1 października 2015

[Recenzja] Robert Plant - "The Principle of Moments" (1983)



Tym albumem Robert Plant zdecydowanie rozpoczął palenie mostów za swoją przeszłością. "The Principle of Moments" to eksplorowanie zupełnie nowych muzycznych rejonów, tak bardzo odległych od bluesa i hard rocka, jak tylko było to możliwe. Plant tak mocno chciał się odciąć od uprawianej do tamtej pory stylistyki, że nie zamieścił na albumie dwóch najbardziej zeppelinowych utworów, jakie zostały nagrane podczas sesji: "Road to the Sun" i "Turnaround". Oba zostały wydane dopiero po wielu latach (pierwszy w 2003 roku na kompilacji "Sixty Six to Timbuktu", drugi cztery lata później na reedycji "The Principle of Moments"). Szkoda, ponieważ to naprawdę świetne utwory, które znacznie podniosłyby poziom tego longplaya, nadając mu więcej dynamiki i różnorodności.

Nie znaczy to bynajmniej, że na album całkowicie pozbawiony jest mocniejszych, rockowych utworów. Dynamicznego, cięższego grania na pewno nie brakuje w "Other Arms" i "Horizontal Departure". Jednak jedynie wokal Planta wywołuje zeppelinowe skojarzenia. Pod względem muzycznym utwory są wyraźnie osadzone w latach 80. - cechuje je charakterystyczne sterylne brzmienie gitar i perkusji, oraz duża rola syntezatorów. A to jeszcze nic przy tym, co otrzymujemy w pozostałych kompozycjach. Takie kawałki, jak "In the Mood", "Thru' with the Two Step" i zaskakująco pogodny "Stranger Here... Than Over There" to już czysty pop. W dwóch pierwszych w warstwie instrumentalnej zdecydowanie dominują syntezatory - gitara pełni w nich wyłącznie rolę ozdobnika (chociaż w "Thru' with the Two Step" znalazła się całkiem zgrabna solówka Robbiego Blunta). Nawet gdy w "Wreckless Love" pojawia się charakterystyczne dla Planta orientalizowanie, zostaje ono przeniesione na bardziej popowy grunt. A ciężki, bardzo zeppelinowy riff rozpoczynający "Messin' with the Mekon" to tylko zmyłka - później utwór dryfuje w zupełnie inne rejony, łącząc reggae'owe zwrotki z banalnym, popowym refrenem. Pojawia się tutaj też solo na syntezatorze - w 1983 roku brzmiące bardzo nowocześnie, dziś jednak będące tandetnym archaizmem.

Gdyby "The Principle of Moments" zawierał tylko utwory wymienione w powyższym akapicie, nie wahałbym się wystawić niskiej oceny. Jednak na album trafiła ponadto jedna naprawdę rewelacyjna kompozycja - finałowy "Big Log". To kolejny utwór o typowym dla popu lat 80. brzmieniu (czyste gitary, elektroniczna perkusja i syntezatorowe tło), ale prezentujący o wiele wyższy poziom. Plant udowodnił tutaj, że i w takiej stylistyce można stworzyć arcydzieło. To naprawdę zgrabnie ułożona kompozycja, a chwytliwy motyw gitarowy i przepiękna melodia należą do tych, które naprawdę ciężko zapomnieć. "Big Log" zupełnie zasłużenie stał się jednym z największych solowych przebojów Roberta.

Jeden utwór genialny, dwa dobre i reszta wywołująca co najmniej konsternację - trudno uznać taki album za bardzo udany. Jednak te lepsze fragmenty są wystarczającym powodem, aby nie lekceważyć "The Principle of Moments".

Ocena: 6/10



Robert Plant - "The Principle of Moments" (1983)

1. Other Arms; 2. In the Mood; 3. Messin' with the Mekon; 4. Wreckless Love; 5. Thru' with the Two Step; 6. Horizontal Departure; 7. Stranger Here... Than Over There; 8. Big Log

Skład: Robert Plant - wokal; Robbie Blunt - gitara; Paul Martinez - bass; Jezz Woodroffe - instr. klawiszowe; Phil Collins - perkusja (1-3,5-6,8)
Gościnnie: Barriemore Barlow - perkusja (4,7)
Producent: Robert Plant, Benji LeFevre i Pat Moran


Brak komentarzy

Prześlij komentarz