30 września 2015

[Recenzja] Lynyrd Skynyrd - "First and... Last" (1978)



Po tragicznej śmierci Ronniego Van Zanta i Steve'a Gainesa, pozostali muzycy Lynyrd Skynyrd postanowili zakończyć działalność. Na pocieszenie pozostawili po sobie jeszcze jeden album. Oczywiście nie z nowym materiałem, a z niewykorzystanymi wcześniej nagraniami. "First and... Last" to zbiór utworów zarejestrowanych w różnych składach w latach 1971-72. W zdecydowanej większości zupełnie nieznanych do tamtej pory, z dwoma tylko wyjątkami - znalazła się tutaj bowiem wczesna wersja "Things Goin' On", zresztą nieporównywalnie lepsza od tej z debiutanckiego albumu (wiele zyskująca na cięższym brzmieniu i braku partii pianina), a także utwór "Down South Jukin'", znany już ze strony B singla "Free Bird" i, szczerze mówiąc, niezbyt udany.

Jak na album z odrzutami, "First and... Last" zawiera jednak także zaskakująco dużo interesującej muzyki. Trudno zrozumieć dlaczego zespół nie umieścił na żadnym ze swoich regularnych longplayów tak ciekawego utworu, jak "Was I Right or Wrong". Bardzo intrygujące są klimatyczne fragmenty z nietypowo śpiewającym Van Zantem; nieco słabiej wypada ostrzejsza część (z zupełnie niepasującymi żeńskimi chórkami), ale w końcu to tylko demo - po dopracowaniu mógłby to być jeden z najlepszych utworów grupy. Przyczepić nie mogę się natomiast do trzech kolejnych utworów: bardzo melodyjnego, a przy tym zadziornego "Lend a Helpin' Hand"; wyjątkowo ciężkiego jak na ten zespół, ale również bardzo chwytliwego "Wino"; oraz bardzo ładnej ballady "Comin' Home", z rozbudowanymi gitarowymi solówkami. Wszystkie trzy utwory mogłyby znacząco podnieść poziom debiutu, gdyby znalazły się na nim zamiast kilku słabszych kawałków. Broni się także "Preacher's Daughter", choć niczym szczególnym nie zachwyca. "First and... Last" zawiera także ciekawostki w postaci dwóch utworów śpiewanych przez perkusistę Rickeya Medlocke'a, "White Dove" i "The Seasons". Ten pierwszy to bardzo delikatny utwór zdominowany przez gitarę akustyczną i melotron, piękny melodycznie, ale niestety irytujący przesadnie wysoką partią wokalną. Lepiej wypada drugi, także łagodny, niepozbawiony dobrej melodii, jednak wzbogacony o sekcję rytmiczną i zdecydowanie bardziej udany pod względem wokalnym. To także jeden z lepszych fragmentów tego albumu, chociaż brzmiący zupełnie nieskynyrdowo.

Od 1998 roku jest dostępna (niestety, tylko na CD) rozszerzona wersja albumu, wydawana pod tytułem "Skynyrd's First: The Complete Muscle Shoals Album". Zawiera ona osiem dodatkowych nagrań, także pochodzących z lat 1971-72: kompozycję "One More Time" znaną już z albumu "Street Survivors" (w tej samej wersji), wczesne wersje utworów "Free Bird", "Gimme Three Steps", "Simple Man", "Trust" i "I Ain't the One" (bardziej surowe od tych powszechnie znanych, na czym zyskują przynajmniej te mocniejsze z nich), a także dwa zupełnie premierowe kawałki, oba śpiewane przez Medlocke'a - "You Run Around" o rock'n'rollowym charakterze i hard rockowym brzmieniu, zachwycający długimi solówkami, oraz akustyczny, czarujący piękną melodią "Ain't Too Proud to Pray". W tej wersji album robi jeszcze lepsze wrażenie i jest być może nawet najlepszym wydawnictwem w dyskografii grupy. Ale również oryginalne wydanie pozostawia bardzo dobre wrażenie.

Ocena: 8/10



Lynyrd Skynyrd - "First and... Last" (1978)

1. Down South Jukin'; 2. Preacher's Daughter; 3. White Dove; 4. Was I Right or Wrong; 5. Lend a Helpin' Hand; 6. Wino; 7. Comin' Home; 8. The Seasons; 9. Things Goin' On (Original Version)

Skład: Ronnie Van Zant - wokal (1,2,4-7,9); Gary Rossington - gitara (1-9); Allen Collins - gitara (1,2,4-9); Ed King - gitara (1,4,7-9), bass (3); Leon Wilkeson - bass (1,4,9); Bob Burns - perkusja (1,4,9); Greg Walker - bass (2,5-8); Rickey Medlocke - perkusja (2,5-8), wokal (3,8), mandolina (8); Billy Powell - pianino (7)
Gościnnie: Wayne Perkins - gitara (1,2); Jeff Conover - gitara (1); Leslie Hawkins - dodatkowy wokal (1,4,7); JoJo Billingsley, Cassie Gaines - dodatkowy wokal (1,4); Ronnie Eades - saksofon (1); Gimmer Nichols - gitara (3); Randy McCormick - melotron (3); Tim Smith - dodatkowy wokal (7)
Producent: Jimmy Johnson i Tim Smith



29 września 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "The Rolling Stones" (1964)



Amerykańskie wydanie debiutanckiego albumu The Rolling Stones zostało zatytułowane "England's Newest Hit Makers". Ten chwytliwy slogan niewiele miał jednak wówczas wspólnego z rzeczywistością. Owszem, zespół miał już wtedy na koncie kilka wysoko notowanych singli, ale żaden z nich nie był autorską kompozycją grupy. Mówiąc wprost, Stonesi byli wtedy jedynie odtwórcami hitów, nie twórcami. Podobnie jest zresztą na ich debiutanckim longplayu. Aż dziewięć z dwunastu zawartych tutaj utworów to przeróbki rhythm'n'bluesowych, bluesowych i rock'n'rollowych standardów. Pewnie, takie to były czasy, że albumy nagrywało się w pośpiechu i trzeba było się posiłkować cudzymi kompozycjami. Ale dla porównania, główni "rywale" Stonesów, The Beatles, nigdy nie wydali albumu, na którym własne utwory stanowiłyby mniej niż połowę.

Inna sprawa, że muzycy potrafili zagrać te przeróbki w swoim własnym stylu. I kilka utworów na tym zyskało. Przede wszystkim "Route 66", który ma tutaj nieporównywalnie więcej energii nie tylko od oryginału Nata Kinga Cole'a z 1946 roku, ale również od wersji Chucka Berry'ego (który był jedną z głównych inspiracji zespołu). Wykonanie Stonesów nabrało riffowego charakteru, pojawia się w nim także ostra gitarowa solówka. Inne przykłady to np. "I Just Want to Make Love to You" z repertuaru Williego Dixona, "Carol" Berry'ego, albo "Walking the Dog" Rufusa Thomasa. Problem jednak w tym, że to "ustonsowienie" wszystkich utworów zatarło większość różnic między nimi. Przedstawienie ich wszystkich w podobnych, surowych wersjach rhythm'n'bluesowych, sprawia, że album jest monotonny. Na szczęście, są tutaj jeszcze trzy autorskie utwory. I o ile jeden z nich, "Little by Little", utrzymany jest w stylu wyżej wymienionych kawałków, tak instrumentalny "Now I've Got a Witness" zaskakuje pierwszoplanową rolą organów, a "Tell Me (You're Coming Back)" to już w ogóle inna kategoria. Utwór właściwie popowy, ładnie wzbogacony gitarą akustyczną i niepozbawiony wyrazistej - choć naiwnej i banalnej - melodii.

Oceniając debiut Stonesów z perspektywy czasu można stwierdzić, że to niezbyt potrzebne wydawnictwo - w końcu nie znalazł się tutaj żaden przebój (nie licząc coveru "Not Fade Away" The Crickets, który na amerykańskim wydaniu zajął miejsce "Mona (I Need You Baby)"). Gdyby zespół dostał więcej czasu na przygotowanie materiału, na pewno powstałoby coś ciekawszego.

Ocena: 6/10



The Rolling Stones - "The Rolling Stones" (1964)

1. Route 66; 2. I Just Want to Make Love to You; 3. Honest I Do; 4. Mona (I Need You Baby); 5. Now I've Got a Witness; 6. Little by Little; 7. I'm a King Bee; 8. Carol; 9. Tell Me (You're Coming Back); 10. Can I Get a Witness; 11. You Can Make It If You Try; 12. Walking the Dog

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Brian Jones - gitara, harmonijka, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass, dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ian Stewart - instr. klawiszowe; Gene Pitney - pianino (6); Phil Spector - instr. perkusyjne (6)
Producent: Eric Easton i Andrew Loog Oldham



28 września 2015

[Recenzja] The Who - "My Generation" (1965)



Zespołu The Who nikomu chyba przedstawiać nie trzeba. Dlatego zamiast rozpisywać się o jego historii lub wpływie, jaki wywarł na muzykę rockową, od razu przejdę do konkretów. Do opisu debiutanckiego albumu, "My Generation", który światło dzienne ujrzał w grudniu 1965 roku. A więc w czasach, gdy cały świat szalał na punkcie The Beatles i innych brytyjskich grup. Muzycy The Who przepis na sukces mieli bardzo prosty - podłączyć się pod ówczesne trendy. Sporo zatem na albumie "beatlesowania" - melodyjnych piosenek z uroczymi harmoniami wokalnymi (np. "The Good's Gone", "Much Too Much", "It's Not True", czy - przede wszystkim - balansujący na krawędzi plagiatu, jednak bardzo przyjemny "The Kids Are Alright"). Ale nie brak też tutaj bardziej surowego rhythm'n'bluesa ze szkoły The Rolling Stones (np. "Out in the Street", albo dwa covery Jamesa Browna - "I Don't Mind" i "Please, Please, Please") czy nawet niemal stricte bluesowego grania ("I'm a Man" z repertuaru Bo Didleya).

Wymienione wyżej utwory to dobre rzemiosło, ale gdyby longplay nie zawierał nic więcej - byłby tylko jednym z wielu podobnych albumów wydanych w tamtym czasie, nie wyróżniającym się niczym ponad pozostałe. Są tutaj jednak także dwa utwory, które w pewnym stopniu wyprzedzają swój czas. Jednym z nich jest, oczywiście, tytułowy "My Generation". Jeden z najbardziej znanych rockowych hymnów. Z zaskakującym i odważnym, jak na tamte czasy, tekstem (ze słynnym wersem I hope I die before I get old, z którego autor, dziś już 70-letni Pete Townshend, od wielu lat musi się tłumaczyć w każdym wywiadzie). Przede wszystkim jednak wyjątkowo nowoczesny pod względem muzycznym - te gitarowe sprężenia, solówka na basie (prawdopodobnie pierwsza w historii rocka), oraz ciężkie uderzenia bębnów... Właśnie w tym utworze można szukać zalążków brzmienia takich wykonawców, jak Cream czy Jimi Hendrix. Z kolei jego prostota oraz niedbały wokal celowo jąkającego się Rogera Daltreya, wywarły znaczny wpływ na powstanie punk rocka (tego już za powód do dumy bym nie uznał). Drugim przełomowym utworem jest instrumentalny "The Ox" - jam trójki instrumentalistów The Who i pianisty Nicka Hopkinsa (grającego także w kilku innych utworach), który zaskakuje bardzo ciężkim, jak na 1965 rok, przesterowanym brzmieniem gitary.

Podsumowując, "My Generation" to album, na którym błyszczą tylko pojedyncze, nieliczne utwory, a reszta nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle dziesiątek innych podobnych wydawnictw z tamtego czasu. Jednak energia bijąca od wszystkich zamieszczonych tu nagrań sprawia, że nieźle się tego słucha, bez poczucia znużenia.

Ocena: 7/10

PS. Późniejsze o kilka miesięcy amerykańskie wydanie albumu posiada inną okładkę, nieco zmodyfikowany tytuł ("The Who Sings My Generation"), a także jedną zmianę w repertuarze - zamiast utworu "I'm a Man" zawiera autorską kompozycję "Instant Party (Circles)". To kolejny utwór, w którym słychać wyraźną inspirację The Beatles, ale niestety bardzo chaotyczny. Ciekawostką jest wykorzystanie w niej waltorni, na której zagrał basista grupy, John Entwistle.



The Who - "My Generation" (1965)

1. Out in the Street; 2. I Don't Mind; 3. The Good's Gone; 4. La-La-La-Lies; 5. Much Too Much; 6. My Generation; 7. The Kids Are Alright; 8. Please, Please, Please; 9. It's Not True; 10. I'm a Man; 11. A Legal Matter; 12. The Ox

Skład: Roger Daltrey - wokal, harmonijka; Pete Townshend - gitara, wokal (11), dodatkowy wokal; John Entwistle - bass, dodatkowy wokal; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Nicky Hopkins - pianino
Producent: Shel Talmy


25 września 2015

[Artykuł] Historie Okładek: "The Book of Souls" Iron Maiden

Okładka nowego albumu Iron Maiden wywołała spore zamieszanie. O ile chyba wszyscy fani grupy są zgodni, że najnowsza postać zespołowej maskotki, Eddiego, jest najlepsza od lat, tak podzielił ich brak tła - jedni uważają, że okładka wygląda przez to na niedokończoną, inni twierdzą, że czarne tło nadaje jej mroczniejszego klimatu. Niewątpliwie jest w niej coś intrygującego.


Chociaż "The Book of Souls" nie jest tzw. albumem koncepcyjnym, w kilku zawartych na nim utworach pojawiają się odniesienia do duszy. Gdy tworzyliśmy utwory na album "Fear of the Dark", pracowaliśmy w parach lub indywidualnie, a słowo "strach" pojawiło się w kilku utworach, czego nie zaplanowaliśmy z góry - wspomina Steve Harris. Identyczna sytuacja zdarzyła się teraz; na albumie znalazły się trzy czy cztery utwory, w których jest wspomniana [dusza]. To dziwne... zupełnie jakby istniała między nami telepatia. Jednym z tych utworów jest tytułowy "The Book of Souls", nawiązujący do kultury Majów, ich wierzeń w nieśmiertelność duszy i reinkarnację. Ich świat owiany był tajemnicą; ważną rolę odgrywała w nim magia, mistycyzm - wyjaśnia Dave Murray. I tekst napisany przez Steve'a zrodził się z fascynacji tą niezwykłą kulturą. Ale z drugiej strony, słowa "The Book of Souls" nie są jednoznaczne. Pojawiają się w nich obrazy, które działają na wyobraźnie, ale każdy może je odczytać po swojemu. Zainteresowanie tematyką nieśmiertelności ma też inne podłoże. Myślę, że im jesteś starszy, tym więcej o tym myślisz - mówi Harris. Takie rzeczy, jak choroba Bruce'a [Dickinsona] czy śmierć bliskich osób, zdarzają się coraz częściej. Zawsze jednak poruszałem tematykę śmiertelności w swoich tekstach, nawet gdy miałem dwadzieścia kilka lat. Zawsze fascynowało mnie czy jest coś ponad [życie doczesne], czy ludzie wciąż żyją po [śmierci].


Za okładkę "The Book of Souls", nawiązującą tematycznie do utworu tytułowego, odpowiada Mark Wilkinson. Nie była to jego pierwsza współpraca z zespołem, jednak po raz pierwszy stworzył grafikę do albumu studyjnego. Jego wcześniejsze dokonania to okładki koncertówki "Live at Donington" (reedycji z 1998 roku), kompilacji "Best of B'Sides", oraz singli "The Wicker Man" i "Out of the Silent Planet". Na "The Book of Souls" Wilkinson stworzył także trzy grafiki, umieszczone wewnątrz książeczki albumu (oraz na wewnętrznej stronie koperty winylowego wydania). W pracę nad wizualną stroną "The Book of Souls" zaangażowana była także żona Marka, Julie Wilkinson, która odpowiada za grafiki wykorzystane jako tło książeczki. Ilustracje umieszczone na płytach zostały natomiast stworzone przez Anthony'ego Dry'a.


Okładka jest świetna, a Eddie niesamowity - twierdzi Murray. Jest tak naturalny, realistyczny i pełen życia! Od wielu, wielu lat nie mieliśmy tak wiarygodnie wyglądającego Eddiego! Można odnieść wrażenie, że został wyciągnięty wprost z lasów deszczowych w Amazonii. Przypuszczam, że ciągle można natknąć się tam na indiańskie plemiona z podobnymi malunkami na twarzy i tatuażami na ciele. Okłądka naprawdę przemawia do wyobraźni. Pod względem plastycznym jest czymś doskonałym


Warto zwrócić uwagę, że na "The Book of Souls" zespół wrócił do swojego oryginalnego logo, nieużywanego na albumach studyjnych od połowy lat 90. Staraliśmy się z biegiem lat zmieniać i odświeżać różne rzeczy, żeby się nie powtarzać - tłumaczy Murray. Dlatego też na albumie "Virtual XI" zmodyfikowaliśmy logo. Ale tym razem ten wcześniejszy rodzaj liternictwa bardziej pasował do projektu graficznego. Jeśli widziałeś kiedyś tablice sprzed ponad dwóch tysięcy lat z majańskim pismem hieroglificznym, wiesz o czym mówię. Nasze logo i tytuł "The Book of Souls" miały tym razem przypominać te wyryte w kamieniu napisy. Nie konkretne znaki, ale ich kształty, ich charakter. Za opracowanie czcionki, którą zapisano tytuł albumu i tytuły utworów, odpowiada Jorge Letona. Zespół zatrudnił także specjalistę od kultury Majów, Simona Martina, który przetłumaczył tytuły utworów na majańskie hieroglify (wykorzystano je wewnątrz książeczki).






Źródła cytatów:
1. Harris Steve, The Beast Within, rozm. przepr. George Garner, "Kerrang!" 2015, nr 1575
2. Murray Dave, Z prędkością światła, rozm. przepr. Wiesław Weiss, "Teraz Rock" 2015, nr 9


24 września 2015

[Recenzja] Robert Plant - "Pictures at Eleven" (1982)



Z pewnością nie brakuje osób, które uważają, że grupa Led Zeppelin powinna kontynuować działalność po śmierci Johna Bonhama. W końcu był najłatwiejszym do zastąpienia muzykiem zespołu - nie brał udziału w komponowaniu, a jego styl gry na perkusji nie jest trudny do podrobienia... Jednak moim zdaniem pozostali muzycy podjęli najlepszą możliwą decyzję. Nie wierzę, że byliby jeszcze razem w stanie nagrać coś na poziomie swoich klasycznych dzieł. Już przed nagraniem ostatniego albumu, "In Through the Out Door", główny kompozytor grupy, Jimmy Page, popadł w poważny kryzys twórczy. W rezultacie pałeczkę głównego twórcy przejął basista i klawiszowiec John Paul Jones, który... według mnie w ogóle nie powinien tworzyć muzyki, bo efekty były żenujące (chociażby "All My Love"). Kryzys Page'a trwa natomiast do dziś - z nielicznych albumów, które nagrał w ciągu ostatnich 35 lat,  właściwie tylko nagrany z Davidem Coverdalem "Coverdale and Page" zasługuję na uwagę. Byłoby wielką stratą, gdyby wokalista Robert Plant - w latach 80. wciąż dysponujący wspaniałym głosem - marnował swój talent kontynuując współpracę z wypalonym Pagem i pozbawionym daru kreatywności Jonesem. Na szczęście, rozpad Led Zeppelin dał mu możliwość rozpoczęcia kariery solowej i współpracy z nowymi muzykami.

Współpracownikami Planta zostali: gitarzysta Robbie Blunt (ex-Chicken Shack), basista Paul Martinez (znany m.in. z efemerycznego projektu Paice Ashton Lord), klawiszowiec Gerald "Jezz" Woodroffe (wcześniej m.in. wspierający Black Sabbath na koncertach), oraz słynny perkusista Phil Collins (Genesis). Wszyscy oni wystąpili na jego debiutanckim albumie solowym, "Pictures at Eleven". Ponadto, w dwóch utworach na perkusji zagrał rewelacyjny Cozy Powell (ex-The Jeff Beck Group, Rainbow, później członek m.in. Whitesnake i Black Sabbath). Mocny skład to podstawa, ale podany wyżej przykład ostatniego albumu Led Zeppelin pokazuje, że jeszcze ważniejszy jest repertuar... Głównym twórcą muzyki został Blunt (w dwóch utworach, "Burning Down One Side" i "Fat Lip", wspomógł go Woodroffe) i z zadaniem poradził sobie naprawdę nieźle. Z jednej strony zaproponował utwory, które spokojnie mogłyby trafić na któryś z albumów Led Zeppelin (np. "Worse Than Detroit" i "Mystery Title", oba z typowo page'owymi zagrywkami gitarowymi), a z drugiej - kompozycje, jakich do tamtej pory nikt by się nie spodziewał w repertuarze Planta. Do tych ostatnich zaliczają się przede wszystkim zaskakująco liryczny "Moonlight in Samosa" - z pięknymi partami gitary akustycznej, ale też mocnym pulsem sekcji rytmicznej - oraz dynamiczny "Pledge Pin", w którym istotną rolę pełni... saksofon (zagrał na nim Raphael Ravenscroft, znany chociażby z albumu "The Final Cut" Pink Floyd).

Najważniejszym momentem albumu wydaje się niemal ośmiominutowy "Slow Dancer", którego nie sposób nie skojarzyć z zeppelinowym "Kashmir". Jest w nim ta sama hipnotyzująca monotonia i niesamowity, orientalny klimat (będący głównie zasługą Woodroffe'a, grającego długie solówki na syntezatorze). Plant wspina się tutaj na swoje wokalne wyżyny, Blunt wygrywa życiowe solówki, a Powell doskonale podrabia ciężką grę Bonhama. Naprawdę wyjątkowa kompozycja. Bardzo ciekawie wypada także drugi utwór nagrany z Cozym, "Like I've Never Been Gone". Niebanalna rockowa ballada o rewelacyjnej melodii, w której znów momentami pobrzmiewa coś orientalnego. Emocjonujący śpiew Planta wynagradza nieco powściągliwą solówkę Blunta. Na albumie znalazły się także dwa lekkie utwory, o bardziej piosenkowym charakterze: "Burning Down One Side" - z wyraźnym syntezatorowym tłem i miękką grą Collinsa, ale i z ostrzejszymi solówkami Blunta - oraz "Fat Lip" z typowym dla lat 80., "rozmytym" brzmieniem, także jednak ożywionym gitarową solówką. Warto wspomnieć także o dołączonym w reedycjach "Far Post". Utwór oryginalnie był tylko stroną B kilku singli, ale w 1985 roku trafił na soundtrack filmu "Białe noce" ("White Nights"), dzięki czemu stał się jednym z największych solowych hitów Planta w Stanach. To kolejny bardziej piosenkowy utwór, o chwytliwym refrenie, wyróżniający się jednak przede wszystkim fortepianową - a nie, jak w innych utworach, gitarową - solówką.

"Pictures at Eleven" pokazuje pewne niezdecydowanie Roberta Planta co do kierunku, w jakim powinna podążyć jego solowa kariera. W niektórych utworach próbuje odejść od stylistyki Led Zeppelin, by w innych jawnie do niej nawiązać. To jednak nie ma większego znaczenia. Przede wszystkim liczy się fakt, że "Pictures at Eleven" to zbiór naprawdę dobrych kompozycji, które mogą przypaść do gustu nie tylko wielbicielom macierzystej grupy Planta.

Ocena: 8/10



Robert Plant - "Pictures at Eleven" (1982)

1. Burning Down One Side; 2. Moonlight in Samosa; 3. Pledge Pin; 4. Slow Dancer; 5. Worse Than Detroit; 6. Fat Lip; 7. Like I've Never Been Gone; 8. Mystery Title

Skład: Robert Plant - wokal; Robbie Blunt - gitara; Paul Martinez - bass; Jezz Woodroffe - instr. klawiszowe; Phil Collins - perkusja (1-3,5,6,8)
Gościnnie: Cozy Powell - perkusja (4,7); Raphael Ravenscroft - saksofon (3)
Producent: Robert Plant


23 września 2015

[Recenzja] Lynyrd Skynyrd - "Street Survivors" (1977)



Okładka piątego studyjnego albumu Lynyrd Skynyrd przedstawia członków zespołu stojących w płomieniach, a w środku koperty znalazła się ulotka reklamowa o tytule "Lynyrd Skynyrd Survival Kit" (czyli "zestaw przetrwania") z instrukcją jak zamówić książkę, koszulkę lub wisiorek z nazwą grupy.  Nie byłoby w tym niczego ciekawego, gdyby nie fakt, że zaledwie trzy dni po premierze "Street Survivors" (mającej miejsce 17 października 1977 roku) doszło do katastrofy lotniczej, w której wyniku śmierć ponieśli Ronnie Van Zant, nowy gitarzysta Steve Gaines, oraz jego siostra Cassie Gaines (członkini żeńskiego chórku towarzyszącego zespołowi), a pozostali muzycy zostali ciężko ranni.

Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, tragiczne wydarzenie spowodowało ogromne zainteresowanie zespołem. W rezultacie "Street Survivors" odniósł największy sukces komercyjny z całej dyskografii Lynyrd Skynyrd. Przynajmniej pod tym względem przewyższa wcześniejsze albumy grupy. Bo pod innymi niekoniecznie... Na pewno jest lepiej, niż na "Nuthin' Fancy". Może nawet lepiej niż na nierównym debiucie (choć drugiego "Free Bird" tu nie ma). Ale do poziomu "Second Helping" i "Gimme Back My Bullets" trochę brakuje. Spadek formy można tłumaczyć ówczesną sytuacją zespołu - muzycy zmagali się z uzależnieniami od narkotyków i alkoholu, byli też wykończeni niekończącymi się trasami. Nie były to jedyne problemy w tamtym czasie - we wrześniu 1976 roku, w ciągu jednego weekendu, Gary Rossington i Steve Gaines przeżyli poważne wypadki samochodowe. Natomiast pod koniec roku Ronnie Van Zant rozważał odejście z grupy, aby poświęcić się życiu rodzinnemu. Ostatecznie jednak, w kwietniu następnego roku, muzycy weszli do studia, aby zarejestrować nowy album. Nie byli jednak zadowoleni z rezultatu sesji i po trzech miesiącach wrócili do studia (a ściślej mówiąć - wynajęli inne), aby nagrać materiał od nowa.

Główną siłą napędową zespołu był wówczas Gaines. Sam napisał muzykę do pięciu utworów ("I Know a Little", "You Got That Right", "I Never Dreamed", "Ain't No Good Life", oraz niewykorzystanego na albumie "Georgia Peaches"), a także teksty do dwóch z nich ("I Know a Little" i "Ain't No Good Life"; wszystkie pozostałe napisał Van Zant). Gary Rossington dostarczył muzykę tylko do dwóch utworów ("What's Your Name" i odrzuconego "Sweet Little Missy"), a Allen Collins - jednego ("That Smell"). Repertuaru dopełnił cover "Honky Tonk Night Time Man" Merle'a Haggarda, a także stary utwór Rossingtona, "One More Time", nagrany jeszcze w... 1971 roku, z inną sekcją rytmiczną - Gregiem T. Walkerem i Rickey'em Medlocke'iem (według informacji podanych na niektórych wydaniach albumu, gra tutaj także gitarzysta Ed King, ale wszystkie dostępne źródła podają, że do zespołu dołączył on później, już po odejściu Walkera i Medlocka). Sięgnięcie po ten utwór najlepiej chyba świadczy o nienajlepszej formie kompozytorskiej muzyków w tamtym czasie. Potwierdzają to oba odrzuty z sesji, które rzeczywiście nie zasługiwały na wydanie.

Niestety, wśród albumowych utworów też zdarzył się jeden ewidentny niewypał - "What's Your Name". Banalna piosenka, której komercyjny (była wydana na singlu) charakter podkreślają dęciaki i barowe pianinko. Na szczęście to jedyny utwór tego typu na albumie. Chociaż... "I Know a Little" ma praktycznie identyczną melodię. Różni się tylko innym tekstem, brakiem dęciaków, mniej wyeksponowanym pianinem i większą ilością gitarowych popisów (i własnie dzięki tym trzem ostatnim elementom wypada nieporównywalnie lepiej). Bardzo podobnym utworem jest także "You Got That Right", przewyższający jednak dwa powyższe pod względem melodycznym. Ciekawostką jest fakt, że Van Zant zaśpiewał go w duecie z Gainesem. Gitarzysta samodzielnie zaśpiewał natomiast w finałowym "Ain't No Good Life", w którym jednak uwagę przyciągają właściwie tylko gitarowe solówki. Utrzymany w stylu country "Honky Tonk Night Time Man" może natomiast spodobać się osobom lubiącym takie oblicze Lynyrd Skynrd, mnie jednak nie przekonuje.

Do najlepszych fragmentów albumu zdecydowanie zalicza się "One More Time". Mimo że aż sześć lat czekał na wydanie, jest to naprawdę przyjemny utwór, o balladowym charakterze. Oparty głównie na gitarze akustycznej, z świetnie pulsującym basem i wspaniałymi, jak zawsze, solówkami. Dobrze wypada również inny spokojniejszy utwór, "I Never Dreamed". Rozpoczęty zmyłką w postaci dynamicznego wstępu (z rewelacyjnymi solówkami, organowym tłem i mocną grą sekcji rytmicznej), który niespodziewanie ustępuje miejsca brzmieniom akustycznym i raczej leniwej - choć chwytliwej - melodii. Dopiero pod koniec utwór znów nabiera mocy. Najwspanialszą kompozycją na "Street Survivors" jest jednak "That Smell". Ze złowieszczym tekstem, napisanym po wypadku Rossingtona, który dodatkowego sensu nabrał po katastrofie samolotu przewożącego zespół. Wersy w rodzaju tomorrow might not be here for you lub the smell of death surrounds you okazały się prorocze dla Van Zanta. Utwór jest jednak przede wszystkim doskonały pod względem muzycznym - charakterystyczny, ciężki riff, fantastyczne solówki, oraz bardzo chwytliwa melodia (nie tylko w refrenie, ale również we zwrotkach), czynią z niego jeden z najlepszych utworów grupy w całym repertuarze. W całość dość dobrze wpasowały się nawet żeńskie chórki, które nie odbierają utworowi nic z jego zadziorności i ponurego klimatu.

"Street Survivors" to album, którego popularność przewyższa jego wartość artystyczną. Co jednak nie znaczy, że nie warto się z nim zapoznać. Już sam "That Smell" jest wystarczającym powodem, aby po niego sięgnąć. A reszta utworów - z wyjątkiem banalnego "What's Your Name" - wypada co najmniej poprawnie.

Ocena: 7/10

PS. Z okazji 30-lecia "Street Survivors" ukazało się specjalne wydanie albumu, zawierające dodatkowy dysk. Zawiera on przede wszystkim nagrania z pierwszej, kwietniowej sesji, obejmujące większość utworów z ostatecznej wersji albumu (z wyjątkiem "One More Time" i "Honky Tonk Night Time Man"), oba odrzuty ("Georgia Peaches", "Sweet Little Missy"), a także dodatkową, jeszcze lepszą wersję "That Smell" (wolniejszą, z bardziej rozbudowanymi solówkami). Warto zwrócić też uwagę na "What's Your Name", który w tej wersji nie zawiera dęciaków, dzięki czemu brzmi lepiej. Na dysku znalazła się także wersja "Sweet Little Missy" z drugiej sesji, oraz utwór "Jacksonville Kid", czyli "Honky Tonk Night Time Man" z nowym tekstem, napisanym przez Van Zanta (ponoć był to ostatni utwór, jaki zaśpiewał w studiu). Całości dopełnia pięć utworów zarejestrowanych na żywo w sierpniu 1977 roku.



Lynyrd Skynyrd - "Street Survivors" (1977)

1. What's Your Name; 2. That Smell; 3. One More Time; 4. I Know a Little; 5. You Got That Right; 6. I Never Dreamed; 7. Honky Tonk Night Time Man; 8. Ain't No Good Life

Skład: Ronnie Van Zant - wokal (1-7); Gary Rossington - gitara, instr. klawiszowe; Allen Collins - gitara; Steve Gaines - gitara (1,2,4-8), wokal (5,8); Leon Wilkeson - bass i dodatkowy wokal (1,2,4-8); Artimus Pyle - perkusja (1,2,4-8); Billy Powell - instr. klawiszowe
Gościnnie: Leslie Hawkins - dodatkowy wokal (2,3); JoJo Billingsley, Cassie Gaines - dodatkowy wokal (2); Ed King - gitara (3); Greg T. Walker - bass (3); Rickey Medlocke - perkusja i dodatkowy wokal (3); Tim Smith - dodatkowy wokal (3); Barry Lee Harwood - dobro (7)
Producent: Tom Dowd (1,2,4-8); Jimmy Johnson i Tim Smith (3)


22 września 2015

[Recenzja] Chris Cornell - "Higher Truth" (2015)



Ogromna krytyka albumu "Scream", eksperymentu ze stylistyką R&B, spowodowała, że Chris Cornell szybko postanowił wrócić do swoich rockowych korzeni. Dwa lata po premierze wspomnianego longplaya wyruszył na solową trasę, na której wykonywał akustyczne wersje swoich (także tych nagranych z zespołami Soundgarden, Temple of the Dog i Audioslave) i cudzych utworów. Występował bez żadnych dodatkowych muzyków - tylko on i jego gitara. Trasa ta (udokumentowana koncertówką "Songbook", wydaną pod koniec 2011 roku) uświadomiła mu, że właśnie taką muzykę chciałby wykonywać jako solista. Nagranie premierowego materiału w takiej stylistyce opóźniła reaktywacja Soundgarden, jednak w końcu Chris znalazł trochę czasu, by stworzyć coś na własny rachunek.

Album "Higher Truth" to dwanaście utworów, w których dominującymi elementami są wokal i gitara akustyczna. W większości z nich pojawiają się jednak także dodatkowe instrumenty, jak perkusja, pianino, organy, mandolina, harmonijka i skrzypce, a z rzadka także gitary elektryczne (największą rolę pełniące w "Murder of Blue Skies" i tytułowym "Higher Truth"). Najbardziej wyróżniającym się utworem jest finałowy "Our Time in the Universe", który za sprawą wykorzystania perkusyjnych loopów, przetworzonej gitary i liry korbowej, niemal zbliża się do zawartości "Scream". Zupełnie jakby Cornell chciał podkreślić, że nie żałuje nagrania tamtego albumu, że nie odcina się od tamtego etapu swojej kariery. W pozostałych kompozycjach muzyk nawiązuje natomiast do swoich dwóch ulubionych zespołów: The Beatles (w najbardziej melodyjnych "Nearly Forgot My Broken Heart", "Circling", oraz przede wszystkim "Let Your Eyes Wander" z gitarowym motywem w stylu George'a Harrisona) i Led Zeppelin (np. "Dead Wishes", "Worried Moon" i "Through the Window", z partiami gitar charakterystycznymi dla folkowych utworów tej grupy). Cornell posiada jednak własny styl komponowania, dzięki czemu nie ma tu mowy o żadnym podrabianiu innych artystów.

Mimo wszystko, zaproponowana na tym albumie konwencja jest mocno ograniczająca. Większość utworów jest do siebie bardzo podobna. W praktyce różnią się właściwie tylko smaczkami, wykorzystaniem wspomnianych wyżej instrumentów.  Także wszystkie melodie są do siebie bardzo zbliżone, większości brakuje wyrazistości, a niektóre wręcz ocierają się o popowy banał (szczególnie "Our Time in the Universe", "Only These Words" i "Josephine", ale też np. refren "Worried Moon"). W rezultacie ten nieprzesadnie długi, niespełna 50-minutowy album, dość szybko zaczyna nużyć. Nadaje się najwyżej do puszczenia "w tle", ale na pewno nie do słuchania w skupieniu. Jest tutaj jednak kilka naprawdę przyjemnych utworów - z "Nearly Forget My Broken Heart", "Dead Wishes" i "Let Your Eyes Wander" na czele - dzięki którym nie sposób uznać "Higher Truth" za porażkę. Na pewno jest to znacznie lepszy album od "Scream". Chris Cornell najlepiej jednak wypada w cięższej, rockowej muzyce. Dlatego mam nadzieję, że w przyszłości poświęci więcej czasu na Soundgarden, niż solową karierę.

Ocena: 6/10

PS. Rozszerzona wersja albumu zawiera cztery bonusowe utwory: całkiem ładną balladę "Bend in the Road", nudne  "Wrong Side" i "Misery Chain", oraz niewiele różniący się od wersji albumowej remiks "Our Time in the Universe".



Chris Cornell - "Higher Truth" (2015)

1. Nearly Forgot My Broken Heart; 2. Dead Wishes; 3. Worried Moon; 4. Before We Disappear; 5. Through the Window; 6. Josephine; 7. Murder of Blue Skies; 8. Higher Truth; 9. Let Your Eyes Wander; 10. Only These Words; 11. Circling; 12. Our Time in the Universe

Skład: Chris Cornell - wokal, gitara, bass, mandolina, instr. perkusyjne, harmonijka
Gościnnie: Brendan O'Brien - gitara, bass, perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, lira korbowa; Matt Chamberlain - perkusja; Patrick Warren - pianino; Ann Marie Simpson - instr. smyczkowe
Producent: Brendan O'Brien


21 września 2015

[Recenzja] David Gilmour - "Rattle That Lock" (2015)



David Gilmour powiedział niegdyś o Pink Floyd, że jest najbardziej leniwym zespołem. Wówczas, w latach 70., ciężko było traktować te słowa poważnie. W końcu grupa regularnie co dwa lata wydawała kolejne albumy, z których każdy okazywał się arcydziełem (no, może niezupełnie każdy, ale żaden nie schodził poniżej wysokiego poziomu). Lenistwo członków zespołu tak naprawdę wyszło na jaw dopiero, gdy rozpoczęli kariery solowe. Najlepiej widać to na przykładzie Rogera Watersa, który od 23 lat nie wydał żadnego albumu z premierowym materiałem. Nieczęsto też dostajemy nową muzykę od Gilmoura. Jego poprzedni solowy album, "On an Island" ukazał się 22 lata po poprzedzającym go "About Face", a dwanaście po ostatnim longplayu nagranym przez niego z Pink Floyd, czyli "The Division Bell". Po wydaniu "On an Island" David obiecywał, że na jego kolejny album nie będzie trzeba czekać tak długo. Słowa dotrzymał. Jego najnowsze dzieło, "Rattle That Lock", ukazuje się po "zaledwie" dziewięcioletniej przerwie.

Longplay został poprzedzony dwoma zaskakującymi singlami, tytułowym "Rattle That Lock" oraz "Today". Ich przebojowo-taneczny charakter znacznie odbiega od dotychczasowej twórczości Gilmoura (przynajmniej tej solowej, bo w repertuarze Pink Floyd są przecież takie nagrania, jak "Another Brick in the Wall (Part II)" i "Run Like Hell"). Co oczywiście automatycznie spotkało się z krytyką. Mnie akurat utwór "Rattle That Lock" przypadł do gustu. Może wypada nieco popowo - komercyjny charakter podkreślają zwłaszcza żeńskie chórki - ale z drugiej strony jest tutaj też fantastyczna, funkowa linia basu (mocno uwypuklona w miksie) i rewelacyjne, bluesowe solówki Davida. Ciekawe, że zalążkiem tej kompozycji był usłyszany przez muzyka na stacji kolejowej gdzieś we Francji jingiel zapowiadający komunikaty. Melodyjka ta została wsamplowana w nagranie, a jej twórca, Michaël Boumendil - dopisany jako współautor. Drugi singiel, "Today", mimo podobnego charakteru, nie zrobił na mnie już tak dobrego wrażenia. Tym razem żeńskie chórki są zbyt nachalne, a całość zaczyna się od "kościelnej" partii chóru... Zaletą znów są gitarowe solówki i funkowowa gra basisty (w obu utworach - i tylko w tych dwóch - zagrał dawny współpracownik Pink Floyd, Guy Pratt).

Wbrew temu, czego można było oczekiwać, reszta albumu utrzymana jest w zupełnie innym stylu. Single były tylko zmyłką. Nie znaczy to bynajmniej, że "Rattle That Lock" nie przynosi już żadnych niespodzianek. Największym zaskoczeniem jest "The Girl in the Yellow Dress" - swingująco-jazzowy kawałek, przywołujący w głowie obraz zadymionej knajpy z czarno-białego filmu... W utworze wykorzystano nietypowe instrumentarium, obejmujące - poza perkusją i ledwo słyszalną gitarą - kontrabas, pianino, saksofon oraz kornet. Wyszło naprawdę ciekawie. To jeden z moich ulubionych fragmentów longplaya. Nieco jazzowo, za sprawą partii pianina, robi się także w "Dancing Right in Front of Me" - jednak tutaj gitara brzmi zdecydowanie rockowo. Na tle całości wyróżnia się również "Faces of Stone", który po klawiszowym wstępie przeradza się w akustyczną balladę z nietypowo niskim śpiewem Gilmoura i akordeonem w tle. Nie zabrakło tu jednak charakterystycznych gitarowych solówek - chyba najpiękniejszych na albumie.

Pozostałe utwory to już typowy David Gilmour. Kompozycje o łagodnym nastroju, melancholijne i - nie ma co ukrywać - czasem nieco smętne, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Całość niczym klamra spinają dwa instrumentalne utwory - "5 A.M.", w którym słychać tylko przejmującą partię gitary z orkiestrowym tłem, oraz stanowiący jego kontynuacje "And Then..." - bardzo podobny, ale z dodatkiem sekcji rytmicznej i akustycznej kody. Instrumentalny jest także "Beauty", który jednak nieszczególnie przyciąga uwagę. W przeciwieństwie do "A Boat Lies Waiting", który  wywołuje skojarzenia z post-watersowską twórczością Pink Floyd. Głównie za sprawą partii pianina w stylu Ricka Wrighta. W utworze słychać zresztą wsamplowany głos zmarłego przed kilkoma laty klawiszowca Pink Floyd. Prawdziwą perłą jest natomiast "In Any Tongue" - bardzo klimatyczna kompozycja, zawierająca oczywiste nawiązania do dwóch utworów Pink Floyd - "High Hopes" i "Comfortably Numb". Wrażenie robi przepiękny refren, głęboko zapadający w pamięć. Pewien niedosyt pozostawia jedynie solówka Gilmoura - naprawdę wspaniała, ale nie na poziomie wyżej wspomnianych utworów. I zdecydowanie zbyt krótka.

"Rattle That Lock" to album, który powinien zadowolić większość wielbicieli twórczości Davida Gilmoura i późnego Pink Floyd. Na tle poprzednich solowych dzieł muzyka wyróżnia się większą różnorodnością i większą liczbą wyrazistych, zapamiętywalnych melodii, które tym razem pojawiają się praktycznie w każdym utworze. 

Ocena: 8/10

PS. Rozszerzone wydanie albumu zawiera dodatkowo płytę DVD, a na niej m.in. zapis czterech jamów pochodzących z 2006 roku (w których Gilmourowi towarzyszyli Rick Wright, Guy Pratt, oraz perkusista Steve DiStanislao), kilka krótkich dokumentów o powstawaniu albumu, dwa teledyski ("Rattle That Lock" i "The Girl in the Yellow Dress"), a także - wyłącznie w wersji audio - alternatywne wersje utworów ("The Girl in the Yellow Dress" z orkiestracją, oraz trzy remiksy "Rattle That Lock" - skrócona wersja radiowa, wydłużony miks i okropny, dyskotekowy "Youth mix"). Longplay ukazał się także w wersji winylowej - i to, wbrew współczesnym tendencjom, na jednej płycie (podczas gdy np. trwający ledwie dwie minuty dłużej "The Endless River" wydano na dwóch płytach).



David Gilmour - "Rattle That Lock" (2015)

1. 5 A.M.; 2. Rattle That Lock; 3. Faces of Stone; 4. A Boat Lies Waiting; 5. Dancing Right in Front of Me; 6. In Any Tongue; 7. Beauty; 8. The Girl in the Yellow Dress; 9. Today; 10. And Then...

Skład: David Gilmour - wokal i gitara, instr. klawiszowe (1-7,9,10), bass (5-7,10), harmonijka (7)
Gościnnie: Zbigniew Preisner - orkiestracja (1,3,5,6,9,10); Phil Manzanera - instr. klawiszowe (2,3,6,9), gitara (3,9); Guy Pratt - bass (2,9); Yaron Stavi - bass (2), kontrabas (2,5); Steve DiStanislao - perkusja i instr. perkusyjne (2,3,5,7,9), dodatkowy wokal (2); Danny Cummings - instr. perkusyjne (2-5,7,9,10); Mica Paris, Louise Marshall - dodatkowy wokal (2,9); The Liberty Choir - chór (2); Damon Iddins - akordeon (3); Eira Owen - waltornia (3); Roger Eno - pianino (4,7); David Crosby, Graham Nash - dodatkowy wokal (4); Andy Newmark - perkusja (5,6,10); Gabriel Gilmour - pianino (6); Rado Klose - gitara (8); John Parricelli - gitara (8); Jools Holland - pianino (8); Chris Laurence - kontrabas (8); Martin France - perkusja (8); Colin Stetson - saksofon (8); Robert Wyatt - kornet (8); Jon Carin - pianino (9); Mike Rowe - pianino (9); Polly Samson - dodatkowy wokal (9)
Producent: David Gilmour i Phil Manzanera


16 września 2015

[Recenzja] Chris Cornell - "Euphoria Morning" (1999)



Chris Cornell - jeden z najlepszych wokalistów epoki grunge'u. Znany z takich zespołów, jak Soundgarden, Audioslave, czy efemerycznego Temple of the Dog. Występujący i tworzący także pod własnym nazwiskiem. Mimo że jego kariera solowa nigdy nie nabrała większego rozmachu, zdarzył w jej trakcie zaliczyć już kilka wzlotów (jak chociażby napisanie i nagranie utworu do jednego z serii filmów o Jamesie Bondzie - "You Know My Name" z "Casino Royale"), jak i upadków (flirt z współczesnym R&B na albumie "Scream"). Niedługo, 18 września, do sklepów trafi jego czwarty solowy album, "Higher Truth". Niespełna miesiąc wcześniej do sprzedaży trafiła natomiast reedycja debiutanckiego "Euphoria Morning" (tym razem pod tytułem "Euphoria Mourning", jak początkowo miał się nazywać). To dobry powód, aby przypomnieć ten longplay.

Wydany niedługo po rozpadzie Soundgarden, album z pewnością rozczarował wszystkich, którzy spodziewali się po Cornellu kontynuacji stylu macierzystej grupy. Na "Euphoria Morning" nie ma metalowego ciężaru, punkowej dzikości i eksperymentów z nieoczywistymi podziałami rytmicznymi. Owszem, czasem wokaliście zdarza się wydrzeć w charakterystyczny dla siebie sposób (np. "When I'm Down", "Mission"), ale muzycznie jest to zupełnie inna bajka. Co prawda można doszukać się tutaj rozwinięcia pomysłów z albumu "Superunknown", na którym pojawiły się wpływy rocka psychodelicznego (Chris nigdy nie ukrywał swojego uwielbienia dla Beatlesów i wczesnego Pink Floyd). Tutaj takie inspiracje wysuwają się na pierwszy plan. Na tym jednak koniec podobieństw. Bo muzyczna zawartość "Euphoria Morning" to przede wszystkim granie o stonowanym charakterze, zdominowane przez brzmienia akustyczne, często niemal ocierające się o folk (taki bardziej rockowy, w stylu Led Zeppelin - vide zwrotki "Follow My Way"). Przesterowane partie gitary elektrycznej też czasem się pojawiają, ale pozbawione są soundgardenowego ciężaru ("Mission", "Wave Goodbye", "Pillow of Your Bones").

Z utworów zawartych na "Euphoria Morning" kilka zasługuje na szczególne wyróżnienie. Świetnie wypada otwierający album - a zarazem promujący go na singlu - "Can't Change Me", z orientalizującym motywem przewodnim o sitarowym brzmieniu (w rzeczywistości granym na gitarze) i niemal beatlesowską melodią. Wpływ Wspaniałej Czwórki jeszcze bardziej słychać np. w "Preaching the End of the World", który jednak zaskakuje przede wszystkim bardzo delikatną partią wokalną - z początku trudno rozpoznać, że to głos Cornella. Zdecydowanie najładniejszymi melodiami wyróżniają się natomiast "Moonchild" i "Sweet Euphoria". Ten drugi jednak zaskakuje przede wszystkim bardzo oszczędną aranżacją - Cornell zarejestrował go zupełnie samodzielnie, bez udziału innych muzyków. To tylko jego głos i akompaniament gitary akustycznej. Wyjątkowym utworem jest także "Disappearing One", rozpoczęty partią klarnetu, która wywołuje skojarzenia z muzyką pierwszej połowy XX wieku; później jednak utwór nabiera bardziej rockowego charakteru. Ciekawostką jest gościnny udział perkusisty Soundgarden, Matta Camerona. Dziwne, że wystąpił akurat w tym balladowym utworze, a nie bardziej dynamicznym "Pillow of Your Bones", któremu właśnie za sprawą mocnej rytmiki najbliżej do dokonań Soundgarden (tych późniejszych, szczególnie albumu "Down on the Upside"). Sam utwór może i nie jest wybitny, ale przyjemnie ożywia album.

Album "Euphoria Morning" pokazuje wszechstronność Chrisa Cornella, do czasu jego wydania kojarzonego przede wszystkim z cięższą muzyką. Jest też najbardziej udanym z jego dotychczasowych solowych wydawnictw. Kolejny longplay,  "Carry On" (2007), przyniósł muzykę ostrzejszą, za to zdecydowanie słabszą pod względem melodycznym, natomiast wspomniany "Scream" (2009) to nieudany eksperyment, zajmujący czołowe miejsce na liście najbardziej znienawidzonych albumów wszech czasów (świadczy o tym chociażby niska ocena na rateyourmusic.com). Być może tegoroczny "Higher Truth" podniesie poziom dyskografii Cornella (stylistycznie podobno bliski jest "Euphoria Morning"). Jeśli nie - zawsze można wrócić do jego debiutanckiego albumu.

Ocena: 7/10

PS. Wspomniana tegoroczna reedycja nie zawiera żadnych dodatkowych nagrań - nawet obecnego w oryginalnym japońskim wydaniu utworu "Sunshower" (wyraźnie inspirowanego Led Zeppelin, momentami wręcz ocierającego się o plagiat "The Rain Song").



Chris Cornell - "Euphoria Morning" (1999)

1. Can't Change Me; 2. Flutter Girl; 3. Preaching the End of the World; 4. Follow My Way; 5. When I'm Down; 6. Mission; 7. Wave Goodbye; 8. Moonchild; 9. Sweet Euphoria; 10. Disappearing One; 11. Pillow of Your Bones; 12. Steel Rain

Skład: Chris Cornell - wokal, gitara (1-3,5-13), harmonijka (1); Alain Johannes - gitara (1-6,8,10-12), bass (2-5,10,11), dodatkowy wokal (1,13), theremin (4), mandolina (4,13), klarnet (10), tabla (12); Natasha Shneider - instr. klawiszowe (1-8,10-12), bass (6), dodatkowy wokal (4-7), instr. perkusyjne (1-4,11,12); Ric Markmann - bass (1,7,8,12); Josh Freese - perkusja (1-4,6,8, 11)
Gościnnie: Jason Falkner - bass (5), Greg Upchurch - perkusja (5); Victor Indrizzo - perkusja (7); Matt Cameron - perkusja (10); Bill Rieflin - perkusja (12)
Producent: Chris Cornell, Natasha Shneider i Alain Johannes


14 września 2015

[Recenzja] Lynyrd Skynyrd - "One More from the Road" (1976)



"One More form the Road" to pierwsza koncertówka Lynyrd Skynyrd. I praktycznie jedyna, na której utrwalono występy z oryginalnym wokalistą, Ronniem Van Zantem (nie licząc tzw. oficjalnych bootlegów). Niestety, pozostawia ona sporo do życzenia. Chociaż została zarejestrowana w latach 70., prawie nie ma tutaj charakterystycznych dla tamtej epoki zespołowych improwizacji. A przecież zarówno charakter kompozycji zespołu, jak i rozbudowany skład (z trzema gitarzystami), idealnie temu sprzyjały. Owszem, w utworach nie brakuje porywających popisów solowych, ale... są one przecież obecne także w wersjach studyjnych. Tak samo trudno jako zaletę traktować bijącą od tych nagrań energię, gdyż i studyjnym pierwowzorom jej nie brakowało. W praktyce wygląda to zatem tak, że wszystkie utwory brzmią tutaj identycznie, jak w oryginalnych wersjach. "One More from the Road" nie jest też idealny pod względem doboru materiału. W końcu ciężko uznać "Whiskey Rock-a-Roller" lub "Gimme Three Steps" za jakieś szczególnie wartościowe dokonania zespołu. Zarazem brakuje tutaj tak ważnych utworów, jak np. "Simple Man" i "Gimme Back My Bullets". Owszem, są tutaj obecne takie hity, jak "Sweet Home Alabama", "Free Bird", "Saturday Night Special", jak również inne świetnie sprawdzające się na koncertach kawałki (np. "Workin' for MCA", "Searchin'"), jednak poczucie niedosytu pozostaje.

Czy warto zatem w ogóle poznawać "One More from the Road"? I tutaj o dziwo odpowiedź brzmi: jak najbardziej. Po pierwsze, album może stanowić dobre wprowadzenie do twórczości Lynyrd Skynyrd dla tych, którzy nie mieli jeszcze okazji usłyszeć żadnego albumu zespołu w całości. Ale i osoby, znające już całą studyjną dyskografię grupy, longplay może zainteresować, ze względu na obecność trzech utworów nieobecnych na regularnych albumach. Szczególnie interesujący wydaje się "Travelin' Man". Posiadający co prawda wersję studyjną, ale zarejestrowaną dopiero w 1997 roku (z partią wokalną "wyciągniętą" z tutejszej wersji). I w sumie trochę może dziwić, dlaczego aż tyle czekał na nagranie, ponieważ jest to zdecydowanie jeden z najbardziej chwytliwych utworów Lynyrd Skynyrd. Jak zwykle nie rozczarowują gitarowe popisy, można się jedynie przyczepić do zbyt nachalnych żeńskich chórków w refrenie. Pozostałe dwie "nowości" to już nie autorskie kompozycje grupy, a covery. W rozbudowanym wykonaniu "T for Texas" Jimmiego Rodgersa w końcu pojawiają się improwizacje muzyków. Wyszło nieźle i pozostaje tylko żałować, że to jedyny taki fragment na tej koncertówce. Poza tym Lynardzi sięgnęli także po "Cross Road Blues" Roberta Johnsona, wyraźnie jednak inspirując się wersją Cream (o czym świadczy już samo zastosowanie tytułu "Crossroads" zamiast oryginalnego). Tak bardzo się inspirując, że gitarzyści ograniczyli się tutaj do kopiowania słynnych solówek Erica Claptona, zamiast zrobić właściwy użytek z trzech "wioseł". Zresztą nie tylko oni wykazali brak inwencji, bo Ronnie śpiewa tutaj zupełnie jak Clapton, a sekcja rytmiczna naśladuje grę Jacka Bruce'a i Gingera Bakera. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że wersja Cream jest tak doskonała, że jakakolwiek zmiana mogłyby wyjść tylko na gorsze.

"One More from the Road" to raczej uzupełnienie podstawowej dyskografii Lynyrd Skynyrd, niż pełnoprawne wydawnictwo (w przeciwieństwie do większości koncertówek z tamtego okresu). Mimo swoich wad jest jednak całkiem udaną pozycją. Może i niewiele wnoszącą do dorobku zespołu, ale i nie szkodzącą jego wizerunkowi.

Ocena: 7/10



Lynyrd Skynyrd - "One More from the Road" (1976)

LP1: 1. Workin' for MCA; 2. I Ain't the One; 3. Searchin'; 4. Tuesday's Gone; 5. Saturday Night Special; 6. Travelin' Man; 7. Whiskey Rock-a-Roller; 8. Sweet Home Alabama
LP2: 1. Gimme Three Steps; 2. Call Me the Breeze; 3. T for Texas; 4. The Needle and the Spoon; 5. Crossroads; 6. Free Bird

Skład: Ronnie Van Zant - wokal; Gary Rossington - gitara, instr. klawiszowe; Allen Collins - gitara; Steve Gaines - gitara, dodatkowy wokal; Leon Wilkeson - bass, dodatkowy wokal; Artimus Pyle - perkusja; Billy Powell - instr. klawiszowe
Gościnnie: JoJo Billingsley, Cassie Gaines, Leslie Hawkins - dodatkowy wokal
Producent: Tom Dowd


12 września 2015

[Artykuł] Historie Klasycznych Albumów: "Wish You Were Here" Pink Floyd

Gdybym miał wybrać jeden, tylko jeden, najdoskonalszy album w historii fonografii, bez wahania wskazałbym na "Wish You Were Here" - dziewiąty studyjny longplay w dyskografii Pink Floyd. To według mnie jedyny album, na którym nie ma ani jednego niepotrzebnego dźwięku, który od pierwszej do ostatniej sekundy jest absolutnym arcydziełem. Zachwycającym nie tylko pod względem kompozytorskim i wykonawczym, ale również swoim brzmieniem. Ponadczasowym. Choć od wydania tego albumu właśnie mija 40 lat, równie świeżo, co w 1975 roku, brzmiałby także w '85, '95, 2005, a nawet i wydany dziś. Ta muzyka nie zestarzała się ani odrobinę i nie wyobrażam sobie, aby mogło to nastąpić w ciągu kolejnych 40 lat, a nawet i później.



Szalony krok w bok

Po ogromnym sukcesie - zarówno komercyjnym, jak i artystycznym - albumu "The Dark Side of the Moon", muzycy Pink Floyd musieli odpowiedzieć na trudne pytanie "co dalej?". Wszystko, czego chcieliśmy, gdy zakładaliśmy ten zespół, już się ziściło - twierdził Roger Waters. David Gilmour po latach przyznawał: Po nagraniu "Dark Side" nie mieliśmy pojęcia, co dalej robić. Chciałem, żeby kolejny album był w większym stopniu oparty na muzyce. Zawsze twierdziłem, że świetne teksty Rogera na poprzedniej płycie przyćmiły muzykę. Aby przynajmniej chwilowo odsunąć od siebie konieczność tworzenia nowych kompozycji, zespół - w grudniu 1973 roku - powrócił do zarzuconego kilka lat wcześniej projektu "The Household Objects". Jego założeniem było nagranie albumu wyłącznie przy pomocy sprzętu domowego użytku, bez żadnych prawdziwych instrumentów. To jeden z tych szalonych kroków w bok, które człowiek czasem robi w życiu - mówił Gilmour. Wtedy wydawało nam się to dobrym pomysłem, ale bardzo szybko okazało się, że realizacja przekracza nasze możliwości, w każdym razie musiałaby nas kosztować wiele wysiłku. Uznaliśmy, że kontynuowanie tego projektu jest właściwie bezcelowe. Sesja ta nie poszła jednak całkowicie na marne. Zarejestrowany w jej trakcie fragment "Wine Glasses", powstały poprzez pocieranie palcem krawędzi kieliszka, stał się punktem wyjścia do nowej, wieloczęściowej kompozycji "Shine On".

Pink Floyd: Roger Waters (u góry), Nick Mason, Rick Wright i David Gilmour.

Na początku 1974 roku zespół zaczął pracę nad trzema nowymi kompozycjami: właśnie "Shine On", a także "Raving and Drooling" i "Gotta Be Crazy". Pierwszy z nich był najbardziej zespołowym dziełem - wykorzystano w nim wspomniany wstęp grany na kieliszkach, dalsza część opiera się na prostym gitarowym motywie Gilmoura, istotny wkład miał też klawiszowiec, Rick Wright. "Raving and Drooling" był samodzielnym dziełem Watersa (opartym na linii basu podobnej do starszego utworu grupy, "One of These Days"), a w "Gotta Be Crazy" wspomógł go Gilmour. Roger napisał także wszystkie teksty. Inspiracją "Shine On" był dawny lider zespołu, Syd Barrett. Dla niektórych ludzi jedynym sposobem zmierzenia się z kurewsko smutnym życiem we współczesnym świecie jest zupełne wycofanie się z niego - wyjaśniał Waters. W jakimś sensie jest to komentarz do tego, co przydarzyło się Sydowi. Teksty pozostałych dwóch utworów były agresywnym atakiem na przemysł muzyczny, a nawet jego konsumentów, czyli także fanów grupy. "Shine On" i "Raving and Drooling" zadebiutowały w czerwcu 1974 roku, podczas francuskiej trasy zespołu. "Gotta Be Crazy" został włączony do koncertowego repertuaru podczas kolejnej, tym razem brytyjskiej trasy, rozpoczętej 4 listopada w Edynburgu, a trwającej do połowy grudnia.


Mozolna praca

W styczniu 1975 roku, w londyńskim Abbey Road Studios, zespół rozpoczął nagrania na nowy album. Początkowo planowano, aby na album trafiły po prostu trzy utwory wypróbowane już na koncertach - najdłuższy "Shine On" (z czasem przemianowany na "Shine on You Crazy Diamond") miał wypełniać całą jedną stronę longplaya, a na drugą miały trafić dwa pozostałe utwory. Za takim rozwiązaniem optował Gilmour, jednak Waters uznał je za zbyt proste. Wysuwający się na pozycję lidera muzyk postanowił odłożyć utwory "Raving and Drooling" i "Gotta Be Crazy" na później (zespół nagrał je na następny album, "Animals", pod tytułami "Sheep" i "Dogs"), a "Shine on You Crazy Diamond" podzielić na dwie części, z których jedna miała otwierać album, a druga go zamykać. Postanowił także napisać nowe kompozycje, o tematyce zbliżonej do "Shine on...", a więc inspirowane nieobecnością. Samodzielnie stworzył dwa utwory - "Welcome to the Machine" i "Have a Cigar" - zaś wspólnie z Gilmourem trzeci, "Wish You Were Here". Jego tytuł stał się także tytułem całego albumu. Odnosił się on do ówczesnej sytuacji w zespole - podczas nagrywania każdy z muzyków wydawał się nieobecny. Zaczęliśmy nagrywać, a praca okazała się mozolna, męcząca i wszyscy czuliśmy się nią bardzo znużeni - wspominał Waters. Byliśmy wówczas bardzo blisko podjęcia decyzji o zakończeniu działalności - twierdził perkusista Nick Mason.

W Abbey Road Studios.

Poza członkami zespołu, w nagraniach wzięło udział kilku gości. Partię saksofonu w "Shine on You Crazy Diamond" wykonał Dick Parry, który grał już na poprzednim albumie zespołu. Z kolei w "Have a Cigar" partię wokalną wykonał folkowy muzyk Roy Harper. Doszło do tego, ponieważ Waters nie był w stanie jej zaśpiewać, a Gilmour odmówił zrobienia tego, gdyż nie potrafił utożsamiać się z tekstem (według pewnych źródeł nazwał go nawet głupawym i grafomańskim). Harper przebywał akurat w studiu obok (gdzie nagrywał album "HQ") i sam zaproponował swój udział. Ku rozgoryczeniu Watersa, żaden z pozostałych członków zespołu nie miał nic przeciwko. Myślę, że nie stało się najlepiej - mówił po latach. Roy świetnie się spisał, ale to już nie było tylko nasze nagranie. Na sesję został zaproszony także słynny francuski skrzypek Stéphane Grappelli. Jego partia miała znaleźć się w utworze tytułowym, jednak zrezygnowano z niej w ostatecznym miksie. Wersja z jego udziałem została wydana dopiero w 2011 roku, na reedycji albumu "Wish You Were Here" (wśród bonusów znalazł się także m.in. "Have a Cigar" w wersji ze śpiewem Watersa i Gilmoura).

David Gilmour i Roy Harper podczas sesji nagraniowej.

Sesja nagraniowa zakończyła się w lipcu, jednak już wcześniej zespół zrobił sobie dwie przerwy na krótkie trasy koncertowe po Ameryce Południowej, w kwietniu i czerwcu. Repertuar występów pokrywał się z koncertami z poprzedniego roku (na których oprócz "Shine On", "Raving and Drooling" i "Gotta Be Crazy", wykonywany był cały album "The Dark Side of the Moon", oraz kompozycja "Echoes"), ale dołączono do niego jeden nowy utwór, "Have a Cigar". Zespół dał także jeden występ w swojej ojczyźnie, 5 lipca na Knebworth Park Festival. Jak się później okazało, był to jego ostatni koncert aż do stycznia 1977 roku, gdyż muzycy nie mieli zamiaru wyruszyć na trasę promującą nowy album. Tym samym utwory "Welcome to the Machine" i "Wish You Were Here" zostały zaprezentowane na żywo dopiero półtora roku po premierze albumu.


Nurkowanie bez rozprysku

Przygotowaniem okładki "Wish You Were Here" tradycyjnie zajęła się firma Hipgnosis (współpracująca z Pink Floyd nieustannie od drugiego albumu, "A Saucerful of Secrets" z 1968 roku). Wykonaniem zajął się jeden z jej pracowników, George Hardie, jednak koncepcja wyszła od szefa firmy, Storma Thorgersona. Zainspirowany tekstami wpadł na pomysł nieobecnej okładki. Chodziło o to, aby okładka była ukryta pod czarną, nieprzezroczystą folią celofanową. Muzycy i menadżer, Steve O'Rourke, od razu zaakceptowali ten pomysł. Przedstawiciele wytwórni postawili tylko jeden warunek - na foli musi znaleźć się naklejka z nazwą zespołu i tytułem albumu. Ostatecznie na naklejce znalazła się także grafika, przedstawiająca dwie mechaniczne kończyny, podające sobie dłoń (wykorzystano ją także na naklejce na płycie).



Właściwa okładka albumu przedstawia zdjęcie dwóch biznesmenów podających sobie dłonie, z których jeden stoi w płomieniach. Uścisk dłoni to symbol: czasem może ci się wydawać, że masz kogoś przy sobie, ściskasz jego dłoń i ta osoba zdaje ci się wmawiać, że jest tuż obok, przecież także ściska twoją dłoń. Tymczasem w rzeczywistości jest gdzieś bardzo daleko - wyjaśniał Thorgerson. Zdjęcie wykonano na terenie studia filmowego Warner Bros w Kalifornii. W roli "płonącego biznesmena" wystąpił Ronnie Rondell, kaskader filmowy. Z myślą o albumie przygotowano także kilka innych zdjęć, w tym jedno przedstawiające nurka wskakującego do wody, z górną częścią ciała znajdującą się już pod powierzchnią lustra wody... zupełnie gładkiego, bez żadnych fal. Nurkowanie bez rozprysku? Działanie bez jego śladów? Czy to ma miejsce, czy nie? - pytał retorycznie Thorgerson. Nurek w rzeczywistości stał na rękach, a gdy ruch wody ustał, zrobiono mu zdjęcie. Wykonano je na jeziorze Mono, również w Kalifornii. Na kopercie wykorzystano fragment tego zdjęcia, całe trafiło natomiast na dołączoną do albumu pocztówkę.



Sześciokrotna Platyna

"Wish You Were Here" ukazał się (w zależności od źródła) 12 lub 15 września 1975 roku. Spotkał się z mieszanymi recenzjami prasy - niektórzy recenzenci uznali, że album jest o lata świetlne lepszy od "The Dark Side of the Moon", inni zarzucali muzykom brak rozwoju, ignorowanie ówczesnych trendów. Zespół był już jednak tak popularny, że nawet najbardziej negatywne opinie nie mogły zaszkodzić jego nowemu dziełu. Już w pierwszym roku sprzedaży album rozszedł się w ilości sześciu milionów egzemplarzy - i to przy całkowitym braku promocji koncertami, i z jednym tylko singlem ("Have a Cigar"/"Welcome to the Machine"), wydanym w Stanach, Australii i niektórych krajach europejskich (tradycyjnie z wyjątkiem Wielkiej Brytanii). Longplay osiągnął 1. miejsce list po obu stronach Atlantyku. Do dziś w samych Stanach pokrył się sześciokrotną Platyną, a podwójną w Wielkiej Brytanii. 




Źródła cytatów: 
1. Blake Mark, Prędzej świnie zaczną latać, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2012
2. Kirmuć Michał, Ciemna strona sukcesu, "Teraz Rock Kolekcja" 2009, nr 1, str. 22-23


Więcej na temat:




10 września 2015

[Recenzja] Slayer - "Repentless" (2015)



Jedenasty studyjny album grupy Slayer, następca wydanego sześć lat temu "World Painted Blood", miał ukazać się już w 2012 roku. W międzyczasie pojawiło się sporo przeszkód. Najpierw choroba gitarzysty (i głównego kompozytora) Jeffa Hannemana, będąca pośrednią przyczyną jego śmierci w maju 2013 roku, a w międzyczasie konflikt na tle prawnym z perkusistą Davem Lombardo. Tym samym w zespole pozostało tylko dwóch oryginalnych członków - śpiewający basista Tom Araya i gitarzysta Kerry King. Miejsce Hannemana na koncertach początkowo zajął Pat O'Brien (Cannibal Corpse, ex-Nevermore), a następnie Gary Holt (Exodus), który z czasem zyskał status oficjalnego członka. W przypadku stanowiska perkusisty postawiono na sprawdzonych muzyków: najpierw zaangażowano Johna Dette'a, który występował już z grupą przez kilka miesięcy na przełomie lat 1996/97, a następnie Paula Bostapha, który był członkiem zespołu w latach 1992-2001 (z krótką przerwą, gdy zastępował go Dette) i nagrał z nim cztery albumy. Pierwsze utwory w nowym składzie zarejestrowane zostały już w marcu 2014 roku, ale właściwa sesja zaczęła się we wrześniu i trwała do początku 2015 roku. Mimo, że album był gotowy już ponad pół roku temu, dopiero teraz trafił do sprzedaży.

Zanim jednak to nastąpiło, zespół udostępnił fanom aż cztery fragmenty "Repentless" - "Implode", "When the Stillness Comes", tytułowy "Repentless" oraz "Cast the First Stone". Chociaż drugi z nich wywołał pewne kontrowersje, ze względu na swój nieco odmienny charakter, pozostałe utwory potwierdziły, że połowa Slayera to wciąż Slayer (jak twierdził Araya w jednym z wywiadów). I to Slayer w wysokiej formie. A jednak na albumie nie brakuje pewnych zaskoczeń. Pierwszym i największym jest otwierające album instrumentalne intro "Delusions of Saviour" - utrzymane w wolnym tempie, z zaskakująco chwytliwym gitarowym motywem, fragmentami zagranym bez przesteru. Ale nawet w cięższych momentach trudno rozpoznać, że to ten zespół. Jednak już w pierwszym "właściwym" utworze, tytułowym "Repentless", wszystko jest na swoim miejscu: szaleńcze tempo, agresywna gra perkusisty i gitarzystów, oraz Tom Araya, wyrzucający z siebie słowa z prędkością CKMu - i to z taką samą energią, jak na kultowym "Reign in Blood"! Zapewne fani od razu wychwycą różnice, ale jak dla mnie utwór brzmi jak odrzut z tamtego albumu.

Z pozostałych utworów niewiele jednak przynosi podobną dawkę agresji i równie szybkie tempo. Na pewno "Take Control", "Atrocity Vendor" i "You Against You" (rozpoczęty naprawdę nośnym riffem). Oraz, oczywiście, "Implode" - tutaj jednak zespół zaczyna zdecydowanie wolniej, by dopiero po blisko minucie wejść na pełne obroty. Pozostałe utwory to już granie bliższe "South of Heaven" -wolniejsze, za to miażdżące ciężarem (np. "Vices", "Chasing Death"). I właśnie takie oblicze zespołu zawsze najbardziej mi odpowiadało. Także na najnowszym albumie właśnie takie utwory zrobiły na mnie najlepsze wrażenie. Chociażby "Cast the First Stone", w którym ciężkie riffowanie przeplata się bardziej klimatycznymi momentami - jest to oczywiście typowo slayerowy, bardzo posępny klimat. Do tego pojawia się tu nieco orientalizująca solówka. Interesujący jest także "Piano Wire" - jedyny fragment albumu skomponowany przez Hannemana. Intensywne riffowanie we zwrotkach zestawiono z dość melodyjną partią wokalną Arayi, zaś refren przynosi sporą dawkę brutalności. Najbardziej miażdżącym i najwolniejszym utworem jest jednak finałowy "Pride in Prejudice", który dopiero w końcówce interesująco przyśpiesza. Na koniec zaś zostawiłem ten najbardziej kontrowersyjny - "When the Stillness Comes". Po jego premierze wielu "fanów" oburzało się, że zespół śmiał nagrać utwór z łagodnym, niemal balladowym wstępem i zwolnieniem w dalszej części, oraz prawie śpiewaną partią wokalną. Ale przecież grupa robiła już takie rzeczy wcześniej, żeby wymienić tylko "Spill the Blood" i "Seasons in the Abyss". "When the Stillness Comes" to właśnie tego typu utwór, co przynajmniej dla mnie, jest ogromną zaletą.

"Repentless" to solidna porcja slayerowej łupanki. Sporo prawdy jest w niedawnych słowach Kerry'ego Kinga, że nowy album to "Reign in Blood" Paula Bostapha. Nie chodzi tutaj bynajmniej o podobieństwo tych longplayów, bo jest go niewiele, ale o fakt, że "Repentless" jest najlepszym albumem zespołu z nagranych z Bostaphem. Inna sprawa, że poprzednie zostały nagrane w okresie, kiedy zespół poszukiwał nowej tożsamości, inspirował się ówczesnymi trendami w muzyce metalowej. Tym razem musiał natomiast nagrać longplay w swoim "klasycznym" stylu, aby udowodnić fanom, że mimo poważnych zmian kadrowych, wciąż jest godzien używać nazwy Slayer. I myślę, że naprawdę się udało. "Repentless" powinien zadowolić większość fanów zespołu. Choć oczywiście znajdą się też tacy, którzy skrytykują "dla zasady".

Ocena: 7/10



Slayer - "Repentless" (2015)

1. Delusions of Saviour; 2. Repentless; 3. Take Control; 4. Vices; 5. Cast the First Stone; 6. When the Stillness Comes; 7. Chasing Death; 8. Implode; 9. Piano Wire; 10. Atrocity Vendor; 11. You Against You; 12. Pride in Prejudice

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Kerry King - gitara; Gary Holt - gitara; Paul Bostaph - perkusja
Producent: Greg Fidelman i Terry Date


9 września 2015

[Recenzja] Taste - "I'll Remember" (2015)



Bardzo dobrze, że ktoś dba, aby nie zatarła się pamięć o irlandzkim wirtuozie gitary, Rorym Gallagherze. W Polsce muzyk ten jest już niestety praktycznie zapomniany. Świadczy o tym chociażby fakt, że żadna polska strona internetowa - nawet te rzekomo zajmujące się muzyką - nie przypomniała o 20. rocznicy jego śmierci, która wypadła w czerwcu tego roku. Cóż, nie zginął od samobójczego strzału w głowę lub od przedawkowania narkotyków, więc dla polskich "dziennikarzy" nie istnieje. Na szczęście na świecie wciąż ukazują się nowe albumy z jego twórczością. Niedawno do sklepów trafił kolejny - czteropłytowy boks "I'll Remember", przypominający jego najwcześniejsze dokonania, jeszcze z triem Taste, istniejącym w latach 1966-70. Wydawnictwo, elegancko wydane w formie książki, zawiera materiał z obu studyjnych albumów zespołu, demówki, a także niepublikowane wcześniej alternatywne wersje utworów, studyjne i koncertowe. Do kompletu zabrakło tylko zawartości trzech albumów koncertowych wydanych w latach 70. ("Live Taste", "Live at the Isle of Wight" i "In Concert").

Podstawę pierwszej płyty zestawu stanowi niezatytułowany debiut Taste z 1969 roku. To przede wszystkim porywające, rozimprowizowane granie bluesrockowe, kojarzące się z Cream (np. "Blister of the Moon", "Sugar Mama", "Born on the Wrong Side of Time", "Catfish"), a nawet z debiutującym niedługo wcześniej Led Zeppelin ("Same Old Story", "Dual Carriageway Pain"). Urozmaicenie stanowi akustyczny "Hail", a także nieco jazzujące "Leavin' Blues" i "I'm Moving On". We wszystkich nagraniach niepodzielnie rządzi Gallagher - jeden z najwybitniejszych gitarzystów bluesrockowych (umiejętnościami dorównywał takim sławom, jak Hendrix, Clapton czy Page), a także dobry wokalista; rola sekcji rytmicznej - basisty Richarda McCrackena i perkusisty Johna Wilsona - najczęściej ogranicza się do akompaniamentowania liderowi. Na dysku znalazły się także premierowe nagrania - alternatywne wersje sześciu utworów z albumu. Nieco inne jest brzmienie, bardziej spłaszczone, ale poza tym niewiele różnią się od albumowych odpowiedników - jeżeli nie liczyć, że w tych wersjach "Dual Carriageway Pain" i "Same Old Story" nie ma partii wokalnych, a "Catfish" jest krótszy o ponad minutę i zawiera inne solówki Gallaghera.

Druga płyta zawiera oczywiście drugi album zespołu, "On the Boards", oryginalnie wydany w 1970 roku. Tym razem cały materiał został skomponowany przez Rory'ego (na debiucie trio sięgnęło także po kilka cudzych kompozycji) i wyróżnia się większą różnorodnością. To już nie tylko blues/hard rock (np. "What's Going On", zeppelinowy "Eat My Worlds", "I'll Remember"), ale także utwory wyraźnie inspirowane folkiem ("If the Day Was Any Longer", "See Here"), a nawet jazz rockiem ("It's Happened Before, It'll Happen Again" i "On the Boards", w których Rory zagrał nie tylko na gitarze, ale również na saksofonie). Bonusy tym razem obejmują alternatywne wersje "Railway and Gun" (prawie minutę dłuższą od albumowej) i "See Here" (łagodniejszą od albumowej), a także cztery nagrania (średniej jakości) z niemieckiego programu telewizyjnego "Beat-Club", z których największe wrażenie robią dwa około dziesięciominutowe wykonania "It's Happened Before, It'll Happen Again", z wirtuozerskimi popisami wszystkich muzyków, szczególnie zaś Gallaghera, grającego zarówno na gitarze, jak i saksofonie (oczywiście nie jednocześnie).

Trzecia płyta to niewydane wcześniej nagrania koncertowe, pochodzące z dwóch koncertów, które odbyły się w 1970 roku - osiem ze Sztokholmu i pięć z Londynu. Szczególnie atrakcyjny jest ten pierwszy fragment. Całkiem przyzwoite brzmienie, porywające, pełne improwizacji wykonanie, oraz ciekawy repertuar. Zespół zaprezentował tu bowiem nie tylko świetne wersje utworów znanych z albumów (m.in. "What's Going On", "Sugar Mama", "Catfish"), ale również kilka bluesowych coverów ("Gamblin' Blues" Melvina Jacksona, "She's Nineteen Years Old" Muddy'ego Watersa), a także dwa utwory Gallaghera, których trio nie zdarzyło zarejestrować w studiu -  czadowy "Sinner Boy" i łagodny "At the Bottom" (oba zostały później nagrane, w nieco innych wersjach, przez Rory'ego na solowe albumy; "Sinner Boy" na niezatytułowany debiut z 1971 roku, a "At the Bottom" dopiero na wydany cztery lata później "Against the Grain"). Znacznie słabiej wypada fragment londyńskiego występu, ze względu na tragiczne, bootlegowe brzmienie. Wykonanie jest oczywiście na najwyższym poziomie (uwagę zwraca przede wszystkim 9-minutowa wersja "Eat My Worlds"), a repertuar tym razem bez niespodzianek - tylko utwory znane z albumów Taste.

Ostatni dysk przynosi najstarsze nagrania zespołu, jeszcze z oryginalną sekcją rytmiczną - basistą Erikiem Kitteringhamem i perkusistą Normanem D'Amerym. Pierwszych siedem utworów (wszystkie z nich to covery bluesowych standardów) zarejestrowano w 1967 roku, z myślą o wydaniu jako debiutancki album, do czego ostatecznie nie doszło. Materiał ukazał się dopiero po rozpadzie grupy, w 1972 roku, pod tytułem "Taste First" (album był później wielokrotnie wznawiany, pod innymi tytułami - m.in. "In the Beginning", "Take It Easy Baby", "The First and the Best"  - i z innymi okładkami, na których zamiast nazwy Taste widniało wyłącznie nazwisko Gallaghera). Nagrania te brzmią jeszcze dość zachowawczo, bliżej im do tradycyjnego bluesa niż hard rocka. Jednak już w nich słychać ogromny talent Rory'ego. Warto też zwrócić uwagę na całkiem niezłe brzmienie, które - mimo pojawiających się czasem zakłóceń - nie odstaje od tego z "Taste" i "On the Boards".

Kolejne dwa utwory to wczesne wersje "Blister on the Moon" i "Born on the Wrong Side of Time" z wydanego w 1968 roku debiutanckiego singla tria. Tutaj brzmienie jest zdecydowanie gorsze, ale poza tym kompozycje nie różnią się od późniejszych wersji. Całości dopełniają niepublikowane wcześniej nagrania koncertowe, również z 1968 roku. Rolę wstępu pełni świetna, choć zaledwie półtoraminutowa, hardrockowa interpretacja arii "Summertime" George'a Gershwina, a następnie pojawia się "Blister on the Moon", oraz kolejne covery: "I Got My Brand on You" Williego Dixona, a także połączone w całość "Rock Me Baby" Big Joe Williamsa, "Bye Bye Bird" Melvina Jacksona, "Baby Please Don't Go" Sonny'ego Boya Williamsona i "You Shook Me Baby" Dixona. Jakość bootlegowa, ale wykonanie jak zwykle rewelacyjne.

"I'll Remember" to rewelacyjne podsumowanie twórczości tria Taste i dowód, że już na tym etapie kariery Rory Gallagher był prawdziwym geniuszem, zarówno jako muzyk, jak i kompozytor. Szczególnie słychać to w nagraniach koncertowych, w których mógł w pełni rozwinąć skrzydła, gdyż nie ograniczały go żadne limity czasowe. Poziom wydawnictwa zaniża tylko obecność fatalnie brzmiących nagrań z londyńskiego koncertu na trzecim dysku.

Ocena: 9/10



Taste - "I'll Remember" (2015)

CD1: "Taste": 1. Blister on the Moon; 2. Leavin' Blues; 3. Sugar Mama; 4. Hail; 5. Born on the Wrong Side of Time; 6. Dual Carriageway Pain; 7. Same Old Story; 8. Catfish; 9. I'm Moving On; Bonus tracks: 10. Blister on the Moon (Alternate Version); 11. Leavin' Blues (Alternate Version); 12. Hail (Alternate Version); 13. Dual Carriageway Pain (Alternate Version); 14. Same Old Story (Alternate Version); 15. Catfish (Alternate Version)
CD2: "On the Boards": 1. What's Going On; 2. Railway and Gun; 3. It's Happened Before, It'll Happen Again; 4. If the Day Was Any Longer; 5. Morning Sun; 6. Eat My Words; 7. On the Boards; 8. If I Don’t Sing I'll Cry; 9. See Here; 10. I'll Remember; Bonus tracks: 11. Railway and Gun (Off the Boards Mix); 12. See Here (Alternate Version); 13. It's Happened Before, It'll Hapen Again (Beat Club TV Audio / Take 2); 14. If the Day Was Any Longer (Beat Club TV Audio); 15. Morning Sun (Beat Club TV Audio); 16.  It's Happened Before, It'll Happen Again (Beat Club TV Audio)
CD3: Live in Konserthuset, Stockholm, Sweden, 1970: 1. What's Going On; 2. Sugar Mama; 3. Gamblin' Blues; 4. Sinner Boy; 5. At the Bottom; 6. She's Nineteen Years Old; 7. Morning Sun; 8. Catfish; BBC Live in Concert, Paris Theatre, London, 1970: 9. I’ll Remember; 10. Railway And Gun; 11. Sugar Mama; 12. Eat My Words; 13. Catfish
CD4: "Taste First": 1. Wee Wee Baby; 2. How Many More Years; 3. Take It Easy Baby; 4. Pardon Me Mister; 5. You've Got to Pay; 6. Norman Invasion; 7. Worried Man; 1968 Major Minor Single: 8. Blister on the Moon; 9. Born on the Wrong Side of Time; Live at Woburn Abbey Festival, UK, 1968: 10. Summertime; 11. Blister on the Moon; 12. I Got My Brand on You; 13. Medley: Rock Me Baby / Bye Bye Bird / Baby Please Don’t Go / You Shook Me Baby

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, harmonijka, saksofon; Richard McCracken - bass (CD1-3); John Wilson - perkusja (CD1-3); Eric Kitteringham - bass (CD4); Norman D'Amery - perkusja (CD4)
Producent: Tony Colton


4 września 2015

[Recenzja] Riverside - "Love, Fear and the Time Machine" (2015)



Przeszliśmy wiele metamorfoz - byliśmy polskim Porcupine Tree, byliśmy polskim Dream Theater, a na nowej płycie wystarczyły dwa utwory z Hammondem, żebyśmy stali się polskim Deep Purple. Te słowa, wypowiedziane dwa lata temu przez Mariusza Dudę podczas koncertu, choć ironiczne, dobrze podsumowują dotychczasową karierę Riverside. Pierwsze albumy warszawskiego zespołu rzeczywiście miały sporo wspólnego z grupą Stevena Wilsona; na czwartym longplayu, "Anno Domini High Definition", muzycy wyraźnie zwrócili się w stronę prog metalu; z kolei na piątym, "Shrine of New Generation Slaves", bardzo mocno słyszalne są wpływy klasycznego hard rocka. Ten ostatni okazał się - przynajmniej moim zdaniem - najwspanialszym, jak dotąd, dokonaniem zespołu. Dlatego trochę zmartwiła mnie informacja, że na albumie numer sześć, "Love, Fear and the Time Machine", zespół nie będzie już grał hard rocka. Ale to jeszcze nic przy niepokojącej zapowiedzi, że zamiast tego na albumie pojawi się inspiracja muzyką z lat 80. - dekady kojarzonej przede wszystkim z muzycznym kiczem i tandetą.

Jak się jednak okazuje, wszelkie obawy były zupełnie niepotrzebne. Owszem, mniej tutaj gitarowego riffowania, analogowe brzmienia klawiszy ustępują elektronice, a struktury utworów uległy wyraźnemu uproszczeniu. Położono też większy nacisk na wyrazistość melodii. Ale spokojnie, Riverside bynajmniej nie gra tutaj popu. To wciąż rock, a chociaż lżejszy i prostszy, to wciąż ambitny. Już pierwszy utwór, "Lost (Why Should I Be Frightened By a Hat?)", doskonale pokazuje co dokładnie oznacza to w praktyce. Z początku słychać tylko subtelne dźwięki gitary i delikatne klawisze, które tworzą tło dla przepięknej partii wokalnej Dudy. Po dwóch minutach następuje jednak zaostrzenie, podczas którego brzmiące "ejtisowo" klawisze skontrastowano ostrzejszą partią gitary, w tle wspaniale pulsuje bas, a linia wokalna pozostaje bez zmian urzekająca. W końcówce pojawia się trochę prog rockowego kombinowania, ale z umiarem - utwór kończy się po niespełna sześciu minutach.

Dalej jest podobnie. "Under the Pillow" prowadzony jest świetnym, wyrazistym motywem gitarowym, partia wokalna jest jeszcze bardziej chwytliwa niż w poprzednim utworze, sekcja rytmiczna zapewnia mocny podkład, nie brak ostrzejszych brzmień gitarowych, w tym całkiem zgrabnej solówki, a brzmienia klawiszowe tym razem są bardziej klasyczne (w końcówce pojawiają się organy Hammonda). "#Addicted" to przede wszystkim napędzająca cały utwór mocna partia basu Dudy, oraz przepiękny, bardzo chwytliwy refren, zaś gitarowe zaostrzenia przeplatają się tutaj z elektronicznymi wstawkami. Na zakończenie pojawia się jeszcze spokojna koda z gitarą akustyczną i klawiszowym tłem. W "Caterpillar and the Barbed Wire" znów gitara basowa jest siłą napędową i po raz kolejny kompozycja zbudowana jest na kontrastujących ze sobą brzmieniach: akustycznym, elektrycznym i elektronicznym. Melodia tym razem jest mniej zapadająca w pamięć, ale przyjemna.

Te cztery pierwsze utwory najbardziej odstają od dotychczasowej twórczości grupy i pewnie nie wszystkim dotychczasowym wielbicielom grupy przypadną do gustu. Kolejne utwory są jednak bliższe wcześniejszym dokonaniom Riverside. Najlepszym potwierdzeniem jest rozbudowana, ponad 7-minutowa kompozycja "Saturate Me". Przyciąga uwagę już świetnym gitarowo-basowo-klawiszowym wstępem, a później charakteryzuje się licznymi zmianami nastroju. Brzmienie jest co prawda dostosowane do tego albumu, to znaczy lżejsze, z wyraźnie pobrzmiewającą elektroniką w tle, ale poza tym to stuprocentowy Riverside, jaki znamy z poprzednich albumów. Powiedziałbym jednak, że bardziej dojrzały, bo mimo swojej długości i bardziej złożonej struktury, utwór posiada wyrazistą melodię, nieroztrwonioną przez przydługie popisy solowe. W przeszłości nie zawsze się to zespołowi udawało, zdarzały się dłużyzny.

Przeciwieństwem bogatego aranżacyjnie "Saturate Me" jest następujący po nim niemal ascetyczny "Afloat". Najkrótszy utwór na albumie, w którym cały akompaniament stanowi gitara akustyczna i organy. Wszystko wraca do normy w singlowym "Discard Your Fear". Rozczarował mnie przy pierwszym przesłuchaniu, kilka tygodni temu, a na albumie nic nie zyskuje, jest jednym z jego najmniej ciekawych fragmentów. Może dlatego, że po genialnym wstępie (organy, mocne wejście sekcji rytmicznej ze świetnym, uwypuklonym basem, a w końcu pojawienie się ładnego gitarowego motywu) zanadto się rozmywa i właściwie nie ma już nic więcej do zaoferowania. Zupełnie niepotrzebnie w drugiej połowie utwór nagle nabiera na chwilę ciężaru - nic to do niego nie wnosi, a i nie bardzo pasuje. Mam też zastrzeżenia do kolejnego utworu, najdłuższego na albumie, ponad ośmiominutowego "Towards the Blue Horizon". Dość banalny początek z mdłym wokalem i przesłodzonym akompaniamentem gitary akustycznej i klawiszy - w tym jednym fragmencie zespół rzeczywiście zbliżył się do popu. Natomiast na dalszą, "progresywną" część zabrakło pomysłu.

Na zakończenie albumu czekają jednak jeszcze dwa najpiękniejsze utwory. "Time Travellers" to teoretycznie tylko prosta piosenka z akompaniamentem gitary akustycznej (delikatnie wspartej basem i klawiszami, a pod koniec gitarą elektryczną), ale genialna w tej prostocie. To jednak nie muzyka odgrywa tu najistotniejszą rolę, a rewelacyjna, bardzo emocjonalna partia wokalna. To ona sprawia, że mam ochotę słuchać tego utworu w nieskończoność. A finałowy "Found (The Unexpected Flaw of Searching)" niewiele mu ustępuje. Aranżacja jest nieco bogatsza, a delikatnym dźwiękom gitary i klawiszy tym razem towarzyszy mocny podkład sekcji rytmicznej, pojawia się też ostra gitarowa solówka (bardzo zresztą zgrabna), ale znów największą uwagę przyciąga piękna partia wokalna.

Wielokrotnie użyty w tej recenzji przymiotnik "piękny" jest słowem, które najlepiej określa ten album. Piękne melodie zajęły tu miejsce mroku wcześniejszych wydawnictw Riverside, czyniąc "Love, Fear and the Time Machine" najładniejszym albumem zespołu. Czy także najlepszym? Chyba za szybko na takie stwierdzenie - pisząc te słowa znam go dopiero od kilkunastu godzin i emocje towarzyszące pierwszym przesłuchaniom nie pozwalają na obiektywną ocenę. Mam jednak świadomość, że album nie jest pozbawiony wad. Zespół popełnia moim zdaniem ogromny błąd, uparcie trzymając się pewnej symboliki, zgodnie z którą ich szósty album "musi" nie tylko mieć tytuł składający się z sześciu słów, ale także trwać sześćdziesiąt minut. A większa selekcja nagranego materiału (pominięcie słabszych "Discard Your Fear" i "Towards the Blue Horizon", a  przynajmniej tego ostatniego) wyszłaby tylko na dobre.

Ocena: 7/10

PS. Album został wydany także w wersji "Special Edition Mediabook", zawierającej dodatkowy dysk o tytule "Day Session". Znajduje się na nim pięć utworów, zarejestrowanych podczas studyjnego jamu: "Heavenland", "Return", "Aether", "Machines" i "Promise". Ostatni z nich jest obecny także na winylowym wydaniu "Love, Fear and the Time Machine".



Riverside - "Love, Fear and the Time Machine" (2015)

1. Lost (Why Should I Be Frightened By a Hat?); 2. Under the Pillow; 3. #Addicted; 4. Caterpillar and the Barbed Wire; 5. Saturate Me; 6. Afloat; 7. Discard Your Fear; 8. Towards the Blue Horizon; 9. Time Travellers; 10. Found (The Unexpected Flaw of Searching)

Skład: Mariusz Duda - wokal, bass i gitara akustyczna; Piotr Grudziński - gitara; Michał Łapaj - instr. klawiszowe; Piotr Kozieradzki - perkusja
Producent: Riverside, Magda i Robert Srzedniccy