28 października 2015

[Recenzja] Robert Plant - "Manic Nirvana" (1990)



Na przełomie lat 60. i 70. Robert Plant, jako wokalista Led Zeppelin, należał do rockowej awangardy, która wytyczała ścieżki setkom naśladowców. Jakże inaczej wyglądają początki jego kariery solowej, gdy podłączał się do aktualnie obowiązujących trendów. Gdy w latach 80. nastała moda na syntezatory - zafascynował się nim również Plant. Natomiast gdy na początku kolejnej dekady wróciła moda na bardziej surowe granie (pojawienie się grunge'u) - nagle także Plant ograniczył rolę syntezatorów, zarazem pozwalając wrócić na pierwszy plan ostrzejszym gitarom. Tak właśnie dzieje się na "Manic Nirvana". Co prawda muzyk nie zrezygnował całkiem z elektroniki, jednak dominującą rolę pełni ona właściwie tylko w klimatycznym "Anniversary" (w którym nie zabrakło miejsca także na ostrą solówkę gitarową).

Na albumie nie brakuje rockowego czadu, żeby wspomnieć tylko o nieco rock and rollowym - zwłaszcza w partii wokalnej - "Hurting Kind (I've Got My Eyes on You)", albo "Tie Dye on the Highway", w którym hardrockowe riffowanie jest ciekawie łagodzone delikatniejszym refrenem. Z drugiej strony znalazło się tutaj także kilka akustycznych piosenek (np. bardzo zgrabne "I Cried" i "Liars Dance"), czego również brakowało na kilku poprzednich albumach Planta - praktycznie od czasu debiutanckiego "Pictures of Eleven". O ile jednak dotąd wymienione utwory prezentują całkiem przyzwoity poziom, tak na pozostałe jakby zabrakło pomysłów. Weźmy taki "Big Love", który zaczyna się świetnie - mocny rytm i brzmiące klasycznie rockowo organy w tle - ale później razi tandetnym refrenem i wymęczoną końcówką. Jeszcze bardziej odpycha "S S S & Q", w którym toporne riffowanie jest "ubarwione" tandetnymi dźwiękami z syntezatora i skandowaniem na hip hopową modłę. Brak dobrych melodii i niepotrzebne unowocześnianie cechuje także nieco industrialne "She Said" i cover "Your Ma Said You Cried in Your Sleep Last Night" Kenny'ego Dino. Najbardziej spaskudzono jednak "Watching You" - skądinąd przyjemny, akustyczny utwór, przywołujący odrobinę zeppelinowego klimatu, przerwany zupełnie niepasującą arabską wokalizą w wykonaniu Siddi Makain Mushkin.

"Manic Nirvana" mógł być ciekawym powrotem do rockowych korzeni Roberta Planta, jednak muzyk zatrzymał się w połowie drogi, nie rezygnując z eksperymentów z nowoczesnymi brzmieniami, co nigdy nie wychodziło na dobre jego twórczości. Dlatego album pozostawia po sobie raczej złe wrażenie. Odrobinę jednak lepsze od dwóch poprzednich "dzieł" Planta, "Shaken 'n' Stirred" i "Now and Zen".

Ocena: 5/10



Robert Plant - "Manic Nirvana" (1990)

1. Hurting Kind (I've Got My Eyes on You); 2. Big Love; 3. S S S & Q; 4. I Cried; 5. She Said; 6. Nirvana; 7. Tie Dye on the Highway; 8. Your Ma Said You Cried in Your Sleep Last Night; 9. Anniversary; 10. Liars Dance; 11. Watching You

Skład: Robert Plant - wokal; Doug Boyle - gitara; Charlie Jones - bass; Chris Blackwell - perkusja, gitara; Phil Johnstone - instr. klawiszowe, gitara
Gościnnie: Caroline Harding, Laila Cohen, Micky Groome, Rob Stride, Jerry Wayne, Siddi Makain Mushkin - dodatkowy wokal
Producent: Robert Plant, Phil Johnstone, Mark Stent


2 komentarze:

  1. Zgadzam się z tą recenzją, to jest jedna z tych płyt Planta, które pokazują, że rozpad Zeppelinów był błędem historii. Aczkolwiek, bywały gorsze, jak też słusznie zauważyłeś. Osobiście, z całej płyty wracam tylko do coveru Dino.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wręcz przeciwnie - rozpad Led Zeppelin był najlepszą decyzją, jaką muzycy mogli podjąć w tamtym czasie ;) Słabnący poziom solowych wydawnictw Planta, lenistwo Page'a i wycofanie się Jonesa w latach 80. są dobitnym dowodem, że nie byliby w stanie tworzyć tak wspaniałych rzeczy, jak w poprzedniej dekadzie. Jeden "In Through the Out Door" wystarczająco psuje ich dyskografię. Dobrze, że nie powstawało więcej albumów na tym poziomie ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.