8 października 2015

[Recenzja] The Honeydrippers - "Volume One" EP (1984)



Korzenie projektu The Honeydrippers sięgają 1981 roku, kiedy Robert Plant, niedługo po rozpadzie Led Zeppelin, postanowił stworzyć grupę wykonującą przeróbki rhythm'n'bluesowych kawałków z lat 40. i 50. Składu dopełnili m.in byli członkowie Chicken Shack, Robbie Blunt i Andy Silvester. Działalność zespołu skończyła się na kilku koncertach w Wielkiej Brytanii, po czym Plant rozpoczął karierę solową (Blunt pozostał jego głównym współpracownikiem). Trzy lata później Ahmet Ertegün, szef Atlantic Records, wymarzył sobie wydanie albumu z nowymi wersjami jego ulubionych utworów z lat 50. Pozostało tylko zebrać odpowiednich muzyków. Oczywistym wyborem był Plant - właśnie ze względu na The Honeydrippers. Jednak pomimo odświeżenia tego szyldu, tym razem byłemu wokaliście Led Zeppelin  towarzyszyli zupełnie inni muzycy: m.in. gitarzysta Nile Rodgers (z funkowego Chic), pianista Paul Shaffer, basista Wayne Pedziwiatr, oraz perkusista Dave Weckl. Ponadto w nagraniach wzięli udział muzycy grający na instrumentach dętych i smyczkowych, a za gitarowe solówki odpowiadają Jimmy Page i Jeff Beck.

Muzycy zarejestrowali razem tylko pięć utworów, które wypełniły EPkę zatytułowaną "Volume One". Wbrew obiecującemu tytułowi, okazała się ona jedynym wydawnictwem The Honeydrippers. Szkoda, ponieważ zawarta tutaj muzyka wypada bardzo intrygująco. Wersje The Honeydrippers brzmią oczywiście bardziej współcześnie od oryginałów, ale zachowano w nich klimat retro. Te wszystkie staromodne wielogłosy, bogate, niemal orkiestrowe aranżacje, oraz typowa dla tamtych czasów gra sekcja rytmiczna tworzą tutaj fantastyczny klimat. Najwspanialszym momentem albumu jest chyba "Sea of Love" z repertuaru Phila Phillipsa. Cudowna melodia, świetnie zaśpiewana przez Planta z akompaniamentem głównie smyczków i pianina. Do tego krótka, ale wspaniała solówka Page'a. W Stanach utwór był sporym przebojem - ku rozgoryczeniu Planta singiel sprzedawał się tam lepiej, niż jego solowe kawałki. Konkurentem "Sea of Love" do tytułu najlepszego utworu na EPce jest "Young Boy Blues" z repertuaru Bena E. Kinga - kolejna urocza, bardzo melodyjna ballada ze smyczkami. Świetnie wypada także dynamiczny "Rockin' at Midnight" Roya Browna, w którym na pierwszy plan wysuwają się brzmienia dęciaków, w tym saksofonowa solówka Keitha Evansa. Ale znalazło się też miejsce na oszczędny bluesowy popis gitarowy Becka. Nieco mniej porywająco wypadają dwa pozostałe kawałki - "I Get a Thrill" Wynonie Harrisa i "I Got a Woman"  Raya Charlesa - ale to wciąż bardzo przyjemne granie.

Ciekawy eksperyment i bardzo fajna EPka. Przywołująca klimat muzyki lat 50., ale nie brzmiąca tak archaicznie. Zresztą brzmienie "Volume One" jest bardzo uniwersalne i do dziś świeże, w przeciwieństwie do "normalnych" albumów Roberta Planta i Jimmy'ego Page'a z tamtego okresu, które pod tym względem bardzo się zestarzały. Szkoda, że na tym jednym - i to zaledwie osiemnastominutowym - wydawnictwie The Honeydrippers zakończyło działalność.

Ocena: 8/10



The Honeydrippers - "Volume One" EP (1984)

1. I Get a Thrill; 2. Sea of Love; 3. I Got a Woman; 4. Young Boy Blues; 5. Rockin' at Midnight

Skład: Robert Plant - wokal; Nile Rodgers - gitara; Wayne Pedziwiatr - bass; Dave Weckl - perkusja; Paul Shaffer - pianino; Jimmy Page - gitara (1,2); Jeff Beck - gitara (3,5); Keith Evans - saksofon (5)
Gościnnie: Crispin Cioe - saksofon; Arno Hecht - saksofon; Bob Funk - puzon; Paul Litteral - trąbka; Ula Hedwig, Chrissie Faith, Millie Whiteside - dodatkowy wokal
Producent: Ahmet Ertegün, Robert Plant i Phil Carson


Brak komentarzy

Prześlij komentarz