14 sierpnia 2015

Nowy singiel Iron Maiden - "Speed of Light"



Od premiery poprzedniego albumu Iron Maiden, "The Final Frontier", minęło już pięć lat. To najdłuższa przerwa wydawnicza w ciągu długoletniej kariery brytyjskiej grupy. Przez ten czas nie raz można było zwątpić, czy grupa w ogóle ma zamiar jeszcze wejść do studia, czy tylko ograniczy swoją działalność do kolejnych tras koncertowych z setlistą nie zawierającą żadnego utworu z ostatnich dwudziestu lat. A to byłby być może najlepszy scenariusz.

Przynajmniej u mnie zapowiedź nowego albumu, "The Book of Souls", zaplanowanego na 4 września, nie wywołała takiego entuzjazmu, jak się spodziewałem. W pierwszej chwili miałem wręcz nadzieję, że to tylko żart. Mieszane odczucia budziła już okładka - sama postać Eddiego (narysowana przez Marka Wilkinsona) jest najlepsza od wielu, wielu lat, ale przez brak tła grafika wygląda na niedokończoną. I nawet powrót do dawnego logo (po raz ostatni użytego na studyjnym albumie dwadzieścia lat temu, na "The X Factor") nie napawa optymizmem. Niestety, wbrew temu, co mogłoby sugerować, wcale nie oznacza powrotu do korzeni. Czas trwania poszczególnych utworów (w tym jednego 18-minutowego) dobitnie oznajmia, że "The Book of Souls" jest kontynuacją stylu z poprzednich czterech albumów. Stylu polegającego głównie na wydłużaniu utworów poprzez powtarzanie wciąż tych samych motywów, co niby ma być "progresywne", a na dłuższą metę jest po prostu nudne. Co gorsze, "The Book of Souls" ma być najdłuższym z dotychczasowych albumów Iron Maiden, przekraczającym 92 minuty - a tym samym, pierwszym wydanym na dwóch płytach CD. Wersja winylowa będzie natomiast podzielona na trzy płyty - chociaż album spokojnie zmieściłby się na dwóch (każda trwałaby po około 47 minut; dla porównania, "Powerslave" trwa ponad 50 minut, a został wydany na jednym winylu).

Oczywiście, nie można oceniać albumu po samej okładce i czasie trwania. Niestety, opublikowany dzisiaj singiel "Speed of Light" (należący do krótszych utworów na albumie) tylko zwiększa moje obawy odnośnie "The Book of Souls". Nawet nie chodzi o to, że utwór muzycznie jest raczej nijaki - sztampowy hard rock z charakterystycznymi dla Ironów gitarowymi unisonami (akurat solówki wypadają tu najlepiej, choć nie wyróżniają się niczym na tle innych utworów grupy). W przypadku tego zespołu pierwszy singiel często okazywał się jednym ze słabszych momentów albumu. Tak było chociażby w przypadku poprzedniego longplaya, promowanego bezbarwnym "El Dorado", a zawierającego przecież kilka perełek (z rewelacyjnym "When the Wild Wind Blows" na czele). Niepokojące jest jednak brzmienie, z płaską perkusją i ogólnie bardzo sterylne. Największym rozczarowaniem jest jednak warstwa wokalna. Bruce Dickinson śpiewa tutaj naprawdę fatalnie, brzmi jak marna kopia samego siebie (lub Iana Gillana - vide krzyk na początku). To z pewnością efekt niedawno przebytej choroby (nowotwór języka). Cóż, w takim stanie chyba powinien dać sobie spokój z śpiewaniem, bo przykro się tego słucha. 


Do premiery albumu pozostały równo trzy tygodnie. Nie będę niecierpliwe odliczał dni do tej daty, ale wciąż mam nadzieję, że przynajmniej kilka utworów pozytywnie mnie zaskoczy.


11 komentarzy:

  1. W wersji ze strony Dailymotion utwór brzmi nieco lepiej. Moim zdaniem kawałek dość poprawny, nieco lepszy niż poprzedni singiel "El Dorado". Niestety, to już nie to samo, co kiedyś potrafili wykombinować panowie (i nie chodzi mi nawet o lata 80., ale także o początek XX wieku). Na płytę czekam, ale już nie z takim zapałem co np. na "Dance of Death".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W "El Dorado" jest przede wszystkim dużo lepszy wokal. Gdyby Dickinson śpiewał tutaj przynajmniej tak, jak na poprzednim albumie, to nie byłoby źle. Ale wokal jest tragiczny. Najbardziej zastawia mnie tylko po co te kłamstwa Steve'a Harrisa - w jednej z wypowiedzi na temat nowego albumu stwierdził, że Dickinson "śpiewa lepiej, niż kiedykolwiek". Rozumiem, że trzeba jakoś zareklamować album, żeby się sprzedawał, ale bez przesady. Przecież przynajmniej w tym utworze Bruce się wyraźnie męczy. Czy Harris wygadując te kłamstwa miał nadzieję, że fani pomyślą: "skoro Steve mówi, że to wokalnie najlepszy album IM, to widocznie tak jest, tylko ja się nie znam"?

      Usuń
    2. Paweł Pałasz, poczekajmy do wydania albumu. A może jednak śpiewa najlepiej?

      Usuń
    3. Są 2 opcje:
      a) może Steve tak uważa
      b) może musi tak mówić, żeby album lepiej się sprzedał.

      Mnie w kontekście płyty najbardziej martwi czas trwania. Liczyłem na powrót do 60-70 minut, a tu będą aż 92. Już w 15 minut krótszym "The Final Frontier" jest dużo utworów, które można by pominąć ("Mother of Mercy" czy "The Alchemist") czy skrócić (pierwsza połowa "Satellite 15...The Final Frontier"), a i pozostałe są niepotrzebne przeciągane. Obawiam się, że tu będzie podobnie (jako że 3 utwory przekraczają czas 10 minut).

      Usuń
    4. Całkiem możliwe, że w pozostałych utworach śpiewa lepiej, ale na pewno nie "lepiej, niż kiedykolwiek". Nie ma już takiej skali głosu, jak w latach 80., a kilkadziesiąt lat śpiewania w heavy metalowym zespole też się odbiło na możliwościach. Prawie 60-letni mężczyzna nie zaśpiewa tak dobrze, jak dwudziestokilkulatek - na pewno nie w tego typu muzyce ;)

      Nie skreślam całego albumu, dopóki go nie usłyszę, jedynie uważam, że "Speed of Light" przeczy tym wszystkim entuzjastycznym zapowiedziom członków zespołu.

      Usuń
  2. Hmm. Cała płyta, włącznie z wokalem była nagrana już w ubiegłym roku, pomiędzy wrześniem a grudniem 2014, czyli przed diagnozą raka u Dickinsona. Miejmy nadzieję że inne utwory zaśpiewane są przez niego lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wejście to 100% Deep Purple. Cała reszta to w sumie też Deep Purple, chociaż w nieco mniejszym stężeniu. Co im odbiło? Poza tym zgadzam się z tym, co napisałeś. Szykuje się 90 minut pseudo progresywnej nudy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla mnie (jak dotąd) stare, dobre Maiden kończy się na "Dance of Death". Tam jeszcze czuć (mimo nierówności kompozycji) lekkość i radość z grania. 2 następne płyty pachniały już wykalkulowaniem i upychaniem jak największej ilości długich kompozycji, Nie mam nic przeciwko nim - chodzi mi tylko o ilość utworów, jak i przeciąganie kompozycji. Częste powtarzanie refrenów, długie wstępy, powolne rozkręcanie się - to powoduje, że piosenka zamiast trwać 5-6 minut, trwa często 9-10. Zdarzało się to już wcześniej (vide "The Angel and the Gambler"), ale tu irytuje to jeszcze bardziej, gdy płyty są dłuższe.

    Od "AMOLAD" pogorszyły się też moim zdaniem solówki gitarowe. Większość jest udana, ale kompletnie nie zapadają w pamięć (mimo wielokrotnych przesłuchań). Często opluwane "Virtual XI" czy "Dance of Death" (nie wspominając już o "The X Factor") były pod tym względem znacznie lepsze. "The Edge of Darkness", "Age of Innocence", "When Two Worlds Collide" czy "Dance of Death" to dobre na to przykłady.

    Mam nadzieję, że na "The Book of Souls" powróci dobra forma sprzed lat, choć szanse na to są niestety niewielkie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mi się podoba. Bruce moim zdaniem świetny, czuć klasykę z tego numeru, choć nie jest reprezentatywny, bo inne będą znacznie dłuższe. Up The Irons :).

    OdpowiedzUsuń
  6. Słychać, że to Iron Maiden, do tego nie ma wątpliwości od pierwszych taktów, ale rzeczywiście, wokal Dickinsona wymęczony, około połowy tego utworu odechciało mi się słuchania a są utworu 5krotnie (!) dłuższe na nadchodzącym krążku. Źle to widzę, źle.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dla mnie utwór nie jest zły - może Dickinson faktycznie nie radzi sobie najlepiej, ale jednak kompozycja się broni. Podobnie jak ty mam jednak obawy co do długości albumu. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Maideni nie będą wydłużać utworów na siłę i przygotowali naprawdę dobry, progresywny materiał.

    OdpowiedzUsuń