21 września 2015

[Recenzja] David Gilmour - "Rattle That Lock" (2015)



David Gilmour powiedział niegdyś o Pink Floyd, że jest najbardziej leniwym zespołem. Wówczas, w latach 70., ciężko było traktować te słowa poważnie. W końcu grupa regularnie co dwa lata wydawała kolejne albumy, z których każdy okazywał się arcydziełem (no, może niezupełnie każdy, ale żaden nie schodził poniżej wysokiego poziomu). Lenistwo członków zespołu tak naprawdę wyszło na jaw dopiero, gdy rozpoczęli kariery solowe. Najlepiej widać to na przykładzie Rogera Watersa, który od 23 lat nie wydał żadnego albumu z premierowym materiałem. Nieczęsto też dostajemy nową muzykę od Gilmoura. Jego poprzedni solowy album, "On an Island" ukazał się 22 lata po poprzedzającym go "About Face", a dwanaście po ostatnim longplayu nagranym przez niego z Pink Floyd, czyli "The Division Bell". Po wydaniu "On an Island" David obiecywał, że na jego kolejny album nie będzie trzeba czekać tak długo. Słowa dotrzymał. Jego najnowsze dzieło, "Rattle That Lock", ukazuje się po "zaledwie" dziewięcioletniej przerwie.

Longplay został poprzedzony dwoma zaskakującymi singlami, tytułowym "Rattle That Lock" oraz "Today". Ich przebojowo-taneczny charakter znacznie odbiega od dotychczasowej twórczości Gilmoura (przynajmniej tej solowej, bo w repertuarze Pink Floyd są przecież takie nagrania, jak "Another Brick in the Wall (Part II)" i "Run Like Hell"). Co oczywiście automatycznie spotkało się z krytyką. Mnie akurat utwór "Rattle That Lock" przypadł do gustu. Może wypada nieco popowo - komercyjny charakter podkreślają zwłaszcza żeńskie chórki - ale z drugiej strony jest tutaj też fantastyczna, funkowa linia basu (mocno uwypuklona w miksie) i rewelacyjne, bluesowe solówki Davida. Ciekawe, że zalążkiem tej kompozycji był usłyszany przez muzyka na stacji kolejowej gdzieś we Francji jingiel zapowiadający komunikaty. Melodyjka ta została wsamplowana w nagranie, a jej twórca, Michaël Boumendil - dopisany jako współautor. Drugi singiel, "Today", mimo podobnego charakteru, nie zrobił na mnie już tak dobrego wrażenia. Tym razem żeńskie chórki są zbyt nachalne, a całość zaczyna się od "kościelnej" partii chóru... Zaletą znów są gitarowe solówki i funkowowa gra basisty (w obu utworach - i tylko w tych dwóch - zagrał dawny współpracownik Pink Floyd, Guy Pratt).

Wbrew temu, czego można było oczekiwać, reszta albumu utrzymana jest w zupełnie innym stylu. Single były tylko zmyłką. Nie znaczy to bynajmniej, że "Rattle That Lock" nie przynosi już żadnych niespodzianek. Największym zaskoczeniem jest "The Girl in the Yellow Dress" - swingująco-jazzowy kawałek, przywołujący w głowie obraz zadymionej knajpy z czarno-białego filmu... W utworze wykorzystano nietypowe instrumentarium, obejmujące - poza perkusją i ledwo słyszalną gitarą - kontrabas, pianino, saksofon oraz kornet. Wyszło naprawdę ciekawie. To jeden z moich ulubionych fragmentów longplaya. Nieco jazzowo, za sprawą partii pianina, robi się także w "Dancing Right in Front of Me" - jednak tutaj gitara brzmi zdecydowanie rockowo. Na tle całości wyróżnia się również "Faces of Stone", który po klawiszowym wstępie przeradza się w akustyczną balladę z nietypowo niskim śpiewem Gilmoura i akordeonem w tle. Nie zabrakło tu jednak charakterystycznych gitarowych solówek - chyba najpiękniejszych na albumie.

Pozostałe utwory to już typowy David Gilmour. Kompozycje o łagodnym nastroju, melancholijne i - nie ma co ukrywać - czasem nieco smętne, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Całość niczym klamra spinają dwa instrumentalne utwory - "5 A.M.", w którym słychać tylko przejmującą partię gitary z orkiestrowym tłem, oraz stanowiący jego kontynuacje "And Then..." - bardzo podobny, ale z dodatkiem sekcji rytmicznej i akustycznej kody. Instrumentalny jest także "Beauty", który jednak nieszczególnie przyciąga uwagę. W przeciwieństwie do "A Boat Lies Waiting", który  wywołuje skojarzenia z post-watersowską twórczością Pink Floyd. Głównie za sprawą partii pianina w stylu Ricka Wrighta. W utworze słychać zresztą wsamplowany głos zmarłego przed kilkoma laty klawiszowca Pink Floyd. Prawdziwą perłą jest natomiast "In Any Tongue" - bardzo klimatyczna kompozycja, zawierająca oczywiste nawiązania do dwóch utworów Pink Floyd - "High Hopes" i "Comfortably Numb". Wrażenie robi przepiękny refren, głęboko zapadający w pamięć. Pewien niedosyt pozostawia jedynie solówka Gilmoura - naprawdę wspaniała, ale nie na poziomie wyżej wspomnianych utworów. I zdecydowanie zbyt krótka.

"Rattle That Lock" to album, który powinien zadowolić większość wielbicieli twórczości Davida Gilmoura i późnego Pink Floyd. Na tle poprzednich solowych dzieł muzyka wyróżnia się większą różnorodnością i większą liczbą wyrazistych, zapamiętywalnych melodii, które tym razem pojawiają się praktycznie w każdym utworze. 

Ocena: 7/10

PS. Rozszerzone wydanie albumu zawiera dodatkowo płytę DVD, a na niej m.in. zapis czterech jamów pochodzących z 2006 roku (w których Gilmourowi towarzyszyli Rick Wright, Guy Pratt, oraz perkusista Steve DiStanislao), kilka krótkich dokumentów o powstawaniu albumu, dwa teledyski ("Rattle That Lock" i "The Girl in the Yellow Dress"), a także - wyłącznie w wersji audio - alternatywne wersje utworów ("The Girl in the Yellow Dress" z orkiestracją, oraz trzy remiksy "Rattle That Lock" - skrócona wersja radiowa, wydłużony miks i okropny, dyskotekowy "Youth mix"). Longplay ukazał się także w wersji winylowej - i to, wbrew współczesnym tendencjom, na jednej płycie (podczas gdy np. trwający ledwie dwie minuty dłużej "The Endless River" wydano na dwóch płytach).



David Gilmour - "Rattle That Lock" (2015)

1. 5 A.M.; 2. Rattle That Lock; 3. Faces of Stone; 4. A Boat Lies Waiting; 5. Dancing Right in Front of Me; 6. In Any Tongue; 7. Beauty; 8. The Girl in the Yellow Dress; 9. Today; 10. And Then...

Skład: David Gilmour - wokal i gitara, instr. klawiszowe (1-7,9,10), bass (5-7,10), harmonijka (7)
Gościnnie: Zbigniew Preisner - orkiestracja (1,3,5,6,9,10); Phil Manzanera - instr. klawiszowe (2,3,6,9), gitara (3,9); Guy Pratt - bass (2,9); Yaron Stavi - bass (2), kontrabas (2,5); Steve DiStanislao - perkusja i instr. perkusyjne (2,3,5,7,9), dodatkowy wokal (2); Danny Cummings - instr. perkusyjne (2-5,7,9,10); Mica Paris, Louise Marshall - dodatkowy wokal (2,9); The Liberty Choir - chór (2); Damon Iddins - akordeon (3); Eira Owen - waltornia (3); Roger Eno - pianino (4,7); David Crosby, Graham Nash - dodatkowy wokal (4); Andy Newmark - perkusja (5,6,10); Gabriel Gilmour - pianino (6); Rado Klose - gitara (8); John Parricelli - gitara (8); Jools Holland - pianino (8); Chris Laurence - kontrabas (8); Martin France - perkusja (8); Colin Stetson - saksofon (8); Robert Wyatt - kornet (8); Jon Carin - pianino (9); Mike Rowe - pianino (9); Polly Samson - dodatkowy wokal (9)
Producent: David Gilmour i Phil Manzanera


10 komentarzy:

  1. Bardzo dobry album! Moim zdaniem to jest najlepsza solowa płyta Gilmoura. Najbardziej podoba mi się "Faces of Stone", lecz ta płyta broni się także jako całość. Dużo jest na niej nostalgii i melancholii więc obydwa singlowe utwory wprowadzają tu ożywienie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajna recenzja - czytam z ciekawości trochę opinii w Internecie i wiedzę, że jest dużo niezrozumienia dla tej muzyki - podobnie jak było z The Endless river. Zapraszam do lektury mojej recenzji: http://maciej-sasin.blogspot.com/2015/09/rattle-that-lock-nowa-pyta-lidera-pink.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Płyta uroczo senna... może trochę więcej gitary bym oczekiwał na niej ale to trochę trąci juz czepianiem się. Myślę, że tą płytę albo będzie się lubiło albo wręcz będzie drażnić. Na pewno nikt po przesłuchaniu nie powie, że jest taka nijaka. Gilmour nie zaskakuje nas na niej - i uczciwie mówiąc całe w tym szczęście. Recenzja dobra choć myslę, że przy takich płytach powinno się je pisać po kilku latach słuchania bo pierwsze oceny częśto bywają albo przesadne albo niedoszacowane..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozwolę sobie nie zgodzić z ostatnim zdaniem. Po latach słuchania może się zmienić tylko ocena danego wydawnictwa (zazwyczaj im więcej człowiek słucha, tym bardziej przekonuje się do tych fragmentów, które początkowo uważał za słabsze; rzadziej odwrotnie). Ale wszystko, co jest istotne dla Czytelników jeszcze nie znających danego albumu (np. jego stylistyka, wskazanie podobieństw do wcześniejszych dokonań wykonawcy, lub innych artystów - czyli wskazówki, czy longplay może im przypaść do gustu) jak najbardziej wiadomo już kilku przesłuchaniach. Ja w każdym razie nie potrzebuję kilku lat, żeby np. w "In Any Tongue" usłyszeć podobieństwa do "Comfortably Numb" i "High Hopes", albo żeby stwierdzić, że w "The Girl in the Yellow Dress" Gilmour gra jazz ;) Z biegiem lat może się zmienić tylko moja opinia na temat albumu - a ona akurat chyba najmniej interesuje Czytelników.

      Usuń
  4. Poprzedni solowy album Davida przypadł mi bardziej do gustu. "Rattle That Lock" najlepsza moja piosenka z albumu. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pamiętam jak rok temu pierwszy raz podszedłem do tego albumu. Wydał mi się wówczas mało wyrazisty, mdły i wtórny. Pomyślałem wtedy - kolejna porcja smutasów podobna jak na On an Island. Czar goryczy przelał utwór The Girl in the Yellow Dress, który zupełnie nie pasował mi do stylu Gilmoura. Minął rok. Myślę sobie: przeciez David Gilmour należy do moich ulubionych gitarzystów więc do licha chociaż jedna solówka albo jedna melodia na tym albumie musi być dobra! Włączyłem płytę. I co? Od dwóch tygodni nie mogę się od niej uwolnić i słucham jej na okrągło. Piękna muzyka, piękne melodie i te charakterystyczne gilmourowskie solówki. Mało tego, znienawidzony The Girl in the Yellow Dress jest jednym z moich ulubionych numerów na płycie. Takiego Gilmoura posłuchałbym więcej. Dlatego też podsumowując powyższe nie do końca zgodzę się z Pawłem, który uważa że po pierwszym odsłuchaniu płyty wiadomo już że będzie dobrze albo źle. Ja potrzebowałem aż roku aby docenić i polubić ten album. Takich przypadków miałem w "karierze" kilka. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic takiego nie napisałem, wręcz przeciwnie - że po każdym przesłuchaniu opinia może się zmienić. Pisałem tylko, że jedno lub kilka przesłuchań wystarczy, aby poznać to, co można ocenić wyłącznie obiektywnie - a więc np. określić jaki to jest styl, albo poziom wykonawczy. Wszystko, czego nie ocenia się przez pryzmat gustu.

      Usuń
  6. Dobra, dobra teraz się nie wykręcaj;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie napisałem recenzji po jednym przesłuchaniu, więc nie wiem o co chodzi?

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.