9 października 2015

[Recenzja] Ashbury - "Endless Skies" (1983)



Od kilkunastu lat panuje moda na retro granie w stylu lat 70. (szczególnie w krajach skandynawskich i w Stanach). Jednak w latach 80. nagranie i wydanie albumu brzmiącego (pod względem stylistycznym i produkcyjnym), jakby przeleżał dziesięć lat w archiwum, było nie tylko rzadkim i odważnym, ale i nierozważnym posunięciem. Zespół debiutujący z takim materiałem był skazany na porażkę. Przykładem takiej sytuacji jest amerykańska grupa Ashbury, która rozpadła się wkrótce po wydaniu pierwszego - i przez wiele lat jedynego - albumu, mając na koncie jedynie lokalne sukcesy. Potencjał w twórczości zespołu niewątpliwie był, ale "Endless Skies" ukazał się w niewłaściwym czasie, niesprzyjającym ambitniejszym odmianom rocka. Dekadę wcześniej - a może i nawet dekadę później - album niewątpliwie odniósłby większy sukces.

Chociaż Ashbury to zespół amerykański, zawartości "Endless Skies" bliżej do dokonań brytyjskich grup. Z naciskiem na Wishbone Ash i Jethro Tull. Inspiracja nimi jest ewidentna, ale muzycy Ashbury wypracowali swój własny styl, który najprościej można określić jako hard rock z dużą ilością gitary akustycznej i niemal folkowym śpiewem. Brzmi to oryginalnie, nawet jeśli wymienione wyżej grupy nagrywały podobne rzeczy. Dobrą wizytówką zespołu jest już otwierający longplay utwór "The Warning", w którym ciężkie gitarowe riffy, ostre solówki i mocna gra perkusisty, kontrastują z niemal folkowymi dźwiękami gitary akustycznej i raczej subtelną partią wokalną, z fantastycznymi harmoniami w refrenie. Kompozycja posiada naprawdę rewelacyjną melodię i kilka lat wcześniej mogłaby być sporym przebojem. Na tych samych patentach zbudowany jest także kolejny kawałek, "Take Your Love Away". Może odrobinę słabszy ze względu na dość trywialny refren, ale wynagradzają to świetne gitarowe unisona w stylu Wishbone Ash. Pewnym zaskoczeniem może być natomiast "Vengeance" - najcięższy utwór na albumie. Czy to jeszcze hard rock, czy już heavy metal? Utwór opiera się na ciężkim riffowaniu, w którym słychać nawet coś ze stylistyki Black Sabbath. Tym razem kontrast między warstwą instrumentalną, a wokalem (tylko odrobinę mocniejszym niż w pozostałych utworach) jest jeszcze bardziej wyraźny, co zresztą daje naprawdę niesamowity efekt.

"Madman", dla odmiany, rozpoczyna się balladowo, wyłącznie z akompaniamentem gitar akustycznych, z czasem jednak nabiera dynamiki (świetne wejście perkusji pod koniec drugiej minuty, rozpędzony, ale bardzo przebojowy refren, oraz jeszcze szybsze solówki). Na tym samym schemacie opiera się także "Mystery Man". "Hard Fight" to z kolei klasyczna rockowa ballada, z prześliczną partią wokalną w zwrotkach i obowiązkowym zaostrzeniem w refrenie. W umieszczonym na finał albumu tytułowym "Endless Skies" słychać natomiast wpływy rocka progresywnego. To najbardziej złożona kompozycja, w której fragmenty balladowe, oparte na gitarze akustycznej, przeplatają się z ciężkim, hardrockowym riffowaniem. Pojawia się tutaj także bardzo urocza część z akompaniamentem pianina (poza tym nieobecnego na albumie), po której rozbrzmiewa porywające gitarowe solo - niestety, zdecydowanie za krótkie. Mogłoby być punktem wyjścia do dłuższej improwizacji - ale to w końcu już nie te czasy... Poza wymienionymi wyżej utworami, longplay zawiera także dwie instrumentalne miniaturki: akustyczną "Twilight", oraz "No Mourning" z gitarowymi unisonami. Ta pierwsza fajnie wprowadza w błąd przed ciężkim "Vengeance", druga natomiast zupełnie nic nie wnosi do całości - chyba lepiej sprawdziłaby się jako część "normalnego" utworu, niż osobny byt.

"Endless Skies" to nie tylko ścisła czołówka najlepszych "nieznanych" albumów, ale wręcz jedno z najlepszych rockowych wydawnictw lat 80. Zachwycające klimatem poprzedniej dekady, nie będące jednak zwykłą kopią - muzycy Ashbury potrafili nawiązać do twórczości swoich mistrzów bez przekraczania granicy między inspiracją, a plagiatem. Niewątpliwie mieli też dar tworzenia naprawdę dobrych melodii - coś, czego brakuje większości dzisiejszych grup obracających się w takich retro klimatach.

Ocena: 8/10

PS. Podobnie jak wiele innych podobnych zespołów, które zostały docenione dopiero wiele lat po rozpadzie, Ashbury reaktywował się w XXI wieku. W 2010 roku muzycy wydali swój drugi album, "Something Funny Going On" - stylistycznie nieodbiegający daleko od debiutu, ale już nie tak porywający.



Ashbury - "Endless Skies" (1983)

1. The Warning; 2. Take Your Love Away; 3. Twilight; 4. Vengeance; 5. Madman; 6. Hard Fight; 7. No Mourning; 8. Mystery Man; 9. Endless Skies

Skład: Randy Davis - wokal, gitara, bass, syntezatory, instr. perkusyjne; Rob Davis - wokal, gitara, syntezatory; Johnnie Ray - perkusja
Gościnnie: Jerry Van Dielen - pianino (9)
Producent: Roger King, Randy Davis i Rob Davis


4 komentarze:

  1. polecam zrecenzować pierwsze trzy albumy formacji Blue Oyster Cult , bardzo orygininalna formacja hard rockowa , ktora posiadala wowczas swój wlasny styl , a nie grała przykladowo pod purpli!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ją też może dam swoją propozycję do z recenzowania - Queensryche - naprawdę świetny zespół grający heavy metal/metal progresywny, a niedawno wyszła ich nową płyta.

      Usuń
  2. Jak Ci się udało znaleźć taką "perełkę"??? Zakochałem się w tym albumie... Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie Cię rozczaruję, ale w bardzo trywialny sposób - słuchałem czegoś na YouTube, już nawet nie pamiętam co to było, i ten album był w propozycjach ;)

      Usuń