20 lipca 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "The Allman Brothers Band" (1969)



Chociaż muzyka bluesowa wywodzi się ze Stanów, na polu łączenia jej z rockiem o wiele bardziej błyszczeli muzycy pochodzący z Wysp Brytyjskich. A jednak również Amerykanie mogą pochwalić się kilkoma świetnymi grupami bluesrockowymi, wśród których niekwestionowanymi liderami są The Paul Butterfield Blues Band i The Allman Brothers Band. O pierwszej z nich na pewno jeszcze napiszę w przyszłości, a na razie skupmy się na tej drugiej. Zespół powstał na początku 1969 roku, z inicjatywy gitarzysty Duane'a Allmana, do tamtej pory działającego jako muzyk sesyjny. Duane postanowił stworzyć grupę o niespotykanym wówczas składzie, z dwoma gitarzystami solowymi i dwoma... perkusistami. Szybko pozyskał chętnych do współpracy muzyków: gitarzystę Dickeya Bettsa, basistę Berry'ego Oakleya, klawiszowca Reese'a Wynansa, oraz perkusistów Jaia Johansona i Butcha Trucksa. Obowiązki wokalne początkowo dzielili między siebie Allman, Oakley i Betts, ale ponieważ nie wypadało to najlepiej, Duane postanowił zaangażować jako wokalistę swojego młodszego brata, Gregga Allmana, co przy okazji wpłynęło na ostateczny wybór nazwy zespołu. Gregg był nie tylko dobrym wokalistą, ale również potrafił grać na klawiszach, przez co z zespołem musiał pożegnać się Wynans. Zaledwie cztery dni po ukształtowaniu się tego składu, 30 marca 1969 roku, zespół zagrał swój pierwszy koncert.

Gdy w sierpniu The Allman Brothers Band weszli do studia nagraniowego, mieli za sobą już tyle występów, na których doszlifowali swój repertuar, że cały materiał na debiutancki album zarejestrowali w ciągu zaledwie dziesięciu dni. Złożyło się na niego pięć utworów napisanych przez Gregga Allmana, a także dwa covery: "Trouble No More" Muddy'ego Watersa oraz "Don't Want You No More" The Spencer Davis Group. Właśnie ten drugi otwiera album i jest dobrą zapowiedzią tego, czego można spodziewać się po całości. To dynamiczny utwór o rockowej energii i bluesowym charakterze, ze świetną współpracą obu gitarzystów, delikatnym organowym tłem i mocną grą sekcji rytmicznej. Jeśli jednak chodzi o tą ostatnią, to zupełnie nie słychać, że w nagraniu wzięło udział aż dwóch perkusistów - jeden poradziłby sobie bez problemu z odegraniem wszystkich perkusyjnych partii w tym utworze. Zresztą i większość pozostałych kawałków nie uzasadnia konieczności grania z dwoma bębniarzami - jedynie na koncertach miało to sens. "Don't Want You No More" przechodzi płynnie w "It's Not My Cross to Bear" - klasyczną bluesrockową balladę, z wspaniale budowaną dramaturgią. Brzmienie utworu jest bardzo intrygujące - jednocześnie ostre i nastrojowe.

W zadziornym "Black Hearted Woman" muzycy znów przyspieszają tempo. Utwór opiera się na charakterystycznym gitarowym riffie, ale uwagę przykuwają w nim przede wszystkim bogate brzmienia perkusyjne. Właśnie w tym utworze najlepiej słychać obecność dwóch perkusistów. Jest nawet fragment, w którym milkną wszystkie pozostałe instrumenty - naprawdę świetny, ale niestety dość szybko przerwany wejściem niepotrzebnej wokalizy Gregga. Wspomniany już cover "Trouble No More" zagrany został oczywiście z rockową - a momentami wręcz hardrockową - mocą, ale zachował bluesowego ducha oryginału. "Every Hungry Woman" to kolejny zadziorny utwór, całkiem chwytliwy, ale najmniej interesujący z całego longplaya (wciąż jednak bardzo dobry). Zaskoczeniem przy pierwszym przesłuchaniu może być natomiast zdecydowanie łagodniejszy od reszty "Dreams". Ponad siedmiominutowa kompozycja o psychodeliczno-jazzującym charakterze, z wysuniętą na pierwszy plan partią organów młodszego Allmana, ale dająca pole do popisu także pozostałym muzykom. A na koniec czeka jeszcze najbardziej doskonały utwór, "Whipping Post". Rozpoczęty genialnym w swojej prostocie basowym motywem, do którego po chwili dołączają świetne, kąśliwe partie gitar, mocna perkusja, delikatne organowe tło i zapadająca w pamięć linia wokalna. Prawdziwa esencja The Allman Brothers Band, skondensowana w niewiele ponad pięciu minutach. A na koncertach utwór rozrastał się nawet do ponad dwudziestu minut, jeszcze lepiej pokazując na co stać zespół.

Debiutancki longplay The Allman Brothers Band to jeden z najlepszych albumów bluesrockowych, śmiało mogący konkurować z dziełami brytyjskich grup. Grającym tutaj muzykom nie można odmówić sporych umiejętności technicznych - jak przystało na profesjonalistów, mających już za sobą pewne doświadczenie - przede wszystkim jednak słychać, że wszyscy po prostu "czują bluesa" - tak w przenośni, jak i dosłownie. Bardzo dobrze wypada również kompozytorska strona albumu - każdy utwór broni się osobno, a razem tworzą bardzo udaną, właściwie doskonałą całość. Pozycja obowiązkowa.

Ocena: 10/10



The Allman Brothers Band - "The Allman Brothers Band" (1969)

1. Don't Want You No More; 2. It's Not My Cross to Bear; 3. Black Hearted Woman; 4. Trouble No More; 5. Every Hungry Woman; 6. Dreams; 7. Whipping Post

Skład: Gregg Allman - wokal, organy; Duane Allman - gitara; Dickey Betts - gitara; Berry Oakley - bass, dodatkowy wokal; Jai Johanny Johanson - perkusja, kongi; Butch Trucks - perkusja, instr. perkusyjne
Producent: Adrian Barber


12 komentarzy:

  1. Podzielam w pełni opinie autora. Chylę czoła za tak gigantyczną pracę w całym blogu. Ludzie, czapki z głów!!! Olbrzymi szacun!

    OdpowiedzUsuń
  2. ja czekam szczególnie na kultową koncertówkę eat a peach <3

    OdpowiedzUsuń
  3. @empela - właśnie dla takich komentarzy warto to robić, dzięki! ;)

    @Jakub - "Eat a Peach" tylko częściowo składa się z nagrań koncertowych. Może masz na myśli wydany rok wcześniej "At Fillmore East"? Jak wszystko pójdzie dobrze, to recenzje tych albumów pojawią się odpowiednio 3 i 10 sierpnia ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. w sumie zapomniałem, że tylko częściowo się składa z nagrań koncertowych , dzięki za przypomnienie!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Do komentarza @empela mogę jeszcze dopisać, że to imo najlepszy blog w Polsce poświęcony muzyce (dzięki któremu odkryłem wiele fantastycznych kapel). Mam nadzieję, że będzie funkcjonował jak najdłużej.

    OdpowiedzUsuń
  6. absolutnie się zgadzam z resztą , ten blog to jest potęga , jeśli chodzi o stare klimaty w polskim internecie <3

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten album jest epokowy. Jest tym dla blues rocka czym dla hard rocka są takie dzieła jak In Rock czy Paranoid. Takiej muzyki właśnie oczekiwałem po tym zespole. Te niekończące się solówki gitarowe i genialne riffy to istne misterium. Swoją przygodę z blues rockiem rozpocząłem niedawno i jeszcze nie mam zbyt dużej wiedzy o tym stylu. Ale porównując np. Free z Allmanami uważam że grupa Paula Rogersa jest mocno przereklamowana. Czy jest w ogóle ktoś kto w takim graniu dorównuje Allmanom i ich pierwszej płycie albo koncertówce z Filmore East? Chętnie posłucham.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z przyjemnością polecę najlepsze albumy bluesrockowe, które po prostu trzeba znać. Wszystkie na podobnym poziomie, co największe dokonania Allmanów, czyli debiut, "Fillmore East" i "Eat a Peach".

      John Mayall with Eric Clapton - "Blues Breakers"
      The Butterfield Blues Band - "East-West"
      Cream - "Wheels of Fire"
      Jeff Beck Group - "Truth"
      Keef Hartley Band - "Halfbreed"
      Fleetwood Mac - "Then Play On"
      Blind Faith - "Blind Faith"
      Quicksilver Messenger Service - "Happy Trails" (prawdopodobnie najbliższa rzecz Allmanów z Fillmore)
      Jimi Hendrix - "Band of Gypsys"
      The Who - "Live at Leeds"
      Groundhogs - "Split"
      Fleetwood Mac - "Greatest Hits", wersja z '71r. (kompilacja, ale głównie z niealbumowymi utworami, które warto znać)
      Ten Years After - "Recorded Live"
      Rory Gallagher - "Irish Tour '74"
      Beck, Bogert & Appice - "Live"

      Zastanawiałem się, czy dla pełnego obrazu nie dać jeszcze kilku albumów Led Zeppelin, ale ich przecież nie trzeba polecać.

      Tez mam pewien problem z grupą Free. Teoretycznie jest to zespół, który powinien mi się bardzo podobać. Paul Rodgers ma świetny głos, Paul Kossoff był fantastycznym gitarzystą, sekcji rytmicznej też nie mogę nic zarzucić. A jednak z ich współpracy wychodził w lepszym przypadku przeciętny, drugorzędny blues rock (dwa pierwsze i ostatni album), a w gorszym - marny pop rock (pozostałe albumy).

      Usuń
  8. Dzięki. Oczywiście kilka pozycji z tej listy znam bardzo dobrze: Rory Gallagher, Beck Bogert & Appice czy też Jimi Hendrix. Oczywiście Led Zeppelin znają wszyscy, ale ja akurat mam swoje, mało popularne zdanie wśród fanów rocka na temat tej grupy. Wiele lat temu spróbowałem Ten Years After ale wtedy nie weszło. Natomiast niedawno udało mi się posłuchać Groundhogs, ale od razu odrzucił mnie wokal, a samej muzyce też brakowało "tego czegoś" co mają chociażby Allmani albo Gallagher. Natomiast nie zgadzam się Twoją z opinią o Kossofie. Wg mnie był przeciętnym gitarzystą. Owszem kilka razy udało mu fajnie zagrać ale mnie to nie porwało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na żywo Kossoff był dużo lepszy, niż w nagraniach studyjnych, jeśli dobrze pamiętam. Wokal w Groundhogs mi też nie bardzo odpowiada, ale gitara na "Split" czy poprzednim "Thank Christ for the Bomb" jest naprawdę fajna. Warto dać szansę. Tak samo tej koncertówce Ten Years After - to jest tak dobre granie, że po prostu nie może się nie podobać, jeśli lubi się ten styl. Ale Led Zeppelin też wg mnie nie może się nie podobać...

      Usuń
  9. Miałem zapytać jeszcze o Lynyrd Skynyrd.Które albumy byś wyróżnił? A jeśli chodzi o Led Zeppelin, to temat na dłuższe rozważania. Oczywiście lubię na swój sposób, ale dużo bardziej cenię Purpli i Sabbath czy też Queen. Page jak dla mnie na koncertach nie wypada tak dobrze jak w studio. Zresztą kiedyś nawet Ritchie Blackmore powiedział: "Jimmy Page gra w studio a ja gram na koncertach". Można się tym zgodzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lynyrd Skynyrd to zupełnie inny zespół niż Allmani, mimo że oba są wrzucane do worka z napisem "southern rock". U tych pierwszych te południowe wpływy (czyli de facto wpływ muzyki country) są dominujące w brzmieniu wszystkich albumów. Na debiucie Allmanów czy "Fillmore East" takich wpływów nie ma wcale - to czysty blues rock. Są natomiast obecne na tych słabszych albumach, jak "Idlewild South", które...właśnie przez te wpływy są słabsze. Country jest dla mnie niesłuchalne, więc i twórczość Lynyrd Skynyrd nie bardzo do mnie trafia. Mogę wyróżnić dwa pierwsze albumy, ale poza balladami wg mnie niewiele tam ciekawego. Natomiast na pewno nie polecam koncertówki "One More for the Road", bo oni tam wiernie odgrywają studyjne wersje, w ogóle nie improwizują.

      Podobna sytuacja z wrzucaniem do niewłaściwego worka ma zresztą miejsce także w przypadku Led Zeppelin. Ja bym ten zespół umieścił raczej w worku z blues rockiem, niż z Purplami i Sabbathami, choć niewątpliwie miał wielki wpływ na hard rocka (ale polemizowałbym czy większy niż Cream lub Hendrix). Z drugiej strony, ciężko stwierdzić gdzie właściwie przebiega granica między hard i blues rockiem.

      Usuń