11 sierpnia 2015

[Recenzja] Lynyrd Skynyrd - "(pronounced 'lĕh-'nérd 'skin-'nérd)" (1973)



Lynyrd Skynyrd to, obok The Allman Brothers Band i ZZ Top, najbardziej znany rockowy zespół lat 70. z południa Stanów. Grupa powstała już w 1966 roku - siedem lat przed płytowym debiutem. Przez cały ten czas zaskakująco stabilny był skład. Od samego początku w zespole występował wokalista Ronnie Van Zant, gitarzyści Gary Rossington i Allen Collins, oraz perkusista Bob Burns (którego przez krótki czas zastępował Rickey Medlocke). Często zmieniało się natomiast stanowisko basisty - początkowo rolę tę pełnił Larry Junstrom, następnie Greg T. Walker i Leon Wilkeson, aż w końcu, od 1972 roku, Ed King. Niedługo później skład poszerzył się o klawiszowca Billy'ego Powella. Na początku 1973 zespół zarejestrował swój debiutancki album, "(pronounced 'lĕh-'nérd 'skin-'nérd)". Niedługo po zakończeniu sesji, do grupy postanowił wrócić Wilkeson. Na albumie nie zagrał ani dźwięku, ale załapał się na okładkową fotografię. King od tamtej pory pełnił rolę trzeciego gitarzysty.

Zespół zaczynał od grania muzyki na pograniczu country i bluesa, jednak z czasem muzycy zafascynowali się brytyjskim blues rockiem, zwłaszcza grupami Free i Cream. Debiutancki longplay Lynyrd Skynyrd brzmi jak odpowiedź na tego typu granie, ale zaprezentowana z luzem typowym dla południa Stanów. Tej "południowości" jest tutaj zdecydowanie więcej, niż w twórczości The Allman Brothers Band, do których Lynardzi są często porównywani, a którzy brzmią zdecydowanie bardziej brytyjsko (przynajmniej na albumach nagranych przed śmiercią Duane'a Allmana).

Album "(pronounced 'lĕh-'nérd 'skin-'nérd)" rozpoczyna się od zadziornego "I Ain't the One", zbudowanego na bardzo charakterystycznym riffie, ze świetnymi gitarowymi solówkami. Po takim - bardzo zresztą udanym - otwarciu, dobrze byłoby umieścić jeszcze jeden czy dwa kawałki w tym stylu, aby potrzymać napięcie. Niestety, "Tuesday's Gone" to zwrot o 180 stopni. Sam w sobie utwór jest naprawdę udany - to łagodna, bardzo melodyjna ballada, z długimi solówkami i melotronem w tle. Ale na albumie pojawia się zdecydowanie za szybko, gdy jest jeszcze za wcześnie na takie uspokojenie. Tym bardziej, że kompozycja trwa ponad siedem minut, a tak naprawdę niewiele się w niej dzieje. Bardziej dynamicznie robi się w nieco banalnym "Gimme Three Steps", ale tuż po nim pojawia się... kolejna ballada, "Simple Man". Tym razem jednak bardziej zwarta, z cięższymi refrenami i ostrą solówką. A jednocześnie czarująca przepiękną melodią.

"Things Goin' On" i akustyczny "Mississippi Kid" bliższe są nowoorleańskiego bluesa, niż rocka. Niestety oba są dość monotonne i zupełnie niezapadające w pamięć. Ten sam problem dotyczy także ostrzejszego "Poison Whiskey", w którym wraca inspiracja brytyjskim graniem. Dopiero na sam koniec albumu pojawia się kolejna perła - dziewięciominutowy "Free Bird". To prawdopodobnie najważniejsza kompozycja w całym dorobku Lynyrd Skynyrd, a na pewno najpiękniejsza. Napisana przez Ronniego Van Zanta jako hołd dla Duane'a Allmana, zaledwie cztery lata później stała się w pewnym sensie epitafium dla niego samego. Jednak wcale nie tekst robi tu największe wrażenie, a muzyka. Z początku utwór jest bardzo stonowany - melodyjnej partii wokalnej towarzyszą delikatne dźwięki gitary i organowe tło - jednak stopniowo nabiera mocy, zaś ostatnie cztery minuty to elektryzujące gitarowe popisy Rossingtona i Collinsa.

Na debiutanckim albumie muzykom Lynyrd Skynyrd zdecydowanie najlepiej wyszły utwory łączące balladowy nastrój z rockowym czadem ("Free Bird", "Simple Man"), chociaż nieźle odnaleźli się też w ostrzejszym ("I Ain't the One") i bardziej subtelnym ("Tuesday's Gone") graniu. Gdyby cały album utrzymany był na poziomie utworów wymienionych w nawiasach, ocena byłaby wyższa. Ale stanowią one tylko połowę albumu (ilościowo, bo czasowo prawie dwie trzecie), a pozostałe utwory pełnią rolę niezbyt udanych wypełniaczy.

Ocena: 7/10



Lynyrd Skynyrd - "(pronounced 'lĕh-'nérd 'skin-'nérd)" (1973)

1. I Ain't the One; 2. Tuesday's Gone; 3. Gimme Three Steps; 4. Simple Man; 5. Things Goin' On; 6. Mississippi Kid; 7. Poison Whiskey; 8. Free Bird

Skład: Ronnie Van Zant - wokal; Gary Rossington - gitara; Allen Collins - gitara; Ed King - bass (1,3-5,7,8), gitara (6); Bob Burns - perkusja (1,3-8); Billy Powell - instr. klawiszowe
Gościnnie: Al Kooper - bass (2,6), instr. klawiszowe (2,4,7,8), mandolina (6); Robert Nix - perkusja (2); Bobbye Hall - instr. perkusyjne (3,5); Steve Katz - harmonijka (6)
Producent: Al Kooper


3 komentarze:

  1. Aż się zdziwiłem, że wcześniej nie było tu recenzji tego longplaya - to klasyk, podobnie jak kolejna płyta LS. Oczywiście nie będę oryginalny jak powiem, że najbardziej odpowiada mi 'Free Bird'

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, też się dziwię, że dopiero teraz recenzuję Lynyrd Skynyrd i The Allman Brothers Band, podczas gdy wcześniej zdarzało mi się pisać o wykonawcach, których słucham raczej biernie, przypadkiem i nie z własnej woli (z Mikem Oldfieldem na czele).

      Usuń
    2. Rzeczywiście mało oryginalne, ponieważ tak samo i mi "Free Bird" najbardziej przypadło do gustu, a zwłaszcza moment rozpoczęcia solówki. Aż ciarki przechodzą po plecach.

      Usuń