27 sierpnia 2015

[Recenzja] Motörhead - "Bad Magic" (2015)



Za recenzję tego longplaya wystarczyłoby jedno słowo: Motörhead. Bo z grupą Lemmy'ego jest niemal jak z AC/DC, tylko nowe albumy ukazują się zdecydowanie częściej, regularnie co dwa lata. Poza tym wszystko się zgadza. Poszczególne albumy Motörhead różnią się od siebie praktycznie tylko tytułem, okładką, tytułami utworów i składem. Muzycznie jest bez zmian. Czasem pojawi się jakaś ballada, akustyczny blues lub inne niewielkie urozmaicenie, ale większość utworów to nic więcej, jak kolejne wersje "Ace of Spades". Riffy, solówki i melodie (czasem nawet tempo) są niby różne, ale utrzymane w tej samej, mocno ograniczającej konwencji. Nie inaczej jest na najnowszym dziele grupy, "Bad Magic" - 22. studyjnym albumie w jej dyskografii.

Już od pierwszych sekund grupa daje jasno do zrozumienia, że nie ma zamiaru niczego zmieniać, niczym zaskakiwać. "Victory or Die" to stuprocentowy Motörhead - szybkie tempo, ciężkie brzmienie i charakterystyczny, zachrypnięty wokal Lemmy'ego. Chociaż akurat jeśli chodzi o ten ostatni element, to pewną różnicę słychać, nawet w porównaniu z wydanym dwa lata temu albumem "Aftershock" - wokalista jest tutaj jeszcze bardziej zachrypnięty i jakby zmęczony. To pewnie efekt jego złego stanu zdrowia, o czym głośno było ostatnio w mediach. Muzycznie jest jednak jak zwykle bardzo energetycznie i ciężko uwierzyć, że średnia wieku grających tutaj muzyków wynosi 58 lat! Gdyby tylko troszkę bardziej dbali o różnorodność utworów... Przy pierwszym przesłuchaniu "Thunder & Lightning" miałem wrażenie, że przez przypadek jeszcze raz odtworzony został poprzedni kawałek - dopiero w refrenie wyraźniej słychać, że to jednak inny utwór. "Fire Storm Hotel" rozpoczyna się od bardziej wyrazistego riffu, tempo jest nieco wolniejsze, ale ciężko uznać to za wielkie urozmaicenie. Tym bardziej, że linia wokalna jest identyczna jak w dwóch poprzednich kawałkach. A i w kolejnych nie ma co liczyć na większe zróżnicowanie w tej kwestii.

Po przesłuchaniu "Bad Magic" odnoszę wrażenie, że zespół tym razem miał zamiar postawić przede wszystkim na energię i czad, maksymalnie ograniczając liczbę "niespodzianek" (których na "Aftershock" było całkiem sporo). Na pierwszą z nich trzeba czekać aż do utworu numer dziewięć. "Till the End" to klasyczna rockowa ballada, w warstwie muzycznej wyróżniająca się czystszym brzmieniem. Nawet wokal Lemmy'ego brzmi tutaj bardziej melodyjnie - chociaż nie jest to czysty śpiew, jak w "Dust and Glass" z poprzedniego albumu, a typowe dla tego muzyka chrypienie. Od reszty albumu odstaje również "When the Sky Comes Looking for You", w którym położono większy nacisk na warstwę melodyczną. Z kolei "Choking on Your Screams" zwraca uwagę nawiedzoną partią wokalną (w stylu utworu "Orgasmatron"). Na tle całości na pewno wyróżnia się także "Sympathy for the Devil", czyli cover jednego z największych przebojów The Rolling Stones. Wersja Motörhead jest wierna oryginałowi, jedynie zaostrzono brzmienie i... zepsuto wszystko okropną partią wokalną. Oczywiście, Lemmy nawet za swoich najlepszych lat nie zaśpiewałby tego utworu tak, jak Mick Jagger, ale to, co tutaj zaprezentował, woła o pomstę do nieba (a może raczej piekła?). Wyłącznie jako ciekawostkę należy natomiast potraktować fakt, że w "The Devil" gitarową solówkę zagrał Brian May. Były gitarzysta Queen tak bardzo wczuł się w styl Motörhead, że jego partia równie dobrze mogła wyjść spod palców Phila Campbella.

"Bad Magic" to album, który z pewnością zachwyci wszystkich wielbicieli Motörhead, nie oczekujących od zespołu nic więcej oprócz kolejnej porcji prostych, ciężkich i energetycznych kawałków. Jedynie zasmucić ich może kiepska forma wokalna Lemmy'ego. Album nie ma natomiast żadnych szans, aby zainteresować ludzi, których nie zainteresowały poprzednie wydawnictwa grupy. Na pewno nie jest też pozycją, od której polecałbym zacząć poznawanie dyskografii Motörhead - lepiej rozpocząć od klasycznych "Overkill" i "Ace of Spades", najbardziej dopracowanego "Another Perfect Day", lub wspomnianego już "Aftershock", na którym muzycy pokazali większą wszechstronność.

Ocena: 6/10



Motörhead - "Bad Magic" (2015)

1. Victory or Die; 2. Thunder & Lightning; 3. Fire Storm Hotel; 4. Shoot Out All of Your Lights; 5. The Devil; 6. Electricity; 7. Evil Eye; 8. Teach Them How to Bleed; 9. Till the End; 10. Tell Me Who to Kill; 11. Choking on Your Screams; 12. When the Sky Comes Looking for You; 13. Sympathy for the Devil

Skład: Lemmy Kilmister - wokal i bass; Phil Campbell - gitara; Mikkey Dee - perkusja
Gościnnie: Brian May - gitara (5)
Producent: Cameron Webb


5 komentarzy:

  1. Jak na zespół który w kółko gra to samo - wysoka ocena

    OdpowiedzUsuń
  2. Eee... dałbyś choć punkt wyżej :) Choćby z tego powodu, że nie wszyscy oczekują od Motorhead wszechstronności. To już nie ten okres, aby kapela szła w tym kierunku. Wystarczy, że dobrze brzmią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Punkt wyżej", czyli ocenę 7/10, dałem czterem albumom, które w ostatnim zdaniu recenzji stawiam wyżej od "Bad Magic" ;) Nie jestem fanem Motörhead, stąd tak zachowawcze oceny dla tego zespołu. To akurat jedna z tych grup, których świetnie się słucha na koncertach (miałem okazję zobaczyć ich w 2011 roku, było rewelacyjnie) lub "w drodze" (to mnie zupełnie nie dotyczy), ale z płyt już niekoniecznie. Ale akurat główny problem "Bad Magic" to nie brak różnorodności (w mniejszym lub większym stopniu można to zarzucić wszystkim pozostałym albumom tej grupy), a fatalna forma wokalna Lemmy'ego. Wątpię bym kiedykolwiek wrócił do tego longplaya, mając do wyboru inne albumy Motörhead, na których wokal nie jest tak wymęczony.

      Usuń
  3. "Już od pierwszych sekund grupa daje jasno do zrozumienia, że nie ma zamiaru niczego zmieniać, niczym zaskakiwać. "
    ... i całe szczęście ;) Od Motorów nikt nie oczekuje zaskoczenia, mam być szybko, głośno i do przodu (jak mawia jeden dyrektor z Torunia).
    Kocham Motorhead!

    OdpowiedzUsuń
  4. No i niestety to chyba będzie ostatnia płyta Motörhead. Szkoda Lemmy'ego...

    OdpowiedzUsuń