21 lipca 2015

[Recenzja] UFO - "Lights Out" (1977)



Przed nagraniem "Lights Out" z zespołem rozstał się klawiszowiec Danny Peyronel. Jego następcą został były muzyk Savoy Brown, Paul Raymond. W przeciwieństwie do Peyronela miał on pełnić nie tylko rolę klawiszowca, ale również gitarzysty rytmicznego. W rezultacie "Lights Out" jest o wiele bardziej gitarowym albumem od wydanego rok wcześniej "No Heavy Petting". Brzmienia klawiszowe zostały znacznie ograniczone, nie są już tak nachalnie nadużywane, jak na poprzednim albumie. Niestety, nie oznacza to powrotu do surowego brzmienia pierwszych wydawnictw UFO. Producent Ron Nevison postanowił zaprosić na sesję orkiestrę, która miała swoją grą ubarwić kilka utworów. Efekty tego posunięcia są różne - czasem interesujące, czasem zdecydowanie nieudane. Ale album nie tylko pod tym względem pozostawia mieszane odczucia. Jak zwykle na albumach UFO - przynajmniej od czasu pojawienia się w zespole Michaela Schenkera - poziom poszczególnych utworów jest bardzo zróżnicowany.

Początek albumu nie jest szczególnie porywający. Otwierający go utwór "Too Hot to Handle" opiera się na riffie budzącym skojarzenia z AC/DC, ale jego atrakcyjność umniejsza wygładzone brzmienie (był wydany na pierwszym singlu promującym "Lights Out"). Ogólnie jednak nie ma tragedii, chociaż Phil Mogg mógł sobie darować te irytujące wokalizy "sha la la la"... Dalej jest niestety gorzej. "Just Another Suicide" to już do bólu banalna, popowa piosenka, wzbogacona "ogniskową" partią gitary akustycznej. Szczytem kiczu jest natomiast ballada "Try Me", z akompaniamentem pianina i smyczków (bardzo dobrze wypada tu jednak delikatna partia wokalna Mogga). Zupełnie niespodziewanie poziom podnosi się w tytułowym "Lights Out". W końcu pojawia się odpowiednio ciężkie, hardrockowe brzmienie, a całość napędza mocna, wyraźna partia basu. Do tego całkiem chwytliwa melodia - nic dziwnego, że utwór na stałe wszedł do koncertowego repertuaru grupy, bo to idealny kawałek do grania na żywo. Dobre wrażenie podtrzymuje "Gettin' Ready" - nieco lżejszy i mniej atrakcyjny pod względem melodycznym, ale wciąż hardrockowy.

Sporym zaskoczeniem jest "Alone Again Or" - cover amerykańskiej grupy Love, oryginalnie nagrany w 1968 roku. Wersja UFO zachowuje fantastyczną melodię oryginału, a mimo cięższego brzmienia, klimatem również jest zbliżona do pierwowzoru. Można się tylko przyczepić do zbyt nachalnej orkiestracji, ale cóż - była też obecna w oryginale. "Electric Phase" to kolejny cięższy utwór, wyróżniający się gitarowymi partiami granymi techniką slide - rzecz rzadka na płytach UFO. A na sam koniec albumu pojawia się ten najważniejszy utwór - "Love to Love". Rozpoczyna się od zwielokrotnionej, jakby "orkiestrowej" partii gitary (identyczny efekt często wykorzystywał Brian May z Queen), po której wchodzi intrygujący klawiszowy motyw, wsparty głębokim brzmieniem basu Pete'a Waya, do którego następnie dochodzi ciężki gitarowy riff, mocna perkusja i jakby sitarowe brzmienia. Dalej utwór wspaniale się rozwija, pojawiają się brzmienia orkiestrowe (idealnie pasujące do charakteru kompozycji) i fantastyczna partia wokalna Mogga. Całość trwa prawie osiem minut i ma prawdziwie progrockowy rozmach. To bez wątpienia najbardziej ambitny utwór UFO od czasu albumu "UFO II: Flying" i zarazem największe arcydzieło składu z Schenkerem.

Pomimo nieszczególnego początku, z kolejnymi utworami longplay coraz więcej zyskuje, a jego finał to prawdziwy majstersztyk. Tym jednym utworem muzycy UFO wybiegli daleko ponad hardrockową średnią, jaką zwykli w tamtym czasie reprezentować. A przecież na "Love to Love" zalety albumu wcale się nie kończą - równie intrygującym i niesztampowym utworem jest "Alone Again Or", natomiast tytułowy "Lights Out" to koncertowy klasyk (niemal o tej samej randze, co "Doctor Doctor" i "Rock Bottom"). Reszta albumu pozostaje w tyle za tymi utworami, ale ogólne wrażenie pozostaje pozytywne.

Ocena: 7/10



UFO - "Lights Out" (1977)

1. Too Hot to Handle; 2. Just Another Suicide; 3. Try Me; 4. Lights Out; 5. Gettin' Ready; 6. Alone Again Or; 7. Electric Phase; 8. Love to Love

Skład: Phil Mogg - wokal; Michael Schenker - gitara; Paul Raymond - gitara i instr. klawiszowe; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja
Gościnnie: Alan McMillan - aranżacja instr. smyczkowych
Producent: Ron Nevison


3 komentarze:

  1. W mojej ocenie płyta Lights Out jest jedną z najciekawszych w dyskografii zespołu. Pomijając wydaną w 2000 r. Covenant i koncertową Strangers in the Night jest chyba to najlepsza ich płyta. Od razu też zaznaczam że Michael Schenker jest jednym z moich gitarowych mistrzów. Takie utwory jak tytułowy, Electric Phase czy Love To Love to uczta dla rockowego ucha. Fantastyczne gitarowe solówki Schenkera to już norma w tym zespole, a przecież ten zdolny gitarzysta dopiero się wtedy rozkręcał. Moim zdaniem Alone Again Or brzmi tu bardzo ciekawie i fajnie się tego słucha. Podobnie jak Just Another Suicide. Prawdziwą perełka jest natomiast ballada Try Me z fenomenalna partią gitary Michaela Schenkera. Piękne, subtelne i mistrzowskie solo. Bez wątpienia utworem, dzięki któremu płyta pozostanie w pamięci fanów rocka to tytułowy Lights Out z szaleńczym tempem i fenomenalną grą Schenkera. Do dziś numer jest wykonywany przez gitarzystę na koncertach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Recenzja tego albumu po raz pierwszy pojawiła się na blogu w lutym 2013 roku, dlatego powyższy komentarz ma wcześniejszą datę publikacji niż post. Sama recenzja została w całości napisana od nowa.

    OdpowiedzUsuń