4 września 2015

[Recenzja] Riverside - "Love, Fear and the Time Machine" (2015)



Przeszliśmy wiele metamorfoz - byliśmy polskim Porcupine Tree, byliśmy polskim Dream Theater, a na nowej płycie wystarczyły dwa utwory z Hammondem, żebyśmy stali się polskim Deep Purple. Te słowa, wypowiedziane dwa lata temu przez Mariusza Dudę podczas koncertu, choć ironiczne, dobrze podsumowują dotychczasową karierę Riverside. Pierwsze albumy warszawskiego zespołu rzeczywiście miały sporo wspólnego z grupą Stevena Wilsona; na czwartym longplayu, "Anno Domini High Definition", muzycy wyraźnie zwrócili się w stronę prog metalu; z kolei na piątym, "Shrine of New Generation Slaves", bardzo mocno słyszalne są wpływy klasycznego hard rocka. Ten ostatni okazał się - przynajmniej moim zdaniem - najwspanialszym, jak dotąd, dokonaniem zespołu. Dlatego trochę zmartwiła mnie informacja, że na albumie numer sześć, "Love, Fear and the Time Machine", zespół nie będzie już grał hard rocka. Ale to jeszcze nic przy niepokojącej zapowiedzi, że zamiast tego na albumie pojawi się inspiracja muzyką z lat 80. - dekady kojarzonej przede wszystkim z muzycznym kiczem i tandetą.

Jak się jednak okazuje, wszelkie obawy były zupełnie niepotrzebne. Owszem, mniej tutaj gitarowego riffowania, analogowe brzmienia klawiszy ustępują elektronice, a struktury utworów uległy wyraźnemu uproszczeniu. Położono też większy nacisk na wyrazistość melodii. Ale spokojnie, Riverside bynajmniej nie gra tutaj popu. To wciąż rock, a chociaż lżejszy i prostszy, to wciąż ambitny. Już pierwszy utwór, "Lost (Why Should I Be Frightened By a Hat?)", doskonale pokazuje co dokładnie oznacza to w praktyce. Z początku słychać tylko subtelne dźwięki gitary i delikatne klawisze, które tworzą tło dla przepięknej partii wokalnej Dudy. Po dwóch minutach następuje jednak zaostrzenie, podczas którego brzmiące "ejtisowo" klawisze skontrastowano ostrzejszą partią gitary, w tle wspaniale pulsuje bas, a linia wokalna pozostaje bez zmian urzekająca. W końcówce pojawia się trochę prog rockowego kombinowania, ale z umiarem - utwór kończy się po niespełna sześciu minutach.

Dalej jest podobnie. "Under the Pillow" prowadzony jest świetnym, wyrazistym motywem gitarowym, partia wokalna jest jeszcze bardziej chwytliwa niż w poprzednim utworze, sekcja rytmiczna zapewnia mocny podkład, nie brak ostrzejszych brzmień gitarowych, w tym całkiem zgrabnej solówki, a brzmienia klawiszowe tym razem są bardziej klasyczne (w końcówce pojawiają się organy Hammonda). "#Addicted" to przede wszystkim napędzająca cały utwór mocna partia basu Dudy, oraz przepiękny, bardzo chwytliwy refren, zaś gitarowe zaostrzenia przeplatają się tutaj z elektronicznymi wstawkami. Na zakończenie pojawia się jeszcze spokojna koda z gitarą akustyczną i klawiszowym tłem. W "Caterpillar and the Barbed Wire" znów gitara basowa jest siłą napędową i po raz kolejny kompozycja zbudowana jest na kontrastujących ze sobą brzmieniach: akustycznym, elektrycznym i elektronicznym. Melodia tym razem jest mniej zapadająca w pamięć, ale przyjemna.

Te cztery pierwsze utwory najbardziej odstają od dotychczasowej twórczości grupy i pewnie nie wszystkim dotychczasowym wielbicielom grupy przypadną do gustu. Kolejne utwory są jednak bliższe wcześniejszym dokonaniom Riverside. Najlepszym potwierdzeniem jest rozbudowana, ponad 7-minutowa kompozycja "Saturate Me". Przyciąga uwagę już świetnym gitarowo-basowo-klawiszowym wstępem, a później charakteryzuje się licznymi zmianami nastroju. Brzmienie jest co prawda dostosowane do tego albumu, to znaczy lżejsze, z wyraźnie pobrzmiewającą elektroniką w tle, ale poza tym to stuprocentowy Riverside, jaki znamy z poprzednich albumów. Powiedziałbym jednak, że bardziej dojrzały, bo mimo swojej długości i bardziej złożonej struktury, utwór posiada wyrazistą melodię, nieroztrwonioną przez przydługie popisy solowe. W przeszłości nie zawsze się to zespołowi udawało, zdarzały się dłużyzny.

Przeciwieństwem bogatego aranżacyjnie "Saturate Me" jest następujący po nim niemal ascetyczny "Afloat". Najkrótszy utwór na albumie, w którym cały akompaniament stanowi gitara akustyczna i organy. Wszystko wraca do normy w singlowym "Discard Your Fear". Rozczarował mnie przy pierwszym przesłuchaniu, kilka tygodni temu, a na albumie nic nie zyskuje, jest jednym z jego najmniej ciekawych fragmentów. Może dlatego, że po genialnym wstępie (organy, mocne wejście sekcji rytmicznej ze świetnym, uwypuklonym basem, a w końcu pojawienie się ładnego gitarowego motywu) zanadto się rozmywa i właściwie nie ma już nic więcej do zaoferowania. Zupełnie niepotrzebnie w drugiej połowie utwór nagle nabiera na chwilę ciężaru - nic to do niego nie wnosi, a i nie bardzo pasuje. Mam też zastrzeżenia do kolejnego utworu, najdłuższego na albumie, ponad ośmiominutowego "Towards the Blue Horizon". Dość banalny początek z mdłym wokalem i przesłodzonym akompaniamentem gitary akustycznej i klawiszy - w tym jednym fragmencie zespół rzeczywiście zbliżył się do popu. Natomiast na dalszą, "progresywną" część zabrakło pomysłu.

Na zakończenie albumu czekają jednak jeszcze dwa najpiękniejsze utwory. "Time Travellers" to teoretycznie tylko prosta piosenka z akompaniamentem gitary akustycznej (delikatnie wspartej basem i klawiszami, a pod koniec gitarą elektryczną), ale genialna w tej prostocie. To jednak nie muzyka odgrywa tu najistotniejszą rolę, a rewelacyjna, bardzo emocjonalna partia wokalna. To ona sprawia, że mam ochotę słuchać tego utworu w nieskończoność. A finałowy "Found (The Unexpected Flaw of Searching)" niewiele mu ustępuje. Aranżacja jest nieco bogatsza, a delikatnym dźwiękom gitary i klawiszy tym razem towarzyszy mocny podkład sekcji rytmicznej, pojawia się też ostra gitarowa solówka (bardzo zresztą zgrabna), ale znów największą uwagę przyciąga piękna partia wokalna.

Wielokrotnie użyty w tej recenzji przymiotnik "piękny" jest słowem, które najlepiej określa ten album. Piękne melodie zajęły tu miejsce mroku wcześniejszych wydawnictw Riverside, czyniąc "Love, Fear and the Time Machine" najładniejszym albumem zespołu. Czy także najlepszym? Chyba za szybko na takie stwierdzenie - pisząc te słowa znam go dopiero od kilkunastu godzin i emocje towarzyszące pierwszym przesłuchaniom nie pozwalają na obiektywną ocenę. Mam jednak świadomość, że album nie jest pozbawiony wad. Zespół popełnia moim zdaniem ogromny błąd, uparcie trzymając się pewnej symboliki, zgodnie z którą ich szósty album "musi" nie tylko mieć tytuł składający się z sześciu słów, ale także trwać sześćdziesiąt minut. A większa selekcja nagranego materiału (pominięcie słabszych "Discard Your Fear" i "Towards the Blue Horizon", a  przynajmniej tego ostatniego) wyszłaby tylko na dobre.

Ocena: 7/10

PS. Album został wydany także w wersji "Special Edition Mediabook", zawierającej dodatkowy dysk o tytule "Day Session". Znajduje się na nim pięć utworów, zarejestrowanych podczas studyjnego jamu: "Heavenland", "Return", "Aether", "Machines" i "Promise". Ostatni z nich jest obecny także na winylowym wydaniu "Love, Fear and the Time Machine".



Riverside - "Love, Fear and the Time Machine" (2015)

1. Lost (Why Should I Be Frightened By a Hat?); 2. Under the Pillow; 3. #Addicted; 4. Caterpillar and the Barbed Wire; 5. Saturate Me; 6. Afloat; 7. Discard Your Fear; 8. Towards the Blue Horizon; 9. Time Travellers; 10. Found (The Unexpected Flaw of Searching)

Skład: Mariusz Duda - wokal, bass i gitara akustyczna; Piotr Grudziński - gitara; Michał Łapaj - instr. klawiszowe; Piotr Kozieradzki - perkusja
Producent: Riverside, Magda i Robert Srzedniccy


9 komentarzy:

  1. Póki co przeglądałem same recenzje Riverside, ale widząc jak każda płyta zdobywa Twoje uznanie chyba w końcu się zbiorę i posłucham.

    W sumie to chyba jedyny polski zespół jaki pojawił się u Ciebie na blogu - czyżby Twoim zdaniem spośród polskich zespołów obracających się w nurcie rock/nieekstremalny metal tylko Riverside tworzyło coś na światowym poziomie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na blogu są też recenzje albumów Lunatic Soul (drugiego projektu Mariusza Dudy z Riverside), Wojciecha Hoffmanna (gitarzysty Turbo, którego recenzje też się kiedyś pojawią) i Scream Maker. Czterech wykonawców jak na kraj, z którego nie pochodzi żaden wykonawca odnoszący sukcesy na całym świecie (ekstremalnego metalu nie liczę, bo to i tak niszowe granie), to chyba całkiem niezły wynik ;)

      Nie lubię polskojęzycznej muzyki, a większość polskiej muzyki po angielsku kuleje albo przez akcent wokalisty, albo przez brzmienie typu "demo nagrywane w garażu".

      Usuń
    2. Niestety Lunatic Soul i Scream Maker nie były mi znane, a Hofmanna po prostu przeoczyłem. Z uwagi na czasy nie zdobyli wówczas ogólnoświatowego uznania, ale ze względu na walor artystyczny polecę Ci jeden jedyny LP wydany przez zespół Klan (reinkarnacji po 20 latach nie liczę) "Mrowisko" - trochę progresja, bardziej psychodelia AD 1971

      Akurat ja nie słucham muzyki na takim sprzęcie by to co nagrywane w Polsce brzmiało jak demo z garażu, a nawet jeśli, to w wypadku muzyki której ja głównie słucham ma to swoje zalety :D

      Usuń
    3. Przez długi czas w Polsce nie było dobrego sprzętu do nagrywania, ani ludzi mających pojęcie, jak powinno się nagrywać muzykę rockową. Porównaj albumy Turbo z lat 80. do nagrywanych w tym samym czasie albumów Iron Maiden, to będziesz wiedzieć co mam na myśli ;)

      Usuń
    4. Sprzęt i ludzi miała grupa SBB która w latach 70-tych nagrała kilka bardzo dobrych progrockowych albumów.

      Usuń
  2. Album jest znakomity i z kolejnym codziennym rytualnym przesłuchaniem podoba mi się coraz bardziej. Wprawdzie raczej nie jest to album koncepcyjny, lecz jest tak skonstruowany że najlepiej go się słucha w całości. Bez wątpienia jest to najbardziej melodyjna i optymistyczna w wymowie płyta Riverside i przez to jest zupełnie inna od pierwszych czterech a nawet od piątej "Shrine of New Generation Slaves". Mariusz Duda zresztą wspominał o tym trzy tygodnie temu w jednym z wywiadów, że to będzie coś zupełnie nowego w ich katalogu.
    Po kilkunastu przesłuchaniach “od dechy do dechy” mnie najbardziej powala pierwszy utwór, czyli “Lost (Why Should I Be Frightened By a Hat?)”. Jest genialny!!! Coż za wspaniały celtycki klimat, fenomenalny kawałek, ciary od stóp po czubek głowy.
    Krytykowany tutaj “Towards the Blue Horizon” także jest świetny i bardzo potrzebny. Bez niego ta płyta byłaby moim zdaniem gorsza a w jego drugiej części zespół pokazuje swój prog-rockowy pazur no i tuż po nim powalająca na łopatki końcówka czyli “Time Travellers” i “Found (The Unexpected Flaw of Searching)”.

    Każdy utwór na tej płycie jest częścią misternej układanki i tak jak zaplanował sobie Duda w niektórych kompozycjach słychać wpływy muzyki z lat 80-tych, lecz tej w dobrym wydaniu - Peter Gabriel, The Police, Talk Talk a szczególnie U2.
    Pop, Rock, Metal i Prog - wszystko to jest wspaniale wymieszane i wkomponowane w świetne linie melodyczne, poparte fenomenalnymi partiami wokalnymi Dudy i gitarowymi solówkami Grudzińskiego.
    Dlatego właśnie ta płyta jest unikalna i taka muzyka powinna dostawać Grammy Awards.
    Moim zdaniem kolejna płyta Riverside będzie zupełnie inna i muzycy nie powtórzą błędów swoich wielkich poprzedników (Genesis, Pink Floyd).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat w przypadku Pink Floyd każdy album jest zupełnie inny ;) Chyba że masz na myśli, że w pewnym momencie (po odejściu Watersa) znacznie obniżyli loty, zaczęli grać bardziej popowo - co zresztą w przypadku Genesis jest jeszcze bardziej słyszalne.

      Usuń
    2. Dokładnie to miałem na myśli :)

      Usuń
  3. Świetny album! Wczoraj kupiłem wersję 2CD, a wcześniej (i w tej właśnie chwili) słuchałem na Spotify. W ogóle ich wcześniejsze płyty tam też poznałem, choć mam niesłuchanego jeszcze boxa z "Trilogy".
    Świetny też jest ostatni Lunatic Soul. Osobiscie wolę tą liryczną stronę Riverside ("Conceiving You", "Second Live Syndrome", "Time Travellers", "#Addicted", "Lost" czy "We Got Used to Us").

    OdpowiedzUsuń