27 lipca 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Idlewild South" (1970)



Zaledwie dziesięć miesięcy po premierze debiutanckiego albumu The Allman Brothers Band do sklepów trafił jego następca, "Idlewild South". Mimo tak krótkiego odstępu czasu, między ukazaniem się tych wydawnictw, stylistycznie dzieli je przepaść. Po niemal stricte blues rockowym "The Allman Brothers Band", muzycy zaproponowali znacznie bardziej różnorodny materiał. Być może jest to zasługa (wina?) pozyskania jako producenta słynnego Toma Dowda, który współpracował wcześniej z wykonawcami tworzącymi bardzo zróżnicowaną muzykę - od Arethy Franklin, przez Johna Coltrane'a, po Cream i Derek and the Dominos. Trzeba jednak pamiętać, że już na debiucie pojawiła się kompozycja "Dreams", zdradzająca szersze horyzonty muzyczne członków zespołu.

Już rozpoczynający album utwór "Revival" może budzić zdumienie - w warstwie muzycznej dominuje gitara akustyczna, a chóralna partia wokalna w (powtarzanym do znudzenia, banalnym) refrenie jest wyraźnie inspirowana muzyką gospel. O swoich bluesowych korzeniach grupa przypomina w kolejnym utworze, "Don't Keep Me Wonderin'" - całkiem niezłym, choć zbyt wygładzonym brzmieniowo, pozbawionym pazura, jaki miał debiutancki album. W "Midnight Rider" znów dominują brzmienia akustyczne, a sam utwór jest dość mdły. Longplay ożywa dopiero przy czwartym utworze, instrumentalnym "In Memory of Elizabeth Reed". Mimo nieco jazzowego charakteru jest to jeden z najbardziej energetycznych fragmentów tego albumu, pełen porywających solówek - głównie gitarowych, ale i pozostali muzycy mają sporo miejsca do popisu. Sporą dawkę energii oferuje także przeróbka klasycznej kompozycji Williego Dixona, "Hoochie Coochie Man", po raz pierwszy wykonanej przez Muddy'ego Watersa. Naprawdę świetnie wykonana - z jednej strony zachowująca bluesowy charakter oryginału, a z drugiej brzmiąca po prostu w stylu The Allman Brothers Band. Ten jeden jedyny utwór pasowałby stylistycznie na poprzedni album grupy. Co ciekawe, w roli wokalisty wystąpił tutaj - po raz pierwszy i ostatni w studyjnej dyskografii grupy - Berry Oakley. I poradził sobie całkiem nieźle. Uspokojenie przynosi zgrabna ballada "Please Call Home", a na koniec czeka jeszcze odrobina bardziej energetycznego grania, w postaci funkującego bluesa "Leave My Blues at Home".

To nie jest zły album - na spokojny wieczór po ciężkim dniu nadaje się idealnie. Jednak w porównaniu z rewelacyjnym debiutem pozostawia spory niedosyt. Tam było nie tylko więcej energii, ale też czuło się, że muzycy doskonale wiedzą, jaką muzykę chcą grać. "Idlewild South" brzmi natomiast, jakby nie mogli się zdecydować, w jakim kierunku pójść. Fakt, w tamtym czasie praktycznie wszystkie rockowe albumy były zróżnicowane stylistycznie, ale tutaj właściwie każdy utwór jest utrzymany w innym stylu, przez co całość wyraźnie się nie klei.

Ocena: 7/10



The Allman Brothers Band - "Idlewild South" (1970)

1. Revival; 2. Don't Keep Me Wonderin'; 3. Midnight Rider; 4. In Memory of Elizabeth Reed; 5. Hoochie Coochie Man; 6. Please Call Home; 7. Leave My Blues at Home

Skład: Gregg Allman - wokal, instr. klawiszowe; Duane Allman - gitara; Dickey Betts - gitara; Berry Oakley - bass, wokal (5), dodatkowy wokal; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne;
Gościnnie: Thom Doucette - harmonijka, instr. perkusyjne
Producent: Tom Dowd; Joel Dorn (6)


2 komentarze:

  1. dla mnie wcześni Allmani to przede wszystkim Idlewild South <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Ta płyta mnie rozczarowała. Ale po takiej płycie jak debiut to wszystko inne wydaje się być słabe :-)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.