7 lipca 2015

[Recenzja] UFO - "Phenomenon" (1974)



Aż trzy lata trzeba było czekać na następcę "UFO II: Flying". Dziś taka przerwa to norma, ale w tamtych czasach nowe albumy wydawało się każdego roku. Tylko uznane grupy, ze sporym dorobkiem płytowym, mogły pozwolić sobie na dłuższe odstępy między kolejnymi wydawnictwami (a wytwórnie dbały, by wypełnić ten czas kolejnymi składankami lub koncertówkami). Jednak dla takiego zespołu jak UFO, który dopiero walczył o zdobycie popularności, trzyletnia przerwa mogła całkowicie zaprzepaścić szansę na jakikolwiek sukces. Grupa przechodziła w tamtym czasie istotne zawirowania personalne, po odejściu ze składu Micka Boltona w styczniu 1972 roku. Nowym gitarzystą został Larry Wallis. Mimo że pozostał członkiem grupy do października, zespół nie nagrał w tym składzie ani jednego utworu. Nieco lepiej poszło z jego następcą, Berniem Marsdenem (zresztą utalentowanym gitarzystą bluesowym, co udowodnił później na wczesnych albumach Whitesnake). W tym składzie grupa zarejestrowała kilka demówek, w planach była sesja całego albumu. Przypadek sprawił, że losy UFO potoczyły się inaczej...

Latem 1973 roku zespół wyruszył na koncerty do Niemiec. Tuż przed brytyjską granicą okazało się, że Marsden zapomniał paszportu. Pozostali muzycy postanowili jechać dalej, licząc na to, że gitarzysta wkrótce do nich dołączy. Co nigdy nie nastąpiło. Zmuszeni zostali pożyczyć gitarzystę od supportującej ich lokalnej grupy Scorpions, zaledwie 18-letniego Michaela Schenkera. Wspólny występ okazał się na tyle udany, że Brytyjczycy zaproponowali Schenkerowi dołączenie na stałe. Ten początkowo się wahał, ale ostatecznie ustąpił. Odmłodzone UFO zabrało się za tworzenie trzeciego albumu. W tamtym czasie można było się spodziewać, że połączenie sił twórców takich ambitnych albumów, jak "UFO II: Flying" i debiutu Scorpionsów, "Lonesome Crow", zaowocuje czymś równie wybitnym. Czas jednak pokazał, że oba longplaye były wyjątkami w twórczości tych grup. O ile jednak Scorpionsi stopniowo oddalali się od swoich progresywnych korzeni, tak UFO wraz z dołączeniem Schenkera przeszło błyskawiczną metamorfozę, całkowicie rezygnując z dotychczasowego stylu. Elementy spacerockowe całkowicie zniknęły z twórczości grupy, za to uwypuklony został jej bluesowy pierwiastek (do produkcji albumu zatrudniono nawet basistę bluesrockowego Ten Years After, Leo Lyonsa). Rezultatem jest zaskakująco zwyczajny album hardrockowy.

To nie tak, że "Phenomenon" jest złym albumem. Bo grupa całkiem nieźle odnalazła się w tej nowej stylistyce. Czego dowodem takie utwory, jak "Doctor Doctor" (z wprowadzającym w błąd balladowym wstępem, świetnymi partiami Schenkera i rewelacyjną melodią, szczególnie w chwytliwym refrenie, genialnym w swej prostocie) oraz "Rock Bottom" (fantastyczny rockowy czad, z najsłynniejszą solówką Schenkera). Problem w tym, że w tamtym czasie było mnóstwo grających w ten sposób zespołów, a UFO na ich tle właściwie niczym się nie wyróżniał. Na poprzednim albumie mieli własny, niepowtarzalny styl. Tymczasem na "Phenomenon" stracili rozpoznawalność. Właściwie tylko charakterystyczny wokal Phila Mogga pozwala odróżnić UFO od innych grup hardrockowych z lat 70. Bo w grze Schenkera nie ma niczego oryginalnego. Mick Bolton może i był znacznie mniej sprawny technicznie, ale w jego "kosmicznym" brzmieniu było coś wyjątkowego. Mniej wyrazista stała się też sekcja rytmiczna - o ile na poprzednich albumach Pete Way i Andy parker często wysuwali się na pierwszy plan, tak tutaj ich rola ogranicza się wyłącznie do akompaniowania Schenkerowi i Moggowi.

Gdyby chociaż wszystkie utwory trzymały poziom "Doctor Doctor" i "Rock Bottom"... Niestety, pozostałym kompozycjom brak ich wyrazistości i energii. Utrzymane w wolniejszym tempie "Too Young to Know" i "Oh My" to bardzo przeciętne kawałki, o zwyczajnie banalnych melodiach. Tak samo mdłe okazują się utwory o charakterze balladowym, których tu zresztą całkiem sporo: "Crystal Light", "Space Child" i "Time on My Hands". Na poprzednich albumach balladowe fragmenty miały fantastyczny klimat, który tutaj został zastąpiony popową prostotą i bezbarwnością. Przyjemnie wypada natomiast instrumentalna miniaturka "Lipstick Traces", z niewyszukanym, ale bardzo uroczym gitarowym motywem. Balladowo rozpoczyna się także "Queen of the Deep", ale po kilkudziesięciu sekundach utwór nabiera hardrockowego ciężaru. I okazuje się jednym z ciekawszych na tym albumie, chociaż o nieco zmarnowanym potencjale - bo można było nieco więcej z niego wyciągnąć, bardziej go rozbudować, do czego idealnie się nadaje. Niestety, w tamtym czasie muzycy postanowili uciec jak najdalej od wszystkiego, co ambitne... Całości dopełnia dość fajny kawałek bluesrockowy, "Built for Comfort" - ale to akurat cover Williego Dixona.

Album "Phenomenon" pomógł grupie zdobyć długo wyczekiwany sukces komercyjny (był ich pierwszym wydawnictwem na liście Billboardu). Niestety, stało się to kosztem artystycznej wartości. Z oryginalnej, eksperymentującej grupy UFO przekształcił się w zwyczajny zespół hardrockowy, nie wyróżniający się specjalnie na tle setek innych przedstawicieli tego stylu. Sam album jest bardzo nierówny i pewnie mało kto by o nim pamiętał, gdyby nie było na nim "Doctor Doctor" i "Rock Bottom". Oba utwory stały się klasyką hard rocka i stałymi punktami koncertów grupy (pozostałe utwory albo szybko wypadły z setlisty, albo w ogóle nie były grane na żywo). Podnoszą one poziom całości na tyle, że ostateczna ocena musi być pozytywna.

Ocena: 7/10



UFO - "Phenomenon" (1974)

1. Too Young to Know; 2. Crystal Light; 3. Doctor Doctor; 4. Space Child; 5. Rock Bottom; 6. Oh My; 7. Time on My Hands; 8. Built for Comfort; 9. Lipstick Traces; 10. Queen of the Deep

Skład: Phil Mogg - wokal; Michael Schenker - gitara; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja
Producent: Leo Lyons


1 komentarz:

  1. Kolejna świetna recenzja. Album widocznie słabszy od kosmicznych poprzedniczek, mający jednak swoją własną siłę. Echa dawnego stylu pobrzmiewają jeszcze w Space Child. Doctor Doctor i Rock Bottom to rzeczywiście kanon hard rocka. Ja uwielbiam jeszcze przeróbkę Dixona i Queen of the Deep. Reszta utworów rzeczywiście gorsza choć ja jestem w stanie stwierdzić że i tak są dobre (no może z wyjątkiem Oh My). Szczytem studyjnych osiągnięć z Schenkerem moim zdaniem jest kolejna płyta. Ciekaw jestem czy się ze mną zgodzisz.... ;]

    OdpowiedzUsuń