16 września 2015

[Recenzja] Chris Cornell - "Euphoria Morning" (1999)



Chris Cornell - jeden z najlepszych wokalistów epoki grunge'u. Znany z takich zespołów, jak Soundgarden, Audioslave, czy efemerycznego Temple of the Dog. Występujący i tworzący także pod własnym nazwiskiem. Mimo że jego kariera solowa nigdy nie nabrała większego rozmachu, zdarzył w jej trakcie zaliczyć już kilka wzlotów (jak chociażby napisanie i nagranie utworu do jednego z serii filmów o Jamesie Bondzie - "You Know My Name" z "Casino Royale"), jak i upadków (flirt z współczesnym R&B na albumie "Scream"). Niedługo, 18 września, do sklepów trafi jego czwarty solowy album, "Higher Truth". Niespełna miesiąc wcześniej do sprzedaży trafiła natomiast reedycja debiutanckiego "Euphoria Morning" (tym razem pod tytułem "Euphoria Mourning", jak początkowo miał się nazywać). To dobry powód, aby przypomnieć ten longplay.

Wydany niedługo po rozpadzie Soundgarden, album z pewnością rozczarował wszystkich, którzy spodziewali się po Cornellu kontynuacji stylu macierzystej grupy. Na "Euphoria Morning" nie ma metalowego ciężaru, punkowej dzikości i eksperymentów z nieoczywistymi podziałami rytmicznymi. Owszem, czasem wokaliście zdarza się wydrzeć w charakterystyczny dla siebie sposób (np. "When I'm Down", "Mission"), ale muzycznie jest to zupełnie inna bajka. Co prawda można doszukać się tutaj rozwinięcia pomysłów z albumu "Superunknown", na którym pojawiły się wpływy rocka psychodelicznego (Chris nigdy nie ukrywał swojego uwielbienia dla Beatlesów i wczesnego Pink Floyd). Tutaj takie inspiracje wysuwają się na pierwszy plan. Na tym jednak koniec podobieństw. Bo muzyczna zawartość "Euphoria Morning" to przede wszystkim granie o stonowanym charakterze, zdominowane przez brzmienia akustyczne, często niemal ocierające się o folk (taki bardziej rockowy, w stylu Led Zeppelin - vide zwrotki "Follow My Way"). Przesterowane partie gitary elektrycznej też czasem się pojawiają, ale pozbawione są soundgardenowego ciężaru ("Mission", "Wave Goodbye", "Pillow of Your Bones").

Z utworów zawartych na "Euphoria Morning" kilka zasługuje na szczególne wyróżnienie. Świetnie wypada otwierający album - a zarazem promujący go na singlu - "Can't Change Me", z orientalizującym motywem przewodnim o sitarowym brzmieniu (w rzeczywistości granym na gitarze) i niemal beatlesowską melodią. Wpływ Wspaniałej Czwórki jeszcze bardziej słychać np. w "Preaching the End of the World", który jednak zaskakuje przede wszystkim bardzo delikatną partią wokalną - z początku trudno rozpoznać, że to głos Cornella. Zdecydowanie najładniejszymi melodiami wyróżniają się natomiast "Moonchild" i "Sweet Euphoria". Ten drugi jednak zaskakuje przede wszystkim bardzo oszczędną aranżacją - Cornell zarejestrował go zupełnie samodzielnie, bez udziału innych muzyków. To tylko jego głos i akompaniament gitary akustycznej. Wyjątkowym utworem jest także "Disappearing One", rozpoczęty partią klarnetu, która wywołuje skojarzenia z muzyką pierwszej połowy XX wieku; później jednak utwór nabiera bardziej rockowego charakteru. Ciekawostką jest gościnny udział perkusisty Soundgarden, Matta Camerona. Dziwne, że wystąpił akurat w tym balladowym utworze, a nie bardziej dynamicznym "Pillow of Your Bones", któremu właśnie za sprawą mocnej rytmiki najbliżej do dokonań Soundgarden (tych późniejszych, szczególnie albumu "Down on the Upside"). Sam utwór może i nie jest wybitny, ale przyjemnie ożywia album.

Album "Euphoria Morning" pokazuje wszechstronność Chrisa Cornella, do czasu jego wydania kojarzonego przede wszystkim z cięższą muzyką. Jest też najbardziej udanym z jego dotychczasowych solowych wydawnictw. Kolejny longplay,  "Carry On" (2007), przyniósł muzykę ostrzejszą, za to zdecydowanie słabszą pod względem melodycznym, natomiast wspomniany "Scream" (2009) to nieudany eksperyment, zajmujący czołowe miejsce na liście najbardziej znienawidzonych albumów wszech czasów (świadczy o tym chociażby niska ocena na rateyourmusic.com). Być może tegoroczny "Higher Truth" podniesie poziom dyskografii Cornella (stylistycznie podobno bliski jest "Euphoria Morning"). Jeśli nie - zawsze można wrócić do jego debiutanckiego albumu.

Ocena: 7/10

PS. Wspomniana tegoroczna reedycja nie zawiera żadnych dodatkowych nagrań - nawet obecnego w oryginalnym japońskim wydaniu utworu "Sunshower" (wyraźnie inspirowanego Led Zeppelin, momentami wręcz ocierającego się o plagiat "The Rain Song").



Chris Cornell - "Euphoria Morning" (1999)

1. Can't Change Me; 2. Flutter Girl; 3. Preaching the End of the World; 4. Follow My Way; 5. When I'm Down; 6. Mission; 7. Wave Goodbye; 8. Moonchild; 9. Sweet Euphoria; 10. Disappearing One; 11. Pillow of Your Bones; 12. Steel Rain

Skład: Chris Cornell - wokal, gitara (1-3,5-13), harmonijka (1); Alain Johannes - gitara (1-6,8,10-12), bass (2-5,10,11), dodatkowy wokal (1,13), theremin (4), mandolina (4,13), klarnet (10), tabla (12); Natasha Shneider - instr. klawiszowe (1-8,10-12), bass (6), dodatkowy wokal (4-7), instr. perkusyjne (1-4,11,12); Ric Markmann - bass (1,7,8,12); Josh Freese - perkusja (1-4,6,8, 11)
Gościnnie: Jason Falkner - bass (5), Greg Upchurch - perkusja (5); Victor Indrizzo - perkusja (7); Matt Cameron - perkusja (10); Bill Rieflin - perkusja (12)
Producent: Chris Cornell, Natasha Shneider i Alain Johannes


2 komentarze:

  1. Ogromnie, ogromnie i bardzo pozytywnie zaskoczyłeś mnie recenzując ten album - byłem przekonany, że nie będziesz już wracał na blogu do lat 90. a tu taka niespodzianka.

    Dla mnie tak brzmiałby kolejny album Soundgarden nagrany bezpośrednio po "Down On The Upside" (jako że grupa począwszy od Superunknown łagodziła swoje brzmienie) na którym większość utworów napisał już sam Cornell.

    Początki drugiego na płycie "Flutter Girl" sięgają jeszcze czasów Superunknown.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacznijmy od tego, że rok wydania absolutnie nie jest dla mnie kryterium doboru albumów do recenzji ;) Dominują w nich albumy z lat 70., bo taka muzyka najbardziej do mnie trafia, ale nie zamykam się zupełnie na inne dekady. Śledzę też nowości, przynajmniej od tych dłużej działających wykonawców. A ponieważ lubię Soundgarden, czekam także na kolejny solowy longplay Cornella ;) Przy okazji postanowiłem zapoznać się z jego wcześniejszymi dokonaniami, bo dotąd znałem tylko trzy utwory ("You Know My Name", "Part of Me" i "Long Gone").

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.