przesadzone. W dodatku taka skondensowana, esencjonalna forma sprawia, że nie sposób odczuć znużenia, które mogłoby pojawić się przy dłuższym wydawnictwie. A uczucie niedosytu jest zawsze lepsze od przesytu - zachęca do kolejnych przesłuchań. Jednak to nie przyjazny czas trwania, a przede wszystkim jakość materiału zachęca do wracania do "Live at Leeds". Już na otwarcie pojawia się świetna interpretacja "Young Man Blues" z repertuaru Mose'a Allisona. To fantastyczne blues rockowe granie w stylu Cream, z doskonałą współpracą wszystkich instrumentalistów, z których każdy daje z siebie wszystko. Jednak bardzo ciężkie brzmienie przypomina, że to już 1970 rok - czas hegemonii takich wykonawców, jak Led Zeppelin i Black Sabbath, a nie wesołych piosenek w stylu "The Kids Are Alright" i "I Can't Explain", od jakich The Who zaczynało. Chociaż na albumie znalazło się też miejsce dla reprezentanta tamtych czasów - przeboju "Substitute" - zagranego jednak odrobinę ciężej niż w oryginale.

Na pierwszej stronie albumu znalazły się jeszcze dwa, również bardzo udane, covery: "Summertime Blues" Eddiego Cochrana (nieco lżejszy od wersji Blue Cheer, ale nadrabiający energią), oraz "Shakin' All Over" Johnny Kidd & the Pirates. Jeszcze więcej dobrego przynosi druga strona. Przede wszystkim niemal piętnastominutową wersję "My Generation", który szybko przeradza się w ekscytującą improwizację muzyków, pełną zaskakujących zmian dynamiki i interesująco wplecionych cytatów z innych utworów (m.in. z "See Me Feel  Me", "Underture", "The Seeker", czy "Naked Eye") . Na deser czeka jeszcze rozbudowane do ośmiu minut, świetne wykonanie "Magic Bus". I to wszystko. A jednak tyle w zupełności wystarczyło, aby zapewnić "Live at Leeds" stałe miejsce na listach koncertowych płyt wszech czasów. Całkowicie zasłużenie. Jeśli jednak komuś nie wystarcza oryginalne wydanie, dostępne są także bardziej obszerne kompaktowe reedycje: 14-utworowe wydanie z 1995 roku (bogatsze m.in. o "I Can't Explain", "Happy Jack", "I'm a Boy" i "A Quick One, While He's Away"), dwupłytowe z 2001 roku, zawierające kompletny zapis występu, a także najbardziej wypasione, czteropłytowe  z 2012 roku (dwa ostatnie dyski zawierają zapis występu w Hull, który dwa lata później wydano jako osobne wydawnictwo). 

Ocena: 9/10



The Who - "Live at Leeds" (1970)

1. Young Man Blues; 2. Substitute; 3. Summertime Blues; 4. Shakin' All Over; 5. My Generation; 6. Magic Bus

Skład: Roger Daltrey - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Pete Townshend - gitara, wokal; John Entwistle - bass, wokal; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Jon Astley, Kit Lambert, The Who


12 komentarzy:

  1. Jedyne oblicze The Who, które lubię. Ich płyty studyjne strasznie mnie nudzą, uważam, że są przerysowane, przegadane, wypełnione nijaką papką upstrzoną z rzadka kiepskimi radiowymi przebojami. To najbardziej przereklamowany zespół w dziejach rocka jest. Oni i Ramonesi. Natomiast na żywo grali świetnie. W ogóle nie ma w tym dłużyzn, kombinowania, międlenia, jest za to dużo mocy i mnóstwo bluesa. Zwłaszcza tutaj - miejscami grają tu tak dobrze, jak Led Zeppelin w studio ;) Aż dziw bierze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Częściowo się zgadzam. Tzn. też najbardziej odpowiada mi takie oblicze The Who - energia, ciężar i blues ;) W nagraniach studyjnych tego brakuje, jednak mają one inne zalety (np. sporo świetnych melodii) i lubię wiele z nich.

      Najbardziej przereklamowanym rockowym zespołem wszech czasów jest natomiast Nirvana. Kompletne zero pod każdym względem - kompozytorskim, wykonawczym... To samo można powiedzieć o Sex Pistols. Ten na szczęście jest już coraz bardziej zapominany.

      Usuń
    2. Sex Pistols to dość specyficzny zespół, przedstawiciel punk rocka (którego skądinąd lubię). To nagrania proste (może aż za bardzo), z okropnym wokalem Rottena. Ale jest w nich tyle energii... Słuchając "Bodies" czy "Holidays in the Sun" trudno usiedzieć w miejscu :)

      Usuń
    3. Sama energia to mało, bardzo mało ;) Potrzeba czegoś więcej - przede wszystkim melodii i... nawet nie wirtuozerii, ale po prostu umiejętności grania na instrumentach. Czegoś więcej niż trzech power chordów na okrągło.

      Jedyny utwór Sex Pistols, którego byłem w stanie słuchać, to "Silly Things". Ale on już powstał po odejściu Rottena, śpiewa w nim gitarzysta lub perkusista. I ma melodię ;)

      Usuń
    4. Taka już istota punk rocka, gdzie przysłowiowe piękno tkwi w prostocie. Podobnie grały np. Ramones czy The Clash. Oczywiście, były teżbardziej ambitne grupy jak Bad Religion, ale to zupełnie inna historia.

      Usuń
    5. Nirvana to jednak dość miłe riffy, ciekawe melodie, a przede wszystkim, zwłaszcza w ostatnim okresie twórczości, liczne wpływy bardzo interesujących, ambitnych artystów, na czele ze Stevem Albinim - jednym z ciekawszych rockmanów lat 80'tych, który zresztą był producentem In Utero. Zaczynali od garażu, przechodzili przez rock dla nastolatek, ale skończyli fajnie, a gdyby Cobain dłużej pociągnął zapewne poszliby w bardzo wartościowym kierunku.

      Sex Pistols to fajne, proste granie, pełne niezwykłej energii, a przede wszystkim - w odróżnieniu od The Who - bardzo charakterystyczne, choć podobnie jak Nirvana wszystkie patenty pożyczyli sobie od innych, lepszych twórców. A że nie potrafili grać? Pink Floyd tez nie potrafili. Poza tym warto poczytać kim inspirował się Johnny Rotten (Magma, VDGG, Kapitan Beefheart!) i co grał po rozpadzie Pistolsów (pierwsze dwie płyty Public Image Ltd. to wyżyny mądrze ambitnego rocka, zwłaszcza Metal Box - The Who nigdy nie nagrali niczego nawet dziesięć razy mniej ciekawego!).

      Te dwie kapele z reguły - wybacz, ale tak właśnie to widzę - krytykują ludzie, którzy marnują życie na słuchanie tysiąc pierwszej takiej samej płyty jakichś hard rockowych nudziarzy, podczas gdy cały ten nurt można zmieścić w kilkunastu, może dwudziestu kilku albumach, zaś cała reszta to kserowanie w kółko tej samej kartki w coraz gorszej jakości.

      The Who byli przeciętnymi muzykami, którzy skomponowali parę przebojów, dzięki którym znaleźli się na świeczniku i uwierzyli, że stać ich Bóg Jeden wie na co. Te wszystkie "rock opery" są zwyczajnie nudne i obnażają absolutną nędzę tego typu prostego rocka w zetknięciu z muzyką poważną, którą nieudolnie Who usiłowali gonić. O ile wspomniany przeze mnie PIL to rock mądrze ambitny o tyle The Who to kwintesencja ambicji głupiej, kompletnie nie liczącej się z własnymi ograniczeniami, sprowadzającej się do udawania, że jak się do przeciętnych rockowych piosenek dołoży hiper efekty ze studia, orkiestracje i podniosły nastrój zrobi się z nich monumenty. Nie zrobi się. Tommy i Quadrophenia to dwie artystyczne kompromitacje. Tak to według mnie wygląda.

      Usuń
    6. Muzycy Pink Floyd jak najbardziej potrafili grać. Nie mieli wykształcenia muzycznego, ale ono jest zupełnie niepotrzebne, jeśli ma się talent. Grając stosunkowo prosto (w porównaniu do innych zespołów prog rockowych) tworzyli rzeczy wybitne, często prekursorskie. Ich utwory nie polegały na graniu przez dwie minuty w kółko tych samych trzech dźwięków. Także muzycy The Who byli o wiele bardziej utalentowani od muzyków Sex Pistols (i Nirvany). Żeby się zanadto nie rozpisywać, porównam tylko basistów. John Entwistle to najlepszy rockowy basista lat 60., nie licząc Jacka Bruce'a (ale on był bardziej jazzmanem). Nie ograniczał się do trzymania rytmu - używał basu jako instrumentu melodycznego i solowego. A Sid Viciuos? Nawet nie umiał trzymać rytmu. W zespole był tylko ze względu na wygląd - na koncertach wyciszano jego wzmacniacz, a w studiu partie basu (poza jednym czy dwoma kawałkami) nagrywał gitarzysta ;)

      Zostańmy przy Sex Pistols. Inspiracje Johna Rottena nie mają żadnego znaczenia, ponieważ nie miały one żadnego przełożenia na twórczość jego pierwszego zespołu. Słychać w niej tylko wpływy prosto grających grup - The Stooges, New Your Dolls - i to jeszcze bardziej uproszczone. Samo posiadanie wyrafinowanego gustu nie ma natomiast żadnego przełożenia na umiejętności - a Rotten jako wokalista nie miał żadnych umiejętności, ani choćby śladu predyspozycji. Bez sensu jest też wzmianka o PIL - przecież to już zupełnie inny zespół i dlaczego przez jego pryzmat miałaby być oceniana twórczość Sex Pistols? To, że PIL grało ambitniej, w żaden sposób nie podnosi wartości muzyki SP. Być może nawet ją umniejsza.

      Piszesz, że hard rock "można zmieścić w kilkunastu albumach" i poniekąd masz rację, ale czyż tak nie jest z każdym stylem? Zaś przede wszystkim z punk rockiem, który cały można by zmieścić w jednym, dwuminutowym kawałku ;) Bo i na tym ten styl polega - na graniu identycznych kawałków typu "trzy akordy, darcie mordy". Punk rock to najbardziej ograniczony styl. Hard rock dawał więcej pola do popisu, można było dowolnie łączyć go z innymi stylami - poza grupami mocno zakorzenionymi w bluesie, były też takie, które inspirowały się folkiem, prog rockiem, muzyką klasyczną, itd. I właśnie tej różnorodności brakuje Sex Pistols czy Nirvanie (ale też np. amerykańskim grupom hard rockowym, które nigdy mnie nie interesowały).

      O ile jednak w przypadku Sex Pistols nie rozumiem, jak można słychać tego z przyjemnością - bo przecież z założenia miała to być muzyka nieprzyjemna - o tyle w przypadku Nirvany łatwiej mi to zrozumieć. Kilka utworów ma całkiem przyjemne - choć niewyszukane, nieambitne, proste i sztampowe, czyli takie, jak lubi "większość" - melodie. Np. "About a Girl". Ale wysłuchanie reszty "Bleach" byłoby dla mnie prawdziwą torturą. Jeżeli są tam jeszcze jakieś melodie, to skutecznie ukryte pod warstwą gitarowych sprzężeń, zgrzytów i pisków, oraz wokalu oscylującego pomiędzy bełkotem, jęczeniem i chaotycznym wrzaskiem. Na dwóch pozostałych albumach, zwłaszcza na "In Utero", też jest sporo tego typu grania.

      Usuń
    7. Nie wygłupiajmy się z tym porównywaniem basistów - John Entwistle był dla The Who co najmniej tym, kim dla Orłów Nawałki jest Robert Lewandowski. Przecież ten zespół słynął z rewelacyjnego basisty (najlepszego stricte rockowego basisty tamtych, albo i wszech czasów). Ale czy reszta faktycznie była dobra? Nie sądzę.

      Pistolsi nie umieli grać, ale - ponowię to porównanie - Pink Floyd na podobnym etapie kariery byli poza Barrettem niewiele lepsi. Punkowcy swoją instrumentalną indolencją wracali do korzeni muzyki rockowej. Gdyby Sex Pistols debiutowali dekadę wcześniej nie różniliby się poziomem instrumentalnym od wielu kapel garażowych i psychodelicznych.

      Horyzonty muzyczne Jaśka Zgniłka są o tyle istotne, że pokazują, że nie był to rockowy Nikodem Dyzma, ale gość, który całkiem nieźle wiedział co robi. I wcale nie różnił się pod tym względem od wielu artystów punkowych. Tak się składa, że choć z czystego punk rocka wystarczy znać, może nie jedną piosenkę, ale kilka dosłownie płyt i wie się o nim wszystko, w hard rocku zaś tych płyt jest zdecydowanie więcej, to z jakichś powodów statystyczny słuchacz zaczynający od punka dociera w znacznie ciekawsze rejony niż jego hard rockowy odpowiednik. Możliwe, że wynika to z tego, że "rewolucja punk rockowa" trwała kilkanaście miesięcy, a po jej upadku całe towarzystwo poszło w dużo ambitniejsze rejony, podczas gdy hard rockowcy od czterdziestu pięciu lat grają cały czas dokładnie to samo.

      Niestety, te hard rockowe inspiracje muzyką klasyczną nie wychodzą poza zestaw przebojów Bacha, Mozarta i Schuberta, a inspiracje progiem ograniczają się do absolutnego mainstreamu. To nie jest żadne budowanie sobie pola do popisu. Wręcz przeciwnie - to ograniczanie się. Zresztą popatrz, zarówno hard rock jak i punk poszły w dwie strony. Powstało i powstaje sporo zespołów starających się nie wychodzić poza te gatunki, istnieli też od dawien dawna twórcy starający się rozwijać oba nurty idąc jednak w innym nieco kierunku. W wypadku hard rocka jest to głównie heavy metal, który polega na kompilowaniu pomysłów kilku kapel i granie tego na mocniejszym wzmacniaczu. Od NWOBHM całe towarzystwo gra jedno i to samo, co najwyżej się radykalizując (to ci, co słuchają też punka). Lubię metal, ale jest to muzyka, w której, za wyjątkiem kilku kapel naprawdę nic interesującego się nie dzieje. I z drugiej strony jest przeogromne bogactwo post punka, który w wielu aspektach był artystyczną i jakościową kontynuacją niszowych nurtów rocka progresywnego. Są w nim inspiracje współczesną muzyką poważną, free jazzem, progiem spoza głównego nurtu, rockiem psychodelicznym i eksperymentalnym z lat 60'. Przepaść artystyczna pomiędzy tymi grupami zespołów jest kolosalna! Więc może jednak jest coś w tych wszystkich gitarowych sprzężeniach zgrzytach i piskach, hm? ;)

      Usuń
    8. Czekam więc na recenzję "Never Mind The Bollocks, Here's The Sex Pistols", choćby jak najbardziej negatywną :)

      Usuń
    9. @ Anonimowy - zarówno wokal, gitara, jak i perkusja na albumach The Who są na wyższym poziomie, niż na "Never Mind the Bollocks..." czy "Bleach". A że muzycy nie mieli wystarczających umiejętności, by nagrywać "rockowe opery"? Cóż, lepsi od nich przeceniali swoje możliwości i kończyło się to większymi katastrofami ;) Bo chociaż zgadzam się, że nagrywając "Tommy" i ten drugi album muzycy porwali się na coś przekraczającego ich możliwości, to jest na nich kilka naprawdę niezłych fragmentów (szczególnie "Love Reign O'er Me"). Poza tym to tylko dwa albumy w dyskografii obejmującej także bardzo dobre, niepretensjonalne "Live at Leeds" i "Who's Next". Sam zespół nie jest chyba nawet aż tak popularny, żeby nazywać ich "najbardziej przereklamowanym". To nie Nirvana, która wyskakuje z każdego kąta ;)

      Sex Pistols i Nirvana były jednymi z wielu przedstawicieli wykonywanej przez nich muzyki, na pewno nie najbardziej interesującymi, ani wpływowymi - bez nich też powstałyby te wszystkie style o których piszesz. Ale to te zespoły zyskały największą popularność. Przy okazji, a propos post punka, przypomniałem sobie jeszcze jeden strasznie przereklamowany zespół - U2.

      @ Fan Filmów - mam taką zasadę, że nie piszę o albumach, których nie pamiętam, a "Never Mind the Bollocks..." jest gdzieś na końcu listy płyt, które chciałbym sobie przypomnieć ;)

      Usuń
    10. A czy jest szansa na recenzje innych zespołów punk rockowych?

      Usuń
    11. Są już na blogu recenzje Bad Religion i Misfits, nic innego z punk rocka mnie nie zainteresowało.

      Usuń