31 sierpnia 2015

[Recenzja] Iron Maiden - "The Book of Souls" (2015)



Z niecierpliwością czekałem na ogłoszenie premiery nowego, 16. albumu Iron Maiden. Kiedy jednak kilka miesięcy temu to nastąpiło, poczułem się bardzo zawiedziony. Rozczarowywała już sama okładka, sprawiająca wrażenie niedokończonej (chociaż sama postać Eddiego jest moim zdaniem najlepsza od czasu... cyborga z "Somewhere in Time"), a także śmieszne tytuły utworów - infantylne jak "Speed of Light" i "Death or Glory", albo pseudo-poetyckie jak np. "The Red and the Black". Największe obawy obudził we mnie jednak czas trwania albumu i poszczególnych utworów. Od wielu lat zespół ma tendencję do wydłużania utworów do "progresywnych" rozmiarów, a co gorsze - dotąd rzadko szło to w parze z rzeczywiście prog rockowym charakterem; polegało raczej na irytującym powtarzaniu w kółko tych samych motywów. Poprzednie cztery albumy moim zdaniem kompletnie wyczerpały taką formułę i miałem nadzieję, że tym razem zespół zaproponuje coś nowego lub cofnie się do korzeni.

Moje obawy odnośnie jakości "The Book of Souls" pogłębił pierwszy singiel, "Speed of Light" - wyjątkowo prosty, toporny, słaby melodycznie i wymęczony, zwłaszcza pod względem wokalnym. Jednak w przypadku Iron Maiden pierwszy singiel przeważnie okazywał się jednym ze słabszych utworów na albumie. I nie inaczej jest w tym przypadku - "Speed of Light" wypada zdecydowanie najmniej ciekawie z tych krótszych, nieprzekraczających sześciu minut utworów. Pozostałe trzy to potencjalne przeboje, które znacznie lepiej sprawdziłyby się na singlu. Wszystkie z nich są nie tylko ciekawsze pod względem muzycznym, ale też śpiew Bruce'a Dickinsona jest w nich bardziej naturalny, zupełnie nie wymęczony. Nie jest to może jego szczytowa forma, ale równie dobra, jak na dwóch poprzednich albumach, a znacznie wyższa niż w czasach "Dance of Death". Utworem, który jako singiel prawdopodobnie wywołałby największe emocje fanów, jest ciężki "Death or Glory", z charakterystycznie galopującym basem Steve'a Harrisa, chwytliwym - choć ocierającym się o metalową sztampę - refrenem, oraz świetnymi gitarowymi solówkami dominującymi w drugiej połowie. Z kolei lżejszy, bardziej hard rockowy "Tears of a Clown" miałby największe szanse na zaistnienie w mediach. Moim faworytem jest jednak "When the River Runs Deep", w którym naprawdę sporo się dzieje. Początek i zakończenie wywołują skojarzenia z albumem "Seventh Son of a Seventh Son", w energicznych zwrotkach jest typowa dla zespołu galopada, z którą kontrastuje wolniejszy, bardzo melodyjny refren,  pojawiają się też fantastyczne solówki.

Kolejną grupę stanowią utwory trwające od sześciu do dziesięciu minut. Bardzo dobrze wypada rozpoczynający album, ponad ośmiominutowy "If Eternity Should Fail", skomponowany samodzielnie przez Dickinsona, z myślą o potencjalnym solowym albumie. I początek tej kompozycji bardziej przypomina właśnie jego solowe dokonania, niż twórczość Iron Maiden - to tylko wokal i elektroniczny podkład o klimacie dobrze korespondującym z okładką. Po tym dziwnym, zupełnie nieironowym wstępie, następuje nagłe zaostrzenie, pojawiają się charakterystyczne dla grupy gitarowe unisona. Rewelacyjnie wypada tutaj partia wokalna, szczególnie w bardzo chwytliwym refrenie. Jest też ciekawy fragment instrumentalny, z bardziej uwypuklonym basem Harrisa i jakby plemienną grą Nicko McBraina. Niepotrzebna wydaje się tylko końcówka z gitarą akustyczną i dziwnie przetworzonym wokalem. Ciekawym utworem jest także "Shadows of the Valley". Gitarowy motyw we wstępie brzmi niemal jak ten z "Wasted Years" na zwolnionych obrotach, a w tekście pojawia się tytuł innego utworu z "Somewhere in Time" - "Sea of Madness", jednak ogólnie kompozycji najbliżej do zawartości albumu "A Matter of Life and Death". Częściowo balladowy "The Man of  Sorrow" (to już trzeci utwór Iron Maiden - po "The Wicker Man" i "The Alchemist" - o takim samym tytule, jak solowa kompozycja Dickinsona) zawiera z kolei najpiękniejsze solówki na całym albumie - momentami brzmiące bardzo floydowo. Słabiej wypada natomiast "The Great Unknown", rozpoczęty zbyt oczywistym basowo-gitarowym wstępem i z mało wyrazistą linią melodyczną, ale za to z całkiem niezłą częścią instrumentalną.

Całości dopełniają trzy utwory o czasie trwania przekraczającym dziesięć minut. Zdecydowanie najlepiej z nich prezentuje się ten najkrótszy, niespełna 11-minutowy, tytułowy "The Book of Souls". Spięty klamrą w postaci akustycznego wstępu i zakończenia, jednak w zasadniczej części bardzo ciężki, choć niepozbawiony wyrazistej linii melodycznej. Orientalizujące riffy w połączeniu z lekką orkiestracją w tle tworzą nastrój podobny do "Kashmir" Led Zeppelin, chociaż tutaj dzieje się zdecydowanie więcej, zwłaszcza we fragmentach instrumentalnych. To mój ulubiony fragment longplaya. Mam natomiast problem z dwiema najdłuższymi kompozycjami. Ponad 13-minutowy "The Red and the Black" miał być chyba ukłonem dla fanów liczących na powrót do stylistyki zespołu z lat 80. - zwrotki to momentami niemal autoplagiat "Seventh Son of a Seventh Son", a chóralne zaśpiewy pełniące rolę refrenu (dla mnie stanowiące kwintesencję kiczu i tandety) od razu przywołują skojarzenia z "Heaven Can Wait" - ale muzycy zatrzymali się w połowie drogi. Bo długa instrumentalna część to typowe dla albumów zespołu z XXI wieku wydłużanie utworu na siłę - muzycy nawpychali tu tyle solówek, że ciężko je wszystkie zliczyć, tym bardziej, że trudno nie poczuć w tym momencie znużenia. W zupełności wystarczyłaby tutaj jedna, ale przyciągająca uwagę, solówka. Zamiast kilkunastu, z których żadna nie jest w stanie zapaść w pamięć.

Jeszcze bardziej kontrowersyjnym utworem jest 18-minutowy finał albumu, "Empire of the Clouds". Druga samodzielna kompozycja Dickinsona, stworzona przez niego przy pomocy pianina, do którego później pozostali muzycy dograli swoje partie. Pierwszych sześć minut nie ma absolutnie nic wspólnego z dotychczasową twórczością Iron Maiden - to łagodne balladowe granie z akompaniamentem pianina (przewodni motyw jest naprawdę piękny) i instrumentów smyczkowych, do których dopiero po dłuższym czasie dołącza perkusja i ostra partia gitary, dzięki czemu utwór nabiera większej dynamiki, ale... wciąż brzmi jak solowe dokonanie wokalisty, a nie utwór Iron Maiden. Dopiero w połowie siódmej minuty pojawia się bardziej typowa dla grupy solówka (grana unisono w stylu Wishbone Ash). I tuż po niej utwór mógłby się kończyć, bo kolejna solówka, zaczynająca się niespełna minutę później, jest dość żenująca, zbyt patetyczna. A później znów zaczyna się pseudo-progresywne wydłużanie, z przebijającymi się co jakiś czas dźwiękami pianina lub orkiestry, pogłębiającymi wrażenie chaosu. Fakt, jest tutaj kilka niezłych momentów, ale ogólnie przeważa wrażenie przeładowania, sztucznego rozciągania i przesadnego patosu. Muzycy ewidentnie przecenili tutaj swoje możliwości. Szkoda, bo gdyby zachowali tu większy umiar aranżacyjny, mogłoby rzeczywiście powstać arcydzieło.

"The Book of Souls" w pewnym sensie spełnił moje oczekiwania - znalazły się na nim zarówno nawiązania do czasów największej świetności zespołu, jak i zupełnie nowe elementy. Inna sprawa, że zarówno utwór, w którym pojawia się najwięcej "starego" Maiden ("The Red and the Black"), jak i ten najbardziej eksperymentalny ("Empire of the Clouds"), należą do tych, które najbardziej mnie rozczarowały... Ogólnie album wydaje się najbardziej wymagającym z dotychczasowej dyskografii. Po pierwszym przesłuchaniu praktycznie nic nie zostało mi w głowie - co nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się w przypadku albumu Iron Maiden - a tylko dwa utwory zrobiły na mnie pozytywne wrażenie ("If Eternity Should Fail" i tytułowy). Byłem przekonany, że to najsłabszy album w dyskografii zespołu. Dopiero przy kolejnych przesłuchaniach odkryłem potencjał kilku innych utworów, a niektóre melodie zaczęły same grać mi w głowie (szczególnie te z "When the River Runs Deep", "Shadows of the Valley" i tytułowego). Jednak w przeciwieństwie do poprzednich czterech albumów (o tych z lat 80. nawet nie wspominając), nie znalazłem tu ani jednej naprawdę wybitnej kompozycji. Nawet podczas tych lepszych fragmentów mam wrażenie, że to tylko sprawne rzemiosło, bez dotknięcia geniuszu.

Największą wadą "The Book of Souls" jest jednak to, czego najbardziej się obawiałem - długość. Na pewno nie zaszkodziłoby, gdyby muzycy dokonali selekcji nagranych utworów i wrzucili na album tylko te najbardziej udane i pasujące. Gdyby ode mnie to zależało, pominąłbym cztery kompozycje: "Speed of Light", "The Great Unknown" (oba dość nijakie pod względem melodycznym, bardziej nadawałyby się na strony B singli), "The Red and the Black" (irytujący refrenem i nużący w części instrumentalnej), oraz "The Empire of the Clouds" (który bardziej paskowałby na solowy album Bruce'a Dickinsona). Wówczas na "The Book of Souls" pozostałoby siedem utworów o łącznym czasie około 48 minut - idealnym dla studyjnego longplaya, który wówczas zmieściłby się nawet na pojedynczym winylu.

Ocena: 8/10*

* Oryginalna ocena: 7/10. Zmieniona po kolejnych przesłuchaniach.



Iron Maiden - "The Book of Souls" (2015)

CD1: 1. If Eternity Should Fail; 2. Speed of Light; 3. The Great Unknown; 4. The Red and the Black; 5. When the River Runs Deep; 6. The Book of Souls
CD2: 1. Death or Glory; 2. Shadows of the Valley; 3. Tears of a Clown; 4. The Man of Sorrows; 5. Empire of the Clouds

Skład: Bruce Dickinson - wokal, pianino (CD2: 5); Steve Harris - bass, instr. klawiszowe; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara; Janick Gers - gitara; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr klawiszowe; Jeff Bova - orkiestracja
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


27 sierpnia 2015

[Recenzja] Motörhead - "Bad Magic" (2015)



Za recenzję tego longplaya wystarczyłoby jedno słowo: Motörhead. Bo z grupą Lemmy'ego jest niemal jak z AC/DC, tylko nowe albumy ukazują się zdecydowanie częściej, regularnie co dwa lata. Poza tym wszystko się zgadza. Poszczególne albumy Motörhead różnią się od siebie praktycznie tylko tytułem, okładką, tytułami utworów i składem. Muzycznie jest bez zmian. Czasem pojawi się jakaś ballada, akustyczny blues lub inne niewielkie urozmaicenie, ale większość utworów to nic więcej, jak kolejne wersje "Ace of Spades". Riffy, solówki i melodie (czasem nawet tempo) są niby różne, ale utrzymane w tej samej, mocno ograniczającej konwencji. Nie inaczej jest na najnowszym dziele grupy, "Bad Magic" - 22. studyjnym albumie w jej dyskografii.

Już od pierwszych sekund grupa daje jasno do zrozumienia, że nie ma zamiaru niczego zmieniać, niczym zaskakiwać. "Victory or Die" to stuprocentowy Motörhead - szybkie tempo, ciężkie brzmienie i charakterystyczny, zachrypnięty wokal Lemmy'ego. Chociaż akurat jeśli chodzi o ten ostatni element, to pewną różnicę słychać, nawet w porównaniu z wydanym dwa lata temu albumem "Aftershock" - wokalista jest tutaj jeszcze bardziej zachrypnięty i jakby zmęczony. To pewnie efekt jego złego stanu zdrowia, o czym głośno było ostatnio w mediach. Muzycznie jest jednak jak zwykle bardzo energetycznie i ciężko uwierzyć, że średnia wieku grających tutaj muzyków wynosi 58 lat! Gdyby tylko troszkę bardziej dbali o różnorodność utworów... Przy pierwszym przesłuchaniu "Thunder & Lightning" miałem wrażenie, że przez przypadek jeszcze raz odtworzony został poprzedni kawałek - dopiero w refrenie wyraźniej słychać, że to jednak inny utwór. "Fire Storm Hotel" rozpoczyna się od bardziej wyrazistego riffu, tempo jest nieco wolniejsze, ale ciężko uznać to za wielkie urozmaicenie. Tym bardziej, że linia wokalna jest identyczna jak w dwóch poprzednich kawałkach. A i w kolejnych nie ma co liczyć na większe zróżnicowanie w tej kwestii.

Po przesłuchaniu "Bad Magic" odnoszę wrażenie, że zespół tym razem miał zamiar postawić przede wszystkim na energię i czad, maksymalnie ograniczając liczbę "niespodzianek" (których na "Aftershock" było całkiem sporo). Na pierwszą z nich trzeba czekać aż do utworu numer dziewięć. "Till the End" to klasyczna rockowa ballada, w warstwie muzycznej wyróżniająca się czystszym brzmieniem. Nawet wokal Lemmy'ego brzmi tutaj bardziej melodyjnie - chociaż nie jest to czysty śpiew, jak w "Dust and Glass" z poprzedniego albumu, a typowe dla tego muzyka chrypienie. Od reszty albumu odstaje również "When the Sky Comes Looking for You", w którym położono większy nacisk na warstwę melodyczną. Z kolei "Choking on Your Screams" zwraca uwagę nawiedzoną partią wokalną (w stylu utworu "Orgasmatron"). Na tle całości na pewno wyróżnia się także "Sympathy for the Devil", czyli cover jednego z największych przebojów The Rolling Stones. Wersja Motörhead jest wierna oryginałowi, jedynie zaostrzono brzmienie i... zepsuto wszystko okropną partią wokalną. Oczywiście, Lemmy nawet za swoich najlepszych lat nie zaśpiewałby tego utworu tak, jak Mick Jagger, ale to, co tutaj zaprezentował, woła o pomstę do nieba (a może raczej piekła?). Wyłącznie jako ciekawostkę należy natomiast potraktować fakt, że w "The Devil" gitarową solówkę zagrał Brian May. Były gitarzysta Queen tak bardzo wczuł się w styl Motörhead, że jego partia równie dobrze mogła wyjść spod palców Phila Campbella.

"Bad Magic" to album, który z pewnością zachwyci wszystkich wielbicieli Motörhead, nie oczekujących od zespołu nic więcej oprócz kolejnej porcji prostych, ciężkich i energetycznych kawałków. Jedynie zasmucić ich może kiepska forma wokalna Lemmy'ego. Album nie ma natomiast żadnych szans, aby zainteresować ludzi, których nie zainteresowały poprzednie wydawnictwa grupy. Na pewno nie jest też pozycją, od której polecałbym zacząć poznawanie dyskografii Motörhead - lepiej rozpocząć od klasycznych "Overkill" i "Ace of Spades", najbardziej dopracowanego "Another Perfect Day", lub wspomnianego już "Aftershock", na którym muzycy pokazali większą wszechstronność.

Ocena: 6/10



Motörhead - "Bad Magic" (2015)

1. Victory or Die; 2. Thunder & Lightning; 3. Fire Storm Hotel; 4. Shoot Out All of Your Lights; 5. The Devil; 6. Electricity; 7. Evil Eye; 8. Teach Them How to Bleed; 9. Till the End; 10. Tell Me Who to Kill; 11. Choking on Your Screams; 12. When the Sky Comes Looking for You; 13. Sympathy for the Devil

Skład: Lemmy Kilmister - wokal i bass; Phil Campbell - gitara; Mikkey Dee - perkusja
Gościnnie: Brian May - gitara (5)
Producent: Cameron Webb


25 sierpnia 2015

[Recenzja] Lynyrd Skynyrd - "Nuthin' Fancy" (1975)



"Nuthin' Fancy" wypada blado na tle obu poprzednich albumów Lynyrd Skynyrd. Brakuje na nim wyrazistych utworów, nie wspominając o ponadczasowych przebojach na miarę "Free Bird" i "Sweet Home Alabama". Największą popularność zdobył singlowy "Saturday Night Special". Dość melodyjny, oparty na zadziornym, hard rockowym riffowaniu utwór, który jednak niczym specjalnym się nie wyróżnia. Utrzymany w podobnym stylu "I'm a Country Boy" też od razu wylatuje z pamięci. Niestety, problem ten dotyczy także utworów o odmiennym charakterze, utrzymanych na pograniczu country i akustycznego bluesa ("Railroad Song", "Am I Losin'", "Made in the Shade", "Whiskey Rock-a-Roller"). Nie drażnią, ale i niczym nie zachwycają.

Tym razem zespół poległ nawet na balladzie - a właściwie zmarnował jej potencjał. Bo początek "Cheatin' Woman" jest naprawdę świetny - mocny rytm, uwypuklona partia organów i, pojawiające się dopiero po pewnym czasie, budujące napięcie gitary. Aż prosiłoby się o jakieś interesujące rozwinięcie. Niestety, później niewiele się dzieje, kompozycja okazuje się bardzo monotonna. Przyczepić nie mogę się natomiast do ciężkiego, nieco posępnego "On the Hunt" - jedynego tutaj utworu, który jest w stanie na dłużej przyciągnąć uwagę, za sprawą chwytliwej melodii, świetnego gitarowego riffu, na którym został zbudowany, a także nieustępującym mu solówkom.

"Nuthin' Fancy" nie jest złym albumem. Słucha się go naprawdę przyjemnie. Problem w tym, że nawet po wielokrotnym przesłuchaniu, niewiele z niego zostaje w pamięci. A w przypadku takiego zespołu, jak Lynyrd Skynyrd, jest to spora wada.

Ocena: 6/10



Lynyrd Skynyrd - "Nuthin' Fancy" (1975)

1. Saturday Night Special; 2. Cheatin' Woman; 3. Railroad Song; 4. I'm a Country Boy; 5. On the Hunt; 6. Am I Losin'; 7. Made in the Shade; 8. Whiskey Rock-a-Roller

Skład: Ronnie Van Zant - wokal; Gary Rossington - gitara; Allen Collins - gitara; Ed King - gitara, syntezator (7); Leon Wilkeson - bass; Artimus Pyle - perkusja i instr. perkusyjne; Billy Powell - instr. klawiszowe
Gościnnie: Al Kooper - instr. klawiszowe (1-3,7), instr. perkusyjne (4); Jimmy Hall - harmonijka (3,7); Bobbye Hall - instr. perkusyjne (3); Barry Harwood - mandolina i dobro (7); David Foster - pianino (8)
Producent: Al Kooper


24 sierpnia 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Enlightened Rogues" (1979)



W 1976 roku doszło do nieuniknionego rozpadu The Allman Brothers Band. Nieuniknionego, ze względu na pogarszające się stosunki pomiędzy poszczególnymi muzykami. Po rozpadzie niemal wszyscy skupili się na nowych muzycznych projektach: Gregg Allman stworzył The Gregg Allman Band, Dickey Betts powołał do życia Great Southern, a Chuck Leavell, Lamar Williams i Jai Johanny Johanson połączyli siły pod szyldem Sea Level. Dawne urazy dość szybko dały o sobie zapomnieć i już w 1978 roku na kilku koncertach Great Southern gościnnie pojawili się Allman, Johanson i Butch Trucks. Od tego był już tylko krok do reaktywacji The Allman Brothers Band. Jedynie Leavell i Williams nie byli zainteresowani powrotem. W rezultacie zaangażowano dwóch muzyków z Great Southern: nowym basistą został David Goldflies, zaś zamiast klawiszowca w końcu przyjęto drugiego gitarzystę, Dana Tolera.

Pierwszy album tego składu, "Enlightened Rogues", powstał przy pomocy dawnego współpracownika grupy, Toma Dowda. To z nim jako producentem nagrali swoje najsłynniejsze albumy, "At Fillmore East" i "Eat a Peach" (a także "Idlewild South"). I być może właśnie dzięki niemu, "Enlightened Rogues" pod względem stylistycznym jest właśnie powrotem do tamtych czasów. Czasów, gdy grupa grała (głównie) porywający blues rock i nie traciła czasu na eksperymenty z muzyką country. Co prawda, album nie jest pozbawiony słabszych momentów, ale jako całość wypada ciekawiej od dwóch poprzednich ("Brothers and Sisters" i - zwłaszcza - "Win, Lose or Draw"). Więcej tutaj energii i wyczuwalnej radości z grania.

Początek albumu niestety nie jest zbyt zachęcający. "Crazy Love" to The Allman Brothers Band w najgorszym, najbardziej komercyjnym wydaniu - bardzo banalny kawałek z gościnnym udziałem wokalistki Bonnie Bramlett. Wystarczy dodać, że jest to drugi (po "Ramblin' Man") największy przebój zespołu w Stanach, a sukces komercyjny na tamtejszym rynku muzycznym rzadko idzie w parze z sukcesem artystycznym. Na pewno nie w tym przypadku. "Can't Take It With You" to już utwór znacznie bardziej udany, o surowym, zadziornym brzmieniu i bardzo chwytliwej, ale nie banalnej melodii. Instrumentalny "Pegasus" to z kolei następca takich kompozycji, jak "In Memory of Elizabeth Reed" i "Jessica", niepozbawiony świetnych popisów muzyków, choć momentami nieco się dłużący.

Dalej na albumie pojawiają się dwa covery. "Need Your Love So Bad" (oryginalnie nagrany przez Little Willie'ego Johna) to jeszcze dość zachowawczy wolny blues, ale "Blind Love" (z repertuaru B.B. Kinga) to już porywające, energetyczne granie blues rockowe z fantastycznymi solówkami gitarzystów i Gregga Allmana. "Try It One More Time" wyróżnia się funkową rytmiką, ale utwór przykuwa uwagę przede wszystkim kolejnymi wspaniałymi popisami gitarowymi i dobrą melodią. Opus magnum longplaya stanowi jednak "Just Ain't Easy". Jedyny tutaj utwór autorstwa Allmana (pod wszystkimi pozostałymi, z wyjątkiem coverów, podpisał się Betts). To przepiękna ballada, z fantastyczną, przejmującą, a momentami ocierającą się o soul, partią wokalną Gregga. W warstwie muzycznej dominują organy, ale nie brak i pięknych partii gitar. Balladowo jest także w finałowym "Sail Away". Brzmienie gitar w - naprawdę udanym - wstępie kojarzy się z Jimim Hendrixem, ale później niestety nastrój pryska. Żeński drugi wokal sprawia, że utwór dryfuje raczej w stronę solowych dokonań Erica Claptona, a to bynajmniej nie jest komplement.

Krótka przerwa w działalności i odświeżenie składu wyszło zespołowi zdecydowanie na dobre. "Enlightened Rogues" to, mimo kilku wpadek,  solidny album blues rockowy bez niepotrzebnych eksperymentów. Drążnią jedynie komercyjne zapędy muzyków w "Crazy Love" i "Sail Away", ale cóż - w 1979 roku blues rock nie cieszył się już popularnością, trzeba więc było dorzucić tu trochę banalnego popu, by longplay wszedł do notowań sprzedaży.

Ocena: 7/10



The Allman Brothers Band - "Enlightened Rogues" (1979)

1. Crazy Love; 2. Can't Take It With You; 3. Pegasus; 4. Need Your Love So Bad; 5. Blind Love; 6. Try It One More Time; 7. Just Ain't Easy; 8. Sail Away

Skład: Gregg Allman - wokal i instr. klawiszowe; Dickey Betts - gitara, wokal; Dan Toler - gitara; David Goldflies - bass; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Bonnie Bramlett - dodatkowy wokal (1); Jim Essery - harmonijka (2,4,5,7); Joe Lala - instr. perkusyjne (3,5,6); Mimi Hart - dodatkowy wokal (8)
Producent: Tom Dowd


20 sierpnia 2015

[Recenzja] Ghost - "Meliora" (2015)



Bezimienne upiory ze Szwecji powracają z trzecim albumem. Trudno uznać to za wielkie wydarzenie, warto jednak poświęcić mu kilka słów. Nawet jeśli cała marketingowa otoczka wokół Ghost - z ukrywaniem tożsamości muzyków pod dziecinnymi pseudonimami i przebraniami na czele - przysporzyła grupie więcej przeciwników, niż zwolenników, nie wspominając już o tym, że ciężko stwierdzić, do kogo twórczość zespołu jest właściwie skierowana. Metalowców odrzuca popowa barwa głosu Papy Emeritusa i przebojowe melodie w stylu The Beatles lub nawet grupy ABBA; z kolei dla słuchaczy popu raczej niezbyt przyswajalne jest metalowe brzmienie gitar, podobnie jak nachalne epatowanie satanizmem. A jednak, właśnie to połączenie dwóch, teoretycznie bardzo odległych muzycznych światów, czyni Ghost jednym z najciekawszych zjawisk na współczesnej scenie rockowej. Pewnie, bardzo podobnie grał niegdyś (i chyba dalej gra) zespół Blue Öyster Cult, jednak u Ghost brzmienie jest znacznie cięższe, zaś melodie - być może nawet bardziej chwytliwe.

Poprzedni album Szwedów, wydany dwa lata temu "Infestissumam", mógł budzić obawy, że zespół ma zamiar zwrócić się w stronę bardziej popowej i pogodnej muzyki. Nic z tych rzeczy. "Meliora" to nie tylko powrót mrocznego klimatu w stylu debiutanckiego "Opus Eponymous", ale także najcięższy longplay w dotychczasowej twórczości Ghost. I co najważniejsze, udało się przy tym zachować dotychczasową przebojowość. Nie zabrakło też kilku niespodzianek. Całość rozpoczyna się jednak od bardzo typowego dla grupy "Spirit" - klawiszowy wstęp kojarzący się z muzyką z horrorów, po którym wchodzi ciężki gitarowy riff i kontrastująca z nim, bardzo melodyjna partia wokalna. Utwór poprawny, choć bez rewelacji. Znacznie ciekawiej wypadają dwie kolejne kompozycje, znane już z singli poprzedzających wydanie albumu. "From the Pinnacle to the Pit" otwiera ciężka partia basu, po której rozbrzmiewa całkiem chwytliwy motyw przewodni; w dalszej części utwór łączy ciężkie zwrotki z metalowym riffowaniem z bardzo chwytliwym refrenem. Bardzo ciężko, jak na ten zespół, wypada także "Cirice". Rozbudowany wstęp, ze stopniowo budowanym napięciem, przywodzi na myśl wolniejsze utwory Slayera ("South of Heaven", "Seasons in the Abyss") i nawet typowa dla Ghost partia wokalna w zwrotkach nie odbiera utworowi nic z jego ciężaru - jedynie w refrenach robi się bardziej delikatnie, popowo. To chyba najlepszy, najbliższy doskonałości utwór w dotychczasowym dorobku zespołu. Kompozycja, aranżacja, melodia - wszystko jest tutaj na najwyższym poziomie.

Wspominałem o niespodziankach. Pierwszą z nich jest "Spöksonat". To niespełna minutowa, instrumentalna miniaturka, zaaranżowana na gitarę akustyczną, z delikatnym klawiszowym tłem. Stanowi ona wstęp do kolejnego utworu, "He Is", w którego instrumentarium również dominuje gitara akustyczna i klawisze. Nie przypomina to niczego, co zespół nagrał wcześniej (chociaż dzięki partii wokalnej od razu słychać, że to Ghost). Wszystko wraca do normy w cięższym "Mummy Dust". Chociaż... Wokal Papy Emeritusa brzmi tutaj bardziej złowieszczo, zaś partie klawiszy kojarzą się z latami 80., co stanowi kolejną niespodziankę - do tej pory zespół preferował raczej klawiszowe brzmienia w stylu filmów grozy lub rocka z przełomu lat 60./70. Następny utwór, "Majesty", rozpoczyna się niemal jak kompozycja Deep Purple - klasycznie hard rockowym riffem wspartym organowym tłem. Później jednak dryfuje w bardziej typowe dla Ghost rejony. Kawałek wyróżnia się kolejnym bardzo chwytliwym refrenem, tym razem o nieco bardziej podniosłym charakterze. "Devil Church" to znów minutowa miniaturka, tym razem zdominowana przez organy i niby kościelne chóry. "Absolution" to jeszcze jeden przykład łączenia ciężkich zwrotek z melodyjnym refrenem, a dodatkowo pojawia się tu znów nieco elektroniki w klimacie lat 80. Do muzyki z tej dekady najbliżej jest jednak w finałowym "Deus in Absentia" - najbardziej piosenkowym i przebojowym utworze na albumie, któremu najbliżej do bardziej pogodnego grania z poprzedniego longplaya. Chociaż odrobina mroku też się pojawia - we fragmentach śpiewanych a capella przez chór.

"Meliora" zawiera wszystkie zalety poprzednich dwóch albumów, jednocześnie wprowadzając do twórczości Ghost nowe elementy. Longplay pokazuje, że zespół cały czas się rozwija, nie tracąc nic ze swojego charakterystycznego stylu. Bez wątpienia jest to pozycja warta poznania. Na chwilę obecną, "Meliora" mieści się na podium mojej listy najlepszych albumów wydanych w 2015 roku.

Ocena: 8/10



Ghost - "Meliora" (2015)

1. Spirit; 2. From the Pinnacle to the Pit; 3. Cirice; 4. Spöksonat; 5. He Is; 6. Mummy Dust; 7. Majesty; 8. Devil Church; 9. Absolution; 10. Deus in Absentia

Skład: Papa Emeritus III - wokal; Nameless Ghoul - gitara; Nameless Ghoul ⚪ - gitara; Nameless Ghoul  - bass; Nameless Ghoul - perkusja; Nameless Ghoul - instr. klawiszowe
Producent: Klas Åhlund


19 sierpnia 2015

[Recenzja] Colosseum - "The Grass Is Greener" (1970)



Okładka wygląda znajomo? Owszem, ponieważ "The Grass Is Greener" to po prostu amerykańska wersja albumu "Valentyne Suite". Czemu zatem poświęcam jej osobną recenzję? Otóż dość mocno różni się ona od swojego europejskiego odpowiednika. Przede wszystkim pominięto utwór "The Kettle" i dwie pierwsze części "Valentyne Suite" (fragmenty te były już wydane w Stanach, na tamtejszej wersji debiutanckiego "Those Who Are About to Die Salute You"), a zamiast tego dodano cztery nowe kompozycje. Ale to nie wszystko, ponieważ w czterech powtarzających się utworach ("Elegy", "Butty's Blues", "The Machine Demands a Sacrifice" i "The Grass Is Greener") oryginalne partie gitarowe i wokalne Jamesa Litherlanda (poza śpiewem w "Elegy") zostały zastąpione partiami nowego muzyka, Clema Clempsona. Zabieg zupełnie niepotrzebny - wokal nie tylko pozostał najsłabszym ogniwem tych utworów, ale wręcz wypada w nich znacznie gorzej, niż w wersjach oryginalnych.

Pozostałe cztery utwory to już nagrania zupełnie nowe, chociaż aż trzy z nich to covery. Jedynie "Lost Angeles" to autorska kompozycja członków grupy (Dicka Heckstall-Smitha i Dave'a Greenslade'a), dość zresztą nijaka. Na plus zaliczyć trzeba świetną solówkę Clempsona, reszta utworu brzmi jednak jak wymuszona - być może przez bezpłciowy śpiew Clema. Partia wokalna zaniża także poziom energetycznego "Jumping Off the Sun" (z repertuaru jazzowego pianisty Mike'a Taylora, z którym niegdyś występowali Jon Hiseman i Tony Reeves) oraz "Rope Ladder to the Moon" (utworu Jacka Bruce'a z albumu "Songs of a Tailor", na którym grał Hiseman - chociaż akurat nie w tej kompozycji). Siłą rzeczy najlepiej wypada tutaj interpretacja "Bolero" Maurice'a Ravela, ze względu na brak partii wokalnej, a przy okazji zachwycająca rewelacyjnymi improwizacjami muzyków.

"The Grass Is Greener" to dość dziwny zbiór starych i nowych utworów, który najwyraźniej powstawał w pośpiechu - świadczy o tym nie tylko ilość cudzych utworów, ale też fakt, że zespół nie zdążył przed nagraniem znaleźć wokalisty z prawdziwego zdarzenia. Nastąpiło to dopiero jakiś czas po premierze albumu, a został nim Chris Farlowe (późniejszy wokalista Atomic Rooster, znany również z solowych albumów Jimmy'ego Page'a).

Ocena: 7/10

PS. Utwory "Bolero", "Rope Ladder to the Moon" i "The Grass is Greener" w Wielkiej Brytanii zostały wydane na kompilacji "The Collectors' Colosseum" (1971).  "Jumping Off the Sun" również się na niej znalazł, ale w wersji ze śpiewem Farlowe'a i dodatkowymi gitarowymi partiami Clempsona. Repertuaru dopełnił utwór "I Can't Live Without You" - nagrany w 1968 roku, jeszcze z Litherlandem w składzie - a także trzy kompozycje znane już z albumu "Those Who Are About to Die Salute You" ("Those About to Die", "Beware The Ides of March" i "Walking in the Park").



Colosseum - "The Grass Is Greener" (1970)

1. Jumping Off the Sun; 2. Lost Angeles; 3. Elegy; 4. Butty's Blues; 5. Rope Ladder to the Moon; 6. Bolero; 7. The Machine Demands a Sacrifice; 8. The Grass Is Greener

Skład: Dave "Clem" Clempson - gitara i wokal; Tony Reeves - bass; Jon Hiseman - perkusja; Dick Heckstall-Smith - saksofon, flet (7); Dave Greenslade - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal (7); James Litherland - wokal (3)
Producent: Tony Reeves i Gerry Bron


18 sierpnia 2015

[Recenzja] Lynyrd Skynyrd - "Second Helping" (1974)



"Second Helping" to jeden z tych albumów, które oceniane są przez pryzmat jednego przeboju. "Sweet Home Alabama" przez te czterdzieści lat, jakie minęły od jego powstania, został niemiłosiernie ograny na wszystkie możliwe sposoby. I w sumie trudno się temu dziwić, bo chwytliwość tego kawałka jest niezaprzeczalna: skoczna, od razu zapadająca w pamięć melodia i ewidentnie popowy charakter (lekkie brzmienie, zabiegi aranżacyjne typu żeńskie chórki) czynią z niego prawdziwy hit. Co jednak ciekawe, wydawca Lynyrd Skynyrd nie od razu dostrzegł potencjał "Sweet Home Alabama" i na pierwszy singiel wytypował "Don't Ask Me No Questions". Utwór również popowy (dużo klawiszy i... dęciaków), ale raczej w negatywnym znaczeniu (banalna melodia, w dodatku niezbyt zapadająca w pamięć). W każdym razie singiel przeszedł niezauważony. Dopiero płytka z "Sweet Home Alabama" okazała się sukcesem i tak naprawdę od jej wydania zespół zaczął zdobywać popularność, a z czasem zapewniła mu nieśmiertelność.

Poza dwoma singlowymi kawałkami album zawiera także sześć innych kompozycji. Oczywiście nie mogło zabraknąć wśród nich kilku ballad - w końcu poprzednim longplayem muzycy udowodnili, że w takim graniu mało kto może się z nimi równać. I o ile "The Ballad of Curtis Loew" to tylko dość zgrabna piosenka, tak bluesowa "I Need You" (z rewelacyjnymi partiami gitar) należy do czołówki najpiękniejszych utworów z amerykańskiego południa. Pod względem stylistycznym na przeciwnym biegunie mieści się zadziorny "Workin' for MCA". Fantastyczny utwór, oparty na bardzo nośnym, bujającym riffie, wpartym ostrymi gitarowymi solówkami. Rockowej energii, chociaż już w lżejszym wydaniu, nie brakuje także w "Swamp Music" i "The Needle and the Spoon", jednak drugi z nich opiera się na melodii bardzo podobnej do... "Sweet Home Alabama". Całości dopełnia zaostrzona wersja "Call Me the Breeze" z repertuaru J.J. Cale'a, zachowująca przebojowy charakter oryginału.

"Second Helping" to kopalnia świetnych melodii, zapadających w pamieć refrenów i motywów. Może i nie ma tutaj dzieła na miarę "Free Bird" z poprzedniego albumu, ale całość jest równiejsza - stąd wyższa ocena, niż w recenzji debiutanckiego albumu Lynyrd Skynyrd. "Second Helping" idealnie nadaje się do słuchania latem, szczególnie podczas aktualnych upałów. 

Ocena: 8/10



Lynyrd Skynyrd - "Second Helping" (1974)

1. Sweet Home Alabama; 2. I Need You; 3. Don't Ask Me No Questions; 4. Workin' for MCA; 5. The Ballad of Curtis Loew; 6. Swamp Music; 7. The Needle and the Spoon; 8. Call Me the Breeze

Skład: Ronnie Van Zant - wokal; Gary Rossington; gitara; Allen Collins - gitara; Ed King - gitara, bass (2,3); Leon Wilkeson - bass (1,4-8); Bob Burns - perkusja (1,3-8); Billy Powell - instr. klawiszowe
Gościnnie: Al Kooper - dodatkowy wokal (1), pianino (3,5); Clydie King, Sherlie Matthews, Merry Clayton - dodatkowy wokal (1); Mike Porter - perkusja (2); Bobby Keys, Trewor Lawrence, Steve Madiao - instr. dęte (3,8)
Producent: Al Kooper


17 sierpnia 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Win, Lose or Draw" (1975)



Muzycy The Allman Brothers Band i producent Johnny Sandlin zgodnie przyznają, że "Win, Lose or Draw" był najtrudniejszym albumem do nagrania. Sesje ciągnęły się przez wiele miesięcy, a w studiu rzadko kiedy przebywali wszyscy muzycy na raz. Najbardziej zaangażowani w nagrania byli Jai Johanny Johanson, Chuck Leavell i Lamar Williams (ostatni z nich żartował, że powinni zmienić nazwę na We Three). Gregg Allman i Dickey Betts niedługo wcześniej postanowili rozpocząć kariery solowe, które stały się dla nich priorytetem. Z drugiej strony, to właśnie oni, tradycyjnie, podpisani są jako kompozytorzy wszystkich utworów (z wyjątkiem dwóch coverów).

Początek longplaya jest całkiem niezły. Mocna, zaostrzona wersja "Can't Lose What You Never Had" (oryginalnie wykonywanego przez Muddy'ego Watersa) to blues rock w najlepszym wydaniu. Jest w nim i rockowa energia, i bluesowy klimat, i interesujące popisy muzyków - szczególnie Bettsa i Leavella, chociaż sekcja rytmiczna bynajmniej nie ogranicza się do prostego podkładu. W podobnym stylu utrzymany jest również "Nevertheless". Wypada on już nieco mniej efektownie, ale broni się na tle całości. To jeden z dwóch utworów napisanych na ten album przez Gregga Allmana, wyróżniający się całkiem chwytliwą (był pierwszym promującym go singlem), lekko funkową melodią. Wokalista opowiada także za tytułowy "Win, Lose or Draw" - raczej nudną balladę, instrumentalnie zdominowaną przez dźwięki pianina.

Longplay przynosi także dwa kolejne utwory Bettsa w stylu country: "Just Another Love Song" i "Louisiana Lou and Three Card Monty John". Jak już wspominałem w poprzednich recenzjach The Allman Brothers Band, nie trafia do mnie takie oblicze grupy. W dodatku wyjątkowo mdło wypada w nich śpiew Dickeya. Gitarzysta dostarczył na album jeszcze jeden utwór - "High Falls". To już rzecz zupełnie innego typu - ponad 14-minutowy, instrumentalny jam. Nie wypada jednak tak ekscytująco, jak wcześniejsze utwory tego typu. Początek jest bardzo obiecujący, pełen przepięknych gitarowych partii Bettsa. Jednak im dalej, tym utwór staje się coraz bardziej monotonny. Trudno oprzeć się wrażeniu, że został wydłużony na siłę, bo muzycy nie mieli pomysłów na więcej utworów. Całości dopełnia sztampowy cover "Sweet Mama" Billy'ego Joego Shavera.

"Win, Lose or Draw" jest niestety zapisem ówczesnej sytuacji zespołu - bliskiego rozpadu, z powodu skupienia się obu kompozytorów na solowej działalności. Nic zatem dziwnego, że większość kompozycji tu zawartych wypada blado na tle wcześniejszej twórczości The Allman Brothers Band.

Ocena: 6/10



The Allman Brothers Band - "Win, Lose or Draw" (1975)

1. Can't Lose What You Never Had; 2. Just Another Love Song; 3. Nevertheless; 4. Win, Lose or Draw; 5. Louisiana Lou and Three Card Monty John; 6. High Falls; 7. Sweet Mama

Skład: Gregg Allman - wokal, organy, gitara; Dickey Betts - gitara, wokal (2,5); Lamar Williams - bass; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne; Chuck Leavell - pianino, dodatkowy wokal
Gościnnie: Johnny Sandlin - gitara, instr. perkusyjne; Bill Stewart - instr. perkusyjne
Producent: Johnny Sandlin i The Allman Brothers Band


14 sierpnia 2015

Nowy singiel Iron Maiden - "Speed of Light"



Od premiery poprzedniego albumu Iron Maiden, "The Final Frontier", minęło już pięć lat. To najdłuższa przerwa wydawnicza w ciągu długoletniej kariery brytyjskiej grupy. Przez ten czas nie raz można było zwątpić, czy grupa w ogóle ma zamiar jeszcze wejść do studia, czy tylko ograniczy swoją działalność do kolejnych tras koncertowych z setlistą nie zawierającą żadnego utworu z ostatnich dwudziestu lat. A to byłby być może najlepszy scenariusz.

Przynajmniej u mnie zapowiedź nowego albumu, "The Book of Souls", zaplanowanego na 4 września, nie wywołała takiego entuzjazmu, jak się spodziewałem. W pierwszej chwili miałem wręcz nadzieję, że to tylko żart. Mieszane odczucia budziła już okładka - sama postać Eddiego (narysowana przez Marka Wilkinsona) jest najlepsza od wielu, wielu lat, ale przez brak tła grafika wygląda na niedokończoną. I nawet powrót do dawnego logo (po raz ostatni użytego na studyjnym albumie dwadzieścia lat temu, na "The X Factor") nie napawa optymizmem. Niestety, wbrew temu, co mogłoby sugerować, wcale nie oznacza powrotu do korzeni. Czas trwania poszczególnych utworów (w tym jednego 18-minutowego) dobitnie oznajmia, że "The Book of Souls" jest kontynuacją stylu z poprzednich czterech albumów. Stylu polegającego głównie na wydłużaniu utworów poprzez powtarzanie wciąż tych samych motywów, co niby ma być "progresywne", a na dłuższą metę jest po prostu nudne. Co gorsze, "The Book of Souls" ma być najdłuższym z dotychczasowych albumów Iron Maiden, przekraczającym 92 minuty - a tym samym, pierwszym wydanym na dwóch płytach CD. Wersja winylowa będzie natomiast podzielona na trzy płyty - chociaż album spokojnie zmieściłby się na dwóch (każda trwałaby po około 47 minut; dla porównania, "Powerslave" trwa ponad 50 minut, a został wydany na jednym winylu).

Oczywiście, nie można oceniać albumu po samej okładce i czasie trwania. Niestety, opublikowany dzisiaj singiel "Speed of Light" (należący do krótszych utworów na albumie) tylko zwiększa moje obawy odnośnie "The Book of Souls". Nawet nie chodzi o to, że utwór muzycznie jest raczej nijaki - sztampowy hard rock z charakterystycznymi dla Ironów gitarowymi unisonami (akurat solówki wypadają tu najlepiej, choć nie wyróżniają się niczym na tle innych utworów grupy). W przypadku tego zespołu pierwszy singiel często okazywał się jednym ze słabszych momentów albumu. Tak było chociażby w przypadku poprzedniego longplaya, promowanego bezbarwnym "El Dorado", a zawierającego przecież kilka perełek (z rewelacyjnym "When the Wild Wind Blows" na czele). Niepokojące jest jednak brzmienie, z płaską perkusją i ogólnie bardzo sterylne. Największym rozczarowaniem jest jednak warstwa wokalna. Bruce Dickinson śpiewa tutaj naprawdę fatalnie, brzmi jak marna kopia samego siebie (lub Iana Gillana - vide krzyk na początku). To z pewnością efekt niedawno przebytej choroby (nowotwór języka). Cóż, w takim stanie chyba powinien dać sobie spokój z śpiewaniem, bo przykro się tego słucha. 


Do premiery albumu pozostały równo trzy tygodnie. Nie będę niecierpliwe odliczał dni do tej daty, ale wciąż mam nadzieję, że przynajmniej kilka utworów pozytywnie mnie zaskoczy.


12 sierpnia 2015

[Recenzja] Colosseum - "Valentyne Suite" (1969)



Po wydaniu debiutanckiego albumu, "Those Who Are About to Die", muzycy Colosseum wyruszyli w intensywną trasę koncertową. Wszystkie dłuższe przerwy między poszczególnymi występami spędzili na równie intensywnym tworzeniu nowego materiału. W czerwcu 1969 roku mieli już gotową wystarczającą ilość utworów, aby przystąpić do nagrań. Longplay został zarejestrowany w ciągu zaledwie trzech dni, między 16-18 czerwca. W tak krótkim czasie powstał jeden z najlepszych i najbardziej inspirujących albumów jazzrockowych. Z jednej strony niezwykle wyrafinowany, a jednocześnie przystępny także dla osób nieosłuchanych z jazzem, preferujących mniej wymagającą muzykę. "Valentyne Suite", jak zatytułowano dzieło, do sklepów trafił w listopadzie 1969 roku. Był to pierwszy album wydany przez Vertigo Records - oddział Philips/Phonogram specjalizujący się w rocku progresywnym. W chwili wydania "Valentyne Suite" do przeszłości należał już skład odpowiedzialny za jego nagranie - we wrześniu z Colosseum odszedł James Litherland.

Album rozpoczyna się od zaskakująco surowego, ostrego - jak na Colosseum - utworu "The Kettle". To nie jazz rock, a czysty blues/hard rock - z przesterowaną gitarą, dynamiczną grą sekcji rytmicznej i bez żadnych klawiszy lub dęciaków. Utwór wyróżnia się świetną współpracą grających w nim muzyków (Litherlanda, Tony' Reevesa i Jona Hisemana), z których każdy zdaje się pełnić pierwszoplanową rolę. Jedynie wysoka partia wokalna wypada dość irytująco i niezbyt pasuje do charakteru tej kompozycji. Już kolejny utwór, "Elegy", to powrót do bardziej jazzowego grania, znanego z poprzedniego albumu: wolniejsze tempo, mniej gitary, za to dużo saksofonu i delikatne smyczkowe tło. Jedynie sekcja rytmiczna gra równie mocno, co w poprzednim kawałku. O następnym utworze, "Butty's Blues", wiele mówi już sam tytuł - to tradycyjny blues, mimo pierwszoplanowej roli saksofonu. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy chwytliwy "The Machine Demands a Sacrifice", w którym istotną role odrywa brzmienie organów i fletu, ale nie brakuje też rockowej zadziorności.

Całą drugą stronę longplaya wypełnia natomiast tytułowa kompozycja "Valentyne Suite". To już rzecz bardziej skomplikowana od poprzedzających ją czterech "piosenkowych" utworów - trwająca ponad siedemnaście minut, całkowicie instrumentalna, składająca się z trzech wyraźnie odrębnych, ale idealnie do siebie pasujących części ("January's Search", "February's Valentyne" i "The Grass is Always Greener"), pełna oczywistych nawiązań do muzyki barokowej, ale czerpiąca także z jazzu, rocka i bluesa. Kompozycja naprawdę wyjątkowa i bardzo dojrzała. A trzeba pamiętać, że to jeden z pierwszych tego typu eksperymentów - wyprzedziły go tylko "Ars Longa Vita Brevis" The Nice i "In Held Twas in I" Procol Harum (oba z 1968 roku). Jednak dzieło Colosseum na ich tle wypada o wiele bardziej spójnie, a przy tym zachwyca znacznie większą paletą pomysłów.

"Valentyne Suite" to klasyka rocka, jedno z największych arcydzieł lat 60. Dziś już co prawda nieco zapomniane, znane głównie osobom, które na własną rękę poszukują czegoś więcej, niż muzyki promowanej w mediach. Longplay posiada jednak wszystkie niezbędne cechy, aby zachwycić nie tylko wielbicieli bardziej ambitnej odmiany rocka (choć przede wszystkim im przypadnie do gustu).

Ocena: 9/10



Colosseum - "Valentyne Suite" (1969)

1. The Kettle; 2. Elegy; 3. Butty's Blues; 4. The Machine Demands a Sacrifice; 5. Valentyne Suite

Skład: James Litherland - wokal i gitara; Tony Reeves - bass; Jon Hiseman - perkusja; Dick Heckstall-Smith - saksofon (2-5), flet (4); Dave Greenslade - instr. klawiszowe (2-5), dodatkowy wokal (4)
Gościnnie: Neil Ardley - aranżacja instr. smyczkowych (2)
Producent: Tony Reeves i Gerry Bron


11 sierpnia 2015

[Recenzja] Lynyrd Skynyrd - "(pronounced 'lĕh-'nérd 'skin-'nérd)" (1973)



Lynyrd Skynyrd to, obok The Allman Brothers Band i ZZ Top, najbardziej znany rockowy zespół lat 70. z południa Stanów. Grupa powstała już w 1966 roku - siedem lat przed płytowym debiutem. Przez cały ten czas zaskakująco stabilny był skład. Od samego początku w zespole występował wokalista Ronnie Van Zant, gitarzyści Gary Rossington i Allen Collins, oraz perkusista Bob Burns (którego przez krótki czas zastępował Rickey Medlocke). Często zmieniało się natomiast stanowisko basisty - początkowo rolę tę pełnił Larry Junstrom, następnie Greg T. Walker i Leon Wilkeson, aż w końcu, od 1972 roku, Ed King. Niedługo później skład poszerzył się o klawiszowca Billy'ego Powella. Na początku 1973 zespół zarejestrował swój debiutancki album, "(pronounced 'lĕh-'nérd 'skin-'nérd)". Niedługo po zakończeniu sesji, do grupy postanowił wrócić Wilkeson. Na albumie nie zagrał ani dźwięku, ale załapał się na okładkową fotografię. King od tamtej pory pełnił rolę trzeciego gitarzysty.

Zespół zaczynał od grania muzyki na pograniczu country i bluesa, jednak z czasem muzycy zafascynowali się brytyjskim blues rockiem, zwłaszcza grupami Free i Cream. Debiutancki longplay Lynyrd Skynyrd brzmi jak odpowiedź na tego typu granie, ale zaprezentowana z luzem typowym dla południa Stanów. Tej "południowości" jest tutaj zdecydowanie więcej, niż w twórczości The Allman Brothers Band, do których Lynardzi są często porównywani, a którzy brzmią zdecydowanie bardziej brytyjsko (przynajmniej na albumach nagranych przed śmiercią Duane'a Allmana).

Album "(pronounced 'lĕh-'nérd 'skin-'nérd)" rozpoczyna się od zadziornego "I Ain't the One", zbudowanego na bardzo charakterystycznym riffie, ze świetnymi gitarowymi solówkami. Po takim - bardzo zresztą udanym - otwarciu, dobrze byłoby umieścić jeszcze jeden czy dwa kawałki w tym stylu, aby potrzymać napięcie. Niestety, "Tuesday's Gone" to zwrot o 180 stopni. Sam w sobie utwór jest naprawdę udany - to łagodna, bardzo melodyjna ballada, z długimi solówkami i melotronem w tle. Ale na albumie pojawia się zdecydowanie za szybko, gdy jest jeszcze za wcześnie na takie uspokojenie. Tym bardziej, że kompozycja trwa ponad siedem minut, a tak naprawdę niewiele się w niej dzieje. Bardziej dynamicznie robi się w nieco banalnym "Gimme Three Steps", ale tuż po nim pojawia się... kolejna ballada, "Simple Man". Tym razem jednak bardziej zwarta, z cięższymi refrenami i ostrą solówką. A jednocześnie czarująca przepiękną melodią.

"Things Goin' On" i akustyczny "Mississippi Kid" bliższe są nowoorleańskiego bluesa, niż rocka. Niestety oba są dość monotonne i zupełnie niezapadające w pamięć. Ten sam problem dotyczy także ostrzejszego "Poison Whiskey", w którym wraca inspiracja brytyjskim graniem. Dopiero na sam koniec albumu pojawia się kolejna perła - dziewięciominutowy "Free Bird". To prawdopodobnie najważniejsza kompozycja w całym dorobku Lynyrd Skynyrd, a na pewno najpiękniejsza. Napisana przez Ronniego Van Zanta jako hołd dla Duane'a Allmana, zaledwie cztery lata później stała się w pewnym sensie epitafium dla niego samego. Jednak wcale nie tekst robi tu największe wrażenie, a muzyka. Z początku utwór jest bardzo stonowany - melodyjnej partii wokalnej towarzyszą delikatne dźwięki gitary i organowe tło - jednak stopniowo nabiera mocy, zaś ostatnie cztery minuty to elektryzujące gitarowe popisy Rossingtona i Collinsa.

Na debiutanckim albumie muzykom Lynyrd Skynyrd zdecydowanie najlepiej wyszły utwory łączące balladowy nastrój z rockowym czadem ("Free Bird", "Simple Man"), chociaż nieźle odnaleźli się też w ostrzejszym ("I Ain't the One") i bardziej subtelnym ("Tuesday's Gone") graniu. Gdyby cały album utrzymany był na poziomie utworów wymienionych w nawiasach, ocena byłaby wyższa. Ale stanowią one tylko połowę albumu (ilościowo, bo czasowo prawie dwie trzecie), a pozostałe utwory pełnią rolę niezbyt udanych wypełniaczy.

Ocena: 7/10



Lynyrd Skynyrd - "(pronounced 'lĕh-'nérd 'skin-'nérd)" (1973)

1. I Ain't the One; 2. Tuesday's Gone; 3. Gimme Three Steps; 4. Simple Man; 5. Things Goin' On; 6. Mississippi Kid; 7. Poison Whiskey; 8. Free Bird

Skład: Ronnie Van Zant - wokal; Gary Rossington - gitara; Allen Collins - gitara; Ed King - bass (1,3-5,7,8), gitara (6); Bob Burns - perkusja (1,3-8); Billy Powell - instr. klawiszowe
Gościnnie: Al Kooper - bass (2,6), instr. klawiszowe (2,4,7,8), mandolina (6); Robert Nix - perkusja (2); Bobbye Hall - instr. perkusyjne (3,5); Steve Katz - harmonijka (6)
Producent: Al Kooper


10 sierpnia 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Brothers and Sisters" (1973)



Po śmierci Duane'a Allmana pozostali członkowie nie chcieli zatrudniać nikogo na jego miejsce. Zamiast tego wzbogacili skład o klawiszowca, a właściwie pianistę Chucka Leavella (na organach wciąż grał Gregg Allman). Miejsce zmarłego Berry'ego Oakleya zajął natomiast Lamar Williams, aczkolwiek na pierwszym albumie nagranym po tych zmianach, "Brothers and Sisters", znalazły się dwa utwory zarejestrowane jeszcze z oryginalnym basistą. Oba zresztą umieszczone zostały na samym początku. Dynamiczny, typowy dla grupy "Wasted Words" świetnie sprawdza się w roli otwieracza, a Dickey Betts po raz kolejny udowodnił, że w graniu techniką slide niewiele brakuje mu do Duane'a. Zdecydowanie gorzej wypada napisany i zaśpiewany przez gitarzystę "Ramblin' Man" - banalna piosenka w stylu country. Gitarowe solówki są jak zwykle świetnie, ale fragmenty z wokalem odrzucają swoim bezwstydnie komercyjnym charakterem. Zresztą utwór był największym singlowym sukcesem The Allman Brothers Band.

Na właściwe tory wracamy wraz z "Come and Go Blues". Utwór z początku wydaje się dość niemrawy, ale świetnie wypada fragment instrumentalny z solówkami Leavella i Bettsa. Do najlepszych fragmentów longplaya zalicza się natomiast "Jelly Jelly" (oryginalnie nagrany w 1940 roku przez Earla Hinesa). To klasyczny dwunastotaktowy blues, z rewelacyjnymi solówkami na organach i gitarze. W takim właśnie graniu zespół wypada najlepiej i najbardziej przekonująco. A chyba jeszcze lepszy okazuje się "Southbound" - pełen energii i naprawdę porywających solówek. Świetnych solówek nie brak także w instrumentalnym "Jessica", chociaż sam utwór sprawia wrażenie próby stworzenia nowego "In Memory of Elizabeth Reed", daleko mu jednak do tego poziomu. A całość kończy kolejny banalny kawałek Bettsa w stylu country - "Pony Boy". Strasznie monotonny i przydługi, będący fatalnym zakończeniem albumu.

"Brothers and Sisters" pozostawia bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony zawiera kompozycje utrzymane w stylu poprzednich albumów, wcale nieodbiegające od nich poziomem. Z drugiej strony, w pozostałych utworach zespół, pod wpływem Bettsa, zwrócił się w stronę muzyki country, co nie było najlepszym pomysłem. Przynajmniej pod względem artystycznym, bo komercyjnie zapewniło grupie sukces - album doszedł do 1. miejsca listy Billboardu, co nie zdarzyło się Allmanom nigdy wcześniej ani później.

Ocena: 7/10



The Allman Brothers Band - "Brothers and Sisters" (1973)

1. Wasted Words; 2. Ramblin' Man; 3. Come and Go Blues; 4. Jelly Jelly; 5. Southbound; 6. Jessica; 7. Pony Boy

Skład: Gregg Allman - wokal i organy, gitara (1); Dickey Betts - gitara, wokal (2,7); Berry Oakley - bass (1,2); Lamar Williams - bass (3-7); Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne; Chuck Leavell - pianino, dodatkowy wokal (2)
Gościnnie: Les Dudek - gitara (2,6); Tommy Talton - gitara (7)
Producent: Johnny Sandlin i The Allman Brothers Band


7 sierpnia 2015

[Recenzja] Colosseum - "Those Who Are About to Die Salute You" (1969)



Colosseum to jeden z pierwszych i najbardziej wpływowych zespołów łączących muzykę rockową z jazzem. Grupa powstała we wrześniu 1968 roku z inicjatywy doświadczonego perkusisty Jona Hisemana, wcześniej występującego m.in. w Graham Bond Organisation (gdzie zastąpił Gingera Bakera) i The Bluesbreakers Johna Mayalla. Właśnie wśród byłych muzyków tych zespołów szukał kandydatów do nowego projektu. W ten sposób do Colosseum trafili saksofonista Dick Heckstall-Smith (przewinął się przez oba wspomniane zespoły, a także m.in. przez Blues Incorporated Alexisa Cornera) oraz basista Tony Reeves (ex-The Bluesbreakers). Składu dopełniła dwójka mniej znanych muzyków: klawiszowiec Dave Greenslade i gitarzysta Jim Roche. Tego ostatniego szybko zastąpił James Litherland, mający pełnić także rolę wokalisty.

Już debiutancki album zespołu, "Those Who Are About to Die Salute You" wydany na początku 1969 roku, zawiera interesującą, bardzo oryginalną mieszankę jazzu, rocka, bluesa i rhythm'n'bluesa, z elementami muzyki klasycznej. Z jednej strony album jest bardzo wyrafinowany, muzycy pokazują tu naprawdę wysoki kunszt wykonawczy. A z drugiej strony, nie jest to wcale jakaś bardzo trudna w odbiorze muzyka - utwory są dość krótkie (mieszczą się w przedziale czasowym od niespełna trzech do siedmiu i pół minuty) i często opierają się na nośnych, zapamiętywalnych motywach (głównie saksofonowych). Album doszedł aż do 15. miejsca brytyjskiego notowania, co najlepiej świadczy o jego przystępności (fakt, że były to inne czasy, kiedy ambitna muzyka cieszyła się znacznie większą popularnością).

Album, w oryginalnej brytyjskiej wersji, rozpoczyna się od coveru "Walking in the Park" Grahama Bonda. Prostego utworu, o piosenkowej strukturze i bluesowo-jazzowym charakterze, z dominującą rolą dęciaków (poza saksofonem Heckstall-Smitha słychać tutaj także grającego na trąbce gościa - Henry'ego Lowthera). "Plenty Hard Luck" to już utwór zupełnie odmienny - mniej śpiewania, więcej pola do popisów instrumentalnych, z nietypową rytmiką i licznymi solówkami na gitarze, organach i saksofonie. Docenić należy również wkład Reevesa, którego partia basu trzyma wszystko w ryzach i zapewnia utworowi wyrazistą linię melodyczną. W instrumentalnym "Mandarin", inspirowanym muzyką japońską, zespół jeszcze bardziej oddala się od piosenkowej przystępności - to tak naprawdę luźna improwizacja, w której każdy muzyk po kolei wysuwa się nie pierwszy plan. Na improwizacji opiera się także kończący pierwszą stronę winylowego wydania "Debut", z tą różnicą, że większą rolę odgrywa interakcja między muzykami.

Drugą stronę rozpoczyna najpiękniejsza kompozycja z albumu, "Beware the Ides of March". Rozpoczyna się od słynnego motywu z "A Whiter Shade of Pale" Procol Harum, początkowo granego jednak na saksofonie, dopiero po chwili przejętego przez organy. Po tym wstępie muzycy prezentują swoją interpretację "Toccaty i fugi d-moll" Jana Sebastiana Bacha (z wyjątkowo ostrą, jak na ten album, gitarową solówką), by na koniec wrócić do motywu "A Whiter Shade of Pale" (notabene, utworu opartego na innej kompozycji Bacha, "Arii na strunie G"). "Beware the Ides of March" został jednak podpisany wyłącznie nazwiskami muzyków Colosseum. Mniej interesującym fragmentem albumu jest "The Road She Walked Before", będący niezbyt udaną próbą połączenia jazzu z rockową dynamiką. Trzeba jednak pamiętać, że to jeden z pierwszych takich eksperymentów. "Backwater Blues" dla odmiany rozpoczyna się jak stuprocentowy blues, dopiero podczas rozbudowanych popisów instrumentalnych wkrada się do niego nieco jazzu. Utwór został skomponowany w 1927 roku przez bluesową wokalistkę Bessie Smith, jednak tutaj został podpisany jako kompozycja Leadbelly'ego (który nagrał cover w 1940 roku). Finałowy "Those About to Die" to kolejna instrumentalna improwizacja, w której rewelacyjnie udało się połączyć rock, jazz i blues.

"Those Who Are About to Die Salute You" to bardzo dojrzały i intrygujący debiut. Ale tak naprawdę muzycy w pełni rozwinęli skrzydła dopiero na kolejnym longplayu, "Valentyne Suite", wydanym jeszcze w tym samym roku. Ale to już materiał na kolejną recenzję.

Ocena: 8/10

PS. Amerykańskie wydanie "Those Who Are..." zamiast trzech utworów obecnych na oryginalnym brytyjskim wydaniu ("Mandarin", "The Road She Walked Before" i "Backwater Blues") zawiera fragmenty albumu "Valentyne Suite" - utwór "The Kettle" oraz pierwotną wersję trzyczęściowej tytułowej suity (z utworem "Beware the Ides of March" jako ostatnią częścią).



Colosseum - "Those Who Are About to Die Salute You" (1969)

UK: 1. Walking in the Park; 2. Plenty Hard Luck; 3. Mandarin; 4. Debut; 5. Beware the Ides of March; 6. The Road She Walked Before; 7. Backwater Blues; 8. Those About to Die

US: 1. The Kettle; 2. Plenty Hard Luck; 3. Debut; 4. Those Who Are About to Die, Salute You; 5. Valentyne Suite; 6. Walking in the Park

Skład: James Litherland - wokal i gitara; Dick Heckstall-Smith - saksofon; Dave Greenslade - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal (3*); Tony Reeves - bass; Jon Hiseman - perkusja i instr. perkusyjne; Jim Roche - gitara (7*)
Gościnnie: Henry Lowther - trąbka (1*)
Producent: Tony Reeves i Gerry Bron

*dot. wydania UK


5 sierpnia 2015

[Recenzja] UFO - "No Place to Run" (1980)



"No Place to Run" przeważnie oceniany jest słabiej, niż albumy UFO nagrane z Michaelem Schenkerem. Nie tyle jednak, jak sądzę, ze względu na swoją zawartość, a właśnie przez nieobecność niemieckiego gitarzysty. Dla mnie jednak "No Place to Run" jest potwierdzeniem, że Schenker to przeciętny gitarzysta, pozbawiony własnego stylu, którego bez problemu można zastąpić. A Paul Chapman jako jego następca spisał się wzorowo. Praktycznie nie słychać różnicy - zarówno w sposobie grania riffów, solówek, jak i w kwestii kompozytorskiej. Nowy muzyk idealnie wpasował się w styl grupy - może dlatego, że grał już w niej wcześniej, i to u boku Schenkera (przez kilka miesięcy na przełomie lat 1974/75 jako drugi gitarzysta). Sam album jest zresztą bardziej gitarowy od kilku poprzednich - tym razem obyło się bez żadnych orkiestracji, a klawisze są niemal nieobecne (większą rolę odgrywają tylko w pełniącym rolę intra "Alpha Centuri", oraz w "Gone in the Night").

Zaletą albumu "No Place to Run" jest jego melodyjność. To naprawdę świetny zbiór zgrabnych, wpadających w ucho utworów - i to bez popadania w popowy banał (no, może z wyjątkiem singlowego "Young Blood" i "Money, Money"), co w przeszłości grupie zdarzało się bardzo często. Podejrzewam, że to przede wszystkim zasługa producenta - zespół zatrudnił do tej roli samego George'a Martina, słynnego współpracownika The Beatles. Oprócz typowych dla UFO, szybkich hardrockowych kawałków (np. "Lettin' Go", wspomniany "Young Blood"), znalazło się tutaj kilka kompozycji, którym warto poświęcić więcej uwagi. Pierwszym z nich jest "Mystery Train" - cover Juniora Parkera. Rozpoczęty akustycznym wstępem, w którym słychać bluesowego ducha oryginału, ale po chwili nabierający hardrockowej mocy. Wolniejszy "Gone in the Night", z naprawdę piękną melodią i fajnie uwypuklonym basem, to kolejny mocny punkt albumu. Ciekawie wypada także tytułowy "No Place to Run", z chwytliwą linią melodyczną, świetnymi partiami Chapmana i aranżacyjnymi smaczkami, jak niespodziewane przejście z gitarą akustyczną. Ballada "Take It or Leave It" jest z kolei bardzo stereotypowa, ale naprawdę ciężko oprzeć się jego urokowi. A na sam koniec czeka jeszcze jeden udany utwór - oparty na dynamicznych kontrastach "Anyday", w którym znów nie brak ani chwytliwej melodii, ani gitarowych popisów Chapmana.

"No Place to Run" nie jest oczywiście jakimś wybitnym osiągnięciem zespołu, bo od takich dzieł, jak "UFO II: Flying" i "Strangers in the Night", dzieli go przepaść. Za to spokojnie można go postawić na równi z "Phenomenon" i "Lights Out", zaś od pozostałych studyjnych albumów z Schenkerem jest już zdecydowanie lepszy. Krótko mówiąc, "No Place to Run" to bardzo przyjemny hardrockowy album, na którym może i nie ma niczego odkrywczego, ale o to przecież w tym stylu trudno - wszystko zostało już wymyślone na przełomie lat 60. i 70.

Ocena: 7/10



UFO - "No Place to Run" (1980)

1. Alpha Centauri; 2. Lettin' Go; 3. Mystery Train; 4. This Fire Burns Tonight; 5. Gone in the Night; 6. Young Blood; 7. No Place to Run; 8. Take It or Leave It; 9. Money, Money; 10. Anyday

Skład: Phil Mogg - wokal; Paul Chapman - gitara; Paul Raymond - gitara, instr. klawiszowe; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja
Producent: George Martin


4 sierpnia 2015

[Artykuł] Historie Klasycznych Albumów: "Ritchie Blackmore's Rainbow" Rainbow

Magiczna okładka i równie magiczna muzyka. Ten właśnie przymiotnik najlepiej oddaje charakter wczesnych albumów grupy Rainbow, szczególnie zaś debiutanckiego "Ritchie Blackmore's Rainbow", który na sklepowe półki trafił równo 40 lat temu. Longplay początkowo miał być tylko jednorazowym skokiem w bok Ritchiego Blackmore'a, a okazał się początkiem trwającej niemal dekadę kariery nowego zespołu czarnej owcy rodziny Deep Purple.



Czarna owca

Na początku lat 70. Deep Purple należało do ścisłej czołówki muzyki rockowej. Grupa zdobyła ogromną popularność dzięki serii udanych albumów, wydanych w latach 1970-72 ("In Rock", "Fireball", "Machine Head", "Made in Japan"). Dobra passa nie mogła jednak trwać długo i już kolejny album, "Who Do We Think We Are" (1973), zdradzał wyczerpanie muzyków, jeśli nie kompletny brak weny. Rosnący konflikt między Blackmorem a wokalistą Ianem Gillanem osiągnął punkt krytyczny - muzycy nie chcieli nawet przebywać ze sobą razem w studiu. Było oczywiste, że rozłam zespołu jest nieunikniony. Ritchie już rozważał odejście, ale Gillan go ubiegł. W tym samym czasie z zespołu został wyrzucony basista Roger Glover. Dość szybko udało się znaleźć nowych muzyków: wokalistę Davida Coverdale'a i basistę Glenna Hughesa. Zmiana składu wyszła no dobre, co udowodnił świetny album "Burn". Z jednej strony zakorzeniony w stylu grupy, a z drugiej - wnoszący powiew świeżości, dzięki wyraźnym wpływom funkowym, będącym zasługą Hughesa. Niestety, wkrótce problemy miały zacząć się od nowa.

Blackmore marzył, aby na następny album ("Stormbringer") nagrać dwa covery: "Black Sheep of the Family" The Quatermass i "Still I'm Sad" The Yardbirds. Ktoś spytał: "Czy chcesz to nagrać dlatego, że jesteś czarną owcą w rodzinie Deep Purple?" - wspominał gitarzysta. Oczywiście nie myślałem o tym w ten sposób. Ale mi się spodobało. Sam pomysł nie spodobał się natomiast pozostałym członkom zespołu, którzy zdecydowanie go odrzucili. Byli niewzruszeni w sprawie nagrywania czyiś kompozycji - mówił Ritchie. Odrzucili je, bo to nie oni je napisali. Nie mogłem uwierzyć, że nie chcieli nad nimi pracować tylko dlatego, że pod utworem był podpisany ktoś inny. W rezultacie gitarzysta stracił zainteresowanie nowym albumem Deep Purple i jego udział podczas sesji nagraniowej był bardzo bierny. Wykorzystał to Hughes, który przejął stery i popchnął grupę w jeszcze bardziej funkowym kierunku, co jeszcze mocniej zniechęciło Blackmore'a, nie przepadającego za taką muzyką. Nie lubię funku, chciałem po prostu wrócić do rocka - mówił. Wówczas podjął decyzje, aby stworzyć coś na własną rękę - solowy singiel, zawierający oba wspomniane utwory.

Ritchie Blackmore.


Wspaniały wokalista

Pozostawało tylko zebrać muzyków. Jako wokalistę Ritchie chciał zaangażować Coverdale'a. Ten początkowo się zgodził, ale zrezygnował, gdy usłyszał demo. Później wyjaśniał, że oczekiwał od Blackmore'a czegoś nowego, a muzyka, którą usłyszał była powrotem do grania w stylu "Machine Head". Kolejnego kandydata gitarzysta również nie szukał daleko - zgłosił się do niejakiego Ronniego Jamesa Dio z grupy Elf, która właśnie po raz kolejny towarzyszyła Purplom na koncertach. Byliśmy z Deep Purple w trasach od dawna, ale tak naprawdę poznałem Ritchiego później - wspominał Dio. Był bardzo skrytą osobą. Wszyscy wokół starali się go przyciągnąć i zgarnąć dla siebie. Nie chciałem w tym uczestniczyć. Pomyślałem: "Dobra, ty jesteś Ritchie Blackmore, a ja nie, więc jeśli będziesz chciał ze mną pogadać, zrobisz to". Doszło do tego po jednym z koncertów. Przebierałem się pośpiesznie, by wyjść i zobaczyć Deep Purple, ponieważ nigdy nie opuściłem żadnego koncertu - kontynuował Dio. Wszyscy już sobie poszli, a ja nagle dostrzegłem jakąś postać. To był Ritchie. Podszedł do mnie i powiedział: "Jesteś wspaniałym wokalistą", potem odwrócił się i wyszedł! Do tamtego momentu był to mój jedyny bezpośredni kontakt z Ritchiem.

Później zaczęliśmy się trzymać razem - wspominał dalej Dio. Chodzić do klubów i trochę jamować. Przyszedł do mnie pewnego dnia i powiedział: "Chcę nagrać singiel". Powiedział mi, że chodzi o "Black Sheep of the Family". Uwielbiałem Quatermass, uwielbiałem to nagranie. I jeśli to nie byłoby w stanie mnie zainteresować, to nie wiem co innego by mogło. Sesja nagraniowa odbyła się w grudniu  1974 roku, a poza Blackmorem i Dio uczestniczył w niej także perkusista Elf, Garry Driscoll, oraz klawiszowiec Matthew Fisher (z Procol Harum) i wiolonczelista Hugh McDowell (z Electric Light Orchestra). Nagrano "Black Sheep of the Family", a także utwór na stronę B singla - kompozycję "Sixteen Century Greenslaves", z muzyką Blackmore'a i tekstem Dio. Muzycy zgodnie doszli do wniosku, że ich utwór jest lepszy... Wtedy zacząłem się zastanawiać, czy nie warto by było nagrać całego albumu - wspominał Blackmore. Wreszcie powiedziałem: "Ronnie, stwórzmy zespół". Wokalista chętnie przystał na propozycję, stawiając tylko jeden warunek - składu mają dopełnić pozostali muzycy Elf: Driscoll, basista Craig Gruber i klawiszowiec Mickey Lee Soule (mający niewielki staż gitarzysta Steve Edwards nie był brany pod uwagę). Muzycy Elf tyle razem wspólnie przeszli - śmierć jednego z członków i wszystkie te straszne rzeczy, jakie nas dotknęły - że nie mogłem tak zostawić chłopaków - tłumaczył wokalista. Znaliśmy się wszyscy od kołyski. Gdyby [Blackmore] odmówił, zostałbym z Elf, bo wierzyłem w ten zespół. Ale powiedział, że nie ma sprawy.

Elf. Od lewej: Steve Edwards, Craig Gruber, Garry Driscoll, Ronnie James Dio i Mickey Lee Soule.


Tęcza Ritchiego Blackmore'a

Wydanie singla zostało wstrzymane, a oba nagrania nigdy nie zostały oficjalnie wydane. Zamiast tego, nowy zespół, nazwany Rainbow, w lutym 1975 roku udał się do Monachium, gdzie pod okiem producenta Martina Bircha (stałego współpracownika Deep Purple), zarejestrował materiał na debiutancki album. Sesja trwała od 20 lutego do 14 marca, a jej efektem było dziewięć utworów: w tym nowe wersje "Black Sheep of the Family" i "Sixteen Century Greenslaves", instrumentalny cover "Still I'm Sad", oraz sześć nowych kompozycji (m.in. riffowy "Man on the Silver Mountain", a także wspaniałe ballady "Catch the Rainbow" i "The Temple of the King"). Zespół nie mógł promować albumu trasą, ze względu na koncertowe zobowiązania Blackmore'a w Deep Purple - musiał wziąć udział w serii dwunastu europejskich występów, które odbyły się między 16 marca a 7 kwietnia. Fragmenty trzech ostatnich - w Austrii, Niemczech i Francji - zostały wydane rok później na albumie "Made in Europe". Dzięki niemu można się dowiedzieć, że Blackmore dawał publiczności przedsmak swojego nowego projektu - przemycając fragmenty "Still I'm Sad" i "Man on the Silver Mountain" do rozbudowanych wykonań "You Fool No One". Tymczasem muzycy Elf dokończyli swój ostatni album pod tym szyldem, "Trying to Burn the Sun" (wydany w czerwcu), po czym ruszyli na promującą go, a zarazem pożegnalną trasę. A skoro już mowa o pożegnaniach - 21 czerwca oficjalnie ogłoszono odejście Blackmore'a z Deep Purple.

Album "Ritchie Blackmore's Rainbow" trafił do sklepów 4 sierpnia i spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem, dochodząc do 11. miejsca w brytyjskim notowaniu, a w amerykańskim - do 30. Zaskakujący sukces, jeśli wziąć pod uwagę brak koncertowej promocji. Inna sprawa, że na pewno wiele pomogło nazwisko Blackmore'a na okładce (przez które niektórzy myśleli, że to jego solowy album, o tytule "Rainbow"). Sukcesu nie odniosły natomiast single promujące longplay, "Man on the Silver Mountain" i "The Temple of the King" - żaden z nich nie wszedł do notowań. Ale dla Blackmore'a nie było to problemem. Wykonując taką muzykę nie myślisz o tym, czy za tydzień będziesz numerem jeden na liście - po prostu grasz - tłumaczył. O samym albumie mówił natomiast: Lubię "Ritchie Blackmore's Rainbow" dlatego, że to pierwsza płyta, a poza tym jest na niej sporo niezłych melodii. Ronnie James Dio twierdził natomiast, że to jego ulubiony longplay Rainbow.

Rainbow: Ritchie Blackmore, Ronnie James Dio, Craig Gruber, Mickey Lee Soule i Garry Driscoll.


Pierwszy koncert Rainbow odbył się 10 listopada 1975 roku. I co ciekawe, w składzie nie było już wtedy Driscolla, Grubera ani Soula'a. Blackmore doszedł do wniosku, że ich styl gry nie pasuje do muzyki, którą sam chce wykonywać. Nowymi muzykami zostali: perkusista Cozy Powell (ex-Jeff Beck Group), basista Jimmy Bain, oraz klawiszowiec Tony Carey. I ten skład nie przetrwał długo: po wydaniu dwóch kolejnych albumów ("Rising" i koncertowego "On Stage") z zespołem rozstali się Bain i Carey. Po kolejnym longplayu ("Long Live Rock'n'Roll") odszedł nawet Dio, któremu nie podobał się pomysł Blackmore'a na granie bardziej komercyjnej muzyki. Powell wytrzymał jeszcze jedną sesję nagraniową ("Down to Earth"), po czym także zrezygnował.

Późniejsze dokonania Blackmore'a i Dio to temat na osobne artykuły, warto natomiast przypomnieć jak potoczyły się losy pozostałych członków oryginalnego składu. Żaden z nich nie zrobił wielkiej kariery. O sukces otarł się tylko Craig Gruber, który zaliczył współpracę z Garym Moorem (album "We Want Moore") i mało brakowało, by dołączył do Black Sabbath (w okresie poprzedzającym wydanie "Heaven and Hell"). W latach 80. wraz z Garrym Driscollem powołał do życia zespół Bible Black. Nagrali pod tym szyldem dwa albumy, ale dalszą działalność zakończyła śmierć Driscolla w czerwcu 1987 roku. Perkusista został brutalnie zamordowany przez nieznanego sprawcę. Gruber pozostał aktywnym muzykiem aż do swojej śmierci - zmarł na raka 5 maja 2015 roku. Mickey Lee Soule wciąż żyje, ale po rozstaniu z Rainbow praktycznie wycofał się z muzycznego biznesu, okazjonalnie wspierając innych byłych (w tamtym czasie) członków Deep Purple, Iana Gillana i Rogera Glovera, w ich solowych projektach.




Źródła cytatów: 
1. Thompson Dave, Smoke on the Water. Opowieść o dobrych nieznajomych, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2013
2. Brzykcy Paweł, Czarna owca, "Teraz Rock" 2012, nr 2, s. 64-65

Więcej na temat:


3 sierpnia 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Eat a Peach" (1972)



Album "Eat a Peach" ukazał się pomiędzy dwiema tragediami. Najpierw, 29 października 1971 roku, w wypadku motocyklowym zginął Duane Allman. Gitarzysta znacznie przekroczył dozwoloną prędkość i nie zdążył wyhamować, gdy na skrzyżowaniu zatrzymała się jadąca przed nim ciężarówka. Początkowo wydawało się, że nie odniósł większych urazów, ale obrażenia wewnętrzne okazały się tak poważne, że zmarł jeszcze tego samego wieczora. Do drugiej tragedii doszło trochę ponad rok później, 11 listopada 1972 roku - w niemal identycznych okolicznościach i nieopodal tamtego miejsca, zginął basista Berry Oakley.

Po śmierci Duane'a zespół rozważał zakończenie kariery, podjęto decyzję o przynajmniej półrocznej przerwie. Jednak okazało się, że bez grania muzykom trudniej pogodzić się ze stratą, więc szybko wrócili na scenę. A także do studia, by przygotować kolejny album. Materiał zawarty na "Eat a Peach" został jednak w większości zarejestrowany jeszcze za życia Duane'a. Przede wszystkim sięgnięto po nagrania koncertowe z marca '71 w nowojorskim Fillmore East, które nie zostały wykorzystane na albumie "At Fillmore East". I tak centralnym punktem albumu jest trwający ponad trzydzieści minut "Mountain Jam" - rewelacyjna improwizacja, luźno oparta na kompozycji "There Is a Mountain" Donovana (pojawia się w niej również cytat z  "Third Stone from the Sun" Hendrixa). Muzycy osiągają tutaj mistrzostwo w zespołowej improwizacji, przewyższając chyba nawet grupę Cream. Z powodów ograniczeń czasowych płyt winylowych, oryginalnie podzielono ten utwór na dwie części, które wypełniły drugą i czwartą stronę albumu. Dopiero na kompaktowych reedycjach "Mountain Jam"  został zamieszczony w jednym kawałku. Kolejnym utworem z marcowych koncertów jest przeróbka "Trouble No More" Muddy'ego Watersa. O dziwo, utwór wypadł mniej porywająco od wersji studyjnej, zamieszczonej na debiutanckim "The Allman Brothers Band". Muzycy zagrali go bardzo zachowawczo, wiernie albumowej wersji.

Album zawiera jeszcze jeden utwór "na żywo" - "One Way Out", oryginalnie nagrany przez Sonny'ego Boya Williamsona II i Elmore'a Jamesa. Zarejestrowany również w Fillmore East, ale kilka miesięcy później, 27 czerwca - na pożegnalnym koncercie przed zamknięciem tego obiektu. Sam utwór to po prostu "urockowiony" blues, ze popisami solówkami gitarzystów i perkusistów. Reszta longplaya to już nagrania studyjne. Trzy z nich - razem z "One Way Out" i "Trouble No More" wypełniające trzecią stronę albumu - zarejestrowano jeszcze z Duanem. "Stand Back" wyróżnia się uwypukloną basu i świetnymi partiami gitary slide, tak typowymi dla starszego z braci Allman (podobno dopiero po nagraniu tego utworu poczuł się pewnie w graniu tą techniką). Zahaczający o muzykę country "Blue Sky" to z kolei debiut Dickeya Bettsa w roli wokalisty, jednak najwięcej uwagi przyciąga tutaj bardzo długie, ale w każdej sekundzie przepiękne gitarowe solo. "Little Martha" to z kolei urocza instrumentalna miniaturka, oparta na współbrzmieniu dwóch gitar akustycznych. Utwór został skomponowany przez Duane'a, po tym jak przyśnił mu się Jimi Hendrix, pokazujący gitarowe chwyty za pomocą... kranu.

"Eat a Peach" to także trzy utwory (cała pierwsza strona) nagrane po śmierci starszego Allmana. Stylistycznie bliższe bardziej stonowanego "Idlewild South", niż bluesrockowych "The Allman Brothers Band" i "At Fillmore East". Chociaż w takim "Ain't Wastin' Time No More" nie brakuje ani dynamiki, ani ostrzejszych partii gitar (Betts udowodnił, że również nieźle radzi sobie z techniką slide), to jednak brzmieniowo nie jest zbyt ciężki. Z kolei "Melissa" nie przypominająca niczego, co zespół nagrał wcześniej - to prześliczna ballada o cudownej melodii, z subtelnymi solówkami Bettsa. Największe wrażenie z tych trzech kompozycji sprawia jednak "Les Brers in A Minor" - dziewięciominutowy jam o wyraźnie jazzującym charakterze.  To godny następca takich utworów, jak "Dreams" i "The Memory of Elizabeth Reed". Muzycy The Allman Brothers po raz kolejny udowodnili, że w zespołowych improwizacjach mało kto jest im w stanie dorównać.

"Eat a Peach" to nie tylko zwieńczenie pierwszego okresu działalności The Allman Brothers Band, ale również świetne jego podsumowanie, będące w pewnym sensie łącznikiem między trzema poprzednimi albumami. Longplay słusznie uznawany jest za jedno z największych osiągnięć grupy.

Ocena: 9/10



The Allman Brothers Band - "Eat a Peach" (1972)

LP1: 1. Ain't Wastin' Time No More; 2. Les Brers in A Minor; 3. Melissa; 4. Mountain Jam (live)
LP2: 1. One Way Out (live); 2. Trouble No More (live); 3. Stand Back; 4. Blue Sky; 5. Little Martha; 6. Mountain Jam - Continued (live)

Skład: Gregg Allman - wokal, instr, klawiszowe, gitara; Duane Allman - gitara (LP1: 4, LP2: 1-6); Dickey Betts - gitara, wokal (LP2: 4); Berry Oakley - bass; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tom Dowd


1 sierpnia 2015

[Recenzja] Wojciech Hoffmann - "Behind the Windows" (2015)



Wojciech Hoffmann na polskiej scenie muzycznej jest aktywny już od czterdziestu lat. Większość tego czasu spędził z zespołem Turbo (jako jedyny stały muzyk, grający na wszystkich albumach), ale współpracował też z innymi wykonawcami, chociażby ze swoimi idolami z czasów dzieciństwa - Czerwonymi Gitarami (jako muzyk sesyjny i koncertowy). Natomiast "Behind the Windows" to dopiero jego drugi solowy album, wydany dwanaście lat po debiutanckim longplayu "Drzewa". W przeciwieństwie do w pełni instrumentalnego poprzednika, tym razem pojawiają się momenty z wokalem (w jednym utworze jest tekst, w dwóch innych pojawiają się wokalizy), jednak wciąż najważniejsza pozostaje muzyka. Różnica polega przede wszystkim na tym, że tym razem gitarzysta bardziej skupił się na tym, aby stworzyć spójną całość, niż na poszczególnych utworach.

Album rozpoczyna się od utworu "Gary" - spokojnej (przynajmniej do pewnego momentu) ballady, nawiązującej stylistycznie do twórczości Gary'ego Moore'a, któremu jest dedykowana. Kompozycja, mimo że trwa niemal cztery minuty, jest czymś w rodzaju wstępu przed właściwą częścią wydawnictwa, układającego się w pewien koncept - "Behind the Windows" to, w uproszeniu, album opowiadający o życiu i przemijaniu. A chociaż historia ta opowiedziana jest głównie za pomocą dźwięków, w książeczce dołączonej do płyty każda kompozycja została opatrzona komentarzem, z którego dowiadujemy się jakiego etapu życia dotyczy. Cały ten koncept od razu skojarzył mi się z solową twórczością Stevena Wilsona, a sam Wojciech Hoffmann bynajmniej nie ukrywa inspiracji tym artystą. Wszystko zaczyna się, oczywiście, od urodzin, a więc utworu zatytułowanego "The Birth". Stylistycznie stanowi on kontrast do klasycznie brzmiącego "Gary" - to ponad osiem minut nowoczesnego prog metalu, w którym melodia schodzi na dalszy plan, większy nacisk położony jest na technicznie skomplikowane popisy instrumentalisty - chociaż nie brakuje również bardziej przystępnych, łagodniejszych fragmentów. W nagraniu gościnnie wystąpił amerykański gitarzysta Neil Zaza, a także Grzegorz Skawiński i grający na skrzypcach Michał Jelonek (partie tego ostatniego są jednak bardzo schowane w miksie).

Dwa kolejne utwory wyróżniają się bardziej piosenkowym charakterem. "Carefree Fields" ma bardziej łagodne brzmienie i tradycyjną strukturę, w której można wyodrębnić zwrotki i refreny (mimo instrumentalnego charakteru). Z kolei "Centimeter of Time" jest bardziej dynamiczny i rozbudowany, a opiera się na całkiem zgrabnych gitarowym motywach. To mój faworyt z tego albumu. Oba utwory mogłyby promować album na singlu - z drugiej jednak strony, nie mogę sobie wyobrazić, żeby któraś z polskich stacji radiowych prezentowała na antenie instrumentalne utwory. Kolejny utwór, "SD&RR", opiera się na kontrastach - mocniejsze fragmenty zestawiono z bardziej stonowanymi, pełniącymi rolę refrenu. Z kolei "Falling in Love" ma wszystkie cechy klasycznej ballady rockowej, z wyjątkiem partii wokalnej. Wraz z tytułowym "Behind the Windows" i następującym tuż po nim "Journey in the End" wkraczamy w bardziej prog rockowe/metalowe rejony. Pierwszy z tych utworów został wzbogacony wokalizą córki gitarzysty, Martyny Hoffmann, w obu natomiast pojawia się delikatny akompaniament Jelonka.

"Confession by the Window" jest natomiast utworem najbardziej odstającym od reszty, bo to właśnie w nim pojawia się partia wokalna, swego rodzaju dialog pomiędzy growlującym Rafałem Piotrowskim (z zespołu Decapitated) i śpiewającym Tomaszem Struszczykiem (aktualnym wokalistą Turbo). Pomysł ten nieszczególnie przypadł mi do gustu - utwór, przynajmniej pod względem wokalnym, przywodzi na myśl zespoły wykonujące tzw. metalcore, a nie jest to muzyka, jakiej słuchałbym z przyjemnością. Zdecydowanie lepszą niespodzianką jest wykorzystanie saksofonu w najdłuższym na albumie, trwającym ponad jedenaście minut "In the Line to God". Sam utwór stanowi jakby podsumowanie całego albumu, łącząc cechy poprzednich nagrań. Bo finałowy "The Photographs" to już tylko stonowane wyciszenie, o niemal ambientowym charakterze.

"Behind the Windows" to album, który zachwyci przede wszystkim słuchaczy nowoczesnego prog rocka/metalu, oraz oczywiście fanów Wojciecha Hoffmanna i jego gry na gitarze. Dla nich jest to longplay, z którym koniecznie powinni się zapoznać. Pozostali - niekoniecznie. Warto jednak dać temu wydawnictwu szansę, a nuż się spodoba.

Ocena: 7/10



Wojciech Hoffmann - "Behind the Windows" (2015)

1.  Gary; 2. The Birth; 3. Carefree Fields; 4. Centimeter of Time; 5. SD&RR; 6. Falling in Love; 7. Behind the Windows; 8. Journey to the End; 9. Confession by the Window; 10. In the Line to God; 11. The Photographs

Skład: Wojciech Hoffman - gitara; Arek Malinowski - bass; Atma Anur - perkusja; Sławek Belak - instr. klawiszowe, wokal (10)
Gościnnie: Neil Zaza - gitara (2,10); Grzegorz Skawiński - gitara (2); Michał Jelonek - skrzypce (2,7,8,10); Leszek Cichoński - gitara (7); Martyna Hoffmann - wokal (7); Rafał Piotrowski - wokal (9); Tomasz Struszczyk - wokal (9); Marcin Kajper - saksofon (10)
Producent: Michał Kubicki i Wojciech Hoffmann