4 sierpnia 2015

[Artykuł] Historie Klasycznych Albumów: "Ritchie Blackmore's Rainbow" Rainbow

Magiczna okładka i równie magiczna muzyka. Ten właśnie przymiotnik najlepiej oddaje charakter wczesnych albumów grupy Rainbow, szczególnie zaś debiutanckiego "Ritchie Blackmore's Rainbow", który na sklepowe półki trafił równo 40 lat temu. Longplay początkowo miał być tylko jednorazowym skokiem w bok Ritchiego Blackmore'a, a okazał się początkiem trwającej niemal dekadę kariery nowego zespołu czarnej owcy rodziny Deep Purple.



Czarna owca

Na początku lat 70. Deep Purple należało do ścisłej czołówki muzyki rockowej. Grupa zdobyła ogromną popularność dzięki serii udanych albumów, wydanych w latach 1970-72 ("In Rock", "Fireball", "Machine Head", "Made in Japan"). Dobra passa nie mogła jednak trwać długo i już kolejny album, "Who Do We Think We Are" (1973), zdradzał wyczerpanie muzyków, jeśli nie kompletny brak weny. Rosnący konflikt między Blackmorem a wokalistą Ianem Gillanem osiągnął punkt krytyczny - muzycy nie chcieli nawet przebywać ze sobą razem w studiu. Było oczywiste, że rozłam zespołu jest nieunikniony. Ritchie już rozważał odejście, ale Gillan go ubiegł. W tym samym czasie z zespołu został wyrzucony basista Roger Glover. Dość szybko udało się znaleźć nowych muzyków: wokalistę Davida Coverdale'a i basistę Glenna Hughesa. Zmiana składu wyszła no dobre, co udowodnił świetny album "Burn". Z jednej strony zakorzeniony w stylu grupy, a z drugiej - wnoszący powiew świeżości, dzięki wyraźnym wpływom funkowym, będącym zasługą Hughesa. Niestety, wkrótce problemy miały zacząć się od nowa.

Blackmore marzył, aby na następny album ("Stormbringer") nagrać dwa covery: "Black Sheep of the Family" The Quatermass i "Still I'm Sad" The Yardbirds. Ktoś spytał: "Czy chcesz to nagrać dlatego, że jesteś czarną owcą w rodzinie Deep Purple?" - wspominał gitarzysta. Oczywiście nie myślałem o tym w ten sposób. Ale mi się spodobało. Sam pomysł nie spodobał się natomiast pozostałym członkom zespołu, którzy zdecydowanie go odrzucili. Byli niewzruszeni w sprawie nagrywania czyiś kompozycji - mówił Ritchie. Odrzucili je, bo to nie oni je napisali. Nie mogłem uwierzyć, że nie chcieli nad nimi pracować tylko dlatego, że pod utworem był podpisany ktoś inny. W rezultacie gitarzysta stracił zainteresowanie nowym albumem Deep Purple i jego udział podczas sesji nagraniowej był bardzo bierny. Wykorzystał to Hughes, który przejął stery i popchnął grupę w jeszcze bardziej funkowym kierunku, co jeszcze mocniej zniechęciło Blackmore'a, nie przepadającego za taką muzyką. Nie lubię funku, chciałem po prostu wrócić do rocka - mówił. Wówczas podjął decyzje, aby stworzyć coś na własną rękę - solowy singiel, zawierający oba wspomniane utwory.

Ritchie Blackmore.


Wspaniały wokalista

Pozostawało tylko zebrać muzyków. Jako wokalistę Ritchie chciał zaangażować Coverdale'a. Ten początkowo się zgodził, ale zrezygnował, gdy usłyszał demo. Później wyjaśniał, że oczekiwał od Blackmore'a czegoś nowego, a muzyka, którą usłyszał była powrotem do grania w stylu "Machine Head". Kolejnego kandydata gitarzysta również nie szukał daleko - zgłosił się do niejakiego Ronniego Jamesa Dio z grupy Elf, która właśnie po raz kolejny towarzyszyła Purplom na koncertach. Byliśmy z Deep Purple w trasach od dawna, ale tak naprawdę poznałem Ritchiego później - wspominał Dio. Był bardzo skrytą osobą. Wszyscy wokół starali się go przyciągnąć i zgarnąć dla siebie. Nie chciałem w tym uczestniczyć. Pomyślałem: "Dobra, ty jesteś Ritchie Blackmore, a ja nie, więc jeśli będziesz chciał ze mną pogadać, zrobisz to". Doszło do tego po jednym z koncertów. Przebierałem się pośpiesznie, by wyjść i zobaczyć Deep Purple, ponieważ nigdy nie opuściłem żadnego koncertu - kontynuował Dio. Wszyscy już sobie poszli, a ja nagle dostrzegłem jakąś postać. To był Ritchie. Podszedł do mnie i powiedział: "Jesteś wspaniałym wokalistą", potem odwrócił się i wyszedł! Do tamtego momentu był to mój jedyny bezpośredni kontakt z Ritchiem.

Później zaczęliśmy się trzymać razem - wspominał dalej Dio. Chodzić do klubów i trochę jamować. Przyszedł do mnie pewnego dnia i powiedział: "Chcę nagrać singiel". Powiedział mi, że chodzi o "Black Sheep of the Family". Uwielbiałem Quatermass, uwielbiałem to nagranie. I jeśli to nie byłoby w stanie mnie zainteresować, to nie wiem co innego by mogło. Sesja nagraniowa odbyła się w grudniu  1974 roku, a poza Blackmorem i Dio uczestniczył w niej także perkusista Elf, Garry Driscoll, oraz klawiszowiec Matthew Fisher (z Procol Harum) i wiolonczelista Hugh McDowell (z Electric Light Orchestra). Nagrano "Black Sheep of the Family", a także utwór na stronę B singla - kompozycję "Sixteen Century Greenslaves", z muzyką Blackmore'a i tekstem Dio. Muzycy zgodnie doszli do wniosku, że ich utwór jest lepszy... Wtedy zacząłem się zastanawiać, czy nie warto by było nagrać całego albumu - wspominał Blackmore. Wreszcie powiedziałem: "Ronnie, stwórzmy zespół". Wokalista chętnie przystał na propozycję, stawiając tylko jeden warunek - składu mają dopełnić pozostali muzycy Elf: Driscoll, basista Craig Gruber i klawiszowiec Mickey Lee Soule (mający niewielki staż gitarzysta Steve Edwards nie był brany pod uwagę). Muzycy Elf tyle razem wspólnie przeszli - śmierć jednego z członków i wszystkie te straszne rzeczy, jakie nas dotknęły - że nie mogłem tak zostawić chłopaków - tłumaczył wokalista. Znaliśmy się wszyscy od kołyski. Gdyby [Blackmore] odmówił, zostałbym z Elf, bo wierzyłem w ten zespół. Ale powiedział, że nie ma sprawy.

Elf. Od lewej: Steve Edwards, Craig Gruber, Garry Driscoll, Ronnie James Dio i Mickey Lee Soule.


Tęcza Ritchiego Blackmore'a

Wydanie singla zostało wstrzymane, a oba nagrania nigdy nie zostały oficjalnie wydane. Zamiast tego, nowy zespół, nazwany Rainbow, w lutym 1975 roku udał się do Monachium, gdzie pod okiem producenta Martina Bircha (stałego współpracownika Deep Purple), zarejestrował materiał na debiutancki album. Sesja trwała od 20 lutego do 14 marca, a jej efektem było dziewięć utworów: w tym nowe wersje "Black Sheep of the Family" i "Sixteen Century Greenslaves", instrumentalny cover "Still I'm Sad", oraz sześć nowych kompozycji (m.in. riffowy "Man on the Silver Mountain", a także wspaniałe ballady "Catch the Rainbow" i "The Temple of the King"). Zespół nie mógł promować albumu trasą, ze względu na koncertowe zobowiązania Blackmore'a w Deep Purple - musiał wziąć udział w serii dwunastu europejskich występów, które odbyły się między 16 marca a 7 kwietnia. Fragmenty trzech ostatnich - w Austrii, Niemczech i Francji - zostały wydane rok później na albumie "Made in Europe". Dzięki niemu można się dowiedzieć, że Blackmore dawał publiczności przedsmak swojego nowego projektu - przemycając fragmenty "Still I'm Sad" i "Man on the Silver Mountain" do rozbudowanych wykonań "You Fool No One". Tymczasem muzycy Elf dokończyli swój ostatni album pod tym szyldem, "Trying to Burn the Sun" (wydany w czerwcu), po czym ruszyli na promującą go, a zarazem pożegnalną trasę. A skoro już mowa o pożegnaniach - 21 czerwca oficjalnie ogłoszono odejście Blackmore'a z Deep Purple.

Album "Ritchie Blackmore's Rainbow" trafił do sklepów 4 sierpnia i spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem, dochodząc do 11. miejsca w brytyjskim notowaniu, a w amerykańskim - do 30. Zaskakujący sukces, jeśli wziąć pod uwagę brak koncertowej promocji. Inna sprawa, że na pewno wiele pomogło nazwisko Blackmore'a na okładce (przez które niektórzy myśleli, że to jego solowy album, o tytule "Rainbow"). Sukcesu nie odniosły natomiast single promujące longplay, "Man on the Silver Mountain" i "The Temple of the King" - żaden z nich nie wszedł do notowań. Ale dla Blackmore'a nie było to problemem. Wykonując taką muzykę nie myślisz o tym, czy za tydzień będziesz numerem jeden na liście - po prostu grasz - tłumaczył. O samym albumie mówił natomiast: Lubię "Ritchie Blackmore's Rainbow" dlatego, że to pierwsza płyta, a poza tym jest na niej sporo niezłych melodii. Ronnie James Dio twierdził natomiast, że to jego ulubiony longplay Rainbow.

Rainbow: Ritchie Blackmore, Ronnie James Dio, Craig Gruber, Mickey Lee Soule i Garry Driscoll.


Pierwszy koncert Rainbow odbył się 10 listopada 1975 roku. I co ciekawe, w składzie nie było już wtedy Driscolla, Grubera ani Soula'a. Blackmore doszedł do wniosku, że ich styl gry nie pasuje do muzyki, którą sam chce wykonywać. Nowymi muzykami zostali: perkusista Cozy Powell (ex-Jeff Beck Group), basista Jimmy Bain, oraz klawiszowiec Tony Carey. I ten skład nie przetrwał długo: po wydaniu dwóch kolejnych albumów ("Rising" i koncertowego "On Stage") z zespołem rozstali się Bain i Carey. Po kolejnym longplayu ("Long Live Rock'n'Roll") odszedł nawet Dio, któremu nie podobał się pomysł Blackmore'a na granie bardziej komercyjnej muzyki. Powell wytrzymał jeszcze jedną sesję nagraniową ("Down to Earth"), po czym także zrezygnował.

Późniejsze dokonania Blackmore'a i Dio to temat na osobne artykuły, warto natomiast przypomnieć jak potoczyły się losy pozostałych członków oryginalnego składu. Żaden z nich nie zrobił wielkiej kariery. O sukces otarł się tylko Craig Gruber, który zaliczył współpracę z Garym Moorem (album "We Want Moore") i mało brakowało, by dołączył do Black Sabbath (w okresie poprzedzającym wydanie "Heaven and Hell"). W latach 80. wraz z Garrym Driscollem powołał do życia zespół Bible Black. Nagrali pod tym szyldem dwa albumy, ale dalszą działalność zakończyła śmierć Driscolla w czerwcu 1987 roku. Perkusista został brutalnie zamordowany przez nieznanego sprawcę. Gruber pozostał aktywnym muzykiem aż do swojej śmierci - zmarł na raka 5 maja 2015 roku. Mickey Lee Soule wciąż żyje, ale po rozstaniu z Rainbow praktycznie wycofał się z muzycznego biznesu, okazjonalnie wspierając innych byłych (w tamtym czasie) członków Deep Purple, Iana Gillana i Rogera Glovera, w ich solowych projektach.




Źródła cytatów: 
1. Thompson Dave, Smoke on the Water. Opowieść o dobrych nieznajomych, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2013
2. Brzykcy Paweł, Czarna owca, "Teraz Rock" 2012, nr 2, s. 64-65

Więcej na temat:


4 komentarze:

  1. "Man On The Silver Mountain" strasznie przypomina "Smoke On The Water" :D Ale i tak wg mnie to druga najlepsza studyjna (bo koncertowe są zdecydowanie naj) płyta Rainbow, zaraz po "Rising". Najbardziej błyszczy tu "Sixteenth Century Greensleves".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam dokładnie tak samo, jeżeli chodzi o albumy ;) Zdecydowanie najlepsze są "On Stage" i "Live in Munich 1977", następnie "Rising", debiut, a na końcu "Long Live Rock'n'Roll" (albumy bez Dio dla mnie nie istnieją). Jedynie mam inne zdanie co do najlepszego utworu z debiutu - dla mnie jest nim "The Temple of the King", jedna z najpiękniejszych ballad rockowych. I jedyny powód, dla którego posiadam ten album. Bo inne utwory, które lubię ("Man on the Silver Mountain", "Sixteen Century Greenslaves", "Catch the Rainbow", "Still I'm Sad"), brzmią zdecydowanie lepiej w wersjach koncertowych.

      Usuń
  2. "albumy bez Dio dla mnie nie istnieją" - nic dodać, nic ująć.
    Podobnie rzecz się ma (dla mnie) z Sabbath - albumy bez Ozzego, to już zupełnie inny zespół. Z dyskografii Tęczy najbardziej cenię wspomniany Live in Munich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się, Black Sabbath z każdym wokalistą brzmi jak inny zespół - i każdy z tych zespołów jest świetny ;) Słabe albumy zdarzyły się tylko w składzie z Ozzym ("Technical Ecstasy") i Tonym Martinem ("Forbidden"), ale oba te wcielenia mają więcej dobrych ;) Z Ronniem Jamesem Dio wszystkie trzy są wspaniałe. Nawet "Born Again" z Gillanem ma rewelacyjne momenty, tylko wiele traci przez fatalne brzmienie.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.