29 października 2015

[Recenzja] Soulsavers - "The Light the Dead See" (2012)



Za zrecenzowanie tego albumu zabierałem się niemal od samego początku istnienia tego bloga, czyli od czasu jego wydania. W końcu śpiewa tutaj jeden z moich ulubionych wokalistów - Dave Gahan, na co dzień członek Depeche Mode. Sam longplay bez wątpienia należy do najciekawszych, jakie w ostatnich latach się ukazały. Skończyło się jednak na tym, że umieściłem go w swoim podsumowaniu 2012 roku (na może trochę zbyt niskiej, 6. pozycji), po czym nie wracałem do niego często. Dopiero niedawna premiera kolejnego albumu Gahana i Soulsavers, wydanego w zeszłym tygodniu "Angels & Ghosts", przypomniała mi o tym dziele.

Soulsavers to dziwny zespół. Taki "na odwrót" - w jego skład wchodzi dwóch producentów, Rich Machin i Ian Glover, którzy sami komponują muzykę, jednak z każdym kolejnym albumem jej wykonaniem w coraz więszym stopniu zajmują się zatrudnieni muzycy sesyjni, a nie oni sami. Duet zadebiutował w 2003 roku stricte elektronicznym albumem "Tough Guys Don't Dance", by na dwóch kolejnych - "It's Not How Far You Fall, It's the Way You Land" (2007) i "Broken" (2009), nagranych z Markiem Laneganem (ex-Screaming Trees) jako wokalistą - wprowadzić elementy muzyki gospel (charakterystyczne żeńskie chórki) i rocka (więcej dynamiki i "żywego" instrumentarium). Kontynuacją tego kierunku jest już praktycznie całkiem pozbawiony brzmień elektronicznych "The Light the Dead See", nagrany z Davem Gahanem, który zajął miejsce zajętego innymi projektami Lanegana. To nie jedyne zmiany, ponieważ na tle poprzedników album wyróżnia się także mroczniejszym klimatem. Całość przepełniona jest przejmującym smutkiem, zarówno w warstwie muzycznej, jak i w gorzkich tekstach Gahana, który niedługo wcześniej zmagał się z ciężką chorobą.

Album rozpoczyna się od instrumentalnej miniaturki "La Ribera" o westernowo-pogrzebowym nastroju, opartej głównie na brzmieniu gitary akustycznej, harmonijki i instrumentów smyczkowych. Zresztą to właśnie gitara akustyczna i smyczki dominują w aranżacjach na całym albumie. W pierwszym właściwym utworze, "In the Morning", dochodzi do tego delikatny puls sekcji rytmicznej i fantastyczna, przejmującą partia wokalna Gahana. Zaryzykuję stwierdzenie, że to najlepiej zaśpiewany album w całej jego karierze. Nigdy wcześniej (ani, jak dotąd, później) nie śpiewał tak emocjonalnie, jak w ascetycznym, przeszywającym smutkiem "Presence of God". To naprawdę niezwykła, wręcz uduchowiona kompozycja. Otaczają ją dwa bardziej przystępne utwory - podniosły "The Longest Day" i wyjątkowo jak na ten album optymistyczny "Just Try" - oba z bardzo chwytliwymi partiami Gahana, wspieranego gospelowym chórkiem. Bardziej emocjonalne granie wraca wraz z  "Gone Too Far", opartym głównie na akompaniamencie gitary akustycznej i organów, jednak w drugiej połowie niespodziewanie nabierającym rockowego ciężaru.

Więcej takich uduchowionych pieśni pojawia się w drugiej części albumu (zaczynającej się po zupełnie niepotrzebnym instrumentalnym przerywniku "Point Sur Pt. 1"). Są one jednak bardzo zróżnicowane: od najbardziej dynamicznego "Take Me Back Home", poprzez bardziej stonowane "Bitterman" i "I Can't Stay", po wręcz ascetyczny "Take". Wszystkie one czarują przepięknymi melodiami. W pamięć zapada szczególnie ta pierwsza kompozycja, w której w niezwykły sposób udało się połączyć smutek i przebojowość. Trzy kolejne utwory to już granie bardziej nastrojowe. Na sam koniec album jednak niespodziewanie ożywa - finałowy "Tonight" to najbardziej rockowy fragment całości. Jednak mimo większej dynamiki, cięższego brzmienia i bardziej optymistycznego tekstu, idealnie uzupełnia wcześniejsze utwory, wprowadzając światło przepędzające dotychczasowy mrok. Choć nie takiego zakończenia można było się spodziewać, nie sposób wyobrazić sobie lepsze.

Można było się obawiać, że po zamianie Marka Lanegana na Dave'a Gahana, Soulsavers wrócą do elektronicznych brzmień, tymczasem nagrali najbardziej organiczny album w swojej dotychczasowej karierze. Dobrze, że i Gahan w końcu mógł się zrealizować w takiej muzyce - nie jest przecież tajemnicą, że w latach 90. opowiadał się za "urockowieniem" Depeche Mode, jednak na solowych albumach uparcie trzymał się bezpiecznych elektronicznych terytoriów. Pozostaje pytanie komu "The Light the Dead See" może się najbardziej spodobać? Oczywiście wszystkim wielbicielom dwóch poprzednich albumów Soulsavers, a także twórczości Dave'a Gahana (szczególnie tym, którym z dyskografii Depeche Mode najbardziej odpowiada album "Songs of Faith and Devotion", także zawierający elementy rocka i muzyki gospel, choć zupełnie inny klimat). Poza tym polecam album wszystkim, którzy mają ochotę posłuchać czegoś niekonwencjonalnego. Albo czegoś dołującego, aczkolwiek z nutką optymizmu. Lub po prostu pięknego - moim zdaniem "The Light the Dead See" to jeden z najpiękniejszych albumów ostatnich lat.

Ocena: 9/10



Soulsavers - "The Light the Dead See" (2012)

1. La Ribera; 2. In the Morning; 3. Longest Day; 4. Presence of God; 5. Just Try; 6. Gone Too Far; 7. Point Sur Pt. 1; 8. Take Me Back Home; 9. Bitterman; 10. I Can't Stay; 11. Take; 12. Tonight

Skład: Rich Machin - gitara, instr. klawiszowe; Ian Glover - instr. klawiszowe
Gościnnie: Dave Gahan - wokal, harmonijka (11,12); Sonus Quartet - instr. smyczkowe (1-5,7-9); Daniele Luppi - aranżacja instr. smyczkowych (1-5,7-9); Tony Foster - gitara (1-3,5,6,9-12); Martyn Lenoble - bass (2,3,8,9,12), gitara (8,12); Kev Bales - perkusja (2,3,6,8-10,12); Sean Read - organy (2,4,6,8,9,12); Mark Lanegan - dodatkowy wokal (2); Ben Edwards, Mike Kearsey - instr. dęte (3,9); Ed Harcourt - fisharmonia i pianino (3), gitara (12); Janet Ramus, Tjae Cole, Wendi Rose - dodatkowy wokal (3,5,6,8-11); Hannah Philip - skrzypce (10,12); Anne Carruthers - wiolonczela (10,12); Dustin O'Halloran - pianino (11); Rosa Agostino - dodatkowy wokal (12)
Producent: Rich Machin i Ian Glover


2 komentarze:

  1. Nie zgodzę się, że to najlepiej zaśpiewany przez Gahana album, ale naprawdę ciekawie słuchało się jego głosu wśród prawdziwych instrumentów, a nie elektronicznych brzmień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na albumach, które nagrywał, gdy był młodszy, śpiewał być może lepiej od strony "technicznej", ale jednak tutaj słychać najwięcej szczerych emocji. Ale to moja opinia ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.