30 października 2015

[Recenzja] Dave Gahan & Soulsavers - "Angels & Ghosts" (2015)



Lista tegorocznych rozczarowań muzycznych wydłużyła się o kolejną pozycję. Po autorach jednego z najpiękniejszych albumów ostatnich lat - wydanego w 2012 roku "The Light the Dead See" - spodziewałem się czegoś równie klimatycznego i przejmującego. Tymczasem "Angels & Ghosts" to zbiór bardzo konwencjonalnych utworów, utrzymanych na granicy popu i rocka (z delikatnymi wpływami gospel), pozbawionych magii i szczerych emocji poprzedniego longplaya Soulsavers i Dave'a Gahana, który przyciągał uwagę i intrygował od pierwszej do ostatniej sekundy. "Angels & Ghosts" nie intryguje nawet przez sekundę.

Chociaż początek nie jest zły. Otwierający całość "Shine" to całkiem zgrabny utwór, za sprawą melodii i gospelowego chórku kojarzący się momentami z "Condemnation" Depeche Mode, istotną rolę odgrywają w nim jednak ostre partie gitary, grane techniką slide. W następnym utworze, spokojniejszym "You Owe Me", za sprawą smyczkowego tła pojawia się nawet namiastka klimatu poprzedniego albumu. Z kolei "Tempted" i singlowy "All of This and Nothing" wyróżniają się bardzo gitarowym brzmieniem i wyrazistymi melodiami. Później jednak jest już tylko coraz gorzej. Już w "One Thing" robi się po prostu smętnie - akompaniament stanowią tylko smyczki i pianino, brakuje ciekawej melodii. W "Don't Cry" wraca dynamika, ale sam utwór jest zwyczajnie mdły. "Lately" i "The Last Time" to kolejne rzewne piosenki, pierwsza przesadnie ckliwa, druga zbyt posępna. Na ich tle odrobinę lepiej wypada finałowy "My Sun" - z początku kolejny nudnawy smęt, ale w drugiej połowie nabierający bardziej podniosłego charakteru.

Wszyscy, których poprzednie albumy Soulsavers zachwyciły swoim klimatem, będą zawiedzeni zwyczajnością "Angels & Ghosts". To typowa muzyka tła - nieinwazyjna, nieodciągająca uwagi od wykonywania innych czynności, oraz niewywołująca żadnych emocji, bo sama ich pozbawiona.

Ocena: 6/10



Dave Gahan & Soulsavers - "Angels & Ghosts" (2015)

1. Shine; 2. You Owe Me; 3. Tempted; 4. All of This and Nothing; 5. One Thing; 6. Don't Cry; 7. Lately; 8. The Last Time; 9. My Sun

Skład: Dave Gahan - wokal; Richie Mach - gitara, instr. klawiszowe; Ian Glover - instr. klawiszowe
Gościnnie: Tony Foster - gitara (1-3,6,8,9); Martyn LeNoble - bass (1-4,6-9); Kevin Bales - perkusja (1-4,6-9); Sean Read - instr. klawiszowe (1-4,6-9); Janet Ramus, T Jae Cole, Wendi Rose - dodatkowy wokal; The Hollywood Strings & Horns Ensemble - instr. smyczkowe i dęte (2,4,5,7-9); Daniele Luppi - aranżacja instr. smyczkowych i dętych (2,4,5,7-9); Richard Warren - gitara (3,9); James Walbourne - gitara (4,6,7); Anton Riehl - pianino (5,7)
Producent: Rich Machin i Ian Glover


29 października 2015

[Recenzja] Soulsavers - "The Light the Dead See" (2012)



Za zrecenzowanie tego albumu zabierałem się niemal od samego początku istnienia tego bloga, czyli od czasu jego wydania. W końcu śpiewa tutaj jeden z moich ulubionych wokalistów - Dave Gahan, na co dzień członek Depeche Mode. Sam longplay bez wątpienia należy do najciekawszych, jakie w ostatnich latach się ukazały. Skończyło się jednak na tym, że umieściłem go w swoim podsumowaniu 2012 roku (na może trochę zbyt niskiej, 6. pozycji), po czym nie wracałem do niego często. Dopiero niedawna premiera kolejnego albumu Gahana i Soulsavers, wydanego w zeszłym tygodniu "Angels & Ghosts", przypomniała mi o tym dziele.

Soulsavers to dziwny zespół. Taki "na odwrót" - w jego skład wchodzi dwóch producentów, Rich Machin i Ian Glover, którzy sami komponują muzykę, jednak z każdym kolejnym albumem jej wykonaniem w coraz więszym stopniu zajmują się zatrudnieni muzycy sesyjni, a nie oni sami. Duet zadebiutował w 2003 roku stricte elektronicznym albumem "Tough Guys Don't Dance", by na dwóch kolejnych - "It's Not How Far You Fall, It's the Way You Land" (2007) i "Broken" (2009), nagranych z Markiem Laneganem (ex-Screaming Trees) jako wokalistą - wprowadzić elementy muzyki gospel (charakterystyczne żeńskie chórki) i rocka (więcej dynamiki i "żywego" instrumentarium). Kontynuacją tego kierunku jest już praktycznie całkiem pozbawiony brzmień elektronicznych "The Light the Dead See", nagrany z Davem Gahanem, który zajął miejsce zajętego innymi projektami Lanegana. To nie jedyne zmiany, ponieważ na tle poprzedników album wyróżnia się także mroczniejszym klimatem. Całość przepełniona jest przejmującym smutkiem, zarówno w warstwie muzycznej, jak i w gorzkich tekstach Gahana, który niedługo wcześniej zmagał się z ciężką chorobą.

Album rozpoczyna się od instrumentalnej miniaturki "La Ribera" o westernowo-pogrzebowym nastroju, opartej głównie na brzmieniu gitary akustycznej, harmonijki i instrumentów smyczkowych. Zresztą to właśnie gitara akustyczna i smyczki dominują w aranżacjach na całym albumie. W pierwszym właściwym utworze, "In the Morning", dochodzi do tego delikatny puls sekcji rytmicznej i fantastyczna, przejmującą partia wokalna Gahana. Zaryzykuję stwierdzenie, że to najlepiej zaśpiewany album w całej jego karierze. Nigdy wcześniej (ani, jak dotąd, później) nie śpiewał tak emocjonalnie, jak w ascetycznym, przeszywającym smutkiem "Presence of God". To naprawdę niezwykła, wręcz uduchowiona kompozycja. Otaczają ją dwa bardziej przystępne utwory - podniosły "The Longest Day" i wyjątkowo jak na ten album optymistyczny "Just Try" - oba z bardzo chwytliwymi partiami Gahana, wspieranego gospelowym chórkiem. Bardziej emocjonalne granie wraca wraz z  "Gone Too Far", opartym głównie na akompaniamencie gitary akustycznej i organów, jednak w drugiej połowie niespodziewanie nabierającym rockowego ciężaru.

Więcej takich uduchowionych pieśni pojawia się w drugiej części albumu (zaczynającej się po zupełnie niepotrzebnym instrumentalnym przerywniku "Point Sur Pt. 1"). Są one jednak bardzo zróżnicowane: od najbardziej dynamicznego "Take Me Back Home", poprzez bardziej stonowane "Bitterman" i "I Can't Stay", po wręcz ascetyczny "Take". Wszystkie one czarują przepięknymi melodiami. W pamięć zapada szczególnie ta pierwsza kompozycja, w której w niezwykły sposób udało się połączyć smutek i przebojowość. Trzy kolejne utwory to już granie bardziej nastrojowe. Na sam koniec album jednak niespodziewanie ożywa - finałowy "Tonight" to najbardziej rockowy fragment całości. Jednak mimo większej dynamiki, cięższego brzmienia i bardziej optymistycznego tekstu, idealnie uzupełnia wcześniejsze utwory, wprowadzając światło przepędzające dotychczasowy mrok. Choć nie takiego zakończenia można było się spodziewać, nie sposób wyobrazić sobie lepsze.

Można było się obawiać, że po zamianie Marka Lanegana na Dave'a Gahana, Soulsavers wrócą do elektronicznych brzmień, tymczasem nagrali najbardziej organiczny album w swojej dotychczasowej karierze. Dobrze, że i Gahan w końcu mógł się zrealizować w takiej muzyce - nie jest przecież tajemnicą, że w latach 90. opowiadał się za "urockowieniem" Depeche Mode, jednak na solowych albumach uparcie trzymał się bezpiecznych elektronicznych terytoriów. Pozostaje pytanie komu "The Light the Dead See" może się najbardziej spodobać? Oczywiście wszystkim wielbicielom dwóch poprzednich albumów Soulsavers, a także twórczości Dave'a Gahana (szczególnie tym, którym z dyskografii Depeche Mode najbardziej odpowiada album "Songs of Faith and Devotion", także zawierający elementy rocka i muzyki gospel, choć zupełnie inny klimat). Poza tym polecam album wszystkim, którzy mają ochotę posłuchać czegoś niekonwencjonalnego. Albo czegoś dołującego, aczkolwiek z nutką optymizmu. Lub po prostu pięknego - moim zdaniem "The Light the Dead See" to jeden z najpiękniejszych albumów ostatnich lat.

Ocena: 9/10



Soulsavers - "The Light the Dead See" (2012)

1. La Ribera; 2. In the Morning; 3. Longest Day; 4. Presence of God; 5. Just Try; 6. Gone Too Far; 7. Point Sur Pt. 1; 8. Take Me Back Home; 9. Bitterman; 10. I Can't Stay; 11. Take; 12. Tonight

Skład: Rich Machin - gitara, instr. klawiszowe; Ian Glover - instr. klawiszowe
Gościnnie: Dave Gahan - wokal, harmonijka (11,12); Sonus Quartet - instr. smyczkowe (1-5,7-9); Daniele Luppi - aranżacja instr. smyczkowych (1-5,7-9); Tony Foster - gitara (1-3,5,6,9-12); Martyn Lenoble - bass (2,3,8,9,12), gitara (8,12); Kev Bales - perkusja (2,3,6,8-10,12); Sean Read - organy (2,4,6,8,9,12); Mark Lanegan - dodatkowy wokal (2); Ben Edwards, Mike Kearsey - instr. dęte (3,9); Ed Harcourt - fisharmonia i pianino (3), gitara (12); Janet Ramus, Tjae Cole, Wendi Rose - dodatkowy wokal (3,5,6,8-11); Hannah Philip - skrzypce (10,12); Anne Carruthers - wiolonczela (10,12); Dustin O'Halloran - pianino (11); Rosa Agostino - dodatkowy wokal (12)
Producent: Rich Machin i Ian Glover


28 października 2015

[Recenzja] Robert Plant - "Manic Nirvana" (1990)



Na przełomie lat 60. i 70. Robert Plant, jako wokalista Led Zeppelin, należał do rockowej awangardy, która wytyczała ścieżki setkom naśladowców. Jakże inaczej wyglądają początki jego kariery solowej, gdy podłączał się do aktualnie obowiązujących trendów. Gdy w latach 80. nastała moda na syntezatory - zafascynował się nim również Plant. Natomiast gdy na początku kolejnej dekady wróciła moda na bardziej surowe granie (pojawienie się grunge'u) - nagle także Plant ograniczył rolę syntezatorów, zarazem pozwalając wrócić na pierwszy plan ostrzejszym gitarom. Tak właśnie dzieje się na "Manic Nirvana". Co prawda muzyk nie zrezygnował całkiem z elektroniki, jednak dominującą rolę pełni ona właściwie tylko w klimatycznym "Anniversary" (w którym nie zabrakło miejsca także na ostrą solówkę gitarową).

Na albumie nie brakuje rockowego czadu, żeby wspomnieć tylko o nieco rock and rollowym - zwłaszcza w partii wokalnej - "Hurting Kind (I've Got My Eyes on You)", albo "Tie Dye on the Highway", w którym hardrockowe riffowanie jest ciekawie łagodzone delikatniejszym refrenem. Z drugiej strony znalazło się tutaj także kilka akustycznych piosenek (np. bardzo zgrabne "I Cried" i "Liars Dance"), czego również brakowało na kilku poprzednich albumach Planta - praktycznie od czasu debiutanckiego "Pictures of Eleven". O ile jednak dotąd wymienione utwory prezentują całkiem przyzwoity poziom, tak na pozostałe jakby zabrakło pomysłów. Weźmy taki "Big Love", który zaczyna się świetnie - mocny rytm i brzmiące klasycznie rockowo organy w tle - ale później razi tandetnym refrenem i wymęczoną końcówką. Jeszcze bardziej odpycha "S S S & Q", w którym toporne riffowanie jest "ubarwione" tandetnymi dźwiękami z syntezatora i skandowaniem na hip hopową modłę. Brak dobrych melodii i niepotrzebne unowocześnianie cechuje także nieco industrialne "She Said" i cover "Your Ma Said You Cried in Your Sleep Last Night" Kenny'ego Dino. Najbardziej spaskudzono jednak "Watching You" - skądinąd przyjemny, akustyczny utwór, przywołujący odrobinę zeppelinowego klimatu, przerwany zupełnie niepasującą arabską wokalizą w wykonaniu Siddi Makain Mushkin.

"Manic Nirvana" mógł być ciekawym powrotem do rockowych korzeni Roberta Planta, jednak muzyk zatrzymał się w połowie drogi, nie rezygnując z eksperymentów z nowoczesnymi brzmieniami, co nigdy nie wychodziło na dobre jego twórczości. Dlatego album pozostawia po sobie raczej złe wrażenie. Odrobinę jednak lepsze od dwóch poprzednich "dzieł" Planta, "Shaken 'n' Stirred" i "Now and Zen".

Ocena: 5/10



Robert Plant - "Manic Nirvana" (1990)

1. Hurting Kind (I've Got My Eyes on You); 2. Big Love; 3. S S S & Q; 4. I Cried; 5. She Said; 6. Nirvana; 7. Tie Dye on the Highway; 8. Your Ma Said You Cried in Your Sleep Last Night; 9. Anniversary; 10. Liars Dance; 11. Watching You

Skład: Robert Plant - wokal; Doug Boyle - gitara; Charlie Jones - bass; Chris Blackwell - perkusja, gitara; Phil Johnstone - instr. klawiszowe, gitara
Gościnnie: Caroline Harding, Laila Cohen, Micky Groome, Rob Stride, Jerry Wayne, Siddi Makain Mushkin - dodatkowy wokal
Producent: Robert Plant, Phil Johnstone, Mark Stent


27 października 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Got Live If You Want It!" (1966)



Istnieją dwa wydawnictwa The Rolling Stones o tytule "Got Live If You Want It!" (będącym parafrazą tytułu utworu "Got Love If You Want It" Slima Harpo). Oba koncertowe, ale zawierające zupełnie inny materiał (powtarzający się na obu traklistach "I'm Alright" pochodzi z różnych koncertów). Pierwsze to europejska EPka, nagrana w marcu 1965 roku, a wydana trzy miesiące później. Bardziej interesujące jest jednak drugie, przeznaczone głównie na rynek amerykański, gdzie wypomniana EPka się nie ukazała - pełnowymiarowy, półgodzinny album, zawierający głównie nagrania z października 1966 roku (z brytyjskiej trasy zespołu), opublikowany pod sam koniec tego roku.

Od razu uprzedzam - jakość "Got Live If You Want It!" jest naprawdę fatalna, gorzej niż bootlegowa. Jeżeli ktoś liczy na klarowne, czyste brzmienie, lepiej niech w ogóle nie szuka tego wydawnictwa, a sięgnie od razu po późniejszy o cztery lata "Get Yer Ya-Ya's Out! The Rolling Stones in Concert". Trzeba też pamiętać, że 1966 rok to jeszcze nie czasy porywających improwizacji koncertowych (oczywiście mam na myśli wyłącznie muzykę rockową), dlatego też wszystkie zawarte tutaj utwory są wierne studyjnym wersjom. Zyskały jednak niesamowitą energię - momentami zespół gra niemal z hardrockową mocą. Cieszy także dobór utworów, typu "greatest hits na żywo". Od wczesnych przebojów "Not Fade Away" i "Time Is On My Side", przez "The Last Time", "(I Can't Get No) Satisfaction", "Get Off of My Cloud" i "Under My Thumb", po najświeższe wówczas "19th Nervous Breakdown" i "Have You Seen Your Mother, Baby, Standing in the Shadows?". Ciekawostką są natomiast covery "I've Been Loving You Too Long" Otisa Reddinga i "Fortune Teller" Benny'ego Spellmana - oba zarejestrowane w studiu, z dodanymi później okrzykami publiczności. Oryginalne wersje, bez "udziału" publiczności, można znaleźć tylko na kilku mniej znanych kompilacjach (a co za tym idzie - trudno dostępnych), więc stanowią pewien rarytas.

"Got Live If You Want It!" - zarówno album, jak i wcześniejsza EPka - mają przede wszystkim wartość historyczną, jako jedyne dostępne zapisy wczesnych koncertów grupy (nawet jeśli odrobinę zafałszowane). Sam album - w przeciwieństwie do gorszej repertuarowo EPki - jest natomiast bardzo dobrym, choć nieidealnym, podsumowaniem tego okresu. To ostatnie nie ma jednak większego znaczenia, ponieważ niemal równolegle ukazała się pierwsza kompilacja The Rolling Stones, "Big Hits (High Tide and Green Grass)", zawierająca prawie wszystkie wymienione wyżej przeboje* i to w lepiej brzmiących wersjach.

Ocena: 6/10

* Z wyjątkiem "Under My Thumb" i - w wersji amerykańskiej - "Have You Seen Your Mother, Baby, Standing in the Shadows?". W zamian znalazły się na niej m.in. "Heart of Stones", "As Tears Go By", oraz "Paint It Black" (w wersji europejskiej) lub "Play with Fire" (w wersji amerykańskiej).



The Rolling Stones - "Got Live If You Want It!" (1966)

1. Under My Thumb; 2. Get Off of My Cloud; 3. Lady Jane; 4. Not Fade Away; 5. I've Been Loving You Too Long; 6. Fortune Teller; 7. The Last Time; 8. 19th Nervous Breakdown; 9. Time Is on My Side; 10. I'm Alright; 11. Have You Seen Your Mother, Baby, Standing in the Shadows?; 12. (I Can't Get No) Satisfaction

Skład: Mick Jagger - wokal, instr. perkusyjne; Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Brian Jones - gitara, harmonijka, dulcimer, dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass, dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ian Stewart - instr. klawiszowe
Producent: Andrew Loog Oldham


26 października 2015

[Recenzja] The Who - "Live at Leeds" (1970)



Pod koniec lat 60. The Who zyskał status jednego z najlepszych i najbardziej żywiołowych zespołów koncertowych. Oczywistym krokiem było więc wydanie albumu koncertowego. Początkowo miał go wypełnić zapis jednego z licznych występów zarejestrowanych podczas amerykańskiej trasy z 1969 roku. Jednak mający dokonać selekcji materiałów Pete Townshend, przerażony ich ilością, postanowił spalić wszystkie taśmy. Podjęto zatem decyzję o rejestracji dwóch brytyjskich występów: 14 lutego 1970 roku na Uniwersytecie w Leeds, oraz dzień później w Hull. Ponieważ podczas tego drugiego wystąpiły problemy techniczne z basem Johna Entwistle'a, wykorzystano nagrania z pierwszego (aczkolwiek rozwój techniku pozwolił na opublikowanie po wielu latach także materiału z Hull).

Chociaż zespół zagrał w Leeds trzydzieści trzy utwory - w tym niemal kompletne wykonanie "Tommy'ego" - na oryginalne winylowe "Live at Leeds" wydanie trafiło zaledwie sześć z nich, o łącznym czasie 37 minut. Tyle jednak w zupełności wystarcza, aby przekonać się, że opinie na temat ówczesnych koncertowych wyczynów The Who nie są ani odrobinę przesadzone. W dodatku taka skondensowana, esencjonalna forma sprawia, że nie sposób odczuć znużenia, które mogłoby pojawić się przy dłuższym wydawnictwie. A uczucie niedosytu jest zawsze lepsze od przesytu - zachęca do kolejnych przesłuchań. Jednak to nie przyjazny czas trwania, a przede wszystkim jakość materiału zachęca do wracania do "Live at Leeds". Już na otwarcie pojawia się świetna interpretacja "Young Man Blues" z repertuaru Mose'a Allisona. To fantastyczne blues rockowe granie w stylu Cream, z doskonałą współpracą wszystkich instrumentalistów, z których każdy daje z siebie wszystko. Jednak bardzo ciężkie brzmienie przypomina, że to już 1970 rok - czas hegemonii takich wykonawców, jak Led Zeppelin i Black Sabbath, a nie wesołych piosenek w stylu "The Kids Are Alright" i "I Can't Explain", od jakich The Who zaczynało. Chociaż na albumie znalazło się też miejsce dla reprezentanta tamtych czasów - przeboju "Substitute" - zagranego jednak odrobinę ciężej niż w oryginale.

Na pierwszej stronie albumu znalazły się jeszcze dwa, również bardzo udane, covery: "Summertime Blues" Eddiego Cochrana (nieco lżejszy od wersji Blue Cheer, ale nadrabiający energią), oraz "Shakin' All Over" Johnny Kidd & the Pirates. Jeszcze więcej dobrego przynosi druga strona. Przede wszystkim niemal piętnastominutową wersję "My Generation", który szybko przeradza się w ekscytującą improwizację muzyków, pełną zaskakujących zmian dynamiki i interesująco wplecionych cytatów z innych utworów (m.in. z "See Me Feel  Me", "Underture", "The Seeker", czy "Naked Eye") . Na deser czeka jeszcze rozbudowane do ośmiu minut, świetne wykonanie "Magic Bus". I to wszystko. A jednak tyle w zupełności wystarczyło, aby zapewnić "Live at Leeds" stałe miejsce na listach koncertowych płyt wszech czasów. Całkowicie zasłużenie. Jeśli jednak komuś nie wystarcza oryginalne wydanie, dostępne są także bardziej obszerne kompaktowe reedycje: 14-utworowe wydanie z 1995 roku (bogatsze m.in. o "I Can't Explain", "Happy Jack", "I'm a Boy" i "A Quick One, While He's Away"), dwupłytowe z 2001 roku, zawierające kompletny zapis występu, a także najbardziej wypasione, czteropłytowe  z 2012 roku (dwa ostatnie dyski zawierają zapis z Hull, który dwa lata później wydano jako osobne wydawnictwo). 

Ocena: 10/10



The Who - "Live at Leeds" (1970)

1. Young Man Blues; 2. Substitute; 3. Summertime Blues; 4. Shakin' All Over; 5. My Generation; 6. Magic Bus

Skład: Roger Daltrey - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Pete Townshend - gitara, wokal; John Entwistle - bass, wokal; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Jon Astley, Kit Lambert, The Who


23 października 2015

[Recenzja] Saxon - "Battering Ram" (2015)



Z Saxon jest jak z Motörhead. Oba zespoły regularnie co dwa lata wydają nowe albumy, które absolutnie nic nie wnoszą do ich twórczości. I nikt tego od nich nie wymaga. Zespoły te od lat mają wystarczające grono wielbicieli i właśnie dla nich powstają nowe albumy. I w sumie dobrze, że nie próbują pozyskać nowych słuchaczy jakimiś dziwnymi eksperymentami, unowocześnianiem brzmienia (chociaż Saxon w przeszłości kilkakrotnie tego próbował). W wykonaniu 60-letnich muzyków nie byłoby to szczere. A i pewnie kiepskie jakościowo. Inna sprawa, że najnowsza propozycja Saxon - bardzo konserwatywny stylistycznie "Battering Ram" - też raczej nie ma większych szans zachwycić fanów zespołu, poza tymi najbardziej oddanymi. To solidne rzemiosło, jednak zupełnie pozbawione kreatywności.

Dobre pojęcie o zawartości "Battering Ram" daje już kiczowata i infantylna grafika, wyglądająca jak parodia heavy metalowych okładek. Dokładnie taka sama jest zawartość muzyczna - to heavy metalowa sztampa na średnim poziomie. Dawno już nie miałem do czynienia z tak wtórnym i wymuszonym materiałem. Nie żebym wymagał od Saxon jakiegoś przełomowego dzieła. Według mnie zawsze był to (najwyżej) drugoligowy zespół, którego ambicje nie sięgały dalej, niż wykonywanie typowego heavy metalu lat 80. Ale często robili to na naprawdę dobrym poziomie. Nawet wydany dwa lata temu album "Sacrifice" pokazuje, że w tym wyeksploatowanym do granic możliwości stylu wciąż można stworzyć coś godnego uwagi. Przede wszystkim nie brakowało na nim świetnych, zapadających w pamięć melodii. Tymczasem zdecydowana większość "Battering Ram" jest dla mnie absolutnie niezapamiętywana. Kilka niezłych riffów i solówek nie jest w stanie uratować słabych melodycznie kompozycji. Na bardziej wyraziste melodie trzeba czekać niemal do samego końca albumu, gdzie umieszczono "Top of the World" (z chwytliwymi unisonami gitar) i półballadowy "To the End". Jednak nawet one nie są szczególnie porywające.

"Sacrifice" wyróżniał się także przeróżnymi smaczkami - a to wstęp na mandolinie, a to jakieś zwolnienia... Niby nic zaskakującego, ale jednak czyniły one utwory bardziej wyrazistymi. Dzięki temu nie zlewały się w jedno, jak zawartość "Battering Ram". Tutaj tego typu urozmaiceń jest zdecydowanie mniej, a gdy już się pojawiają - tylko bardziej obnażają całkowity brak kreatywności muzyków. Bo trudno nie skojarzyć monologu rozpoczynającego "The Devil's Footprint" z początkiem "The Number of the Beast" Iron Maiden. Z kolei odgłosy burzy i deszczu otwierające "Eye of the Storm" są równie oryginalne, co tytuł tego kawałka. Nie dość, że wstępy te nic nie wnoszą do samych kompozycji, to są jedynymi ich fragmentami, które zdołałem zapamiętać - wszystko, co słychać później, zlewa się w całość z resztą albumu. Tak naprawdę jedynym utworem, którego nie pomyliłbym z pozostałymi, jest finałowy "Kingdom of the Cross". Na tym jednak kończą się jego zalety. To okropnie pretensjonalny kawałek, z monologiem w zwrotkach i przesłodzonym śpiewem w refrenie, na tle klimatycznego podkładu. Fatalny pomysł, zresztą zupełnie nie pasujący do reszty albumu.

Rozszerzone wydanie "Battering Ram" zostało wzbogacone o dodatkowy, bardzo nijaki utwór "Three Sheets to the Wind (The Drinking Song)", a także drugi dysk zatytułowany "Saxon Over Sweden 2011", a zawierający nagrania koncertowe - głównie sztandarowe hity zespołu z wczesnych lat 80., z "Heavy Metal Thunder", "747 (Strangers in the Night)", "Crusader" i "Wheels of Steel" na czele. Klasyka zawsze się obroni. Tylko po co ciągle wydawać ten sam materiał w nieznacznie innych wersjach? Czyżby z obawy, że podstawowa zawartość "Battering Ram" będzie niewystarczająco interesująca dla fanów, którzy jednak chętnie kupią go w wersji wzbogaconej o klasyczne utwory? Dziwna logika. A przecież wystarczyłoby trochę odpuścić na stare lata i rzadziej wchodzić do studia, za to więcej czasu poświęcić na komponowanie. Bo pod względem wykonawczym zespół wciąż daje radę i z pewnością nie nadszedł jeszcze czas na emeryturę.

Ocena: 5/10



Saxon - "Battering Ram" (2015)

1. Battering Ram; 2. The Devil's Footprint; 3. Queen of Hearts; 4. Destroyer; 5. Hard and Fast; 6. Eye of the Storm; 7. Stand Your Ground; 8. Top of the World; 9. To the End; 10. Kingdom of the Cross

Skład: Biff Byford - wokal; Paul Quinn - gitara; Doug Scarratt - gitara; Nibbs Carter - bass; Nigel Glockler - perkusja
Gościnnie: David Bower - dodatkowy wokal
Producent: Andy Sneap


22 października 2015

[Recenzja] Robert Plant - "Now and Zen" (1988)



"Now and Zen" to kolejny album Roberta Planta zdominowany przez brzmienia elektronicznie. O ile jednak poprzedni w dyskografii "Shaken 'n' Strirred" miał bardziej eksperymentalny charakter, tak tutaj jest zdecydowanie bardziej komercyjnie. Zawartość tego albumu to głównie banalne, popowe piosenki o typowym dla lat 80. plastikowym brzmieniu. Trzeba jednak odnotować, że więcej tutaj niż na poprzedniku brzmień gitarowych. Nowy gitarzysta w zespole Planta, Doug Boyle, wyraźnie zaznacza swoją obecność w większości utworów, a w dwóch z nich - "Heaven Knows" i "Tall Cool One" - gitarowe solówki zagrał sam Jimmy Page. Ich partie są jednak tylko dodatkiem, a utwory zachowują popowy charakter. "Tall Cool One" jest zresztą jednym z najbardziej koszmarnych kawałków w dorobku Planta. Powstał jako odpowiedź na nieautoryzowane wykorzystanie sampli z utworów Led Zeppelin przez hip hopowców z Beastie Boys. W "Tall Cool One" również pojawiają się sample dawnej grupy Planta (m.in. z "Whole Lotta Love" i "Black Dog"), a także niby rapowane partie wokalne i obrzydliwe, kiczowate brzmienia syntezatorów. Wyszło z tego coś, co określiłbym jako dyskotekową parodię rocka. To określenie idealnie pasuje także do - chyba jeszcze bardziej koszmarnego - "Why".

Nieco bardziej rockowo wypadają utwory "Helen of Troy" i "Billy's Revenge", w których brzmienia gitarowe zdecydowanie dominują nad - wciąż jednak obecnymi - syntezatorami. O ile jednak pierwszy z nich broni się za sprawą dobrej melodii, tak drugi sprawia wrażenie nieudanego nawiązania do projektu The Honeydrippers - nieudanego głównie przez typową dla lat 80. produkcję, która zupełnie nie pasuje do tego typu grania. Album zawiera jednak także dwie wyjątkowo udane kompozycje - "The Way I Feel" i "Ship of Fools" - bardziej stonowane, klimatyczne, z tym charakterystycznym dla Planta orientalizującym nastrojem. Wrażenie robi zwłaszcza drugi z nich, wyróżniający się naprawdę prześliczną linią wokalną. To także jedyny utwór, w którym brzmienia klawiszowe nie kojarzą się z dyskoteką lat 80. - ich rola ograniczona jest do klimatycznego tła. To prawdziwa perła, nie tylko na tym albumie, ale w całej dyskografii Roberta Planta. Trudno uwierzyć, że powstała w tym samym czasie, co obleśne "Tall Cool One" i "Why".

"Now and Zen" to wielka artystyczna porażka Roberta Planta. Jeden wspaniały utwór i dwa dobre tylko odrobinę podnoszą poziom. Przesłuchanie całości i tak jest ogromną męczarnią. Ten album zawiera wszystko, co najgorsze z plastikowej dekady w której powstał.

Ocena: 4/10



Robert Plant - "Now and Zen" (1988)

1. Heaven Knows; 2. Dance on My Own; 3. Tall Cool One; 4. The Way I Feel; 5. Helen of Troy; 6. Billy's Revenge; 7. Ship of Fools; 8. Why; 9. White, Clean and Neat; 10. Walking Towards Paradise

Skład: Robert Plant - wokal; Doug Boyle - gitara; Phil Scragg - bass; Chris Blackwell - perkusja i instr. perkusyjne; Phil Johnstone - instr. klawiszowe
Gościnnie: Jimmy Page - gitara (1,3); David Barratt - instr. klawiszowe; Marie Pierre, Toni Halliday, Kirsty MacColl - dodatkowy wokal
Producent: Robert Plant, Tim Palmer, Phil Johnstone


21 października 2015

[Recenzja] Lynyrd Skynyrd - "The Last Rebel" (1993)



Tym razem obyło się bez niepotrzebnego unowocześniania. "The Last Rebel" to album w całości utrzymany w klasycznym stylu Lynyrd Skynyrd. Niestety, pod względem kompozytorskim znów (tzn. tak jak na wydanym dwa lata wcześniej "1991") jest bardzo nierówno. Nie brakuje tutaj naprawdę świetnych utworów. Do nich bezsprzecznie należy "One Thing" - żywiołowy kawałek, z ostrym, bluesowym brzmieniem gitar, ciekawymi klawiszowymi ozdobnikami, bardzo nośną melodią i intrygującym zwolnieniem w drugiej połowie. Jeszcze lepiej wypada tytułowy "The Last Rebel", z rewelacyjnie budowanym napięciem, świetnym klimatem i podniosłym - ale nie przesadnie patetycznym - nastrojem, a do tego z wyrazistą, zapamiętywaną melodią. Podobny klimat przynosi także finałowy "Born to Run", wyróżniający się najbardziej rozbudowanymi solówkami. To już jednak nieco mniej porywający utwór. Do lepszych, ale również nie porywających, kompozycji można zaliczyć także "South of Heaven" (całkiem melodyjny, ale nic ponadto). Sporą część albumu stanowią jednak banalne kawałki w rodzaju "Good Lovin's Hard to Find", "Best Things in Life" (oba z brzmiącymi bardzo archaicznie dęciakami) i "Outta Hell in My Dodge". Oczywiście nie mogło zabraknąć kilku łagodniejszych kompozycji - tym razem dwóch, "Can't Take That Away" i "Love Don't Always Come Easy" - obie jednak wypadają wyjątkowo smętnie i trywialnie. Nie jest to zatem szczególnie udany album, ale posiadający kilka naprawdę wartych poznania momentów.

Ocena: 6/10



Lynyrd Skynyrd - "The Last Rebel" (1993)

1. Good Lovin's Hard to Find; 2. One Thing; 3. Can't Take That Away; 4. Best Things in Life; 5. The Last Rebel; 6. Outta Hell in My Dodge; 7. Kiss Your Freedom Goodbye; 8. South of Heaven; 9. Love Don't Always Come Easy; 10. Born to Run

Skład: Johnny Van Zant - wokal; Gary Rossington - gitara; Ed King - gitara; Randall Hall - gitara; Leon Wilkeson - bass; Kurt Custer - perkusja i instr. perkusyjne; Billy Powell - instr. klawiszowe
Gościnnie: Dale Krantz-Rossington - dodatkowy wokal
Producent: Barry Beckett


20 października 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Aftermath" (1966)



"Aftermath" to przełomowy album w dyskografii The Rolling Stones. Pierwszy, na którym znalazły się wyłącznie utwory skomponowane przez spółkę Richards / Jagger. Od razu słychać też, że poczynili znaczny postęp jako twórcy - zawarte tutaj utwory stoją na znacznie wyższym poziomie, niż wcześniejsze próby kompozytorskie muzyków. Szczególnie pod względem melodycznym. Najlepszym przykładem "Under My Thumb", wyróżniający się naprawdę rewelacyjną, bardzo chwytliwą melodią. Niewiele gorzej wypadają pod tym względem takie utwory, jak np. "Mother Little Helper", "Stupid Girl" lub "Out of Time". Znalazło się też tutaj kilka uroczych, staroświeckich ballad ("Lady Jane", "I Am Waiting", "Take It or Leave It") i odrobina proto-hard rocka dla równowagi ("Think"). Jednak "Aftermath" to nie tylko lepsze kompozycje. Zespół w końcu zaczął przykładać większą wagę do aranżacji. To już nie tylko surowy rhythm'n'blues, co najwyżej wzbogacony o pianino, organy lub harmonijkę (choć takie utwory wciąż się trafiają - vide "Doncha Bother Me", "Flight 505" lub "It's Not Easy"). Wykorzystane zostały tutaj także takie instrumenty, jak marimba, klawesyn, dulcimer, sitar i koto - na wszystkich z nich zagrał Brian Jones.

Najbardziej zaskakującym utworem jest jednak "Goin' Home" - pod względem muzycznym najbliższy rhythm'n'bluesowych korzeni grupy, ale zaprezentowany w formie jedenastominutowego jamu. Fakt, że nie ma w nim niczego rewolucyjnego - podobne rzeczy były już wcześniej grane przez innych wykonawców na koncertach. Jednak nikt wcześniej nie odważył się (lub nie uzyskał zgody wydawcy by) umieścić takie nagranie na longplayu. Przemysł fonograficzny opierał się wówczas na trzyminutowych piosenkach, a dla wydawców liczył się wyłącznie zysk i nikt nie chciał ryzykować promowania czegoś nowego. Wracając jednak do "Aftermath", warto zauważyć, że sam longplay także jest wyjątkowo długi jak na ówczesne standardy - 53 minuty z sekundami, podczas gdy przyjęty czas trwania płyt długogrających wynosił wówczas około 35 minut. Amerykańskie wydanie zostało jednak skrócone o jedenaście minut (i wydane z gorszą okładką). Pominięto na nim cztery utwory (wydane później w Stanach na różnych kompilacjach): "Mother's Little Helper", "Out of Time", "Take It or Leave It", oraz "What to Do". W zamian znalazła się nim jednak jedna kompozycja, przewyższająca wszystko, co zespół nagrał do tamtej pory (i większość tego, co później) - "Paint It Black". Jeden z największych przebojów grupy, wyróżniający się niesamowicie nośną melodią i orientalnym klimatem, tworzonym przez Jonesa za pomocą sitaru. Wraz z "Under My Thumb" i starszym "Play with Fire" należy do czołówki moich ulubionych utworów wczesnych Stonesów (tych z lat '64-'67).

Po raz kolejny amerykańskie wydanie okazało się lepsze od europejskiego. Jednak ze względu na ogromny postęp poczyniony przez zespół, postanowiłem przyznać "Aftermath" wysoką ocenę, bez względu na wydanie - oba na nią zasłużyły.

Ocena8/10



Okładka wydania amerykańskiego.
The Rolling Stones - "Aftermath" (1966)

EU: 1. Mother's Little Helper; 2. Stupid Girl; 3. Lady Jane; 4. Under My Thumb; 5. Doncha Bother Me; 6. Goin' Home; 7. Flight 505; 8. High and Dry; 9. Out of Time; 10. It's Not Easy; 11. I Am Waiting; 12. Take It or Leave It; 13. Think; 14. What to Do

US: 1. Paint It Black; 2. Stupid Girl; 3. Lady Jane; 4. Under My Thumb; 5. Doncha Bother Me; 6. Think; 7. Flight 505; 8. High and Dry; 9. It's Not Easy; 10. I Am Waiting; 11. Goin' Home

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka; Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Brian Jones - gitara, harmonijka, sitar, koto, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Bill Wyman - bass, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jack Nitzsche - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Ian Stewart - instr. klawiszowe
Producent: Andrew Loog Oldham


19 października 2015

[Recenzja] The Who - "Tommy" (1969)



"Tommy" to jedna z pierwszych i najbardziej znanych "oper rockowych" - specyficznego rodzaju albumu koncepcyjnego, na którym wszystkie utwory nie tylko mają wspólną tematykę, ale opowiadają jedną historię. Notabene, "Tommy" był pierwszym wydawnictwem określonym tym mianem. W rzeczywistości był jednak trzecią "operą rockową", po "The Story of Simon Simopath" Nirvany (brytyjskiej grupy wykonującej rock psychodeliczny) z 1967 roku, oraz późniejszej o rok "S.F. Sorrow" The Pretty Things. Pierwszeństwo pierwszeństwem, ale to własnie dzieło The Who było pierwszym w pełni dojrzałym przykładem takiej formy muzycznego wyrazu.

Sama historia nie należy może do najbardziej porywających. Tytułowy Tommy to chłopak, który w dzieciństwie był świadkiem jak jego ojciec, wcześniej uważany za zaginionego podczas wojny, wraca do domu i zabija kochanka swojej żony; w wyniku wstrząsu psychicznego, Tommy traci wzrok, słuch i mowę ("1921"). W zamian jednak rozwinął zmysł dotyku, który z czasem pomógł mu zostać mistrzem flippera ("Pinball Wizard"). Wkrótce stał się idolem ("Sensation"), wręcz kimś w rodzaju przywódcy religijnego ("I'm Free"), jednak szybko został porzucony przez swoich wyznawców ("We're Not Gonna Take It"). To oczywiście znaczne uproszczenie fabuły, rozłożonej na 24 utwory wypełniające to dwupłytowe wydawnictwo. Głównym kompozytorem i autorem tekstów jest Pete Townshend, który już od pewnego czasu próbował tworzyć większe formy muzyczne, jednak nigdy wcześniej nie miały one aż takiego rozmachu (vide "A Quick One, While He's Away", "Rael"). Jedynie cztery utwory zostały napisane przez kogoś innego - dwa przez Johna Entwistle'a ("Cousin Kevin", "Fiddle About"), jeden przez Keitha Moona ("Tommy's Holiday Camp"), a ponadto znalazł się tutaj jeden cover ("The Hawker" Sonny'ego Boya Williamsona II). Warto na chwilę zatrzymać się przy utworach Entwistle'a, ponieważ poruszają one wyjątkowo trudną i odważną tematykę, jak na ówczesną muzykę rozrywkową, a mianowicie maltretowanie i wykorzystywanie seksualne.

Osobiście nigdy nie przywiązywałem większej wagi do tekstów, o wiele bardziej istotna jest dla mnie sama muzyka. A pod tym względem "Tommy" również okazał się przełomowy. Dzięki powtarzalności kilku tematów całość brzmi niezwykle spójnie, jak jeden długi utwór. A jednocześnie nie można zarzucić mu braku zróżnicowania. Są tutaj i fragmenty cichsze, zdominowane przez brzmienia akustyczne (np. "It's a Boy", "Tommy Can You Hear Me?", "Sensation"), i bardziej dynamiczne (np. "1921", "Amazing Journey", "The Hawker"), a zdarza się też, że zespół proponuje coś mniej konwencjonalnego (dwa instrumentalne utwory o psychodelicznym nastroju - "Sparks" oraz ponad dziewięciominutowy "Underture"). Nie ma sensu omawiać dokładniej wszystkich fragmentów po kolei, właśnie ze względu na "całościowy" charakter albumu. Kilka kompozycji zasługuje jednak na szczególne wyróżnienie. Przede wszystkim singlowy przebój "Pinball Wizard", w którym ciekawie połączono brzmienia akustyczne z hardrockowym czadem, a ponadto wyróżniający się bardzo chwytliwą melodią. Pod tym ostatnim względem niewiele ustępują mu hardrockowy "Go to the Mirror!" i lżejszy brzmieniowo, ale równie dynamiczny "I'm Free". Interesującym utworem jest także "We're Not Gonna Take It", sam w sobie tworzący małą suitę. Ta sześciominutowa kompozycja składa się z trzech wyraźnie odrębnych, ale tworzących spójną całość, części. Stanowi też idealne zwieńczenie albumu, jako że powraca w niej kilka przewodnich tematów muzycznych.

Mimo wszystko, ciężko zgodzić mi się z opiniami, że "Tommy" to arcydzieło. Podstawowe pytanie, jakie należałoby zadać, to czy przypadkiem nie mamy tutaj do czynienia ze znacznym przerostem formy nad treścią? Przecież zawartą tutaj fabułę dałoby się zmieścić w jednym utworze - najwyżej wypełniającym jedną stronę płyty winylowej. Rozszerzenie tej historii do 75 minut jest jednak nieco sztuczne i pompatyczne. Album broni się jednak warstwą muzyczną, do której trudno się przyczepić. Może i nie wszystkie utwory prezentują równie wysoki poziom, ale razem tworzą udaną całość.

Ocena: 8/10



The Who - "Tommy" (1969)

LP1: 1. Overture; 2. It's a Boy; 3. 1921; 4. Amazing Journey; 5. Sparks; 6. The Hawker; 7. Christmas; 8. Cousin Kevin; 9. The Acid Queen; 10. Underture
LP2: 1. Do You Think It's Alright?; 2. Fiddle About; 3. Pinball Wizard; 4. There's a Doctor; 5. Go to the Mirror!; 6. Tommy Can You Hear Me?; 7. Smash the Mirror; 8. Sensation; 9. Miracle Cure; 10. Sally Simpson; 11. I'm Free; 12. Welcome; 13. Tommy's Holiday Camp; 14. We're Not Gonna Take It

Skład: Pete Townshend - wokal (LP1: 1-3,7-9, LP2: 1,3-6,8,9,12-14), gitara, instr. klawiszowe; Roger Daltrey - wokal (LP1: 3,4,6,7, LP2: 1,3-7,9-12,14), harmonijka; John Entwistle - bass, wokal (LP1: 8, LP2: 2,4,6,9,12,14), instr. dęte; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Kit Lambert


16 października 2015

[Recenzja] Winterhawk - "Revival" (1982)



Opisany przeze mnie tydzień temu Ashbury nie był bynajmniej jedynym zespołem, który w latach 80. odważył się grać ambitniejszą odmianę rocka, pozbawiając się szansy na odniesienie sukcesu. Kolejnym przykładem jest inne amerykańskie trio, Winterhawk. Jego początki sięgają końca lat 70., ale premiera pierwszego albumu, "Revival", przypadła dopiero na 1982 rok - a więc czasy, gdy rozbudowane, pełne rozimprowizowanych solówek utwory należały już do przeszłości. Chociaż twórczość Winterhawk miała większe szansę dotarcia do ówczesnej publiczności, niż to, co proponowali muzycy Ashbury - a więc przywoływanie klimatu nagrań Wishbone Ash i Jethro Tull sprzed dekady. Muzycy Winterhawk także wyraźnie inspirowali się muzyką z lat 70. - przede wszystkim chyba dokonaniami Rush i Budgie - ale jednocześnie nie odcinali się całkowicie od aktualnych trendów, bowiem na "Revival" słychać także pewne wpływy Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu.

Wpływy te ujawniają się przede wszystkim w rozpoczynającym album "Intro". Tytuł jest tutaj nieco mylący, ponieważ jest to coś więcej niż wstęp - pełnoprawny, niemal czterominutowy utwór instrumentalny. Z fantastycznymi gitarowymi popisami Jordana Macarusa, którym towarzyszy bardzo ciężki podkład rytmiczny. A to i tak dopiero rozgrzewka przed tym, co zespół proponuje dalej. Chociażby w bardzo intensywnym "Sanctuary", w którym ciężkie, riffowe zwrotki z dzikim wrzaskiem Douga Browna (niemal w stylu młodego Roba Halforda!) przeplatają się z ładnymi, balladowymi refrenami; pojawia się w nim także rewelacyjna gitarowa solówka. Albo niemal równie dynamiczny tytułowy "Revival", z uwypukloną w miksie świetną partią basu i bardzo ciekawym fragmentem instrumentalnym. Brzmi to jak jakaś zapomniana kompozycja Rush - zarówno w warstwie muzycznej, jak i wokalnej. Materiałem na przebój mógł być natomiast "Period of Change", z bardzo chwytliwą melodią, zwrotkami wzbogaconymi brzmieniem gitary akustycznej, zaostrzonym, hard rockowym refrenem, oraz kolejnymi wspaniałymi solówkami. Jest jeszcze wielki, majestatyczny finał w postaci ponad dziewięciominutowego "Free to Live" - podniosły wstęp, bardzo ładne balladowe zwrotki, ostrzejszy, ale bardzo chwytliwy refren i w końcu rozbudowana, rozimprowizowana część instrumentalna, z fenomenalnymi gitarowo-basowo-perkusyjnymi popisami. Prawdziwe arcydzieło lat 80.

Dwa utwory niestety odstają od reszty poziomem. Jednym z nich jest "Ace in the Hole". Wyjątkowo jak na ten album toporny, zwłaszcza w warstwie wokalnej (w tym jednym utworze rolę głównego wokalisty pełni Macarus). Ratują go jednak kolejne świetne popisy solowe - najpierw na basie, potem na gitarze. Kompletną pomyłką jest natomiast "Can't See the Forest for the Trees". Ten zaskakująco prosty, banalny kawałek w stylu rock and rollowym zupełnie nie pasuje do charakteru pozostałych kompozycji. Sprawdziłby się może jako żart na stronie B singla, ale na albumie niszczy jego spójność i klimat. Mimo wszystko, naprawdę warto zapoznać się tym longplayem. To solidna porcja grania na pograniczu hard rocka, heavy metalu i rocka progresywnego, wykonana ze sporą dawką energii, ale i wirtuozerii. A unoszący się nad całością klimat lat 70. - mimo że to już 1982 rok - jest kolejną zaletą "Revival". Co prawda, w chwili wydania takie zapatrzenie w przeszłość mogło być traktowane jako wada, ale dziś już wiadomo, że takie surowe brzmienie jest ponadczasowe, w przeciwieństwie do plastikowej produkcji lat 80. "Revival" to prawdziwa perła tej niesprzyjającej ambitniejszej muzyce dekady. 

Ocena: 9/10

PS. Poza oryginalnym winylowym wydaniem (zapewne bardzo trudnym do zdobycia) istnieją także dwie kompaktowe reedycje - z 2005 i 2006 roku. Obie różnią się od oryginalnego wydania kolejnością utworów - "Ace in the Hole" i "Sanctuary" zostały zamienione miejscami, co wyszło na dobre - a ta wcześniejsza zawiera ponadto trzy bonusowe utwory, w tym dwa nagrania demo zarejestrowane w 1986 roku (przeciętny instrumental "Fallen Dinosaur" i dość intrygujący "Elijah", oba brzmiące bardziej nowocześnie od utworów z podstawowego wydania, co niekoniecznie jest zaletą), oraz jedno koncertowe nagranie z 1978 roku (stricte heavy metalowy "Hammer and the Axe" z ciekawymi popisami instrumentalnymi, ale średni melodycznie). W zeszłym roku ukazało się także limitowane wydanie na... kasecie magnetofonowej (z oryginalną tracklistą).



Winterhawk - "Revival" (1982)

1. Intro; 2. Ace in the Hole; 3. Period of Change; 4. Can't See the Forest for the Trees; 5. Revival; 6. Sanctuary; 7. Free to Live

Skład: Doug Brown - wokal i bass, gitara (4); Jordan Macarus - gitara, wokal (2); Scott Benes - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Winterhawk


15 października 2015

[Recenzja] Robert Plant - "Shaken 'n' Stirred" (1985)



Po bardzo oldskulowej EPce nagranej pod szyldem The Honeydrippers - zawierającej przeróbki nagrań z lat 50. i 60. "Volume One" - Robert Plant postanowił stworzyć coś zupełnie odmiennego. "Shaken 'n' Stirred" w chwili wydania był albumem maksymalnie nowoczesnym. A że w 1985 roku panowała moda na zimne, odhumanizowane brzmienia syntezatorów - właśnie taki kierunek obrał Plant. "Shaken 'n' Stirred" w warstwie instrumentalnej zdominowany jest przez syntezatory. Na szczęście towarzyszy im prawdziwa perkusja, a nie automat, często słychać też głębokie partie "żywego" basu. Ale już rola gitary została ograniczona do minimum - Robbie Blunt nie gra tu żadnych solówek ani riffów, przeważnie wydobywa z instrumentu tylko pojedyncze dźwięki lub proste motywy pełniące rolę ozdobników. Przynajmniej w warstwie wokalnej nie ma większego kombinowania, jakiegoś przetwarzania śpiewu elektronicznymi efektami, bądź zastępowania go rapowaniem. Choć pewną nowością - w stosunku do wcześniejszego dorobku Planta - są żeńskie chórki, pojawiające się w kilku utworach.

Co ciekawe, nie jest to zbyt komercyjna muzyka - raczej eksperymentalna, często wręcz pozbawiona melodii (nie licząc linii wokalnych). Taki "Doo Doo a Do Do" wręcz wydaje się stworzony przez jakąś maszynę, nie prawdziwych muzyków. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że podczas nagrywania tego albumu Plant i pozostali muzycy skupili się głównie na aranżacjach, by były jak najbardziej współczesne, zaniedbując wcześniej etap komponowania. Dlatego często mamy tu do czynienia z chaosem (np. "Too Loud", "Easily Lead"), a czasem wręcz przeciwnie - z nieznośną monotonią ("Sixes and Sevens"). Najbardziej "normalnie" wypada singlowy utwór "Little by Little". Jedyny będący czymś więcej, niż pretekstem do zaprezentowania jakiś udziwnionych syntezatorowych brzmień. Choć pod względem aranżacyjnym nie odstaje od reszty albumu, w przeciwieństwie do pozostałych kawałków posiada naprawdę wyrazistą, zapadającą w pamieć melodię (nie tylko w linii wokalnej, ale też w świetnej partii basu). Bez problemu można by go zagrać w dowolnej innej aranżacji, bez żadnych ingerencji w melodię czy strukturę. Wątpię by udało się to z którymkolwiek z pozostałych kawałków.

Oczywiście Plantowi należy się pochwała za poszukiwania własnej muzycznej tożsamości - przecież mógłby sprzedawać miliony albumów grając wciąż w stylu Led Zeppelin - ale tutaj posunął się za daleko. Eksperymentowanie odbiło się na jakości muzyki. "Shaken 'n' Stirred" to zbiór bardzo słabych kompozycji, ukrytych w nowoczesnych - w chwili wydania - aranżacjach. A że tego typu brzmienia bardzo się zestarzały, dziś wszystkie niedostatki tego wydawnictwa są jeszcze bardziej obnażone. 

Ocena: 4/10



Robert Plant - "Shaken 'n' Stirred" (1985)

1. Hip to Hoo; 2. Kallalou Kallalou; 3. Too Loud; 4. Trouble Your Money; 5. Pink and Black; 6. Little by Little; 7. Doo Doo a Do Do; 8. Easily Lead; 9. Sixes and Sevens

Skład: Robert Plant - wokal; Jezz Woodroffe - instr. klawiszowe; Robbie Blunt - gitara, syntezator gitarowy; Paul Martinez - bass; Richie Hayward - perkusja
Gościnnie: Toni Halliday - dodatkowy wokal
Producent: Robert Plant, Tim Palmer, Benji Le Fevre


14 października 2015

[Recenzja] Lynyrd Skynyrd - "1991" (1991)



Chociaż wydawało się, że po katastrofie lotniczej z 1977 roku, w wyniku której zginęło dwóch muzyków zespołu, dalsza działalność Lynyrd Skynyrd jest niemożliwa, dokładnie dziesięć lat później zespół powrócił. W składzie znaleźli się niemal wszyscy muzycy, którzy przeżyli katastrofę, z wyjątkiem gitarzysty Allena Collinsa, który w 1986 roku po pijanemu spowodował wypadek samochodowy, w wyniku którego został sparaliżowany od pasa w dół i miał ograniczoną władzę w rękach (zmarł cztery lata później w wyniku powikłań). Na jego miejscu pojawił się jednak inny dawny członek grupy, Ed King. Trzecim gitarzystą, w miejsce zmarłego Steve'a Gainesa, został polecony przez Collinsa Randall Hall. Nowym wokalistą został natomiast Johnny Van Zant, młodszy brat Ronniego, posiadający niemal identyczną barwę głosu. Odrodzony zespół wyruszył w trasę (udokumentowaną koncertówką "Southern by the Grace of God", wydaną w 1988 roku), a kilka lat później muzycy postanowili wejść do studia, by stworzyć premierowy materiał.

Największą zaletą "1991" jest fakt, że - poza kilkoma bardziej eksperymentalnymi kawałkami - doskonale słychać jaki to zespół. Mimo kilkunastu lat przerwy i dwóch nowych muzyków, wciąż słychać tutaj charakterystyczny styl Lynyrd Skynyrd. Trzy pierwsze utwory - pełne porywających partii gitar, uwypuklonych brzmień klawiszowych i żeńskich chórków - mogłyby zostać nagrane zaraz po "Street Survivors" (oczywiście produkcja jest w nich bardziej nowoczesna). I wówczas miałyby szansę stać się kolejnymi klasycznymi utworami grupy. W 1991 roku nie miały już szans by stać się hymnami na miarę "Saturday Night Special" czy "That Smell" (do "Free Bird" i "Sweet Home Alabama" celowo ich nie porównuję, bo to nie ten poziom). Mimo, że otwierający "Smokestack Lightning" był największym singlowym przebojem zespołu w Stanach, a "Keeping the Faith" (także wydany na singlu, ale będący nieco mniejszym przebojem) i "Southern Women" bynajmniej nie ustępują mu pod względem przebojowości, muzycy szybko przestali wykonywać je na żywo, tym samym skazując je na zapomnienie.

Gdyby cały album był utrzymany na poziomie powyższych kawałków, można by mówić o naprawdę wielkim powrocie. Niestety, tuż po nich zaczyna się bardziej eksperymentalna część albumu. Łagodny "Pure & Simple" nie ma uroku klasycznych ballad grupy - zamiast tego zbliża się do komercyjnego pop rocka w stylu Bryana Adamsa. Jeszcze gorszy jest "I've Seen Enough", wzbogacony o niemal hip hopowe "gadki". Czy rzeczywiście takie unowocześniane brzmienia było grupie potrzebne? Dawnych fanów mogło to tylko zniechęcić, a wątpię, by pomogło grupie zdobyć nowych. Później zespół wraca na właściwe tory, ale cóż z tego, skoro melodie są miałkie ("Good Thing") i wyraźnie zaczyna brakować pomysłów (sztampowy blues "Money Man"). Dopiero zadziorny "Backstreet Crawler" może się równać z początkiem albumu. A tuż po nim rozbrzmiewa najbardziej chyba chwytliwy kawałek - oparty na wyrazistym rytmie, ostry "It's a Killer". Niestety, na nim kończą się pozytywy albumu. Na koniec zespół zaproponował dwie bardzo przeciętne ballady, "Mama (Afraid to Say Goodbye)" i "End of the Road". W przeciwieństwie do "Pure & Simple" przynajmniej słychać, że to Lynyrd Skynyrd, ale brakuje im dobrych melodii i porywających solówek.

Gdyby nie koszmarne "I've Seen Enough" i "Pure & Simple", byłby to całkiem przyzwoity album, z kilkoma naprawdę niezłymi utworami i kilkoma niedrażniącymi wypełniaczami. Niestety, oba wspomniane kawałki znacząco obniżają poziom całości. W rezultacie "1991" w chwili wydania był najsłabszym albumem Lynyrd Skynyrd.

Ocena: 6/10



Lynyrd Skynyrd - "1991" (1991)

1. Smokestack Lightning; 2. Keeping the Faith; 3. Southern Women; 4. Pure & Simple; 5. I've Seen Enough; 6. Good Thing; 7. Money Man; 8. Backstreet Crawler; 9. It's a Killer; 10. Mama (Afraid to Say Goodbye); 11. End of the Road

Skład: Johnny Van Zant - wokal; Gary Rossington - gitara; Ed King - gitara; Randall Hall - gitara; Leon Wilkeson - bass; Artimus Pyle - perkusja i instr. perkusyjne; Kurt Custer - perkusja; Billy Powell - instr. klawiszowe
Gościnnie: Dale Krantz-Rossington, Stephanie Bolton, Susan Marshall - dodatkowy wokal; Eric Martin - dodatkowy wokal (4)
Producent: Tom Dowd


13 października 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Out of Our Heads" (1965)



"Out of Our Heads" to pierwszy naprawdę godny poznania longplay w dyskografii Stonesów. Trzeba jednak dodać, że chodzi wyłącznie o wersję amerykańską. Europejski odpowiednik - wydany dwa miesiące później, z inną okładką i ledwie sześcioma wspólnymi utworami - wypada znacznie mniej ciekawie. A to dlatego, że wyłącznie amerykańskie wydanie zawiera najlepsze utwory zespołu z tamtego okresu, w tym dwa wielkie singlowe przeboje - bardzo chwytliwy "The Last Time" oraz "(I Can't Get No) Satisfaction" oparty na ciężkim riffie zwiastującym nadejście hard rocka - a także stronę B pierwszego z nich, czyli bardzo uroczy, akustyczny "Play with Fire". To zdecydowanie trzy najlepsze utwory, jakie grupa do tamtej pory stworzyła. Wydanie europejskie w zamian oferuje trzy inne autorskie utwory zespołu (przyjemne, melodyjne, ale nie mogące równać się z powyższymi "Heart of Stone", "Gotta Get Away" i "I'm Free"), a także trzy covery (bardzo ostro brzmiące wykonanie "She Said Yeah" Larry'ego Williamsa, oraz sztampowe "Talkin' About You" Chucka Berry'ego i "Oh, Baby (We Got a Good Thing Going)" Barbary Lynn Ozen).

Z "europejskimi" utworami mogły natomiast konkurować trzy pozostałe kawałki obecne jedynie na amerykańskim wydaniu: cover "I'm Alright" Bo Diddleya (bardzo energetyczne, ale fatalnie brzmiące nagranie koncertowe z brytyjskiej EPki "Got Live If You Want It!", także wydanej w 1965 roku) oraz autorskie "The Spider and the Fly" (strona B singla "Satisfaction") i "One More Try" (w Europie wydany dopiero w 1971 roku, na kompilacji "Stone Age", zbierającej tego typu rarytasy), pokazujące bardziej bluesowe oblicze grupy. Podobny, a więc raczej średni, poziom prezentuje także sześć utworów wspólnych dla obu wersji albumu. Znalazł się wśród nich tylko jeden - i to bardzo przeciętny - utwór napisany przez muzyków zespołu, "The Under Assistant West Coast Promotion Man". Wszystkie pozostałe to kolejna porcja przeróbek, wśród których warto wyróżnić chwytliwy "Mercy, Mercy" z repertuaru Dona Covaya, bardzo melodyjny "Good Times" Sama Cooke'a, oraz balladowy "That's How Strong My Love Is" Overtona Vertisa Wrighta.

Amerykańscy fani dostali nie tylko lepszą wersję "Out of Our Heads", ale także ciekawe uzupełnienie w postaci wydawnictwa "December's Children (And Everybody's)", opublikowanego pod koniec 1965 roku. Poza czterema nagraniami z europejskiego "Out of Our Heads" ("She Said Yeah", "Talkin' About You", "I'm Free" oraz "Gotta Get Away"; pozostałe dwa, "Heart of Stones" i "Oh Baby", były już wcześniej wydane na "The Rolling Stones, Now!"), znalazło się na nim osiem innych utworów, w tym m.in. dwa kolejne fragmenty "Got Live If You Want It!" ("Route 66", "I'm Moving On"), nowe singlowe przeboje (czadowy i zarazem bardzo chwytliwy "Get Off of My Cloud", oraz ładna, ale zbyt przesłodzona ballada "As Tears Go By"), a także kilka niedostępnych wówczas w Europie kawałków ("Look What You've Done" i "Turn Blue to Grey", wydane dopiero na wspomnianym "Stone Age").

Różnice w repertuarze obu wydań "Out of Our Heads" w znaczny sposób wpływają na ich odbiór. Podczas gdy europejska wersja sugeruje, że zespół od czasu debiutu stał w miejscu (covery wciąż dominują nad własnymi utworami, którym dalej brakuje większej finezji), tak amerykańskie wydanie udowadnia, że jednak muzycy poczynili pewien postęp i nie tylko zaczęli tworzyć więcej własnych utworów, ale też stawały się one coraz bardziej przebojowe, a nawet odrobinę bardziej dojrzałe.

Ocena wyd. EU: 6/10
Ocena wyd. US: 7/10



Okładka wydania amerykańskiego.
The Rolling Stones - "Out of Our Heads" (1965)

US: 1. Mercy Mercy; 2. Hitch Hike; 3. The Last Time; 4. That's How Strong My Love Is; 5. Good Times; 6. I'm All Right (live); 7. (I Can't Get No) Satisfaction; 8. Cry to Me; 9. The Under Assistant West Coast Promotion Man; 10. Play with Fire; 11. The Spider and the Fly; 12. One More Try

EU: 1. She Said Yeah; 2. Mercy, Mercy; 3. Hitch Hike; 4. That's How Strong My Love Is; 5. Good Times; 6. Gotta Get Away; 7. Talkin' Bout You; 8. Cry to Me; 9. Oh, Baby (We Got a Good Thing Going); 10. Heart of Stone; 11. The Under Assistant West Coast Promotion Man; 12. I'm Free

The Rolling Stones - "December's Children (And Everybody's)" (1965)

1. She Said Yeah; 2. Talkin' About You; 3. You Better Move On; 4. Look What You've Done; 5. The Singer, Not the Song; 6. Route 66 (live); 7. Get Off of My Cloud; 8. I'm Free; 9. As Tears Go By; 10. Gotta Get Away; 11. Blue Turns to Grey; 12. I'm Moving On (live)

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka; Keith Richards - gitara; Brian Jones - gitara, harmonijka, organy; Bill Wyman - bass; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Ian Stewart - pianino; Jack Nitzsche - klawesyn
Producent: Andrew Loog Oldham


12 października 2015

[Recenzja] The Who - "The Who Sell Out" (1967)



"The Who Sell Out" to jeden z pierwszych albumów sensu stricto. Nie będący kompilacją przypadkowych piosenek, a pewną całością. Oczywiście nie jest to jeszcze album koncepcyjny (na to przyszła pora dwa lata później), zawarte tutaj utwory nie opowiadają jednej historii. A jednak pojawia się tutaj pewien zamysł - pomiędzy właściwe kompozycje wpleciono jingle z pirackich stacji radiowych (prawdziwe, wykorzystane bez niczyjej zgody) i utwory parodiujące reklamy (przede wszystkim orkiestrowy "Heinz Baked Beans"), które powodują wrażenie, że słuchamy nie płyty, a radia. Efekt ten potęgowany jest przez zróżnicowanie stylistyczne utworów, a także fakt, że śpiewa w nich aż czterech różnych muzyków (trzech członków zespołu i jeden gość). Dzięki temu można odnieść wrażenie, że są wykonywane przez różnych wykonawców - zupełnie jak w radiu.

Ciekawy pomysł na album to jednak jedno, a osobną kwestię stanowi poziom samych utworów. Już otwierający całość "Armenia City in the Sky" wywołuje co najmniej konsternacje, bowiem trudno nie usłyszeć tutaj ewidentnego podobieństwa do beatlesowskiego "Tomorrow Never Knows", z wydanego ponad rok wcześniej albumu "Revolver". I to bynajmniej nie na zasadzie inspiracji, a raczej plagiatu. Nie do końca przekonuje mnie także kierunek, który zespół obrał w większości pozostałych utworów. Niemal zupełnie uleciała tutaj "dzikość" poprzednich wydawnictw grupy. Album zdominowany jest przez łagodne, często akustyczne, kawałki, o bardzo piosenkowym , popowym charakterze. Czasem wręcz odrzucające banalnymi melodiami (np. "Mary Anne with the Shaky Hand", "Tattoo" i szczególnie "Can't Reach You" z drażniącym, płaczliwym śpiewem Pete'a Townshenda), chociaż zdarzają się wśród nich także perełki w rodzaju "Sunrise" i "Silas Stingy". Ten ostatni, to mój zdecydowany faworyt z tego albumu. Przepiękny utwór z organami odgrywającymi główną rolę w warstwie muzycznej oraz przeuroczymi harmoniami wokalnymi. Brzmienia organowe bardzo fajnie wpleciono także w dynamiczny "Relax" - kolejny udany fragment longplay. Chociaż na szczególne wyróżnienie zasługują dwie inne kompozycje.

Najbardziej znanym z tutejszych utworów jest "I Can See for Miles". Po jego nagraniu, Townshend przechwalał się, że stworzył najgłośniejszy, najbardziej surowy i najbardziej brudny utwór, jaki kiedykolwiek powstał. Fakty tego nie potwierdzają. Townshend mógł jakimś cudem przeoczyć premiery "Are You Experienced?" The Jimi Hendrix Experience i "Disraeli Gears" Cream (oba albumy także ukazały się w 1967 roku), trudno jednak uwierzyć, że nie słyszał takich utworów, jak "(I Can't Get No) Satisfaction" Stonesów czy "You Really Got Me" The Kings, a oba są przecież cięższe i bardziej surowe od "I Can See for Miles". Bo chociaż utwór posiada naprawdę mocną - jak na tamte czasy - partię perkusji i mnóstwo gitarowych sprężeń, to jednak znacznie łagodzi go bardzo delikatna, stricte popowa partia wokalna. Inna sprawa, że to naprawdę dobra kompozycja, o mocno zapadającej w pamięć melodii. Koniecznie muszę wspomnieć także o finałowym "Rael (1 and 2)" - kolejnym, po "A Quick One, While He's Away", rozbudowanym, wielowątkowym utworze. Tym razem jednak krótszy (nie przekracza sześciu minut) i o wiele bardziej spójny - nie jest to kolejny chaotyczny zlepek kilku utworów, a przemyślana od początku do końca kompozycja.

"The Who Sell Out" pomimo ciekawego - i bardzo oryginalnego - pomysłu, pozostawia raczej mieszane odczucia. Mimo wszystko, jest tutaj kilka naprawdę udanych utworów, które równoważą te słabsze fragmenty.

Ocena: 7/10



The Who - "Sell Out" (1967)

1. Armenia City in the Sky; 2. Heinz Baked Beans; 3. Mary Anne with the Shaky Hand; 4. Odorono; 5. Tattoo; 6. Our Love Was; 7. I Can See for Miles; 8. Can't Reach You; 9. Medac; 10. Relax; 11. Silas Stingy; 12. Sunrise; 13. Rael (1 and 2)

Skład: Roger Daltrey - wokal (1,3,5,7,10,13), dodatkowy wokal, instr. perkusyjne; Pete Townshend - gitara, wokal (3-6,8,10,12), dodatkowy wokal, instr. klawiszowe, flażolet, bandżo; John Entwistle - bass, wokal (2,9,11), dodatkowy wokal, instr. dęte; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Al Kooper - instr. klawiszowe; John "Speedy" Keen - wokal (1)
Producent: Kit Lambert


9 października 2015

[Recenzja] Ashbury - "Endless Skies" (1983)



Od kilkunastu lat panuje moda na retro granie w stylu lat 70. (szczególnie w krajach skandynawskich i w Stanach). Jednak w latach 80. nagranie i wydanie albumu brzmiącego (pod względem stylistycznym i produkcyjnym), jakby przeleżał dziesięć lat w archiwum, było nie tylko rzadkim i odważnym, ale i nierozważnym posunięciem. Zespół debiutujący z takim materiałem był skazany na porażkę. Przykładem takiej sytuacji jest amerykańska grupa Ashbury, która rozpadła się wkrótce po wydaniu pierwszego - i przez wiele lat jedynego - albumu, mając na koncie jedynie lokalne sukcesy. Potencjał w twórczości zespołu niewątpliwie był, ale "Endless Skies" ukazał się w niewłaściwym czasie, niesprzyjającym ambitniejszym odmianom rocka. Dekadę wcześniej - a może i nawet dekadę później - album niewątpliwie odniósłby większy sukces.

Chociaż Ashbury to zespół amerykański, zawartości "Endless Skies" bliżej do dokonań brytyjskich grup. Z naciskiem na Wishbone Ash i Jethro Tull. Inspiracja nimi jest ewidentna, ale muzycy Ashbury wypracowali swój własny styl, który najprościej można określić jako hard rock z dużą ilością gitary akustycznej i niemal folkowym śpiewem. Brzmi to oryginalnie, nawet jeśli wymienione wyżej grupy nagrywały podobne rzeczy. Dobrą wizytówką zespołu jest już otwierający longplay utwór "The Warning", w którym ciężkie gitarowe riffy, ostre solówki i mocna gra perkusisty, kontrastują z niemal folkowymi dźwiękami gitary akustycznej i raczej subtelną partią wokalną, z fantastycznymi harmoniami w refrenie. Kompozycja posiada naprawdę rewelacyjną melodię i kilka lat wcześniej mogłaby być sporym przebojem. Na tych samych patentach zbudowany jest także kolejny kawałek, "Take Your Love Away". Może odrobinę słabszy ze względu na dość trywialny refren, ale wynagradzają to świetne gitarowe unisona w stylu Wishbone Ash. Pewnym zaskoczeniem może być natomiast "Vengeance" - najcięższy utwór na albumie. Czy to jeszcze hard rock, czy już heavy metal? Utwór opiera się na ciężkim riffowaniu, w którym słychać nawet coś ze stylistyki Black Sabbath. Tym razem kontrast między warstwą instrumentalną, a wokalem (tylko odrobinę mocniejszym niż w pozostałych utworach) jest jeszcze bardziej wyraźny, co zresztą daje naprawdę niesamowity efekt.

"Madman", dla odmiany, rozpoczyna się balladowo, wyłącznie z akompaniamentem gitar akustycznych, z czasem jednak nabiera dynamiki (świetne wejście perkusji pod koniec drugiej minuty, rozpędzony, ale bardzo przebojowy refren, oraz jeszcze szybsze solówki). Na tym samym schemacie opiera się także "Mystery Man". "Hard Fight" to z kolei klasyczna rockowa ballada, z prześliczną partią wokalną w zwrotkach i obowiązkowym zaostrzeniem w refrenie. W umieszczonym na finał albumu tytułowym "Endless Skies" słychać natomiast wpływy rocka progresywnego. To najbardziej złożona kompozycja, w której fragmenty balladowe, oparte na gitarze akustycznej, przeplatają się z ciężkim, hardrockowym riffowaniem. Pojawia się tutaj także bardzo urocza część z akompaniamentem pianina (poza tym nieobecnego na albumie), po której rozbrzmiewa porywające gitarowe solo - niestety, zdecydowanie za krótkie. Mogłoby być punktem wyjścia do dłuższej improwizacji - ale to w końcu już nie te czasy... Poza wymienionymi wyżej utworami, longplay zawiera także dwie instrumentalne miniaturki: akustyczną "Twilight", oraz "No Mourning" z gitarowymi unisonami. Ta pierwsza fajnie wprowadza w błąd przed ciężkim "Vengeance", druga natomiast zupełnie nic nie wnosi do całości - chyba lepiej sprawdziłaby się jako część "normalnego" utworu, niż osobny byt.

"Endless Skies" to nie tylko ścisła czołówka najlepszych "nieznanych" albumów, ale wręcz jedno z najlepszych rockowych wydawnictw lat 80. Zachwycające klimatem poprzedniej dekady, nie będące jednak zwykłą kopią - muzycy Ashbury potrafili nawiązać do twórczości swoich mistrzów bez przekraczania granicy między inspiracją, a plagiatem. Niewątpliwie mieli też dar tworzenia naprawdę dobrych melodii - coś, czego brakuje większości dzisiejszych grup obracających się w takich retro klimatach.

Ocena: 8/10

PS. Podobnie jak wiele innych podobnych zespołów, które zostały docenione dopiero wiele lat po rozpadzie, Ashbury reaktywował się w XXI wieku. W 2010 roku muzycy wydali swój drugi album, "Something Funny Going On" - stylistycznie nieodbiegający daleko od debiutu, ale już nie tak porywający.



Ashbury - "Endless Skies" (1983)

1. The Warning; 2. Take Your Love Away; 3. Twilight; 4. Vengeance; 5. Madman; 6. Hard Fight; 7. No Mourning; 8. Mystery Man; 9. Endless Skies

Skład: Randy Davis - wokal, gitara, bass, syntezatory, instr. perkusyjne; Rob Davis - wokal, gitara, syntezatory; Johnnie Ray - perkusja
Gościnnie: Jerry Van Dielen - pianino (9)
Producent: Roger King, Randy Davis i Rob Davis


8 października 2015

[Recenzja] The Honeydrippers - "Volume One" EP (1984)



Korzenie projektu The Honeydrippers sięgają 1981 roku, kiedy Robert Plant, niedługo po rozpadzie Led Zeppelin, postanowił stworzyć grupę wykonującą przeróbki rhythm'n'bluesowych kawałków z lat 40. i 50. Składu dopełnili m.in byli członkowie Chicken Shack, Robbie Blunt i Andy Silvester. Działalność zespołu skończyła się na kilku koncertach w Wielkiej Brytanii, po czym Plant rozpoczął karierę solową (Blunt pozostał jego głównym współpracownikiem). Trzy lata później Ahmet Ertegün, szef Atlantic Records, wymarzył sobie wydanie albumu z nowymi wersjami jego ulubionych utworów z lat 50. Pozostało tylko zebrać odpowiednich muzyków. Oczywistym wyborem był Plant - właśnie ze względu na The Honeydrippers. Jednak pomimo odświeżenia tego szyldu, tym razem byłemu wokaliście Led Zeppelin  towarzyszyli zupełnie inni muzycy: m.in. gitarzysta Nile Rodgers (z funkowego Chic), pianista Paul Shaffer, basista Wayne Pedziwiatr, oraz perkusista Dave Weckl. Ponadto w nagraniach wzięli udział muzycy grający na instrumentach dętych i smyczkowych, a za gitarowe solówki odpowiadają Jimmy Page i Jeff Beck.

Muzycy zarejestrowali razem tylko pięć utworów, które wypełniły EPkę zatytułowaną "Volume One". Wbrew obiecującemu tytułowi, okazała się ona jedynym wydawnictwem The Honeydrippers. Szkoda, ponieważ zawarta tutaj muzyka wypada bardzo intrygująco. Wersje The Honeydrippers brzmią oczywiście bardziej współcześnie od oryginałów, ale zachowano w nich klimat retro. Te wszystkie staromodne wielogłosy, bogate, niemal orkiestrowe aranżacje, oraz typowa dla tamtych czasów gra sekcja rytmiczna tworzą tutaj fantastyczny klimat. Najwspanialszym momentem albumu jest chyba "Sea of Love" z repertuaru Phila Phillipsa. Cudowna melodia, świetnie zaśpiewana przez Planta z akompaniamentem głównie smyczków i pianina. Do tego krótka, ale wspaniała solówka Page'a. W Stanach utwór był sporym przebojem - ku rozgoryczeniu Planta singiel sprzedawał się tam lepiej, niż jego solowe kawałki. Konkurentem "Sea of Love" do tytułu najlepszego utworu na EPce jest "Young Boy Blues" z repertuaru Bena E. Kinga - kolejna urocza, bardzo melodyjna ballada ze smyczkami. Świetnie wypada także dynamiczny "Rockin' at Midnight" Roya Browna, w którym na pierwszy plan wysuwają się brzmienia dęciaków, w tym saksofonowa solówka Keitha Evansa. Ale znalazło się też miejsce na oszczędny bluesowy popis gitarowy Becka. Nieco mniej porywająco wypadają dwa pozostałe kawałki - "I Get a Thrill" Wynonie Harrisa i "I Got a Woman"  Raya Charlesa - ale to wciąż bardzo przyjemne granie.

Ciekawy eksperyment i bardzo fajna EPka. Przywołująca klimat muzyki lat 50., ale nie brzmiąca tak archaicznie. Zresztą brzmienie "Volume One" jest bardzo uniwersalne i do dziś świeże, w przeciwieństwie do "normalnych" albumów Roberta Planta i Jimmy'ego Page'a z tamtego okresu, które pod tym względem bardzo się zestarzały. Szkoda, że na tym jednym - i to zaledwie osiemnastominutowym - wydawnictwie The Honeydrippers zakończyło działalność.

Ocena: 8/10



The Honeydrippers - "Volume One" EP (1984)

1. I Get a Thrill; 2. Sea of Love; 3. I Got a Woman; 4. Young Boy Blues; 5. Rockin' at Midnight

Skład: Robert Plant - wokal; Nile Rodgers - gitara; Wayne Pedziwiatr - bass; Dave Weckl - perkusja; Paul Shaffer - pianino; Jimmy Page - gitara (1,2); Jeff Beck - gitara (3,5); Keith Evans - saksofon (5)
Gościnnie: Crispin Cioe - saksofon; Arno Hecht - saksofon; Bob Funk - puzon; Paul Litteral - trąbka; Ula Hedwig, Chrissie Faith, Millie Whiteside - dodatkowy wokal
Producent: Ahmet Ertegün, Robert Plant i Phil Carson


7 października 2015

[Recenzja] Lynyrd Skynyrd - "Legend" (1987)



Kolejna, po "First and... Last", kompilacja z odrzutami. Wydana dziesięć lat po katastrofie samolotu, w której zginęli Ronnie Van Zant i Steve Gaines, jest swego rodzaju hołdem dla nich. I chyba wyłącznie w ten sposób można wytłumaczyć brak dwóch najlepszych utworów, jakie wówczas skrywało jeszcze archiwum zespołu - "You Run Around" i "Ain't Too Proud to Pray" - ponieważ w żadnym z nich nie wystąpił ani Van Zant, ani Gaines. Szkoda, ponieważ mogłyby podnieść poziom tego wydawnictwa. Chociaż niewiele. Bo nie ma co ukrywać, że "Legend" praktycznie nie przynosi nic szczególnie wartościowego. To głównie utwory, które słusznie nie znalazły się na żadnym z wcześniejszych (włącznie z "First and... Last") albumów. Wyjątek stanowi oczywiście klasyczny "Simple Man", umieszczony tutaj w koncertowej wersji z 1976 roku (nagranej w tym samym czasie, co koncertówka "One More from the Road" i obecnej na jej reedycjach).

Z pozostałych, studyjnych, utworów tylko dwa były wcześniej wydane - "Mr. Banker" i "Take Your Time" znalazły się na stronach B singli "Gimme Three Steps" i "Don't Ask Me No Questions". Pierwszy to monotonny akustyczny blues - trwa ponad pięć minut, a pomysłów w nim na... pięć sekund. Dłuższy o dwie minuty "Take Your Time" jest nieco żywszy, ale strasznie banalny i usypiający przydługimi solówkami (na gitarach i pianinie), zagranymi zupełnie bez polotu. Podobny poziom prezentuje większość z niewydanych wcześniej kawałków, np. niewyszukana ballada country "When You Got Good Friends", albo smętny "Four Walls of Raiford". Najbardziej rozczarowuje jednak "Sweet Little Missy" - rozpoczyna go naprawdę intrygujący riff, ale niestety muzykom kompletnie zabrakło pomysłów na dalszą część utworu. Na tle całości broni się natomiast dynamiczny "Georgia Peaches", mimo że niczym szczególnym się nie wyróżnia. Zaś najbardziej interesującą kompozycją jest soulująca ballada "One in the Sun", stylistycznie bliższa The Allman Brothers Band niż Lynyrd Skynyrd. Utwór został bardzo ładnie zaśpiewany przez Gainesa, wyróżnia się także pięknymi solówkami na gitarze i pianie.

"Legend" to praktycznie pozycja wyłącznie dla największych wielbicieli Lynyrd Skynyrd. Innych może raczej zniechęcić do zespołu, szczególnie jeśli będzie to ich pierwszy kontakt z jego twórczością.

Ocena: 4/10



Lynyrd Skynyrd - "Legend" (1987)

1. Georgia Peaches; 2. When You Got Good Friends; 3. Sweet Little Missy; 4. Four Walls of Raiford; 5. Simple Man (live); 6. Truck Drivin' Man; 7. One in the Sun; 8. Mr. Banker; 9. Take Your Time

Skład: Ronnie Van Zant - wokal (1-6,8,9); Gary Rossington - gitara (1-9); Allen Collins - gitara (1-9); Steve Gaines - gitara (1,3-5,7), wokal (7); Leon Wilkeson - bass (1,3-5,7); Artimus Pyle - perkusja (1,3,5); Billy Powell - instr. klawiszowe (1-5,7,9); Ed King - gitara (6,8), bass (9); Bob Burns - perkusja (6,9)
Gościnnie: Don Barnes - gitara (2); Larry Junstrom - bass (2); Steve Bookins - perkusja (2); Jeff Carlisi - gitara (4); Ron Brooks - bass (7)
Producent: Al Kooper, Tom Dowd, John Ryan


6 października 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "The Rolling Stones No. 2" (1965)

+ "12 X 5" (1964) / "The Rolling Stones, Now!" (1965)




Do połowy lat 60. w muzycznym biznesie liczyły się przede wszystkim single. Płyty długogrające nie były traktowane poważnie. Nie wydawano wówczas na nich albumów, a zbiory przypadkowych piosenek, dobieranych nie przez muzyków, a pracowników wytwórni. A ponieważ po obu stronach Atlantyku wydawaniem płyt jednego wykonawcy zajmowały się zupełnie inne firmy, europejskie i amerykańskie dyskografie często zawierały zupełnie inne pozycje. Amerykańscy wydawcy mieli tendencje do dzielenia utworów pochodzących z jednej brytyjskiej płyty na dwa osobne longplaye, wydawane w odstępstwie kilku miesięcy, a które uzupełniano dodatkowym materiałem, głównie pochodzącym z niealbumowych singli. To, a także fakt, że w tamtym czasie wiele utworów ukazywało się wyłącznie na singlach, było sporym utrudnieniem dla fanów, którzy chcieli zebrać wszystkie kompozycje ulubionego wykonawcy. I o ile np. w przypadku The Beatles sytuacja została po latach unormowana (pod koniec lat 80. przyjęto wydania brytyjskie za obowiązujące na całym świecie, a wszystkie nieobecne na nich utwory skompilowano na dwóch składankach z serii "Past Masters"), tak fani The Rolling Stones wciąż mogą mieć problem z posiadaniem na płytach wszystkich utworów grupy. Nie wystarczy zdecydować czy będzie się zbierać wydania brytyjskie czy amerykańskie - ani jedne, ani drugie nie są kompletne (chociaż te drugie są zdecydowanie pełniejsze). Szczególnie widać to na przykładzie trzech albumów z przełomu lat 1964/65 - amerykańskich "12 X 5" i "The Rolling Stones, Now!", oraz europejskiego "The Rolling Stones No. 2".

Wydany jako pierwszy, w październiku 1964 roku, "12 X 5" jest właściwie rozbudowaną wersją brytyjskiej EPki "Five to Five" (z sierpnia). Ponieważ EPki nie były wówczas popularnym formatem w Stanach, tamtejszy wydawca postanowił rozszerzyć wydawnictwo do formatu płyty długogrającej. Konkretnie - do dwunastu utworów (stąd też ta liczba w tytule; piątka odnosi się natomiast do liczby członków zespołu). Na "12 X 5" złożyło się zatem pięć utworów z "Five to Five" (covery "Around and Around" Chucka Berry'ego, "Confessin' the Blues" Waltera Browna, oraz "If You Need Me" Wilsona Picketta, a także dwie własne kompozycje - "Empty Heart" i "2120 South Michigan Avenue"), a ponadto dwa najnowsze single (covery "It's All Over Now" Bobby'ego Womacka i "Time Is on My Side" Kaia Windinga) i ich strony B (autorskie "Good Times, Bad Times" i "Congratulations"), a także trzy niewydane wcześniej utwory (własny "Grown Up Wrong", oraz covery "Under the Boardwalk" The Drifters i "Susie Q" Dale'a Hawkinsa). Większość tych utworów to po prostu typowy dla grupy surowy rhythm'n'blues, nieodbiegający od tego, co zaprezentowali na debiutanckim albumie. Kilka utworów zasługuje jednak na szczególne wyróżnienie. Przede wszystkim "Time Is on My Side", czarujący naprawdę urzekającą melodią i ładną partią organów w tle. Zachwycającą melodię posiada także balladowy "Congratulations" - pierwszy dowód na to, że członkowie zespołu potrafią pisać zgrabne piosenki. Przyjemnym, choć bardzo archaicznym, utworem jest także "Under the Boardwalk". Warto też zwrócić uwagę na czadowe wykonanie "Susie Q".

"The Rolling Stones No. 2" został wydany w styczniu 1965 roku. Poza utworami "Grown Up Wrong",  "Under the Boardwalk" i "Susie Q", oraz "poprawioną" wersją "Time Is on My Side" (z partią gitary dodaną do oryginalnie wyłącznie organowego wstępu), przyniósł osiem zupełnie nowych kawałków. W tym dwa autorstwa zespołu: dość łagodny i melodyjny "What a Shame", oraz naprawdę chwytliwy "Off the Hook". Z sześciu coverów warto zwrócić szczególną uwagę na trwającą ponad pięć minut (szaleństwo, jak na tamte czasy) przeróbkę soulowego hitu "Everybody Needs Somebody to Love" Solomona Burke'a, brzmiącą o wiele bardziej przebojowo od oryginału. A także na "I Can't Be Satisfied" z repertuaru Muddy'ego Watersa, z fajnie bujającym basem. Co ciekawe, utwór ten w Stanach został wydany dopiero w 1972 roku, na kompilacji "More Hot Rocks".

Amerykański odpowiednik "The Rolling Stones No. 2", czyli "The Rolling Stones, Now!", ukazał się miesiąc później. Oprócz siedmiu utworów z europejskiej "dwójki" (w tym skróconego do trzech minut "Everybody Needs Somebody to Love"), znalazła się na nim starsza kompozycja "Mona (I Need You Baby)" (pominięta na tamtejszym wydaniu debiutu), oraz cztery nowe kompozycje. Uwagę zwraca przede wszystkim autorski "Heart of Stone" - naprawdę zgrabna kompozycja i zarazem pierwszy prawdziwy przebój (aczkolwiek tylko w Stanach) spółki Jagger/Richards. W Europie utwór trafił na następny album zespołu, "Out of Our Heads". Drugim utworem podpisanym przez muzyków jest dość toporny, ale na swój sposób chwytliwy "Surprise, Surprise" - w Europie przez długi czas dostępny wyłącznie na kompilacji różnych wykonawców "England's Greatest Hitmakers". "The Rolling Stones, Now!" zawiera także przeróbki "Little Red Rooster" Williego Dixona (która w Wielkiej Brytanii została wydana na singlu i doszła na sam szczyt notowania) i "Oh Baby (We Got a Good Thing Goin')" Barbary Lynn Ozen (obecną także na europejskim wydaniu "Out of Our Heads").

Chociaż amerykańscy fani zespołu dostali w tym czasie dwukrotnie większą dawkę muzyki The Rolling Stones na płytach długogrających, wydawnictwa te nie wyczerpują tematu. Brak "I Can't Be Satisfied" i pełnej wersji "Everybody Needs Somebody to Love" to spory minus. Jeszcze więcej do życzenia pozostawia "The Rolling Stones No. 2" - o ile jeszcze nieobecność "Heart of Stone" można przeboleć (w końcu jest na następnym brytyjskim albumie), tak wielką stratą dla jakości tego longplaya jest pominięcie "Congratulations". To wszystko jednak nie może mieć wpływu na ostateczne oceny - ponieważ do nich liczy się wyłącznie to, co na longplayach się znalazło. A na wszystkich trzech wydawnictwach słychać pewien postęp, w porównaniu z debiutem. Przede wszystkim więcej tutaj własnych utworów - i to o wiele bardziej dojrzałych od "Tell Me" z pierwszej płyty, chociaż wciąż brzmiących nieco nieporadnie. Ciekawiej wypadają także covery, cechujące się odrobinę większą różnorodnością. Za to przyznaję (wszystkim trzem opisanym wyżej wydawnictwom) ocenę wyżej, niż długograjowi "The Rolling Stones".

Ocena: 6/10



The Rolling Stones - "12 X 5" (1964)

1. Around and Around; 2. Confessin' the Blues; 3. Empty Heart; 4. Time Is on My Side; 5. Good Times, Bad Times; 6. It's All Over Now; 7. 2120 South Michigan Avenue; 8. Under the Boardwalk; 9. Congratulations; 10. Grown Up Wrong; 11. If You Need Me; 12. Susie Q

The Rolling Stones - "The Rolling Stones No. 2" (1965)

1. Everybody Needs Somebody to Love; 2. Down Home Girl; 3. You Can't Catch Me; 4. Time Is on My Side; 5. What a Shame; 6. Grown Up Wrong; 7. Down the Road Apiece; 8. Under the Boardwalk; 9. I Can't Be Satisfied; 10. Pain in My Heart; 11. Off the Hook; 12. Susie Q

The Rolling Stones - "The Rolling Stones, Now!" (1965)

1. Everybody Needs Somebody to Love; 2. Down Home Girl; 3. You Can't Catch Me; 4. Heart of Stone; 5. What a Shame; 6. Mona (I Need You Baby); 7. Down the Road Apiece; 8. Off the Hook; 9. Pain in My Heart; 10. Oh Baby (We Got a Good Thing Goin'); 11. Little Red Rooster; 12. Surprise, Surprise

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Brian Jones - gitara, harmonijka, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass, dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ian Stewart - pianino, organy; Jack Nitzsche - pianino, instr. perkusyjne
Producent: Andrew Loog Oldham