12 sierpnia 2015

[Recenzja] Colosseum - "Valentyne Suite" (1969)



Po wydaniu debiutanckiego albumu, "Those Who Are About to Die", muzycy Colosseum wyruszyli w intensywną trasę koncertową. Wszystkie dłuższe przerwy między poszczególnymi występami spędzili na równie intensywnym tworzeniu nowego materiału. W czerwcu 1969 roku mieli już gotową wystarczającą ilość utworów, aby przystąpić do nagrań. Longplay został zarejestrowany w ciągu zaledwie trzech dni, między 16-18 czerwca. W tak krótkim czasie powstał jeden z najlepszych i najbardziej inspirujących albumów jazzrockowych. Z jednej strony niezwykle wyrafinowany, a jednocześnie przystępny także dla osób nieosłuchanych z jazzem, preferujących mniej wymagającą muzykę. "Valentyne Suite", jak zatytułowano dzieło, do sklepów trafił w listopadzie 1969 roku. Był to pierwszy album wydany przez Vertigo Records - oddział Philips/Phonogram specjalizujący się w rocku progresywnym. W chwili wydania "Valentyne Suite" do przeszłości należał już skład odpowiedzialny za jego nagranie - we wrześniu z Colosseum odszedł James Litherland.

Album rozpoczyna się od zaskakująco surowego, ostrego - jak na Colosseum - utworu "The Kettle". To nie jazz rock, a czysty blues/hard rock - z przesterowaną gitarą, dynamiczną grą sekcji rytmicznej i bez żadnych klawiszy lub dęciaków. Utwór wyróżnia się świetną współpracą grających w nim muzyków (Litherlanda, Tony' Reevesa i Jona Hisemana), z których każdy zdaje się pełnić pierwszoplanową rolę. Jedynie wysoka partia wokalna wypada dość irytująco i niezbyt pasuje do charakteru tej kompozycji. Już kolejny utwór, "Elegy", to powrót do bardziej jazzowego grania, znanego z poprzedniego albumu: wolniejsze tempo, mniej gitary, za to dużo saksofonu i delikatne smyczkowe tło. Jedynie sekcja rytmiczna gra równie mocno, co w poprzednim kawałku. O następnym utworze, "Butty's Blues", wiele mówi już sam tytuł - to tradycyjny blues, mimo pierwszoplanowej roli saksofonu. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy chwytliwy "The Machine Demands a Sacrifice", w którym istotną role odrywa brzmienie organów i fletu, ale nie brakuje też rockowej zadziorności.

Całą drugą stronę longplaya wypełnia natomiast tytułowa kompozycja "Valentyne Suite". To już rzecz bardziej skomplikowana od poprzedzających ją czterech "piosenkowych" utworów - trwająca ponad siedemnaście minut, całkowicie instrumentalna, składająca się z trzech wyraźnie odrębnych, ale idealnie do siebie pasujących części ("January's Search", "February's Valentyne" i "The Grass is Always Greener"), pełna oczywistych nawiązań do muzyki barokowej, ale czerpiąca także z jazzu, rocka i bluesa. Kompozycja naprawdę wyjątkowa i bardzo dojrzała. A trzeba pamiętać, że to jeden z pierwszych tego typu eksperymentów - wyprzedziły go tylko "Ars Longa Vita Brevis" The Nice i "In Held Twas in I" Procol Harum (oba z 1968 roku). Jednak dzieło Colosseum na ich tle wypada o wiele bardziej spójnie, a przy tym zachwyca znacznie większą paletą pomysłów.

"Valentyne Suite" to klasyka rocka, jedno z największych arcydzieł lat 60. Dziś już co prawda nieco zapomniane, znane głównie osobom, które na własną rękę poszukują czegoś więcej, niż muzyki promowanej w mediach. Longplay posiada jednak wszystkie niezbędne cechy, aby zachwycić nie tylko wielbicieli bardziej ambitnej odmiany rocka (choć przede wszystkim im przypadnie do gustu).

Ocena: 9/10



Colosseum - "Valentyne Suite" (1969)

1. The Kettle; 2. Elegy; 3. Butty's Blues; 4. The Machine Demands a Sacrifice; 5. Valentyne Suite

Skład: James Litherland - wokal i gitara; Tony Reeves - bass; Jon Hiseman - perkusja; Dick Heckstall-Smith - saksofon (2-5), flet (4); Dave Greenslade - instr. klawiszowe (2-5), dodatkowy wokal (4)
Gościnnie: Neil Ardley - aranżacja instr. smyczkowych (2)
Producent: Tony Reeves i Gerry Bron


2 komentarze:

  1. Dlaczego 11/10... ? Już wyjaśniam - jestem 60-latkiem i "Valentyna" ( jak na nią mówiliśmy ) zrobiła na mnie tak potężne wrażenie, że "trzyma" mnie ono do dnia dzisiejszego... To jak zakochać się w młodej dziewczynie i z nią się zestarzeć, wciąż uwielbiając zarówno jej wnętrze (muzykę) jak i powierzchowność (okładkę ). Zadurzenie, pomimo upływu lat - nie słabnie... Cóż za wspaniałe uczucie... Valentyna była, jest i na zawsze już pozostanie w moim życiu czymś nadzwyczajnym. Po niemal półwiecznym okresie, skala się skończyła, a ONA pnie się w górę.. 11/10... Wciąż urzeka i czaruje. Jest PIĘKNA.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.