8 lipca 2015

[Recenzja] UFO - "Force It" (1975)



Muzycy UFO postanowili pójść za ciosem. Skoro czadowe utwory z "Phenomenon" (i niealbumowy singiel "Give Her the Gun") tak dobrze sprawdziły się na koncertach, to czemu by nie nagrać całego albumu w tym stylu, dorzucając jednego smęta dla równowagi? To schemat typowy dla wielu albumów hardrockowych, który często - także w przypadku "Force It" - jeszcze bardziej podkreśla sztampowość samej muzyki. Ale nawet nie brak oryginalności jest największym problemem tego albumu. Zespół, najwyraźniej zachęcony dobrym przyjęciem "Phenomenon", postanowił jeszcze bardziej skomercjalizować swoją twórczość. Takie utwory, jak "Shoot Shoot" czy "Lost Lost Love" to czysty pop, z irytująco banalnymi melodiami, ale ubrany w hardrockowe brzmienie. Na sesję zaproszono nawet klawiszowca, Chicka Churchilla z Ten Years After, który często wysuwa się na pierwszy plan - przede wszystkim w "Out in the Street", utworze nawet całkiem udanym, ale przekombinowanym. Do tych najbardziej komercyjnych fragmentów albumu zalicza się także wspomniany "smęt" - stereotypowa ballada "High Flyer". Nawet zgrabna, z dość ładną melodią, ale zepsuta tandetnymi klawiszami i szablonową solówką Schenkera.

Album ma jednak także inne oblicze. Utwory o mniej komercyjnym charakterze, bardziej zadziorne i cięższe. Nie ma wśród nich drugiego "Doctor Doctor" lub "Rock Bottom", ale też nie przynoszą one grupie wstydu. Dobre wrażenie robi już otwierający całość "Let It Roll", oparty na szybko przycinanym riffie, wyróżniający się balladowym zwolnieniem. Utwór bez rewelacji, ale całkiem przyjemny. W podobnym stylu utrzymany jest także "Mother Mary", z najlepszym na albumie riffem, ale też z niepotrzebnymi, smętnymi zwolnieniami. Pewnym zaskoczeniem może być natomiast ciężki, posępny "Too Much of Nothing", z uwypukloną partią basu i bardzo zadziorną, ale chwytliwą w dobrym tego słowa znaczeniu, linią wokalną. To jeden z bardziej intrygujących i ambitnych utworów UFO z czasów Schenkera - zresztą to akurat jeden z dwóch utworów na "Force It", w których komponowaniu Niemiec nie brał udziału (drugim jest "Out in the Street"; oba zostały podpisane przez Pete'a Waya i Phila Mogga). Ciekawą kompozycją jest także finałowy "This Kid's", z nieco funkową grą sekcji rytmicznej, zadziornymi partiami Mogga i Schenkera, ciekawymi klawiszowymi ozdobnikami, oraz balladową kodą (posiadającą własny tytuł, "Between the Walls").

"Force It" jest zatem albumem o wiele spójniejszym stylistycznie, niż "Phenomenon", jednak poziom zawartych na nim utworów jest podobnie zróżnicowany - obok kompozycji udanych (z opus magnum całości, "Too Much of Nothing", na czele) znalazły się utwory co najwyżej średnie, wypełniacze ("Dance Your Life Away"), a nawet ewidentne wpadki ("Love Lost Love", "Shoot Shoot"). Jednak na fali popularności hard rocka, album odniósł spory sukces komercyjny, dochodząc do 71. miejsca na liście Billboardu. W tamtym czasie ukazało się jednak wiele znacznie lepszych albumów należących do tego stylu, przy których "Force It" nie ma szczególnej wartości artystycznej.

Ocena: 6/10



UFO - "Force It" (1975)

1. Let It Roll; 2. Shoot Shoot; 3. High Flyer; 4. Love Lost Love; 5. Out in the Street; 6. Mother Mary; 7. Too Much of Nothing; 8. Dance Your Life Away; 9. This Kid's

Skład: Phil Mogg - wokal; Michael Schenker - gitara; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja
Gościnnie: Chick Churchill - instr. klawiszowe
Producent: Leo Lyons


8 komentarzy:

  1. Solo Schenkera w "High Flyer" jest genialne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Genialne to są np. solówki Hendrixa w "All Along the Watchtower", albo solówki z "Who Do You Love" Quicksilver Messenger Service. I sporo innych, ale na pewno nie ta.

      Usuń
    2. Jak to bardzo często mówię: kwestia gustu. Dla mnie jest, bardzo nastrojowe i przemyślane.

      Usuń
    3. Nie jest kwestią gustu czy coś/ktoś jest genialne/y. Jeśli coś się podoba, można użyć wielu innych przymiotników. Niech ten pozostanie zarezerwowany dla tego, co naprawdę wybitne.

      Usuń
    4. Taka wypowiedź zawsze jest subiektywna (przynajmniej z mojej strony). Ktoś może np. uważać techno czy disco polo za genialne i mimo że się z tym nie zgadzam, to nie mogę mu odebrać jego opinii.

      Nie używajmy tego określenia tylko do tego co zostaje z góry określone jako wybitne (np. przez krytyków muzycznych). Są też inne przymiotniki, ale do tego utworu akurat pasuje mi ten :)

      Usuń
    5. A ktoś może np. nazwać kolor biały czarnym. I co wtedy? Też trzeba szanować jego opinię? Może i "genialny" nie jest aż tak konkretnym przymiotnikiem, jak nazwy kolorów, ale jest bardzo mocnym określeniem i chyba nie ma żadnego, które znaczyłoby "lepszy od genialnego" ("arcygenialny" brzmi infantylnie). A na pewno znasz dziesiątki, setki lepszych (obiektywnie i subiektywnie) solówek, których wręcz nie wypada wrzucać do jednego worka z tą.

      Krytycy muzyczni nie mają nic do rzeczy. To tacy sami ludzie jak Ty czy ja, mający swoje sympatie i antypatie, nie zawsze posiadający dużą wiedzę, a poza tym piszący za pieniądze i to one często decydują o tym, co i jak piszą. Tu chodzi o to, że u takiego np. Hendrixa słychać prawdziwy talent i nowatorskie podejście, dlatego można nazwać go genialnym. A taki Schenker to zwyczajny rzemieślnik i popisujący się techniką efekciarz. Przemyślane granie nastrojem to też typowy przykład rzemieślnictwa.

      Usuń
    6. To co piszesz o Hendrixie idealnie pasuje mi również do Eddiego Van Halena :) Niestety, wraz z kolejnymi latami coraz trudniej o nowatorstwo czy oryginalność, nie wiem kiedy ostatnio powstał naprawdę przełomowy, nowatorski album. Coś wspominałeś kiedyś, że jest to "Come Taste the Band" Purpli, ale ja bym podciągnął to o 3 lata później, właśnie do debiutu VH.

      Usuń
    7. Tak wspominałem, ale chodziło mi tylko o albumy hardrockowe. W sumie racja, debiut VH też był nowatorski, a poza tym znacznie bardziej wpływowy (choć osobiście wolałbym, żeby to "Come Taste the Band" wyznaczył nowe trendy).

      Usuń