12 września 2015

[Artykuł] Historie Klasycznych Albumów: "Wish You Were Here" Pink Floyd

Gdybym miał wybrać jeden, tylko jeden, najdoskonalszy album w historii fonografii, bez wahania wskazałbym na "Wish You Were Here" - dziewiąty studyjny longplay w dyskografii Pink Floyd. To według mnie jedyny album, na którym nie ma ani jednego niepotrzebnego dźwięku, który od pierwszej do ostatniej sekundy jest absolutnym arcydziełem. Zachwycającym nie tylko pod względem kompozytorskim i wykonawczym, ale również swoim brzmieniem. Ponadczasowym. Choć od wydania tego albumu właśnie mija 40 lat, równie świeżo, co w 1975 roku, brzmiałby także w '85, '95, 2005, a nawet i wydany dziś. Ta muzyka nie zestarzała się ani odrobinę i nie wyobrażam sobie, aby mogło to nastąpić w ciągu kolejnych 40 lat, a nawet i później.



Szalony krok w bok

Po ogromnym sukcesie - zarówno komercyjnym, jak i artystycznym - albumu "The Dark Side of the Moon", muzycy Pink Floyd musieli odpowiedzieć na trudne pytanie "co dalej?". Wszystko, czego chcieliśmy, gdy zakładaliśmy ten zespół, już się ziściło - twierdził Roger Waters. David Gilmour po latach przyznawał: Po nagraniu "Dark Side" nie mieliśmy pojęcia, co dalej robić. Chciałem, żeby kolejny album był w większym stopniu oparty na muzyce. Zawsze twierdziłem, że świetne teksty Rogera na poprzedniej płycie przyćmiły muzykę. Aby przynajmniej chwilowo odsunąć od siebie konieczność tworzenia nowych kompozycji, zespół - w grudniu 1973 roku - powrócił do zarzuconego kilka lat wcześniej projektu "The Household Objects". Jego założeniem było nagranie albumu wyłącznie przy pomocy sprzętu domowego użytku, bez żadnych prawdziwych instrumentów. To jeden z tych szalonych kroków w bok, które człowiek czasem robi w życiu - mówił Gilmour. Wtedy wydawało nam się to dobrym pomysłem, ale bardzo szybko okazało się, że realizacja przekracza nasze możliwości, w każdym razie musiałaby nas kosztować wiele wysiłku. Uznaliśmy, że kontynuowanie tego projektu jest właściwie bezcelowe. Sesja ta nie poszła jednak całkowicie na marne. Zarejestrowany w jej trakcie fragment "Wine Glasses", powstały poprzez pocieranie palcem krawędzi kieliszka, stał się punktem wyjścia do nowej, wieloczęściowej kompozycji "Shine On".

Pink Floyd: Roger Waters (u góry), Nick Mason, Rick Wright i David Gilmour.

Na początku 1974 roku zespół zaczął pracę nad trzema nowymi kompozycjami: właśnie "Shine On", a także "Raving and Drooling" i "Gotta Be Crazy". Pierwszy z nich był najbardziej zespołowym dziełem - wykorzystano w nim wspomniany wstęp grany na kieliszkach, dalsza część opiera się na prostym gitarowym motywie Gilmoura, istotny wkład miał też klawiszowiec, Rick Wright. "Raving and Drooling" był samodzielnym dziełem Watersa (opartym na linii basu podobnej do starszego utworu grupy, "One of These Days"), a w "Gotta Be Crazy" wspomógł go Gilmour. Roger napisał także wszystkie teksty. Inspiracją "Shine On" był dawny lider zespołu, Syd Barrett. Dla niektórych ludzi jedynym sposobem zmierzenia się z kurewsko smutnym życiem we współczesnym świecie jest zupełne wycofanie się z niego - wyjaśniał Waters. W jakimś sensie jest to komentarz do tego, co przydarzyło się Sydowi. Teksty pozostałych dwóch utworów były agresywnym atakiem na przemysł muzyczny, a nawet jego konsumentów, czyli także fanów grupy. "Shine On" i "Raving and Drooling" zadebiutowały w czerwcu 1974 roku, podczas francuskiej trasy zespołu. "Gotta Be Crazy" został włączony do koncertowego repertuaru podczas kolejnej, tym razem brytyjskiej trasy, rozpoczętej 4 listopada w Edynburgu, a trwającej do połowy grudnia.


Mozolna praca

W styczniu 1975 roku, w londyńskim Abbey Road Studios, zespół rozpoczął nagrania na nowy album. Początkowo planowano, aby na album trafiły po prostu trzy utwory wypróbowane już na koncertach - najdłuższy "Shine On" (z czasem przemianowany na "Shine on You Crazy Diamond") miał wypełniać całą jedną stronę longplaya, a na drugą miały trafić dwa pozostałe utwory. Za takim rozwiązaniem optował Gilmour, jednak Waters uznał je za zbyt proste. Wysuwający się na pozycję lidera muzyk postanowił odłożyć utwory "Raving and Drooling" i "Gotta Be Crazy" na później (zespół nagrał je na następny album, "Animals", pod tytułami "Sheep" i "Dogs"), a "Shine on You Crazy Diamond" podzielić na dwie części, z których jedna miała otwierać album, a druga go zamykać. Postanowił także napisać nowe kompozycje, o tematyce zbliżonej do "Shine on...", a więc inspirowane nieobecnością. Samodzielnie stworzył dwa utwory - "Welcome to the Machine" i "Have a Cigar" - zaś wspólnie z Gilmourem trzeci, "Wish You Were Here". Jego tytuł stał się także tytułem całego albumu. Odnosił się on do ówczesnej sytuacji w zespole - podczas nagrywania każdy z muzyków wydawał się nieobecny. Zaczęliśmy nagrywać, a praca okazała się mozolna, męcząca i wszyscy czuliśmy się nią bardzo znużeni - wspominał Waters. Byliśmy wówczas bardzo blisko podjęcia decyzji o zakończeniu działalności - twierdził perkusista Nick Mason.

W Abbey Road Studios.

Poza członkami zespołu, w nagraniach wzięło udział kilku gości. Partię saksofonu w "Shine on You Crazy Diamond" wykonał Dick Parry, który grał już na poprzednim albumie zespołu. Z kolei w "Have a Cigar" partię wokalną wykonał folkowy muzyk Roy Harper. Doszło do tego, ponieważ Waters nie był w stanie jej zaśpiewać, a Gilmour odmówił zrobienia tego, gdyż nie potrafił utożsamiać się z tekstem (według pewnych źródeł nazwał go nawet głupawym i grafomańskim). Harper przebywał akurat w studiu obok (gdzie nagrywał album "HQ") i sam zaproponował swój udział. Ku rozgoryczeniu Watersa, żaden z pozostałych członków zespołu nie miał nic przeciwko. Myślę, że nie stało się najlepiej - mówił po latach. Roy świetnie się spisał, ale to już nie było tylko nasze nagranie. Na sesję został zaproszony także słynny francuski skrzypek Stéphane Grappelli. Jego partia miała znaleźć się w utworze tytułowym, jednak zrezygnowano z niej w ostatecznym miksie. Wersja z jego udziałem została wydana dopiero w 2011 roku, na reedycji albumu "Wish You Were Here" (wśród bonusów znalazł się także m.in. "Have a Cigar" w wersji ze śpiewem Watersa i Gilmoura).

David Gilmour i Roy Harper podczas sesji nagraniowej.

Sesja nagraniowa zakończyła się w lipcu, jednak już wcześniej zespół zrobił sobie dwie przerwy na krótkie trasy koncertowe po Ameryce Południowej, w kwietniu i czerwcu. Repertuar występów pokrywał się z koncertami z poprzedniego roku (na których oprócz "Shine On", "Raving and Drooling" i "Gotta Be Crazy", wykonywany był cały album "The Dark Side of the Moon", oraz kompozycja "Echoes"), ale dołączono do niego jeden nowy utwór, "Have a Cigar". Zespół dał także jeden występ w swojej ojczyźnie, 5 lipca na Knebworth Park Festival. Jak się później okazało, był to jego ostatni koncert aż do stycznia 1977 roku, gdyż muzycy nie mieli zamiaru wyruszyć na trasę promującą nowy album. Tym samym utwory "Welcome to the Machine" i "Wish You Were Here" zostały zaprezentowane na żywo dopiero półtora roku po premierze albumu.


Nurkowanie bez rozprysku

Przygotowaniem okładki "Wish You Were Here" tradycyjnie zajęła się firma Hipgnosis (współpracująca z Pink Floyd nieustannie od drugiego albumu, "A Saucerful of Secrets" z 1968 roku). Wykonaniem zajął się jeden z jej pracowników, George Hardie, jednak koncepcja wyszła od szefa firmy, Storma Thorgersona. Zainspirowany tekstami wpadł na pomysł nieobecnej okładki. Chodziło o to, aby okładka była ukryta pod czarną, nieprzezroczystą folią celofanową. Muzycy i menadżer, Steve O'Rourke, od razu zaakceptowali ten pomysł. Przedstawiciele wytwórni postawili tylko jeden warunek - na foli musi znaleźć się naklejka z nazwą zespołu i tytułem albumu. Ostatecznie na naklejce znalazła się także grafika, przedstawiająca dwie mechaniczne kończyny, podające sobie dłoń (wykorzystano ją także na naklejce na płycie).



Właściwa okładka albumu przedstawia zdjęcie dwóch biznesmenów podających sobie dłonie, z których jeden stoi w płomieniach. Uścisk dłoni to symbol: czasem może ci się wydawać, że masz kogoś przy sobie, ściskasz jego dłoń i ta osoba zdaje ci się wmawiać, że jest tuż obok, przecież także ściska twoją dłoń. Tymczasem w rzeczywistości jest gdzieś bardzo daleko - wyjaśniał Thorgerson. Zdjęcie wykonano na terenie studia filmowego Warner Bros w Kalifornii. W roli "płonącego biznesmena" wystąpił Ronnie Rondell, kaskader filmowy. Z myślą o albumie przygotowano także kilka innych zdjęć, w tym jedno przedstawiające nurka wskakującego do wody, z górną częścią ciała znajdującą się już pod powierzchnią lustra wody... zupełnie gładkiego, bez żadnych fal. Nurkowanie bez rozprysku? Działanie bez jego śladów? Czy to ma miejsce, czy nie? - pytał retorycznie Thorgerson. Nurek w rzeczywistości stał na rękach, a gdy ruch wody ustał, zrobiono mu zdjęcie. Wykonano je na jeziorze Mono, również w Kalifornii. Na kopercie wykorzystano fragment tego zdjęcia, całe trafiło natomiast na dołączoną do albumu pocztówkę.



Sześciokrotna Platyna

"Wish You Were Here" ukazał się (w zależności od źródła) 12 lub 15 września 1975 roku. Spotkał się z mieszanymi recenzjami prasy - niektórzy recenzenci uznali, że album jest o lata świetlne lepszy od "The Dark Side of the Moon", inni zarzucali muzykom brak rozwoju, ignorowanie ówczesnych trendów. Zespół był już jednak tak popularny, że nawet najbardziej negatywne opinie nie mogły zaszkodzić jego nowemu dziełu. Już w pierwszym roku sprzedaży album rozszedł się w ilości sześciu milionów egzemplarzy - i to przy całkowitym braku promocji koncertami, i z jednym tylko singlem ("Have a Cigar"/"Welcome to the Machine"), wydanym w Stanach, Australii i niektórych krajach europejskich (tradycyjnie z wyjątkiem Wielkiej Brytanii). Longplay osiągnął 1. miejsce list po obu stronach Atlantyku. Do dziś w samych Stanach pokrył się sześciokrotną Platyną, a podwójną w Wielkiej Brytanii. 




Źródła cytatów: 
1. Blake Mark, Prędzej świnie zaczną latać, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2012
2. Kirmuć Michał, Ciemna strona sukcesu, "Teraz Rock Kolekcja" 2009, nr 1, str. 22-23


Więcej na temat:




6 komentarzy:

  1. Świetny artykuł! A co do samego "Wish You Were Here" to zdecydowanie jest jednym z najlepszych od Floydów, mimo tego, że bardziej cenię "The Wall" i "Dark Side". Album jest świetny, ale gdyby było więcej utworów na poziomie reszty byłoby perfekcyjnie. Za duże stężenie "Shine On Your Crazy Diamond" jak dla mnie ;) Utwór wybitny, ale obie części zajmują ponad połowę - dla mnie za dużo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A właśnie. Jeszcze pytanie - pojawi się jeszcze coś z cyklu "Najważniejsze utwory"? ;)

      Usuń
    2. Obawiam się, że nie ma już na to szans ;) Mam kilka niedokończonych tekstów do tego cyklu (m.in. Yes, Jimi Hendrix, Jethro Tull, Faith No More), ale wszystkie utknęły w martwym punkcie. I nie chodzi tylko o brak dostatecznej ilości materiałów, ale też brak chęci. Dziś już pomysł na taki cykl nie wydaje mi się szczególnie dobry ;) Będą natomiast kolejne części cyklów "Historie Klasycznych Albumów" i "Historie Okładek".

      Usuń
  2. Wyborny artykuł :-D

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajny tekst. Dobrze poczytać o tym albumie, a przy okazji... oh, how I wish, how I wish to be young :)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.