10 lipca 2015

[Recenzja] Elf - "Elf" (1972)



Ronnie James Dio sławę zyskał jako wokalista Rainbow i Black Sabbath, ale swoją karierę zaczynał na długo przed powstaniem tych grup. Już w 1957 roku założył grupę The Vegas King. Przez kolejną dekadę nazwa wielokrotnie się zmieniała, podobnie zresztą jak skład i wykonywana muzyka. Zespół wydał kilka singli, a nawet jeden pełny album ("Dio At Domino's" z 1963 roku, sygnowany nazwą Ronnie Dio and the Prophets), ale pozostawał amatorskim przedsięwzięciem, bez kontraktu i szans na zdobycie popularności. Muzycy jednak nie poddawali się, solidnie koncertując po całych Stanach, głównie na uniwersytetach. Po jednym z takich występów doszło jednak do tragedii, która niemal zakończyła działalność grupy. W drodze powrotnej z koncertu muzykom zdarzył się wypadek, w wyniku którego śmierć poniósł gitarzysta Nick Pantas, a inni członkowie zostali poważnie ranni.

Było to w 1968 roku, gdy zespół używał już nazwy The Electric Elves. Po śmierci Pantasa szyld został skrócony do The Elves, a następnie, w 1972 roku, do Elf. W skład zespołu, poza pełniącym role wokalisty i basisty Dio, wchodził wówczas także jego grający na gitarze kuzyn, David Feinstein, a także klawiszowiec Mickey Lee Soule i perkusista Gary Driscoll. Właśnie w tym okresie zespół został dostrzeżony przez management Deep Purple, co zaowocowało podpisaniem kontraktu, profesjonalną sesją nagraniową z dwoma członkami Deep Purple - basistą Rogerem Gloverem i perkusistą Ianem Paicem - jako producentami, a także wspólną trasą koncertową w roli ich supportu. Relację miedzy oboma zespołami stawały się coraz bardziej zażyłe: w 1974 roku Glover zaprosił Dio i Soule'a na sesję nagraniową jego debiutanckiego albumu, "The Butterfly Ball and the Grasshopper's Feast"; z kolei rok później gitarzysta Purpli, Ritchie Blackmore, wspólnie z muzykami Elf utworzył grupę Rainbow.

Jeśli ktoś jednak po twórczości Elf spodziewa się muzyki w stylu Rainbow czy Deep Purple, będzie srodze zawiedziony. Zespół wykonywał muzykę na pograniczu boogie i blues rocka, pod względem instrumentalnym zdominowaną przez nachalne partie pianina o "barowym" charakterze. Osobiście nie znoszę takiego brzmienia, przez wiele lat skutecznie zniechęcało mnie do słuchania Elf. Wielbicielem takiego stylu był natomiast Roger Glover i to prawdopodobnie on popchnął grupę w tym kierunku, gdyż na koncertach muzycy wykonywali wcześniej zupełnie inną muzykę - covery takich wykonawców, jak np. Black Sabbath, Led Zeppelin, Jethro Tull, czy The Who, a także bluesowe i rock and rollowe standardy. Bootlegi pokazują Elf jako świetny hard/blues rockowy zespół, tymczasem na debiutanckim albumie twórczość grupy została rażąco złagodzona. Glover i Paice podcięli grupie skrzydła, nie pozwalając na długie solówki i wyraziste riffy - czyżby z obawy przed konkurencją dla własnego zespołu?

Inna sprawa, że zespół, wcześniej bazujący na graniu cudzych utworów, musiał szybko skomponować własny repertuar. I w większości utworów poszli po najmniejszej linii oporu, opierając się na ogranych schematach. Takie utwory, jak np. "Hoochie Koochie Lady", "I'm Coming Back for You", czy "Love Me Like a Woman", były już nagrywane setki razy przez dziesiątki wykonawców w ciągu poprzedniej dekady. Ale już w nich słychać ogromny talent Ronniego, już te nagrania pokazują jak nietuzinkowym był wokalistą. Pod względem wokalnym jest to równie wspaniały album, co "Rising" czy "Heaven and Hell". I co więcej, bardziej zróżnicowany od nich pod tym względem - wokaliście zdarza się tutaj śpiewać w sposób, jakiego nigdy później nie stosował (np. falsety w "First Avenue"). Niestety, pod względem muzycznym już tak wspaniale nie jest - większość utworów jest do siebie bardzo podobna; trafiła się też jedna ewidentna wpadka ("Dixie Lee Junction", rozpoczęty zgrabnym balladowym początkiem, bezsensownie zestawionym ze sztampowym rozwinięciem o charakterze rock and rollowym).

A jednak, na albumie znalazły się także dwa utwory naprawdę godne uwagi. Jednym z nich jest finałowy "Gambler, Gambler" - zadziorny utwór, pełen hard rockowego czadu. Pianino wciąż jest tutaj obecne (chociaż zupełnie nie pasuje do charakteru utworu), ale w końcu zostaje zepchnięte na dalszy plan, na korzyść gitarowych riffów i solówek Feinsteina. Prawdziwą perłą jest natomiast "Never More" - tak naprawdę jedyny utwór, w którym wykorzystanie pianina wydaje się w pełni uzasadnione. Z początku jest to prześliczna ballada, nieco w stylu Queen (chociaż w 1972 roku jeszcze mało kto słyszał o takim zespole), jednak stopniowo nabiera coraz większej zadziorności. Wspaniała partia Ronniego Jamesa Dio należy do najlepszych w całej jego karierze. równie rewelacyjnie wypadają gitarowe partie Feinsteina. Utwór trwa niespełna cztery minuty, a dzieje się w nim więcej, niż we wszystkich pozostałych kompozycjach razem wziętych. Zupełnie, jakby muzycy postanowili wykorzystać w nim wszystkie najlepsze pomysły. I dzięki temu udało im się stworzyć przynajmniej jeden doskonały utwór.

Debiutancki album Elf pozostawia wiele do życzenia i w praktyce stanowi właściwie tylko ciekawostkę dla wielbicieli Ronniego Jamesa Dio. Nie znaczy to bynajmniej, że album jest kompletnie bezwartościowy. Znalazły się na nim przynajmniej dwa udane utwory, z których jeden to prawdziwe arcydzieło.

Ocena: 6/10



Elf - "Elf" (1972)

1. Hoochie Koochie Lady; 2. First Avenue; 3. Never More; 4. I'm Coming Back for You; 5. Sit Down Honey (Everything Will Be Alright); 6. Dixie Lee Junction; 7. Love Me Like a Woman; 8. Gambler, Gambler

Skład: Ronald Padavona (Ronnie James Dio) - wokal i bass; David Feinstein - gitara; Mickey Lee Soule - instr. klawiszowe; Gary Driscoll - perkusja
Producent: Roger Glover i Ian Paice


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.