15 października 2015

[Recenzja] Robert Plant - "Shaken 'n' Stirred" (1985)



Po bardzo oldskulowej EPce nagranej pod szyldem The Honeydrippers - zawierającej przeróbki nagrań z lat 50. i 60. "Volume One" - Robert Plant postanowił stworzyć coś zupełnie odmiennego. "Shaken 'n' Stirred" w chwili wydania był albumem maksymalnie nowoczesnym. A że w 1985 roku panowała moda na zimne, odhumanizowane brzmienia syntezatorów - właśnie taki kierunek obrał Plant. "Shaken 'n' Stirred" w warstwie instrumentalnej zdominowany jest przez syntezatory. Na szczęście towarzyszy im prawdziwa perkusja, a nie automat, często słychać też głębokie partie "żywego" basu. Ale już rola gitary została ograniczona do minimum - Robbie Blunt nie gra tu żadnych solówek ani riffów, przeważnie wydobywa z instrumentu tylko pojedyncze dźwięki lub proste motywy pełniące rolę ozdobników. Przynajmniej w warstwie wokalnej nie ma większego kombinowania, jakiegoś przetwarzania śpiewu elektronicznymi efektami, bądź zastępowania go rapowaniem. Choć pewną nowością - w stosunku do wcześniejszego dorobku Planta - są żeńskie chórki, pojawiające się w kilku utworach.

Co ciekawe, nie jest to zbyt komercyjna muzyka - raczej eksperymentalna, często wręcz pozbawiona melodii (nie licząc linii wokalnych). Taki "Doo Doo a Do Do" wręcz wydaje się stworzony przez jakąś maszynę, nie prawdziwych muzyków. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że podczas nagrywania tego albumu Plant i pozostali muzycy skupili się głównie na aranżacjach, by były jak najbardziej współczesne, zaniedbując wcześniej etap komponowania. Dlatego często mamy tu do czynienia z chaosem (np. "Too Loud", "Easily Lead"), a czasem wręcz przeciwnie - z nieznośną monotonią ("Sixes and Sevens"). Najbardziej "normalnie" wypada singlowy utwór "Little by Little". Jedyny będący czymś więcej, niż pretekstem do zaprezentowania jakiś udziwnionych syntezatorowych brzmień. Choć pod względem aranżacyjnym nie odstaje od reszty albumu, w przeciwieństwie do pozostałych kawałków posiada naprawdę wyrazistą, zapadającą w pamieć melodię (nie tylko w linii wokalnej, ale też w świetnej partii basu). Bez problemu można by go zagrać w dowolnej innej aranżacji, bez żadnych ingerencji w melodię czy strukturę. Wątpię by udało się to z którymkolwiek z pozostałych kawałków.

Oczywiście Plantowi należy się pochwała za poszukiwania własnej muzycznej tożsamości - przecież mógłby sprzedawać miliony albumów grając wciąż w stylu Led Zeppelin - ale tutaj posunął się za daleko. Eksperymentowanie odbiło się na jakości muzyki. "Shaken 'n' Stirred" to zbiór bardzo słabych kompozycji, ukrytych w nowoczesnych - w chwili wydania - aranżacjach. A że tego typu brzmienia bardzo się zestarzały, dziś wszystkie niedostatki tego wydawnictwa są jeszcze bardziej obnażone. 

Ocena: 4/10



Robert Plant - "Shaken 'n' Stirred" (1985)

1. Hip to Hoo; 2. Kallalou Kallalou; 3. Too Loud; 4. Trouble Your Money; 5. Pink and Black; 6. Little by Little; 7. Doo Doo a Do Do; 8. Easily Lead; 9. Sixes and Sevens

Skład: Robert Plant - wokal; Jezz Woodroffe - instr. klawiszowe; Robbie Blunt - gitara, syntezator gitarowy; Paul Martinez - bass; Richie Hayward - perkusja
Gościnnie: Toni Halliday - dodatkowy wokal
Producent: Robert Plant, Tim Palmer, Benji Le Fevre


Brak komentarzy

Prześlij komentarz