31 lipca 2015

Wywiad z Wojciechem Hoffmannem

Wojciech Hoffmann - jeden z najlepszych polskich gitarzystów, znany przede wszystkim z heavy metalowej grupy Turbo, w której gra od samego początku i jest współautorem większości z jej utworów (w tym tych najbardziej znanych, jak "Dorosłe dzieci" czy "Szalony Ikar"). W tym roku wydał swój drugi solowy album, zatytułowany "Behind the Windows". To właśnie on był tematem przewodnim naszej rozmowy, ale nie zabrakło w niej również pytań o Turbo - zarówno dotyczących przeszłości, jak i przyszłości zespołu.

Wojciech Hoffamann (fot. materiały prasowe)

Od wydania Pańskiego poprzedniego solowego albumu "Drzewa" minęło dwanaście lat. Dlaczego właśnie teraz nadeszła pora na wydanie kolejnego albumu?

Jak mówi przysłowie - lepiej późno niż wcale. Ale szczerze mówiąc, płyta miała ukazać się dużo wcześniej, jednak nawał pracy z zespołem Turbo nie pozwalał mi na szybsze nagranie albumu. Poza tym, codzienne życie i zwyczajne lenistwo było przyczyną takiego stanu rzeczy... Ważne jednak, że płyta ostatecznie się ukazała i już zbiera znakomite recenzje, więc chyba warto było czekać tyle czasu. Jestem zdania, że nie należy się nigdy zbytnio spieszyć, bo taki pośpiech może przynieść efekt odwrotny od zamierzonego, a chyba każdy artysta tego by raczej nie chciał. Wiem jednak, że następny krążek pojawi się dużo szybciej, bo gdybym szedł dotychczasowym  torem i wydawał płyty co dwanaście lat, to następna ukazałaby się jak będę miał siedemdziesiąt dwa lata, więc strach pomyśleć o dalszych! Stąd też obiecałem sobie, że już nie będę tyle zwlekał.

Za albumem "Behind the Windows" kryje się pewna historia. Czy mógłby ją Pan streścić w kilku słowach?

"Behind the Windows" to historia pewnego mieszkania, w którym kiedyś, w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, przebywałem u moich przyjaciół - Urszuli i Henia Tomczaków. To wspaniali ludzie, którzy wielokrotnie użyczali mi gościny po koncertach. I po wielu latach, przejeżdżając samochodem obok tamtego domu, w pewnej chwili spojrzałem w to samo okno, gdzie niegdyś spędzaliśmy razem tak wiele czasu. Moi przyjaciele już tam dziś nie mieszkają, a pomieszczenie należy do innych lokatorów. A nie tak dawno zmarła żona Henia Tomczaka i tak się ułożyło, że ta opowieść na płycie to obraz przemijania oraz historia życia i śmierci, która nas wszystkich dotyczy. Pomyślałem, że może warto opisać tą moją historię, która też ma swoje okno, a właściwie wiele okien, za którymi przebywałem i przebywam po dziś dzień z moimi najbliższymi. Być może dźwięki gitary nie oddadzą sensu życia tak jak słowa, ale dają nam możliwość szerszego spojrzenia na życie.

Właśnie, historia ta opowiedziana jest głównie za pomocą dźwięków. Jednak w jednym utworze, "Confession by the Window", pojawia się partia wokalna...

W kwestii komponowania muzyki z wokalem niemal całościowo realizuję się w zespole Turbo. Natomiast moja twórczość solowa z założenia ma być przedstawiana jako muzyka instrumentalna. Zdaję sobie sprawę z faktu, że niełatwo jest zainteresować słuchacza samą muzyką bez wokalu, kompozycjami pozbawionymi tekstu. Mogę natomiast podkreślić, że dokładam wszelkich starań aby komponować utwory w sposób, dzięki któremu słuchacz nie odczuwa w nich braku śpiewu czy wokaliz. Utwór "Confession by the Window" początkowo również powstał jako numer instrumentalny. Przesłuchując go jednak kilkukrotnie, już po samym nagraniu stwierdziłem, że w pewnym momencie jest tam miejsce na idealny segment z wykorzystaniem wokalu i nawet pomimo instrumentalnego charakteru całości w tym jedynym przypadku partie głosowe będą konieczne. Już pierwszy riff skojarzył mi się natychmiast z growlingiem i stąd pomysł, aby pojawił się tu Rafał Piotrowski z grupy Decapitated, który idealnie oddał atmosferę, o którą mi chodziło. Natomiast dalszą część chciałem mieć już łagodniejszą i stąd jej wykonanie powierzyłem Tomkowi Struszczykowi z Turbo. Wyszło intrygujące połączenie konwersacyjne z mocnymi pytaniami Rafała i odpowiedziami Tomka. Jestem bardzo zadowolony z ostatecznego efektu a ten utwór należy do moich cichych faworytów.

Nie obawiał się Pan, że fragmenty śpiewane przez Tomasza Struszczyka mogą wywołać skojarzenia z twórczością macierzystego zespołu?

Raczej nie. To nieco odmienny charakterem utwór, jest w nim inny beat, inny klimat i wibracje. W Turbo gramy przecież zgoła inaczej. Ten fragment oryginalnie miał zaśpiewać Jorn Lande i w zasadzie wszystko było już załatwione - zgodził się, ale po pewnym czasie nagle przestał się odzywać. Mieliśmy deadline, więc pomyślałem, że Tomek Struszczyk również dobrze wpasuje się w klimat tej partii i tak też się stało. Myślę, że to dobry wybór. 

W nagraniu albumu wzięło udział także wielu innych znanych muzyków, z Polski i z zagranicy. Dlaczego zdecydował się Pan pracować właśnie z nimi?

To był właściwie pomysł amerykańskiego gitarzysty Neila Zazy, który po naszej wspólnej trasie zaproponował mi wyjazd do Stanów i nagranie kilku utworów w jego studio z zachodnimi muzykami. Do Ameryki ostatecznie nie pojechałem, bo chciałem od razu nagrać płytę w całości, a to już wiązało się z dużo większymi kosztami i konkretniejszą logistyką. Ale sam pomysł pozostał - Neil ostatecznie zagrał dwie solówki i przesłał je za pomocą Internetu, podczas gdy perkusista Atma Anur nagrał wszystkie partie w Krakowie, gdzie obecnie mieszka. Michał Kubicki, który jest wydawcą płyty, zaproponował mi również udział polskich gości - Leszka Cichońskiego i Grześka Skawińskiego. Gdzieś tam po drodze pomyślałem jeszcze o ubarwieniu płyty, więc dodatkowo zaprosiłem Jelonka na skrzypce, Marcina Kajpera na saksofon i moją córkę Martynę, która wykonała wokalizę w utworze tytułowym. Ze wszystkich gości jestem bardzo zadowolony. Nie zapominajmy również, że na basie znakomicie zagrał Arek Malinowski a klawisze genialnie obsłużył Sławek Belak.

Jaką muzyką, jakimi wykonawcami inspirował się Pan podczas komponowania utworów na "Behind the Windows"?

"Behind the Windows" to zbiór moich doświadczeń z minionych epok muzycznych. Najbardziej inspirują mnie dokonania lat siedemdziesiątych. Uważam, że prawie wszystko najlepsze zostało wtedy już powiedziane i zarejestrowane, co nie znaczy oczywiście, że teraźniejszość jest nudna i pozbawiona wyrazu. Niektórzy dzisiejsi artyści bardzo umiejętnie kontynuują wypracowane wówczas rozwiązania. Znakomitym tego przykładem jest genialny Steven Wilson, którego zwłaszcza solowe dokonania szczególnie mnie inspirują. Uważam go za najbardziej płodnego i wartościowego artystę prog-rockowego dwudziestego pierwszego wieku.


Wojciech Hoffmann i jego gitary (fot. materiały prasowe)

Utwór "Gary" to hołd dla zmarłego kilka lat temu Gary'ego Moore'a. Jak wielki wpływ miał on na Pana jako gitarzystę?

Gary Moore nie miał na mnie tak bardzo dużego wpływu, jak inni gitarzyści, ale od zawsze niezwykle go ceniłem za znakomite kompozycje, wspaniałe i porywające melodie oraz niezwykle długie dźwięki potrafiące nieomal wywołać omdlenie organizmu. Znakomity gitarzysta, którego bardzo lubiłem i którego płyt namiętnie słuchałem. Do dziś mam sporo jego albumów w swojej kolekcji, szczególnie "Run for Cover" z genialnym "Empty Rooms", "Parisienne Walkways", "After the War" i całą twórczość bluesową. Podoba mi się też jego DVD w hołdzie dla Hendrixa - "Blues for Jimi". Wielka szkoda, że nie ma go już z nami bo jestem pewien, że uraczyłby nas jeszcze nie jednym znakomitym albumem.

W książeczce albumu pojawiają się podziękowania dla Krzysztofa Klenczona i Ritchiego Blackmore'a za "rozpalenie miłości do gitary". Czy to właśnie dzięki nim zaczął Pan grać na gitarze? Co w ich grze najbardziej Pana porwało?

Krzysiek Klenczon był najważniejszym muzykiem na mojej gitarowej drodze. To on, dzięki swoim piosenkom i bardzo rock & rollowym podejściem do instrumentu, zaszczepił mi wieczną miłość do gitary. Pamiętam jak kiedyś po lekcjach w szkole podstawowej wybrałem się do jakiegoś sklepu i zobaczyłem w oknie wystawowym płytę Czerwonych Gitar. To był ich drugi album - na okładce stali we czwórkę, a przed nimi wisiały zawieszone na drutach gitary. Z miejsca zakochałem się wtedy w gitarze Krzyśka, choć tak na dobrą sprawę nie miałem pojęcia, co to był za instrument. Płyta kosztowała osiemdziesiąt złotych. I to była wtedy dość kosmiczna cena, jak na rok 1968. Jakoś udało mi się uzbierać tę kwotę i kupiłem album, po czym godzinami siedziałem przed okładką i prawie się modliłem do Krzyśka i tej jego gitary. Po latach zbudowałem nawet jej replikę na pracę maturalną… A dzisiaj jestem w posiadaniu pięciu takich oryginalnych gitar. Kupiłem je na amerykańskim eBayu. To są japońskie modele z sześćdziesiątego pierwszego roku - nazywają się śmiesznie "Zenon Audytion". A ponieważ Krzysiek miał przerobione gryfy na dziewięciostrunowe, ja również dwa z nich przerobiłem na takie same i oczywiście pomalowałem na czerwono. A w hołdzie dla Krzyśka niedawno założyłem nowy projekt, z którym wykonujemy jego muzykę. Myślę też o nagraniu płyty mu poświęconej, z jego starymi utworami i moimi nowymi kompozycjami w podobnym stylu. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Póki co, mam błogosławieństwo od żony Krzysztofa, z którą utrzymuję stały kontakt. A kolejnym najważniejszym dla mnie gitarzystą był oczywiście mój ukochany gitarolog Ritchie Blackmore. To był rok chyba siedemdziesiąty lub siedemdziesiąty pierwszy, kiedy po raz pierwszy usłyszałem "Child In Time" i kiedy poczułem szarpnięcie jak po wybuchu granatu. Pomyślałem sobie wtedy, że jeśli ten gitarzysta tak może grać to ja również tak będę to robił! Klenczon i Blackmore to po dziś dzień absolutnie najważniejsi gitarzyści w moim życiu. Bez Klenczona nie wiem jak by to było, a bez Ritchiego pewnie nie grałbym tak jak dzisiaj.

Czy są już jakieś plany na kolejny album Turbo? Od wydania "Piątego żywiołu" minęły już dwa lata...

Plany oczywiście są. W sumie prace miały ruszyć pod koniec tego roku, ale plany się zmieniły i nowy krążek ukaże się dopiero w 2017 roku. Do roboty zabieramy się zaraz po zakończeniu tegorocznej trasy koncertowej uświetniającej 35-lecie działalności artystycznej Turbo. Myślę, że słuchacze będą zadowoleni z materiału, jaki trafi na kolejną płytę tego zespołu. Mam już bardzo konkretną wizję tego, co nagramy i mogę obiecać, że będzie to bardzo rasowy heavy metal.

Ostatnie albumy Turbo nawiązują do korzeni zespołu, klasycznego heavy metalu, jak w czasach "Dorosłych dzieci" i "Smaku ciszy". Jak dziś ocenia Pan okres, kiedy zespół grał coraz cięższą i bardziej ekstremalną muzykę?

Dla mnie to był bardzo ekscytujący okres w twórczości Turbo. Byliśmy wciąż młodzi i bardzo chcieliśmy się rozwijać. A sięganie po coraz to nowe muzyczne doświadczenia i brutalniejsze odmiany metalu dawało nam taką możliwość. Ten ruch to był nasz bardzo świadomy wybór. Myślę, że dobrze się stało, bo dzięki temu nasze płyty nie są nudne i podobne do siebie, a ja od zawsze chciałem tego uniknąć. Ze mną jest tak, że najpierw tworzę przede wszystkim dla siebie, a potem dopiero dla słuchacza. I to wszystko działa jak system naczyń połączonych, bo gdyby mnie się nie podobało to, co nagram to mój słuchacz wyczułby to od razu i pewnie poczułby wewnątrz to samo co ja. Z kolei gdy jestem zadowolony z danego riffu czy kompozycji, to czuję w tym silny przekaz, potężną energię i grając taki temat na żywo od razu widzę to na słuchaczach. Uważam, że to jest naprawdę szczere, a słuchacze Turbo doceniają fakt, że jesteśmy prawdziwi.

Album "Smak ciszy" został zadedykowany grupie Iron Maiden. Powszechnie wiadomo, że podczas pierwszej wizyty tego zespołu w Polsce, w 1984 roku, doszło do spotkania Brytyjczyków z muzykami Turbo. Jak Pan to wspomina?

To było bardzo miłe doświadczenie. Wówczas nawet nie przypuszczaliśmy, że spotkamy się osobiście z naszymi idolami. Fakt - byliśmy już wtedy popularnym zespołem w Polsce, ale gdzieś tam głęboko wciąż czuliśmy się jak fani podnieceni faktem, że Bruce Dickinson i Nicko McBrain siedzą z nami w jednym pokoju hotelowym. To było coś niesamowitego - Bruce słuchał "Smaku ciszy" jeszcze w postaci kasety magnetofonowej i bardzo chwalił wokalistę i naszą muzykę. Mówił, że Grzesiek [Kupczyk - przyp. PP] mógłby spokojnie śpiewać w Deep Purple! Zaprosili nas nawet na wspólnie biesiadowanie do knajpy o nazwie Adria, ale jakoś tam nie poszliśmy, bo sprawy osobiste nas zatrzymały. A szkoda, bo pewnie by nas uwiecznili na ówczesnym VHS czy późniejszym DVD z trasy "World Slavery Tour". Okazało się, że w Adrii było wtedy jakieś wesele i oni tam "Smoke on the Water" zagrali… Nawet na ostatnim poznańskim koncercie wspominali o tym fakcie. Super przeżycie.


30 lipca 2015

[Recenzja] UFO - "Strangers in the Night" (1979)



Recenzję tego albumu powinienem zacząć tak samo, jak opisanego wczoraj "At Fillmore East" The Allman Brothers Band. Bo "Strangers in the Night" równie powszechnie jest zaliczny do najlepszych albumów koncertowych wszech czasów. Mimo że więcej je dzieli, niż łączy. Na przykładzie tych dwóch wydawnictw idealnie słychać jak bardzo w ciągu tych niespełna ośmiu dzielących je lat zmieniło się podejście do koncertów. Na podstawie "Strangers in the Night" (ale też np. wydanego w tym samym czasie "Live and Dangerous" Thin Lizzy) można zauważyć, że pod koniec dekady lat 70. najbardziej podczas występów liczyło się, aby zaprezentować jak najwięcej utworów - głównie singlowych przebojów. Odbyło się to kosztem długich improwizacji. Większość zaprezentowanych tutaj utworów jest zgodna z oryginalnymi wersjami, najwyżej różni się smaczkami (np. całkowicie zmieniony wstęp "Doctor Doctor"). Właściwie tylko "Rock Bottom" jest tutaj rozbudowany w stosunku do studyjnego pierwowzoru - trwa ponad jedenaście minut, z czego niemal połowa to solówka Michaela Schenkera.

Kolejna różnica to fakt poprawiania materiału w studiu, czego muzycy UFO bynajmniej nie ukrywają. Posunięto się nawet do tego, że utwory "Mother Mary" i "This Kid's" to stuprocentowo studyjne nagrania, do których doklejono oklaski publiczności... Podobno Schenker odszedł z zespołu (jeszcze przed premierą "Strangers in the Night") właśnie dlatego, że był przeciwny takiemu oszukiwaniu słuchaczy. Z moralnego punktu widzenia takie manipulacje rzeczywiście mogą budzić kontrowersje, jednak osobiście uważam, że lepiej dostać koncertówkę ze studyjnymi dogrywkami, niż pełen niedociągnięć bootleg. Niewątpliwą zaletą "Strangers in the Night" jest natomiast ogromna energia bijąca od tych nagrań. Zyskują dzięki temu te słabsze, w wersjach studyjnych, utwory, jak "Natural Thing", "Only You Can Rock Me" czy "Shoot Shoot". Ale najbardziej porywające są wykonania takich klasycznych kompozycji, jak "Lights Out", "Let It Roll", oraz już wspomnianych "Doctor Doctor" i "Rock Bottom". Niespodzianką może być natomiast obecność "Love to Love" - utworu, zdawałoby się, zupełnie nie nadającego się do grania na żywo. A wyszedł niemal równie pięknie, co w wersji studyjnej - jedyne imitacja brzmień orkiestrowych z syntezatora, zamiast prawdziwej sekcji smyczkowej, może nieco irytować. Ale nadrabia to przepiękna partia wokalna Phila Mogga i natchniona solówka Schenkera.

"Strangers in the Night" to pod względem repertuaru prawdziwe "the best of UFO" z czasów Michaela Schenkera, a zarazem świetne zwieńczenie i podsumowanie tego okresu. Owszem, mogłoby się tutaj znaleźć więcej mniej znanych kawałków, ale zespół niestety unikał takich na koncertach (mimo że np. "Too Much of Nothing" i "Reasons Love" świetnie by się sprawdziły na żywo). To jednak jedyny mankament tego wydawnictwa - a i przecież nie wpływa on na odbiór zawartej tu muzyki. A ta jest wykonana naprawdę dobrze - poza "Love to Love" wszystkie utwory przewyższają swoje studyjne odpowiedniki. Pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10



UFO - "Strangers in the Night" (1979)

LP1: 1. Natural Thing; 2. Out in the Street; 3. Only You Can Rock Me; 4. Doctor Doctor; 5. Mother Mary; 6. This Kid's; 7. Love to Love
LP2: 1. Lights Out; 2. Rock Bottom; 3. Too Hot to Handle; 4. I'm a Loser; 5. Let It Roll; 6. Shoot Shoot

Skład: Phil Mogg - wokal; Michael Schenker - gitara; Paul Raymond - gitara i instr. klawiszowe; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja
Producent: Ron Nevison


29 lipca 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "At Fillmore East" (1971)



Jeden z najsłynniejszych koncertowych albumów wszech czasów. I zarazem podręcznikowy przykład, jak wyglądały rockowe koncerty na przełomie lat 60. i 70. Po pierwsze, utwory znane ze studyjnych albumów były tylko punktem wyjścia do długich, przeważnie kilkunastominutowych improwizacji, podczas których wszyscy muzycy mogli zaprezentować swoje umiejętności ("In Memory of Elizabeth Reed", "Whipping Post"). Po drugie, na repertuar składały się także kompozycje spoza regularnych wydawnictw, głównie covery - oczywiście również znacząco różniące się od pierwowzorów ("Statesboro Blues" Blind Williego McTella, "Done Somebody Wrong" Elmore'a Jamesa, "Stormy Monday", T-Bone'a  Walkera, "You Don't Love Me" Williego Cobbsa), ale czasem także autorskie utwory ("Hot 'Lanta"). To właśnie sprawia, że koncertówki z tamtych lat są wartościowymi pozycjami w dyskografiach i nierzadko przyćmiewają studyjne wydawnictwa. W przeciwieństwie do współczesnych albumów "na żywo", na których utwory są odgrywane nuta w nutę, zgodnie ze studyjnymi wersjami.

"At Fillmore East" został zarejestrowany podczas serii koncertów grupy w nowojorskim Fillmore East, w marcu 1971 roku. Oryginalne wydanie składało się z siedmiu utworów umieszczonych na dwóch płytach winylowych - pierwszą wypełniły cudze kompozycje, autorskie trafiły natomiast na drugą. Początek jest jeszcze dość zachowawczy. "Statesboro Blues" i "Done Somebody Wrong" zostały zaprezentowane w niewiele ponad czterominutowych wersjach. Tyle jednak wystarczyło, by wydobyć z tych klasycznych bluesów wszystko, co najlepsze, jednocześnie wzbogacając je o rockową energię. A prawdziwa magia zaczyna się od ośmiominutowego wykonania "Stormy Monday", z rozbudowaną częścią środkową, z porywającymi solówkami obu gitarzystów i Gregga Allmana na organach. To jednak dopiero przedsmak tego, co ci muzycy potrafili osiągnąć na koncertach. Z każdym kolejnym utworem osiągają wyższy poziom zespołowego grania. Już dwudziestominutowe wykonanie "You Don't Love Me" - z tym pięknym momentem, kiedy milknie wszystko, poza gitarą Duane'a Allmana - wydaje się absolutnym szczytem takiego grania.

A przecież potem jest jeszcze lepiej. Instrumentalny jam "Hot 'Lanta", mimo że skondensowany do pięciu minut, jeszcze lepiej pokazuje talent muzyków do wspólnego improwizowania - kolejno prezentują tutaj swoje popisy, nie zapominając jednak o zachowaniu interakcji z pozostałymi. Jednak i ten utwór udało się przebić - genialnym wykonaniem "In Memory of Elizabeth Reed". Utwór rozrósł się tutaj ponad dwukrotnie, muzycy fantastycznie rozbudowali znane już tematy i wprowadzili zupełnie nowe, dzięki czemu kompozycja nabrała zupełnie nowej jakości. A potem znów okazuję się, że można zagrać jeszcze bardziej porywająco. Bo tutejsze wykonanie "Whipping Post", trwające ponad dwadzieścia minut, to jeden z najwspanialszych momentów w historii muzyki rockowej, jak i bluesowej - prawdziwa esencja obu tych stylów. Te wszystkie liczne gitarowe solówki, zagrane z niesamowitą pasją, to niespodziewane, klimatyczne zwolnienie w połowie - tego się nie da opisać słowami. Ilu rockowych wykonawców potrafiło wspiąć się na ten poziom? Może nawet dałoby się ich policzyć na palcach dwóch rąk. Album w tym miejscu słusznie się kończy - bo już nic lepszego nie mogłoby się na nim znaleźć.

Cóż więcej można dodać? "At Fillmore East" to po prostu klasyczny album, który każdy szanujący się wielbiciel rocka i bluesa powinien znać. Nie jest to może moja ulubiona koncertówka, ale w przeciwieństwie do większości tych, których słucham częściej - nie znajduję na niej żadnych wad. Dlatego też ocena musi być maksymalna.

Ocena: 10/10



The Allman Brothers Band - "At Fillmore East" (1971)

LP1: 1. Statesboro Blues; 2. Done Somebody Wrong; 3. Stormy Monday; 4. You Don't Love Me
LP2: 1. Hot 'Lanta; 2. In Memory of Elizabeth Reed; 3. Whipping Post

Skład: Gregg Allman - wokal, instr. klawiszowe; Duane Allman - gitara; Dickey Betts - gitara; Berry Oakley - bass; Jai Johanny Johanson - perkusja, instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja, instr. perkusyjne
Gościnnie: Thom Doucette - harmonijka (LP1: 2-4); Jim Santi - tamburyn
Producent: Tom Dowd


28 lipca 2015

[Recenzja] UFO - "Obsession" (1978)



Album "Obsession" to prawdziwa sinusoida. Na zmianę, z niewiarygodną wręcz precyzją, pojawiają się tutaj utwory gorsze i lepsze. W takiej właśnie kolejności. Zupełnie jakby muzycy próbowali zatrzeć złe wrażenie po każdym nieudanym kawałku. Inna sprawa, że nawet te lepsze fragmenty albumu nieszczególnie porywają. Ot, hard rockowa średnia, do której UFO zdążyło już przyzwyczaić słuchaczy kilkoma poprzednimi longplayami. Z tym, że na nich takie utwory były wypełniaczami, pomiędzy którymi zdarzało się kilka ciekawszych kompozycji. Tymczasem na "Obsession" nie ma ani przebojów na miarę "Doctor Doctor" i "Rock Bottom", ani intrygujących utworów w stylu "Too Much of Nothing", ani bardziej ambitnego podejścia do grania, jak w "Love to Love" (o "UFO II: Flying" nawet nie warto wspominać, bo to już nie te czasy).

Album rozpoczyna przebój "Only You Can Rock Me" - pierwszy singiel grupy, któremu udało się wejść do brytyjskiego notowania (doszedł do 50. miejsca). To akurat jeden z tych słabszych utworów - strasznie banalny i irytujący kiczowatą partią syntezatorów (takie brzmienia w muzyce rockowej stały się modne dopiero kilka lat później, ale nie sposób uznać to za zaletę). Poziom odrobinę wzrasta w "Pack It Up (And Go)" - ciężkim, stricte hard rockowym utworze; może trochę chaotycznym, ale przynajmniej dalekim od popowego banału poprzedniego kawałka. Nieco gorzej wypada instrumentalna miniaturka "Arbory Hill", oparta na brzmieniu gitary akustycznej i fletu - eksperyment nie do końca pasujący do reszty albumu. Po chwili rozbrzmiewa jednak całkiem udany, typowy dla zespołu "Ain't No Baby", z solidnym, hard rockowym brzmieniem i dość zgrabną melodią. "Lookin' Out for No. 1" to dla odmiany przesłodzona, niemiłosiernie ckliwa ballada, zdominowana przez nachalne brzmienia instrumentów smyczkowych, po której złe wrażenie zaciera energetyczny "Hot 'n' Ready" - utwór sam w sobie kiepski, ale po dawce kiczu z poprzedniego kawałka, słucha się go całkiem przyjemnie. Podobny duet stanowią dwa kolejne utwory: pop rockowy "Cherry" i ostrzejszy "You Don't Fool Me" (który zwraca uwagę uwypukloną partią gitary basowej). Dziwaczną, orkiestrowo-gitarową miniaturkę "Lookin' Out for No. 1 (Reprise)" zestawiono natomiast z najlepszym na albumie "One More for the Rodeo", w którym zespół pokazał, że jest w stanie stworzyć autentycznie przebojowy utwór bez ocierania się o popowy banał, a zachowując hard rockowy charakter. Natomiast finałowy "Born to Lose" jest tylko odrobinę słabszy - to całkiem zgrabna ballada, znów z orkiestracją, ale tym razem mniej wyeksponowaną, a zatem bardziej znośną.

"Obsession" to najsłabszy z wydanych do tamtej pory albumów w dyskografii UFO. To longplay, który zadowolić może chyba tylko najmniej wymagających wielbicieli hard rocka oraz, oczywiście, najbardziej oddanych fanów zespołu i/lub Michaela Schenkera (chociaż mojej uwagi nie zwróciła żadna jego solówka z tego albumu). Dla wszystkich pozostałych przesłuchanie "Obsession" będzie najprawdopodobniej nieodżałowaną stratą czasu.

Ocena: 6/10



UFO - "Obsession" (1978)

1. Only You Can Rock Me; 2. Pack It Up (And Go); 3. Arbory Hill; 4. Ain't No Baby; 5. Lookin' Out for No. 1; 6. Hot 'n' Ready; 7. Cherry; 8. You Don't Fool Me; 9. Lookin' Out for No. 1 (Reprise); 10. One More for the Rodeo; 11. Born to Lose

Skład: Phil Mogg - wokal; Michael Schenker - gitara, flet (3); Paul Raymond - gitara i instr. klawiszowe; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja
Gościnnie: Alan McMillan - aranżacja instr. smyczkowych (5,9,11)
Producent: Ron Nevison


27 lipca 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Idlewild South" (1970)



Zaledwie dziesięć miesięcy po premierze debiutanckiego albumu The Allman Brothers Band do sklepów trafił jego następca, "Idlewild South". Mimo tak krótkiego odstępu czasu, między ukazaniem się tych wydawnictw, stylistycznie dzieli je przepaść. Po niemal stricte blues rockowym "The Allman Brothers Band", muzycy zaproponowali znacznie bardziej różnorodny materiał. Być może jest to zasługa (wina?) pozyskania jako producenta słynnego Toma Dowda, który współpracował wcześniej z wykonawcami tworzącymi bardzo zróżnicowaną muzykę - od Arethy Franklin, przez Johna Coltrane'a, po Cream i Derek and the Dominos. Trzeba jednak pamiętać, że już na debiucie pojawiła się kompozycja "Dreams", zdradzająca szersze horyzonty muzyczne członków zespołu.

Już rozpoczynający album utwór "Revival" może budzić zdumienie - w warstwie muzycznej dominuje gitara akustyczna, a chóralna partia wokalna w (powtarzanym do znudzenia, banalnym) refrenie jest wyraźnie inspirowana muzyką gospel. O swoich bluesowych korzeniach grupa przypomina w kolejnym utworze, "Don't Keep Me Wonderin'" - całkiem niezłym, choć zbyt wygładzonym brzmieniowo, pozbawionym pazura, jaki miał debiutancki album. W "Midnight Rider" znów dominują brzmienia akustyczne, a sam utwór jest dość mdły. Longplay ożywa dopiero przy czwartym utworze, instrumentalnym "In Memory of Elizabeth Reed". Mimo nieco jazzowego charakteru jest to jeden z najbardziej energetycznych fragmentów tego albumu, pełen porywających solówek - głównie gitarowych, ale i pozostali muzycy mają sporo miejsca do popisu. Sporą dawkę energii oferuje także przeróbka klasycznej kompozycji Williego Dixona, "Hoochie Coochie Man", po raz pierwszy wykonanej przez Muddy'ego Watersa. Naprawdę świetnie wykonana - z jednej strony zachowująca bluesowy charakter oryginału, a z drugiej brzmiąca po prostu w stylu The Allman Brothers Band. Ten jeden jedyny utwór pasowałby stylistycznie na poprzedni album grupy. Co ciekawe, w roli wokalisty wystąpił tutaj - po raz pierwszy i ostatni w studyjnej dyskografii grupy - Berry Oakley. I poradził sobie całkiem nieźle. Uspokojenie przynosi zgrabna ballada "Please Call Home", a na koniec czeka jeszcze odrobina bardziej energetycznego grania, w postaci funkującego bluesa "Leave My Blues at Home".

To nie jest zły album - na spokojny wieczór po ciężkim dniu nadaje się idealnie. Jednak w porównaniu z rewelacyjnym debiutem pozostawia spory niedosyt. Tam było nie tylko więcej energii, ale też czuło się, że muzycy doskonale wiedzą, jaką muzykę chcą grać. "Idlewild South" brzmi natomiast, jakby nie mogli się zdecydować, w jakim kierunku pójść. Fakt, w tamtym czasie praktycznie wszystkie rockowe albumy były zróżnicowane stylistycznie, ale tutaj właściwie każdy utwór jest utrzymany w innym stylu, przez co całość wyraźnie się nie klei.

Ocena: 7/10



The Allman Brothers Band - "Idlewild South" (1970)

1. Revival; 2. Don't Keep Me Wonderin'; 3. Midnight Rider; 4. In Memory of Elizabeth Reed; 5. Hoochie Coochie Man; 6. Please Call Home; 7. Leave My Blues at Home

Skład: Gregg Allman - wokal, instr. klawiszowe; Duane Allman - gitara; Dickey Betts - gitara; Berry Oakley - bass, wokal (5), dodatkowy wokal; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne;
Gościnnie: Thom Doucette - harmonijka, instr. perkusyjne
Producent: Tom Dowd; Joel Dorn (6)


21 lipca 2015

[Recenzja] UFO - "Lights Out" (1977)



Przed nagraniem "Lights Out" z zespołem rozstał się klawiszowiec Danny Peyronel. Jego następcą został były muzyk Savoy Brown, Paul Raymond. W przeciwieństwie do Peyronela miał on pełnić nie tylko rolę klawiszowca, ale również gitarzysty rytmicznego. W rezultacie "Lights Out" jest o wiele bardziej gitarowym albumem od wydanego rok wcześniej "No Heavy Petting". Brzmienia klawiszowe zostały znacznie ograniczone, nie są już tak nachalnie nadużywane, jak na poprzednim albumie. Niestety, nie oznacza to powrotu do surowego brzmienia pierwszych wydawnictw UFO. Producent Ron Nevison postanowił zaprosić na sesję orkiestrę, która miała swoją grą ubarwić kilka utworów. Efekty tego posunięcia są różne - czasem interesujące, czasem zdecydowanie nieudane. Ale album nie tylko pod tym względem pozostawia mieszane odczucia. Jak zwykle na albumach UFO - przynajmniej od czasu pojawienia się w zespole Michaela Schenkera - poziom poszczególnych utworów jest bardzo zróżnicowany.

Początek albumu nie jest szczególnie porywający. Otwierający go utwór "Too Hot to Handle" opiera się na riffie budzącym skojarzenia z AC/DC, ale jego atrakcyjność umniejsza wygładzone brzmienie (był wydany na pierwszym singlu promującym "Lights Out"). Ogólnie jednak nie ma tragedii, chociaż Phil Mogg mógł sobie darować te irytujące wokalizy "sha la la la"... Dalej jest niestety gorzej. "Just Another Suicide" to już do bólu banalna, popowa piosenka, wzbogacona "ogniskową" partią gitary akustycznej. Szczytem kiczu jest natomiast ballada "Try Me", z akompaniamentem pianina i smyczków (bardzo dobrze wypada tu jednak delikatna partia wokalna Mogga). Zupełnie niespodziewanie poziom podnosi się w tytułowym "Lights Out". W końcu pojawia się odpowiednio ciężkie, hardrockowe brzmienie, a całość napędza mocna, wyraźna partia basu. Do tego całkiem chwytliwa melodia - nic dziwnego, że utwór na stałe wszedł do koncertowego repertuaru grupy, bo to idealny kawałek do grania na żywo. Dobre wrażenie podtrzymuje "Gettin' Ready" - nieco lżejszy i mniej atrakcyjny pod względem melodycznym, ale wciąż hardrockowy.

Sporym zaskoczeniem jest "Alone Again Or" - cover amerykańskiej grupy Love, oryginalnie nagrany w 1968 roku. Wersja UFO zachowuje fantastyczną melodię oryginału, a mimo cięższego brzmienia, klimatem również jest zbliżona do pierwowzoru. Można się tylko przyczepić do zbyt nachalnej orkiestracji, ale cóż - była też obecna w oryginale. "Electric Phase" to kolejny cięższy utwór, wyróżniający się gitarowymi partiami granymi techniką slide - rzecz rzadka na płytach UFO. A na sam koniec albumu pojawia się ten najważniejszy utwór - "Love to Love". Rozpoczyna się od zwielokrotnionej, jakby "orkiestrowej" partii gitary (identyczny efekt często wykorzystywał Brian May z Queen), po której wchodzi intrygujący klawiszowy motyw, wsparty głębokim brzmieniem basu Pete'a Waya, do którego następnie dochodzi ciężki gitarowy riff, mocna perkusja i jakby sitarowe brzmienia. Dalej utwór wspaniale się rozwija, pojawiają się brzmienia orkiestrowe (idealnie pasujące do charakteru kompozycji) i fantastyczna partia wokalna Mogga. Całość trwa prawie osiem minut i ma prawdziwie progrockowy rozmach. To bez wątpienia najbardziej ambitny utwór UFO od czasu albumu "UFO II: Flying" i zarazem największe arcydzieło składu z Schenkerem.

Pomimo nieszczególnego początku, z kolejnymi utworami longplay coraz więcej zyskuje, a jego finał to prawdziwy majstersztyk. Tym jednym utworem muzycy UFO wybiegli daleko ponad hardrockową średnią, jaką zwykli w tamtym czasie reprezentować. A przecież na "Love to Love" zalety albumu wcale się nie kończą - równie intrygującym i niesztampowym utworem jest "Alone Again Or", natomiast tytułowy "Lights Out" to koncertowy klasyk (niemal o tej samej randze, co "Doctor Doctor" i "Rock Bottom"). Reszta albumu pozostaje w tyle za tymi utworami, ale ogólne wrażenie pozostaje pozytywne.

Ocena: 7/10



UFO - "Lights Out" (1977)

1. Too Hot to Handle; 2. Just Another Suicide; 3. Try Me; 4. Lights Out; 5. Gettin' Ready; 6. Alone Again Or; 7. Electric Phase; 8. Love to Love

Skład: Phil Mogg - wokal; Michael Schenker - gitara; Paul Raymond - gitara i instr. klawiszowe; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja
Gościnnie: Alan McMillan - aranżacja instr. smyczkowych
Producent: Ron Nevison


20 lipca 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "The Allman Brothers Band" (1969)



Chociaż muzyka bluesowa wywodzi się ze Stanów, na polu łączenia jej z rockiem o wiele bardziej błyszczeli muzycy pochodzący z Wysp Brytyjskich. A jednak również Amerykanie mogą pochwalić się kilkoma świetnymi grupami bluesrockowymi, wśród których niekwestionowanymi liderami są The Paul Butterfield Blues Band i The Allman Brothers Band. O pierwszej z nich na pewno jeszcze napiszę w przyszłości, a na razie skupmy się na tej drugiej. Zespół powstał na początku 1969 roku, z inicjatywy gitarzysty Duane'a Allmana, do tamtej pory działającego jako muzyk sesyjny. Duane postanowił stworzyć grupę o niespotykanym wówczas składzie, z dwoma gitarzystami solowymi i dwoma... perkusistami. Szybko pozyskał chętnych do współpracy muzyków: gitarzystę Dickeya Bettsa, basistę Berry'ego Oakleya, klawiszowca Reese'a Wynansa, oraz perkusistów Jaia Johansona i Butcha Trucksa. Obowiązki wokalne początkowo dzielili między siebie Allman, Oakley i Betts, ale ponieważ nie wypadało to najlepiej, Duane postanowił zaangażować jako wokalistę swojego młodszego brata, Gregga Allmana, co przy okazji wpłynęło na ostateczny wybór nazwy zespołu. Gregg był nie tylko dobrym wokalistą, ale również potrafił grać na klawiszach, przez co z zespołem musiał pożegnać się Wynans. Zaledwie cztery dni po ukształtowaniu się tego składu, 30 marca 1969 roku, zespół zagrał swój pierwszy koncert.

Gdy w sierpniu The Allman Brothers Band weszli do studia nagraniowego, mieli za sobą już tyle występów, na których doszlifowali swój repertuar, że cały materiał na debiutancki album zarejestrowali w ciągu zaledwie dziesięciu dni. Złożyło się na niego pięć utworów napisanych przez Gregga Allmana, a także dwa covery: "Trouble No More" Muddy'ego Watersa oraz "Don't Want You No More" The Spencer Davis Group. Właśnie ten drugi otwiera album i jest dobrą zapowiedzią tego, czego można spodziewać się po całości. To dynamiczny utwór o rockowej energii i bluesowym charakterze, ze świetną współpracą obu gitarzystów, delikatnym organowym tłem i mocną grą sekcji rytmicznej. Jeśli jednak chodzi o tą ostatnią, to zupełnie nie słychać, że w nagraniu wzięło udział aż dwóch perkusistów - jeden poradziłby sobie bez problemu z odegraniem wszystkich perkusyjnych partii w tym utworze. Zresztą i większość pozostałych kawałków nie uzasadnia konieczności grania z dwoma bębniarzami - jedynie na koncertach miało to sens. "Don't Want You No More" przechodzi płynnie w "It's Not My Cross to Bear" - klasyczną bluesrockową balladę, z wspaniale budowaną dramaturgią. Brzmienie utworu jest bardzo intrygujące - jednocześnie ostre i nastrojowe.

W zadziornym "Black Hearted Woman" muzycy znów przyspieszają tempo. Utwór opiera się na charakterystycznym gitarowym riffie, ale uwagę przykuwają w nim przede wszystkim bogate brzmienia perkusyjne. Właśnie w tym utworze najlepiej słychać obecność dwóch perkusistów. Jest nawet fragment, w którym milkną wszystkie pozostałe instrumenty - naprawdę świetny, ale niestety dość szybko przerwany wejściem niepotrzebnej wokalizy Gregga. Wspomniany już cover "Trouble No More" zagrany został oczywiście z rockową - a momentami wręcz hardrockową - mocą, ale zachował bluesowego ducha oryginału. "Every Hungry Woman" to kolejny zadziorny utwór, całkiem chwytliwy, ale najmniej interesujący z całego longplaya (wciąż jednak bardzo dobry). Zaskoczeniem przy pierwszym przesłuchaniu może być natomiast zdecydowanie łagodniejszy od reszty "Dreams". Ponad siedmiominutowa kompozycja o psychodeliczno-jazzującym charakterze, z wysuniętą na pierwszy plan partią organów młodszego Allmana, ale dająca pole do popisu także pozostałym muzykom. A na koniec czeka jeszcze najbardziej doskonały utwór, "Whipping Post". Rozpoczęty genialnym w swojej prostocie basowym motywem, do którego po chwili dołączają świetne, kąśliwe partie gitar, mocna perkusja, delikatne organowe tło i zapadająca w pamięć linia wokalna. Prawdziwa esencja The Allman Brothers Band, skondensowana w niewiele ponad pięciu minutach. A na koncertach utwór rozrastał się nawet do ponad dwudziestu minut, jeszcze lepiej pokazując na co stać zespół.

Debiutancki longplay The Allman Brothers Band to jeden z najlepszych albumów bluesrockowych, śmiało mogący konkurować z dziełami brytyjskich grup. Grającym tutaj muzykom nie można odmówić sporych umiejętności technicznych - jak przystało na profesjonalistów, mających już za sobą pewne doświadczenie - przede wszystkim jednak słychać, że wszyscy po prostu "czują bluesa" - tak w przenośni, jak i dosłownie. Bardzo dobrze wypada również kompozytorska strona albumu - każdy utwór broni się osobno, a razem tworzą bardzo udaną, właściwie doskonałą całość. Pozycja obowiązkowa.

Ocena: 10/10



The Allman Brothers Band - "The Allman Brothers Band" (1969)

1. Don't Want You No More; 2. It's Not My Cross to Bear; 3. Black Hearted Woman; 4. Trouble No More; 5. Every Hungry Woman; 6. Dreams; 7. Whipping Post

Skład: Gregg Allman - wokal, organy; Duane Allman - gitara; Dickey Betts - gitara; Berry Oakley - bass, dodatkowy wokal; Jai Johanny Johanson - perkusja, kongi; Butch Trucks - perkusja, instr. perkusyjne
Producent: Adrian Barber


17 lipca 2015

[Recenzja] Flower Travellin' Band - "Satori" (1971)



W latach 70. muzyka hard rockowa cieszyła się ogromną popularnością w Japonii. Nie przypadkiem właśnie tam zostało zarejestrowane wiele koncertówek czołowych przedstawicieli tego stylu (vide "Made in Japan" Deep Purple, "On Stage" Rainbow, itp.). Zainteresowanie taką muzyką w tym kraju nie przełożyło się jednak na chęć jej wykonywania. Lista hard rockowych grup z Japonii jest krótka, a jeszcze krótsza jest lista tych z nich, które miały coś ciekawego do zaoferowania. Tak naprawdę liczą się tylko dwie nazwy: Blues Creation i Flower Travellin' Band. W dzisiejszej recenzji zajmę się drugim z tych zespołów. Powstał on w Tokio, w 1969 roku. Wydany dwa lata później debiutancki album, "Anywhere", składał się z coverów zachodnich wykonawców (m.in. "Black Sabbath" Black Sabbath, "21st Century Schizoid Man" King Crimson, "The House of the Rising Sun" The Animals). Na zaprezentowanie własnych kompozycji nadszedł czas rok później, gdy ukazał się longplay "Satori" - jeden z najciekawszych albumów wydanych w Kraju Wchodzącego Słońca. I prawdopodobnie najlepszy z utrzymanych w rockowej stylistyce.

Album rozpoczyna się od utworu "Satori (Part I)", charakteryzującego się dość posępnym klimatem, częstymi zmianami tempa i wyjątkowo ciężkim - jak na 1971 rok - brzmieniem. Kompozycja opiera się na kilku świetnych riffach, które najwyraźniej dostarczyły inspiracji muzykom grupy Slayer, gdy tworzyli takie utwory, jak "Raining Blood" czy "South of Heaven" (jest to prawdopodobne, gdyż "Satori (Part I)" był wydany w Stanach na singlu). Nie najlepiej wypada niestety warstwa wokalna, zwłaszcza gdy Joe Yamanaka wchodzi w wyższe rejestry. Wynagradza to jednak świetna muzyka. Jeszcze bardziej intrygująco wypadają dwa kolejne utwory, "Satori (Part II)" i instrumentalny "Satori (Part III)". Muzycy połączyli w nich hard rockowe brzmienie i instrumentarium z wyraźnie wschodnimi, orientalnymi melodiami. To ogromny plus tego wydawnictwa, że muzycy nie ograniczają się tutaj tylko do kopiowania zachodnich wzorców, a łączą je z elementami własnej kultury. Mimo to, wyraźnie słychać, że byli pod wrażeniem brytyjskiej muzyki - chociażby w "Satori (Part III)", który w środku zostaje przełamany fragmentem o charakterze blues rockowej improwizacji. Fascynację blues rockiem słychać także w "Satori (Part IV)", ale to akurat najmniej udany fragment całości - długi, jedenastominutowy utwór o zdecydowanie zbyt jednostajnym charakterze. Poziom wzrasta jednak w finałowym "Satori (Part V)", w którym wraca mroczny klimat z początku longplaya - tym razem jednak w bardziej nastrojowej formie, choć i tutaj nie brakuje cięższych riffów.

Okładka wydania kanadyjskiego.
Album do dziś nie został oficjalnie wydany w Europie ani w Stanach, za to już w 1971 roku opublikowano go w Kanadzie. W znacznie zmienionej wersji w stosunku do oryginalnego wydania japońskiego - z inną okładką i inną zawartością. Znalazły się na nim skrócone wersje "Satori (Part I)", "Satori (Part II)", "Satori (Part III)" (nagrany na nowo, z partią wokalną i nowym tytułem, "Hiroshima") i "Satori (Part V)" (pod tytułem "Satori (Part III)"), a także cztery zupełnie nowe kompozycje, w tym "Lullaby", który nigdy nie został wydany poza Kanadą (trzy pozostałe nowe utwory, a także "Hiroshima" trafiły natomiast na trzeci japoński album zespołu, "Made in Japan"*). I w tej wersji longplay sprawia nawet jeszcze lepsze wrażenie, pokazując większą wszechstronność zespołu. Głównie dzięki takim utworom, jak "Unaware" i "Gimme Air", w których pojawiają się brzmienia akustyczne, zaś przede wszystkim za sprawą wspomnianego "Lullaby", utrzymanego w klimacie tradycyjnej muzyki japońskiej, a opartego na akompaniamencie sitaru. Przeciwieństwem tych utworów jest natomiast ciężki, niemal heavy metalowy "Kamikaze".

"Satori" to niezwykle intrygujący album. Pokazujący, że muzyka hard rockowa wcale nie musi być ograniczona przez ustalone z góry ramy. Muzycy Flower Travellin' Band udowodnili, że można grać w tym stylu na swój własny, oryginalny i niepowtarzalny sposób. Dlatego "Satori" (a także następny album grupy, "Made in Japan") jest tak wyjątkową pozycją.

Ocena: 8/10

*Album "Made in Japan" ukazał się w lutym 1972 roku - pół roku przed japońskimi koncertami Deep Purple, których zapis trafił na tak samo zatytułowaną koncertówkę. Longplay warto poznać nawet jeśli słyszało się już kanadyjskie wydanie "Satori" - chociażby dla utworu "That's All", klasycznej rockowej ballady, ale o wyraźnie orientalnym zabarwieniu, która wciąga niesamowitym klimatem.

PS. Dyskografię Flower Travellin' Band uzupełniają: dwupłytowy album "Make Up" (1973), składający się częściowo z nagrań studyjnych, a częściowo z koncertowych (m.in. ponad 20-minutowa wersja "Hiroshimy"), a także nagrany po wielu latach przerwy "We Are Here" (2008). Śmierć Joego Yamanaki w 2011 roku definitywne zakończyła działalność grupy.



Flower Travellin' Band - "Satori" (1971)

Wydanie japońskie: 1. Satori (Part I); 2. Satori (Part II); 3. Satori (Part III); 4. Satori (Part IV); 5. Satori (Part V)

Wydanie kanadyjskie: 1. Satori (Part I); 2. Kamikaze; 3. Satori (Part II); 4. Hiroshima; 5. Unaware; 6. Gimme Air; 7. Satori (Part V); 8. Lullaby

Skład: Akira "Joe" Yamanaka - wokal, harmonijka; Hideki Ishima - gitara, sitar; Jun Kozuki - bass, gitara; Joji "George" Wada - perkusja

Producent: Ikuzo Orita i Yuya Uchida


14 lipca 2015

[Recenzja] UFO - "No Heavy Petting" (1976)



Z każdym kolejnym albumem, muzyka UFO sprawia wrażenie coraz bardziej wykalkulowanej. "No Heavy Petting" przyniósł muzykę jeszcze bardziej komercyjną, niż dwa poprzednie longplaye. Wciąż jednak utrzymaną na hardrockowym gruncie, aby przypadkiem nie odstraszyć dotychczasowych fanów. Chociaż niektórym z nich na pewno ciężko było pogodzić się z faktem poszerzenia składu o klawiszowca, Danny'ego Peyronela, jako pełnoprawnego członka zespołu. A jego udział na "No Heavy Petting" jest naprawdę spory. Pół biedy, gdy słychać go w utworach o charakterze balladowym ("I'm a Loser", "Belladonna", "Martian Landscape"). Gorzej, gdy kawałki stricte hardrockowe zostają "ozdobione" zupełnie nie pasującymi do nich partiami pianina (np. "Natural Thing", "Highway Lady").

Najlepszym fragmentem longplaya jest akurat jedyny utwór, w którym Peyronel nie zagrał ani dźwięku - "Reasons Love". Ciężki, rozpędzony utwór, oparty na jednym z najlepszych riffów Michaela Schenkera (chociaż bardzo podobnym do tego z "Stormbringer" Deep Purple). To już nie hard rock, a czysty heavy metal. Niemal równie dobrze wypada jeszcze "On with the Action" (mimo niezbyt udanego refrenu). To jakby tutejszy odpowiednik "Too Much of Nothing" z poprzedniego albumu. Oba utwory charakteryzują się wolnym tempem, ciężkim brzmieniem i dość posępnym klimatem. Na tle całości broni się jeszcze "I'm a Loser" - utwór w zupełnie innym klimacie, oparty na brzmieniu gitary akustycznej i z wyjątkowo ciekawymi klawiszowymi dodatkami, ale również z hardrockowymi zaostrzeniami. Na tym niestety kończą się godne uwagi kompozycje. Reszta albumu to hardrockowa sztampa (np. "Natural Thing") lub koszmarki w rodzaju łączącego hardrockowe tempo i brzmienie z kabaretową melodią "Can You Roll Her", czy ociekającej kiczem i popową słodyczą, ckliwej ballady "Belladonna".

"No Heavy Petting" to album po prostu słaby, z kilkoma lepszymi momentami, które jednak giną w natłoku zwyczajnie kiepskich utworów. Longplay potwierdza, że UFO z Michaelem Schenkerem nie miało wiele do zaoferowania.

Ocena: 6/10



UFO - "No Heavy Petting" (1976)

1. Natural Thing; 2. I'm a Loser; 3. Can You Roll Her; 4. Belladonna; 5. Reasons Love; 6. Highway Lady; 7. On with the Action; 8. A Fool in Love; 9. Martian Landscape

Skład: Phil Mogg - wokal; Michael Schenker - gitara; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja; Danny Peyronel - instr. klawiszowe
Producent: Leo Lyons


13 lipca 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Notes from San Francisco" (2011)



Pod koniec 1977 roku Rory Gallagher udał się do San Francisco, by pod okiem producenta  Elliota Mazera (znanego ze współpracy m.in. z Bobem Dylanem i Janis Joplin) nagrać następcę albumu "Calling Card". Ostateczny rezultat sesji zawiódł jednak Irlandczyka, w rezultacie czego wydanie albumu, mającego nosić tytuł "Torch", zostało wstrzymane. Rok później muzyk zarejestrował nowe wersje niektórych utworów, które miały wypełnić "Torch", a także kilka nowych kompozycji - tak powstał album "Photo-Finish". Niemal dwadzieścia lat później, Gallagher - niedługo przed swoją śmiercią - wyraził zgodę na wydanie materiału z sesji w San Francisco, pod warunkiem, że zostanie zremiksowany. Mimo to, upłynęło kilkanaście lat, zanim się tego podjęto (zajął się tym bratanek Rory'ego, Daniel). Stało się to dopiero w 2011 roku, gdy utwory z sesji z 1977 roku wypełniły pierwszy dysk wydawnictwa zatytułowanego "Notes from San Francisco". Na drugim dysku znalazł się natomiast zapis występu Gallaghera z grudnia 1979 roku, również w San Francisco.

Sześć utworów z sesji nagraniowej z 1977 zostało później nagrane na nowo - pięć z nich trafiło na wspomniany album "Photo-Finish" ("Mississippi Sheiks", "Overnight Bag", "Cruise On Out", "Brute Force & Ignorance" i "Fuel to the Fire"), a jeden na następny longplay, "Top Priority" ("B Girl", przemianowany na "Public Enemy No. 1"). O ile jednak te późniejsze, albumowe wersje charakteryzują się dość surowym brzmieniem - nagrano je tylko za pomocą gitary, basu i perkusji - tak tutejsze są znacznie bogatsze pod względem aranżacyjnym. Istotną rolę odgrywają w nich instrumenty klawiszowe, czasem pojawiają się również skrzypce ("Mississippi Sheiks") lub saksofon ("Brute Force & Ignorance"). Paradoksalnie, właśnie w tych oryginalnych wersjach jest znacznie więcej energii. W przeciwieństwie do materiału z "Photo-Finish", tutaj nie słychać pośpiechu i znużenia Gallaghera. Chociaż z drugiej strony, wersje z "Notes from San Francisco" sprawiają wrażenie nieco przeprodukowanych. Dlatego też zupełnie nie dziwi, że Rory nie był przekonany do tego materiału. W tamtym czasie interesowało go głównie granie energetycznego hard rocka.

Trzy inne utwory również były znane na długo przed premierą "Notes from San Francisco". "Persuasion" - w wersji bez obecnej tutaj partii pianina - w 1998 roku został dołączony do reedycji albumu "Deuce". Wydana w tym samym roku reedycja "Calling Card" zawiera z kolei nieznacznie inną wersję "Rue the Day" (z partią harmonijki zamiast saksofonu). Natomiast obecny tutaj - w dwóch nieznacznie różniących się od siebie wersjach - "Wheels Within Wheels" w 2003 roku trafił - w wersji z bardziej oszczędną aranżacją - na tak samo zatytułowaną kompilację. Najciekawiej z tych trzech utworów wypada "Persuasion", pełen rewelacyjnych popisów Gallaghera i hard rockowej energii, a jednocześnie niepozbawiony naprawdę chwytliwej melodii. Pozostałe dwa, "Rue the Day" i "Wheels Within Wheels", charakteryzują się aranżacyjnym przepychem, który najwidoczniej miał ukryć miałkie melodie. Na "Notes from San Francisco" znalazły się także dwa absolutnie premierowe nagrania: "Cut a Dash" i "Out on the Tiles". Niestety, oba dość dziwne i niezbyt udane.

Koncertowy dysk również nie jest pozbawiony wad (najpoważniejsza to niemal bootlegowe brzmienie), ale zawsze przyjemnie posłuchać koncertowych popisów Gallaghera - zwłaszcza z czasów przed jego pogrążeniem w alkoholizm, gdy wciąż jeszcze dawał z siebie wszystko na scenie. Zaprezentowane zostały tutaj świetne wersje takich koncertowych petard, jak np. "Follow Me", "Tattoo'd Lady", "Do You Read Me" czy "Shadow Play", ale jest miejsce na odrobinę wytchnienia, w jazzującym "Calling Card". Dodatkową atrakcją jest obecność utworów niealbumowych - co prawda "Bullfrog Blues" i "Sea Cruise" to covery, ale jest też jedna autorska kompozycja Gallaghera, "I'm Leavin'". I właściwie zupełnie nie dziwi, że nie znalazła się na żadnym albumie, bo nie prezentuje sobą niczego specjalnego. Za to do grania na żywo nadawała się idealnie.

Studyjny dysk "Notes from San Francisco" to bardzo interesująca ciekawostka dla wielbicieli twórczości Rory'ego Gallaghera, jako że zawarty na nim materiał ten jest bardzo nietypowy dla tego artysty pod względem aranżacyjnym. Osobiście preferuję bardziej surowe wersje tych utworów, ale z zaciekawieniem poznałem ich alternatywne wykonania. Koncertowy dysk jest natomiast bardzo przyjemnym dodatkiem i jeszcze bardziej podnosi atrakcyjność tego wydawnictwa. Nigdy za wiele Gallaghera w wersji koncertowej. "Notes from San Francisco" stanowi zatem całkiem udane zwieńczenie dyskografii Irlandczyka.

Ocena: 7/10



Rory Gallagher - "Notes from San Francisco" (2011)

CD1 (studio): 1. Rue the Day; 2. Persuasion; 3. B Girl; 4. Mississippi Sheiks; 5. Wheels Within Wheels; 6. Overnight Bag; 7. Cruise On Out; 8. Brute Force & Ignorance; 9. Fuel to the Fire; 10. Wheels Within Wheels (Alt. Version); 11. Cut a Dash; 12. Out on the Tiles
CD2 (live): 1. Follow Me; 2. Shinkicker; 3. Off the Handle; 4. Bought and Sold; 5. I'm Leavin'; 6. Tattoo'd Lady; 7. Do You Read Me; 8. Country Mile; 9. Calling Card; 10. Shadow Play; 11. Bullfrog Blues; 12. Sea Cruise

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, harmonijka; Gerry McAvoy - bass; Rod de'Ath - perkusja (CD1); Lou Martin - instr. klawiszowe (CD1); Ted McKenna - perkusja (CD2)
Gościnnie: Martin Fiero - saksofon (CD1: 1,8); Joe O'Donnell - skrzypce (CD1: 4)
Producent: Elliot Mazer i Daniel Gallagher


10 lipca 2015

[Recenzja] Elf - "Elf" (1972)



Ronnie James Dio sławę zyskał jako wokalista Rainbow i Black Sabbath, ale swoją karierę zaczynał na długo przed powstaniem tych grup. Już w 1957 roku założył grupę The Vegas King. Przez kolejną dekadę nazwa wielokrotnie się zmieniała, podobnie zresztą jak skład i wykonywana muzyka. Zespół wydał kilka singli, a nawet jeden pełny album ("Dio At Domino's" z 1963 roku, sygnowany nazwą Ronnie Dio and the Prophets), ale pozostawał amatorskim przedsięwzięciem, bez kontraktu i szans na zdobycie popularności. Muzycy jednak nie poddawali się, solidnie koncertując po całych Stanach, głównie na uniwersytetach. Po jednym z takich występów doszło jednak do tragedii, która niemal zakończyła działalność grupy. W drodze powrotnej z koncertu muzykom zdarzył się wypadek, w wyniku którego śmierć poniósł gitarzysta Nick Pantas, a inni członkowie zostali poważnie ranni.

Było to w 1968 roku, gdy zespół używał już nazwy The Electric Elves. Po śmierci Pantasa szyld został skrócony do The Elves, a następnie, w 1972 roku, do Elf. W skład zespołu, poza pełniącym role wokalisty i basisty Dio, wchodził wówczas także jego grający na gitarze kuzyn, David Feinstein, a także klawiszowiec Mickey Lee Soule i perkusista Gary Driscoll. Właśnie w tym okresie zespół został dostrzeżony przez management Deep Purple, co zaowocowało podpisaniem kontraktu, profesjonalną sesją nagraniową z dwoma członkami Deep Purple - basistą Rogerem Gloverem i perkusistą Ianem Paicem - jako producentami, a także wspólną trasą koncertową w roli ich supportu. Relację miedzy oboma zespołami stawały się coraz bardziej zażyłe: w 1974 roku Glover zaprosił Dio i Soule'a na sesję nagraniową jego debiutanckiego albumu, "The Butterfly Ball and the Grasshopper's Feast"; z kolei rok później gitarzysta Purpli, Ritchie Blackmore, wspólnie z muzykami Elf utworzył grupę Rainbow.

Jeśli ktoś jednak po twórczości Elf spodziewa się muzyki w stylu Rainbow czy Deep Purple, będzie srodze zawiedziony. Zespół wykonywał muzykę na pograniczu boogie i blues rocka, pod względem instrumentalnym zdominowaną przez nachalne partie pianina o "barowym" charakterze. Osobiście nie znoszę takiego brzmienia, przez wiele lat skutecznie zniechęcało mnie do słuchania Elf. Wielbicielem takiego stylu był natomiast Roger Glover i to prawdopodobnie on popchnął grupę w tym kierunku, gdyż na koncertach muzycy wykonywali wcześniej zupełnie inną muzykę - covery takich wykonawców, jak np. Black Sabbath, Led Zeppelin, Jethro Tull, czy The Who, a także bluesowe i rock and rollowe standardy. Bootlegi pokazują Elf jako świetny hard/blues rockowy zespół, tymczasem na debiutanckim albumie twórczość grupy została rażąco złagodzona. Glover i Paice podcięli grupie skrzydła, nie pozwalając na długie solówki i wyraziste riffy - czyżby z obawy przed konkurencją dla własnego zespołu?

Inna sprawa, że zespół, wcześniej bazujący na graniu cudzych utworów, musiał szybko skomponować własny repertuar. I w większości utworów poszli po najmniejszej linii oporu, opierając się na ogranych schematach. Takie utwory, jak np. "Hoochie Koochie Lady", "I'm Coming Back for You", czy "Love Me Like a Woman", były już nagrywane setki razy przez dziesiątki wykonawców w ciągu poprzedniej dekady. Ale już w nich słychać ogromny talent Ronniego, już te nagrania pokazują jak nietuzinkowym był wokalistą. Pod względem wokalnym jest to równie wspaniały album, co "Rising" czy "Heaven and Hell". I co więcej, bardziej zróżnicowany od nich pod tym względem - wokaliście zdarza się tutaj śpiewać w sposób, jakiego nigdy później nie stosował (np. falsety w "First Avenue"). Niestety, pod względem muzycznym już tak wspaniale nie jest - większość utworów jest do siebie bardzo podobna; trafiła się też jedna ewidentna wpadka ("Dixie Lee Junction", rozpoczęty zgrabnym balladowym początkiem, bezsensownie zestawionym ze sztampowym rozwinięciem o charakterze rock and rollowym).

A jednak, na albumie znalazły się także dwa utwory naprawdę godne uwagi. Jednym z nich jest finałowy "Gambler, Gambler" - zadziorny utwór, pełen hard rockowego czadu. Pianino wciąż jest tutaj obecne (chociaż zupełnie nie pasuje do charakteru utworu), ale w końcu zostaje zepchnięte na dalszy plan, na korzyść gitarowych riffów i solówek Feinsteina. Prawdziwą perłą jest natomiast "Never More" - tak naprawdę jedyny utwór, w którym wykorzystanie pianina wydaje się w pełni uzasadnione. Z początku jest to prześliczna ballada, nieco w stylu Queen (chociaż w 1972 roku jeszcze mało kto słyszał o takim zespole), jednak stopniowo nabiera coraz większej zadziorności. Wspaniała partia Ronniego Jamesa Dio należy do najlepszych w całej jego karierze. równie rewelacyjnie wypadają gitarowe partie Feinsteina. Utwór trwa niespełna cztery minuty, a dzieje się w nim więcej, niż we wszystkich pozostałych kompozycjach razem wziętych. Zupełnie, jakby muzycy postanowili wykorzystać w nim wszystkie najlepsze pomysły. I dzięki temu udało im się stworzyć przynajmniej jeden doskonały utwór.

Debiutancki album Elf pozostawia wiele do życzenia i w praktyce stanowi właściwie tylko ciekawostkę dla wielbicieli Ronniego Jamesa Dio. Nie znaczy to bynajmniej, że album jest kompletnie bezwartościowy. Znalazły się na nim przynajmniej dwa udane utwory, z których jeden to prawdziwe arcydzieło.

Ocena: 6/10



Elf - "Elf" (1972)

1. Hoochie Koochie Lady; 2. First Avenue; 3. Never More; 4. I'm Coming Back for You; 5. Sit Down Honey (Everything Will Be Alright); 6. Dixie Lee Junction; 7. Love Me Like a Woman; 8. Gambler, Gambler

Skład: Ronald Padavona (Ronnie James Dio) - wokal i bass; David Feinstein - gitara; Mickey Lee Soule - instr. klawiszowe; Gary Driscoll - perkusja
Producent: Roger Glover i Ian Paice


8 lipca 2015

[Recenzja] UFO - "Force It" (1975)



Muzycy UFO postanowili pójść za ciosem. Skoro czadowe utwory z "Phenomenon" (i niealbumowy singiel "Give Her the Gun") tak dobrze sprawdziły się na koncertach, to czemu by nie nagrać całego albumu w tym stylu, dorzucając jednego smęta dla równowagi? To schemat typowy dla wielu albumów hardrockowych, który często - także w przypadku "Force It" - jeszcze bardziej podkreśla sztampowość samej muzyki. Ale nawet nie brak oryginalności jest największym problemem tego albumu. Zespół, najwyraźniej zachęcony dobrym przyjęciem "Phenomenon", postanowił jeszcze bardziej skomercjalizować swoją twórczość. Takie utwory, jak "Shoot Shoot" czy "Lost Lost Love" to czysty pop, z irytująco banalnymi melodiami, ale ubrany w hardrockowe brzmienie. Na sesję zaproszono nawet klawiszowca, Chicka Churchilla z Ten Years After, który często wysuwa się na pierwszy plan - przede wszystkim w "Out in the Street", utworze nawet całkiem udanym, ale przekombinowanym. Do tych najbardziej komercyjnych fragmentów albumu zalicza się także wspomniany "smęt" - stereotypowa ballada "High Flyer". Nawet zgrabna, z dość ładną melodią, ale zepsuta tandetnymi klawiszami i szablonową solówką Schenkera.

Album ma jednak także inne oblicze. Utwory o mniej komercyjnym charakterze, bardziej zadziorne i cięższe. Nie ma wśród nich drugiego "Doctor Doctor" lub "Rock Bottom", ale też nie przynoszą one grupie wstydu. Dobre wrażenie robi już otwierający całość "Let It Roll", oparty na szybko przycinanym riffie, wyróżniający się balladowym zwolnieniem. Utwór bez rewelacji, ale całkiem przyjemny. W podobnym stylu utrzymany jest także "Mother Mary", z najlepszym na albumie riffem, ale też z niepotrzebnymi, smętnymi zwolnieniami. Pewnym zaskoczeniem może być natomiast ciężki, posępny "Too Much of Nothing", z uwypukloną partią basu i bardzo zadziorną, ale chwytliwą w dobrym tego słowa znaczeniu, linią wokalną. To jeden z bardziej intrygujących i ambitnych utworów UFO z czasów Schenkera - zresztą to akurat jeden z dwóch utworów na "Force It", w których komponowaniu Niemiec nie brał udziału (drugim jest "Out in the Street"; oba zostały podpisane przez Pete'a Waya i Phila Mogga). Ciekawą kompozycją jest także finałowy "This Kid's", z nieco funkową grą sekcji rytmicznej, zadziornymi partiami Mogga i Schenkera, ciekawymi klawiszowymi ozdobnikami, oraz balladową kodą (posiadającą własny tytuł, "Between the Walls").

"Force It" jest zatem albumem o wiele spójniejszym stylistycznie, niż "Phenomenon", jednak poziom zawartych na nim utworów jest podobnie zróżnicowany - obok kompozycji udanych (z opus magnum całości, "Too Much of Nothing", na czele) znalazły się utwory co najwyżej średnie, wypełniacze ("Dance Your Life Away"), a nawet ewidentne wpadki ("Love Lost Love", "Shoot Shoot"). Jednak na fali popularności hard rocka, album odniósł spory sukces komercyjny, dochodząc do 71. miejsca na liście Billboardu. W tamtym czasie ukazało się jednak wiele znacznie lepszych albumów należących do tego stylu, przy których "Force It" nie ma szczególnej wartości artystycznej.

Ocena: 6/10



UFO - "Force It" (1975)

1. Let It Roll; 2. Shoot Shoot; 3. High Flyer; 4. Love Lost Love; 5. Out in the Street; 6. Mother Mary; 7. Too Much of Nothing; 8. Dance Your Life Away; 9. This Kid's

Skład: Phil Mogg - wokal; Michael Schenker - gitara; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja
Gościnnie: Chick Churchill - instr. klawiszowe
Producent: Leo Lyons


7 lipca 2015

[Recenzja] UFO - "Phenomenon" (1974)



Aż trzy lata trzeba było czekać na następcę "UFO II: Flying". Dziś taka przerwa to norma, ale w tamtych czasach nowe albumy wydawało się każdego roku. Tylko uznane grupy, ze sporym dorobkiem płytowym, mogły pozwolić sobie na dłuższe odstępy między kolejnymi wydawnictwami (a wytwórnie dbały, by wypełnić ten czas kolejnymi składankami lub koncertówkami). Jednak dla takiego zespołu jak UFO, który dopiero walczył o zdobycie popularności, trzyletnia przerwa mogła całkowicie zaprzepaścić szansę na jakikolwiek sukces. Grupa przechodziła w tamtym czasie istotne zawirowania personalne, po odejściu ze składu Micka Boltona w styczniu 1972 roku. Nowym gitarzystą został Larry Wallis. Mimo że pozostał członkiem grupy do października, zespół nie nagrał w tym składzie ani jednego utworu. Nieco lepiej poszło z jego następcą, Berniem Marsdenem (zresztą utalentowanym gitarzystą bluesowym, co udowodnił później na wczesnych albumach Whitesnake). W tym składzie grupa zarejestrowała kilka demówek, w planach była sesja całego albumu. Przypadek sprawił, że losy UFO potoczyły się inaczej...

Latem 1973 roku zespół wyruszył na koncerty do Niemiec. Tuż przed brytyjską granicą okazało się, że Marsden zapomniał paszportu. Pozostali muzycy postanowili jechać dalej, licząc na to, że gitarzysta wkrótce do nich dołączy. Co nigdy nie nastąpiło. Zmuszeni zostali pożyczyć gitarzystę od supportującej ich lokalnej grupy Scorpions, zaledwie 18-letniego Michaela Schenkera. Wspólny występ okazał się na tyle udany, że Brytyjczycy zaproponowali Schenkerowi dołączenie na stałe. Ten początkowo się wahał, ale ostatecznie ustąpił. Odmłodzone UFO zabrało się za tworzenie trzeciego albumu. W tamtym czasie można było się spodziewać, że połączenie sił twórców takich ambitnych albumów, jak "UFO II: Flying" i debiutu Scorpionsów, "Lonesome Crow", zaowocuje czymś równie wybitnym. Czas jednak pokazał, że oba longplaye były wyjątkami w twórczości tych grup. O ile jednak Scorpionsi stopniowo oddalali się od swoich progresywnych korzeni, tak UFO wraz z dołączeniem Schenkera przeszło błyskawiczną metamorfozę, całkowicie rezygnując z dotychczasowego stylu. Elementy spacerockowe całkowicie zniknęły z twórczości grupy, za to uwypuklony został jej bluesowy pierwiastek (do produkcji albumu zatrudniono nawet basistę bluesrockowego Ten Years After, Leo Lyonsa). Rezultatem jest zaskakująco zwyczajny album hardrockowy.

To nie tak, że "Phenomenon" jest złym albumem. Bo grupa całkiem nieźle odnalazła się w tej nowej stylistyce. Czego dowodem takie utwory, jak "Doctor Doctor" (z wprowadzającym w błąd balladowym wstępem, świetnymi partiami Schenkera i rewelacyjną melodią, szczególnie w chwytliwym refrenie, genialnym w swej prostocie) oraz "Rock Bottom" (fantastyczny rockowy czad, z najsłynniejszą solówką Schenkera). Problem w tym, że w tamtym czasie było mnóstwo grających w ten sposób zespołów, a UFO na ich tle właściwie niczym się nie wyróżniał. Na poprzednim albumie mieli własny, niepowtarzalny styl. Tymczasem na "Phenomenon" stracili rozpoznawalność. Właściwie tylko charakterystyczny wokal Phila Mogga pozwala odróżnić UFO od innych grup hardrockowych z lat 70. Bo w grze Schenkera nie ma niczego oryginalnego. Mick Bolton może i był znacznie mniej sprawny technicznie, ale w jego "kosmicznym" brzmieniu było coś wyjątkowego. Mniej wyrazista stała się też sekcja rytmiczna - o ile na poprzednich albumach Pete Way i Andy parker często wysuwali się na pierwszy plan, tak tutaj ich rola ogranicza się wyłącznie do akompaniowania Schenkerowi i Moggowi.

Gdyby chociaż wszystkie utwory trzymały poziom "Doctor Doctor" i "Rock Bottom"... Niestety, pozostałym kompozycjom brak ich wyrazistości i energii. Utrzymane w wolniejszym tempie "Too Young to Know" i "Oh My" to bardzo przeciętne kawałki, o zwyczajnie banalnych melodiach. Tak samo mdłe okazują się utwory o charakterze balladowym, których tu zresztą całkiem sporo: "Crystal Light", "Space Child" i "Time on My Hands". Na poprzednich albumach balladowe fragmenty miały fantastyczny klimat, który tutaj został zastąpiony popową prostotą i bezbarwnością. Przyjemnie wypada natomiast instrumentalna miniaturka "Lipstick Traces", z niewyszukanym, ale bardzo uroczym gitarowym motywem. Balladowo rozpoczyna się także "Queen of the Deep", ale po kilkudziesięciu sekundach utwór nabiera hardrockowego ciężaru. I okazuje się jednym z ciekawszych na tym albumie, chociaż o nieco zmarnowanym potencjale - bo można było nieco więcej z niego wyciągnąć, bardziej go rozbudować, do czego idealnie się nadaje. Niestety, w tamtym czasie muzycy postanowili uciec jak najdalej od wszystkiego, co ambitne... Całości dopełnia dość fajny kawałek bluesrockowy, "Built for Comfort" - ale to akurat cover Williego Dixona.

Album "Phenomenon" pomógł grupie zdobyć długo wyczekiwany sukces komercyjny (był ich pierwszym wydawnictwem na liście Billboardu). Niestety, stało się to kosztem artystycznej wartości. Z oryginalnej, eksperymentującej grupy UFO przekształcił się w zwyczajny zespół hardrockowy, nie wyróżniający się specjalnie na tle setek innych przedstawicieli tego stylu. Sam album jest bardzo nierówny i pewnie mało kto by o nim pamiętał, gdyby nie było na nim "Doctor Doctor" i "Rock Bottom". Oba utwory stały się klasyką hard rocka i stałymi punktami koncertów grupy (pozostałe utwory albo szybko wypadły z setlisty, albo w ogóle nie były grane na żywo). Podnoszą one poziom całości na tyle, że ostateczna ocena musi być pozytywna.

Ocena: 7/10



UFO - "Phenomenon" (1974)

1. Too Young to Know; 2. Crystal Light; 3. Doctor Doctor; 4. Space Child; 5. Rock Bottom; 6. Oh My; 7. Time on My Hands; 8. Built for Comfort; 9. Lipstick Traces; 10. Queen of the Deep

Skład: Phil Mogg - wokal; Michael Schenker - gitara; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja
Producent: Leo Lyons


6 lipca 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Live at Montreux" (2006)



Rory Gallagher podczas swojej kariery wielokrotnie występował na szwajcarskim Montreux Jazz Festival. Po raz pierwszy pojawił się tam już w 1970 roku, jeszcze jako członek Taste (występ ten utrwalono wydanym rok później albumem "Live Taste"). Zespół rozpadł się niedługo później, ale Rory jeszcze pięciokrotnie wystąpił na festiwalu, już jako wykonawca solowy. Opublikowany w 2006 roku album "Live at Montreux" to właśnie kompilacja fragmentów tych solowych występów. Oryginalnie wydano go w trzech formatach: na podwójnym winylu, pojedynczym CD, oraz w dwupłytowej wersji DVD. Dwie ostatnie wersje zostały w 2013 roku skompilowane w jedno wydawnictwo. Właśnie taką wersję "Live at Montreux" posiadam i to właśnie ona będzie przedmiotem tej recenzji.

Płyta CD to dwanaście utworów pochodzących z czterech pierwszych występów, z lat 1975, 1977, 1979 i 1985. Wybór utworów pokazuje różne oblicze Gallaghera: od hardrockowego (np. "Laundromat", "Do You Read Me") i bluesowego (np. "I'm Torn Down", "Too Much Alcohol"), po granie akustyczne ("Out on the Western Plain"), a nawet odrobinę eksperymentalne (orientalizujący "Philby"). Do pełnego obrazu zabrakło tylko Rory'ego w wersji jazzowej... Zresztą według mnie tracklista pozostawia trochę do życzenia. Zabrakło wielu utworów, które były najjaśniejszymi punktami koncertów Irlandczyka, także podczas występów na Montreux Jazz Festival. Jednak wykonanie jest tu naprawdę porywające i ciężko do czegokolwiek się przyczepić.

Okładka wydania CD+2DVD.
Pierwsza płyta DVD, zawiera bardziej obszerne fragmenty tych samych występów (aczkolwiek zabrakło obecnych na CD "Off the Handle", "Out on the Western Plain" i "Shin Kicker", choć ten ostatni pojawia się w wersji z innego występu). To prawdziwa esencja twórczości Gallaghera. Na początek występ z 1975 roku, zarejestrowany zaledwie kilka miesięcy po słynnym "Irish Tour '74", wciąż w tym samym składzie (z basistą Gerrym McAvoyem, perkusistą Rodem de'Athem i klawiszowcem Lou Martinem). Był to nie tylko szczytowy czas kariery Gallaghera, ale także okres jego najwyższej formy. Występ jest pełen energii, a Rory na swoim obdrapanym Stratocasterze wygrywa rewelacyjne riffy i porywające solówki, zarówno gdy sięga do własnego repertuaru ("Tattoo'd Lady", "Cradle Rock", "Laundromat"), jak i po bluesowe standardy ("Garbage Man", "I'm Torn Down"). Cichym bohaterem tego występu (i kolejnych) jest McAvoy, który nie tylko zapewnia utworom solidny podkład, ale również przyciąga uwagę charakterystycznymi rockowymi pozami. Dwa lata później Rory i jego zespół znów pojawili się na Montreux Jazz Festival, by dać równie energetyczny i porywający występ. Koncert odbył się niedługo po premierze albumu "Calling Card", z którego zaprezentowane zostały m.in. jazzujący utwór tytułowy i hardrockowy "Do You Read Me". Jednak największe wrażenie robią starsze utwory: kipiące energią wykonanie "I Take What I Want" oraz przepiękna bluesowa ballada "A Million Miles Away". Niestety, na sam koniec napięcie spada w nużącym, akustycznym wykonaniu "Pistol Slapper Blues".

Występ z 1979 roku odbył się już w innym składzie - z nowym perkusistą, Tedem McKenną, i bez klawiszowca. Z pięciu zamieszczonych tutaj utworów, aż cztery pochodzą z najnowszego wówczas albumu "Photo-Finish". I to jak najbardziej plus, ponieważ materiał z tego longplaya na żywo sprawdzał się o wiele lepiej niż w studiu. "Shin Kicker", "The Last of the Independents" i "The Mississippi Sheiks" zyskały więcej energii i mocniejsze brzmienie, a najbardziej porywająco wypadł "Shadow Play" - tutaj rozbudowany do dziesięciu minut, z Gallagherem szalejącym po całej scenie, a w kilku momentach zbiegającego z niej do publiczności, gdzie nie przestawał grać! Czwarty solowy występ Gallaghera na Montreux Jazz Festival odbył się po dłuższej przerwie, w 1985 roku (już po kolejnej zmianie perkusisty, na Brendana O'Neilla). Zamieszczone tutaj fragmenty pozwalają sądzić, że Rory dość dobrze odnalazł się w dekadzie lat 80., gdyż wyraźnie postawił na bardzo czadowy repertuar, który mógł trafić nawet do słuchaczy popularnego w tamtym czasie heavy metalu. Jednocześnie nie zrezygnował z długich improwizacji charakterystycznych dla poprzedniej dekady. Rezultat słychać już w "Bad Penny". Ten opierający się na jednym z najlepszych riffów Gallaghera utwór został przedstawiony w niemal dziesięciominutowej wersji, pełnej fantastycznych solówek Rory'ego, a nawet z basowym popisem McAvoya. Rozpędzony "Moonchild" to już właściwie czysty heavy metal. Chwilę uspokojenia przynosi akustyczny "Banker's Blues", po którym rozbrzmiewa rewelacyjna wersja "Philby", z Gallagherem grającym na sitarze elektrycznym. Na koniec utworu pojawia się fantastyczna, rozpędzona koda, której nie ma w wersji studyjnej. Całość kończy natomiast czadowy "Big Guns", w którym muzycy proponują kilka różnych zakończeń.

Zdecydowanie mniej ekscytująco prezentuje się zawartość drugiego dysku DVD. Znalazł się na nim kompletny zapis ostatniego występu Rory'ego na Montreux Jazz Festival, z 1994 roku (niespełna rok przed śmiercią Irlandczyka). Gallagher był już wówczas w zdecydowanie gorszej formie, co przejawiało się przede wszystkim w jego wyglądzie i braku ruchliwości na scenie. Wciąż potrafił wydobyć wspaniałe dźwięki ze swojej gitary, chociaż utwory powtarzające się z poprzednimi występami wypadają znacznie mniej porywająco (np. "Moonchild", "Tattoo'd Lady"). Po raz kolejny nastąpiły zmiany w składzie - tym razem jednak Rory nie tylko zatrudnił nowego perkusistę (Richarda Newmana), ale również basistę (Davida Levy'ego), kończąc tym samym ponad dwudziestoletnią współpracę z Gerrym McAvoyem. Szkoda. Na dysku znalazł się także bonus w postaci kilku fragmentów wcześniejszych występów Gallaghera na Montreux Jazz Festival, słusznie pominiętych na poprzedniej płycie. Słusznie, ponieważ dominuje wśród nich nudne, akustyczne smęcenie.

Podsumowując, dysk CD wypada naprawdę nieźle, chociaż wybór utworów mógłby być lepszy; pierwsze DVD to rewelacyjne podsumowanie najlepszych lat w twórczości Gallaghera; natomiast drugie DVD nie powinno nigdy zostać wydane, ponieważ pokazuje Rory'ego w stanie, w jakim wolałbym nigdy go nie ujrzeć. Ostatecznie wystawiam wysoką ocenę, za fantastyczny środkowy dysk (który być może zasługuje nawet na maksymalną ocenę), traktując pozostałe dwa jako mniej (drugie DVD) i bardziej (CD) udane dodatki.

Ocena: 9/10



Rory Gallagher - "Live at Montreux" (2006)

CD: 1975: 1. Laundromat; 2. I'm Torn Down; 1977: 3. I Take What I Want; 4. Bought and Sold; 5. Do You Read Me; 1979: 6. The Last of the Independents; 7. Off the Handle; 8. The Mississippi Sheiks; 9. Out on the Western Plain; 10. Too Much Alcohol; 1985: 11. Shin Kicker; 12. Philby

DVD1: 1975: 1. Tattoo'd Lady; 2. Garbage Man; 3. Cradle Rock; 4. I'm Torn Down; 5. Laundromat; 1977: 6. I Take What I Want; 7. Calling Card; 8. Secret Agent; 9. Bought and Sold; 10. A Million Miles Away; 11. Do You Read Me; 12. Pistol Slapper Blues; 1979: 13. Shin Kicker; 14. The Last of the Independents; 15. The Mississippi Sheiks; 16. Too Much Alcohol; 17. Shadow Play; 1985: 18. Bad Penny; 19. Moonchild; 20. Banker's Blues; 21. Philby; 22. Big Guns
DVD2: 1994: 1. Continental Op; 2. Moonchild; 3. I Wonder Who (Who's Gonna Be Your Sweet Man); 4. The Loop; 5. Tattoo'd Lady; 6. I Could've Had Religion; 7. Ghost Blues; 8. Out on the Western Plain; 9. Medley: Amazing Grace / Walking Blues / Blue Moon of Kentucky; 10. Off the Handle; 11. Messin' With the Kid; 12. I'm Ready; Bonus: 13. Pistol Slapper Blues (1975); 14. Too Much Alcohol (1975); 15. Out on the Western Plain (1977); 16. Medley: Barley and Grape Rag / Pistol Slapper Blues (1977); 17. Going to My Hometown (1977); 18. Walking Blues (1985)

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, harmonijka, sitar; Gerry McAvoy - bass (1975-85); Rod de'Ath - perkusja (1975-77); Lou Martin - instr. klawiszowe (1975-77); Ted McKenna - perkusja (1979); Brendan O'Neill - perkusja (1985); David Levy - bass (1994); Richard Newman - perkusja (1994); John Cooke - instr. klawiszowe (1994)
Gościnnie: Mark Feltham - harmonijka (1985-94)
Producent: Donal Gallagher


3 lipca 2015

[Recenzja] Night Sun - "Mournin'" (1972)



Niemiecka scena rockowa początku lat 70. to głównie zespoły grające specyficzną, eksperymentalną odmianę rocka progresywnego, zwaną krautrockiem. Zdarzali się jednak wykonawcy zapatrzeni w brytyjską muzykę, chcący brzmieć podobnie do tamtejszej sceny - vide Scorpions, Lucifer's Friend, Noferatu, lub Message. Do tych ostatnich zalicza się także grupa Night Sun. Zespół powstał w 1970 roku na gruzach właśnie rozwiązanej jazzowej grupy Take Five. Od samego początku w Night Sun grali klawiszowiec i saksofonista Knut Rossler, oraz perkusista Ulrich Staudt; pozostali muzycy często się zmieniali. Właściwy skład - ze śpiewającym basistą Brunem Schaabem i gitarzystą Walterem Kirchgassnerem - wykrystalizował się w 1971 roku. To właśnie w takim składzie zespół zarejestrował swój jedyny album, zatytułowany "Mournin'". Niestety, niedługo po jego wydaniu z zespołu odszedł Kirchgassner, co doprowadziło do rozwiązania Night Sun.

Jak, już wspomniałem, zespół wzorował się na wykonawcach brytyjskich. O konkretnych inspiracjach muzyków najlepiej świadczy chyba utwór "Nightmare". Pod względem muzycznym jest to praktycznie czyste Deep Purple, z charakterystycznymi organami Hammonda i brzmieniem gitary, oraz rozpędzoną grą sekcji rytmicznej. Naprawdę ciężko nie skojarzyć tego utworu ze "Speed King" czy "Fireball". Ale wokalista wcale nie próbuje naśladować Iana Gillana. Zamiast tego śpiewa w stylu Roberta Planta i momentami udaje mu się podrabiać go naprawdę wzorowo. Taki purplowo-zeppelinowy miks charakteryzuje więcej utworów (np. "Plastic Shotgun", "Blind"), a na albumie często pojawia się także posępny klimat i ciężar w stylu Black Sabbath ("Got a Bone of My Own", "Slush Pan Man", "Living with the Dying"). Z całości na pewno wyróżnia się "Come Down" - z początku balladowy, bardzo psychodeliczny, ale w dalszej części zmierzający w cięższe i bardziej mroczne rejony. Muzycy Night Sun nie ograniczają się jednak wyłącznie do naśladowania hardrockowych gigantów. W finałowym "Don't Start Flying" znacznie wykraczają poza tę stylistykę, wzbogacając aranżację o trąbkę i fagot. Tutaj skojarzenia idą raczej w stronę Colosseum lub wczesnego King Crimson, choć nie brakuje hardrockowego ciężaru.

Niestety, o ile muzykom Night Sun świetnie wychodzi naśladowanie stylu swoich idoli, to mają problem z nadaniem własnym kompozycjom wyrazistości. Deep Purple, Led Zeppelin, Black Sabbath, King Crimson - te wszystkie zespoły tworzyły przecież (w swoich najlepszych latach) bardzo wyraziste utwory, z których rozróżnieniem nie ma żadnych problemów nawet po jednym przesłuchaniu. Na "Mournin'" większość utworów zlewa się ze sobą, brakuje w nich rozpoznawalnych melodii i motywów. Owszem, "Don't Start Flying" czy "Come Down" są rozpoznawalne ze względu na nieco odmienny charakter, ale tak naprawdę w pamięci zostają głównie ich aranżacje, nie same kompozycje. Jedynym wyjątkiem wydaje się nie wspomniany dotąd "Crazy Woman", oparty na dość nośnym riffie i przykuwającą uwagę zadziorną partią wokalną Schaaba. Cały album jest oczywiście bardzo dobrze zagrany - muzykom na pewno nie można zarzucić braku umiejętności posługiwania się instrumentami, czym nieco nadrabiają swoje braki w innych dziedzinach. Zaletą longplaya jest też brzmienie - ale to już zasługa producenta, słynnego Conny'ego Planka (mającego na koncie produkcję "Lonesome Crow" Scorpionsów, ale też dzieła licznych grup krautrockowych: Kraftwerk, Ash Ra Tempel, Eloy, Neu!, Guru Guru).

"Mournin'" to mimo wszystko bardzo interesujący album, który, mimo oczywistych nawiązań do innych wykonawców, ma swój własny, specyficzny klimat. Longplay powinien zainteresować przede wszystkim wielbicieli Deep Purple, Black Sabbath i Led Zeppelin, ale też ogólnie pojętego ciężkiego grania z tamtych czasów. Co niektórzy dopatrują się tutaj nawet korzeni takich odmian metalu, jak thrash, stoner, doom i power, ale to jednak przesada. Muzycy Night Sun nie odkrywają tutaj niczego nowego, jedynie łączą elementy stylów kilku innych grup. Robią to jednak naprawdę wspaniale.

Ocena: 8/10



Night Sun - "Mournin'" (1972)

1. Plastic Shotgun; 2. Crazy Woman; 3. Got a Bone of My Own; 4. Slush Pan Man; 5. Living with the Dying; 6. Come Down; 7. Blind; 8. Nightmare; 9. Don't Start Flying

Skład: Bruno Schaab - wokal i bass; Walter Kirchgassner - gitara; Knut Rossler - instr. klawiszowe, trąbka, fagot; Ulrich Staudt - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Conny Plank


2 lipca 2015

[Recenzja] Deep Purple - "Live in Concert 72/73" / "Live in California 74" (2005)



W 2005 roku dyskografia Deep Purple poszerzyła się o dwa bardzo interesujące wydawnictwa DVD, opublikowane w ramach serii "The Deep Purple DVD Archive Collection". Najpierw, w lipcu, ukazał się "Live in Concert 72/73", zawierający nagrania najsłynniejszego składu grupy, tzw. Mark II. Druga - i niestety ostatnia - część serii, "Live in California 74", ukazała się w listopadzie, a znalazł się na niej zapis koncertu efemerycznego składu Mark III. Oba wydawnictwa nie są pozbawione wad, ale ich wartość jest ogromna - to jedne z niewielu audiowizualnych materiałów Deep Purple z czasów szczytowej popularności i formy grupy, które się zachowały. Większość filmowych materiałów przedstawiających zespół niestety przepadła przez ówczesną politykę stacji telewizyjnych, które po wyemitowaniu zarejestrowanych przez siebie koncertów, nie przechowywały ich, lecz przeznaczały taśmy do ponownego użytku.

Na szczęście nie wszystkie kraje trzymały się tej zasady. W archiwach duńskiej telewizji przetrwała jedyna kompletna filmowa rejestracja występu Mark II z lat 70., będąca zapisem koncertu w Kopenhadze, 1 marca 1972 roku. I to właśnie ten materiał jest główną atrakcją "Live in Concert 72/73". Chociaż koncert odbył się jeszcze w ramach trasy promującej album "Fireball", muzycy zagrali tylko dwa pochodzące z niego utwory: "The Mule" (tradycyjnie poszerzony o perkusyjne solo Iana Paice'a) i "Fireball". No dobrze, jest jeszcze "Strange Kind of Woman" (jak zwykle z wokalno-gitarowym pojedynkiem Iana Gillana i Rithiego Blackmore'a), z amerykańskiego wydania albumu (w Europie ukazał się wyłącznie na singlu). Pozostałe utwory wypadły z setlisty, ponieważ nie sprawdzały się dobrze na żywo. Co jednak ciekawe, zespół nie wrócił do starszego materiału (są tylko obowiązkowe "Child in Time" i "Black Night"), a zaprezentował trzy utwory z jeszcze niewydanego albumu "Machine Head": "Highway Star", "Lazy" i "Space Truckin'". Całości dopełnił cover "Lucille" Little Richarda. Repertuar dość mocno przypomina więc późniejsze występy z Japonii, udokumentowane słynną koncertówką "Made in Japan". Różnice polegają na braku "Smoke on the Water" (został włączony do setlisty później, ponieważ muzykom dość długo zajęło odkrycie jego potencjału), a także obecności "Fireball", który podczas japońskich występów został zastąpiony utworem "Speed King".

O wykonaniach nie muszę chyba dużo pisać - w tamtym czasie żaden rockowy wykonawca nie mógł się równać na scenie z Deep Purple. Muzycy byli wówczas w szczytowej formie, co słychać w rewelacyjnych improwizacjach, obecnych we wszystkich utworach z podstawowego setu (dopiero na bisy zagrali trzy bardziej zwarte kompozycje). Brzmieniowo jest zaskakująco dobrze - na pewno lepiej, niż na "Made in Japan" (tutaj wyraźnie słychać basowe partie Rogera Glovera). Słabiej jest niestety pod względem wizualnym. I nawet nie chodzi o to, że koncert został sfilmowany na czarno-białej taśmie. Gorzej, że zrobiono to najwyżej za pomocą dwóch kamer, przez co ujęcia są bardzo długie i statyczne. A co najgorsze, kamerzyści skupili się głównie na środku sceny, gdzie znajdowali się Gillan, Glover i Paice. Stojącego po lewej stronie sceny Jona Lorda widać rzadziej i zawsze albo od tyłu, albo w tle innych muzyków. Natomiast przebywającego po prawej stronie Ritchiego Blackmore'a widać z jeszcze mniejszą częstotliwością - czasami nie pojawia się na ekranie przez kilkanaście minut! Kamerzysta poświęca mu więcej uwagi właściwie tylko podczas "obowiązkowej" dewastacji gitary w finale "Space Truckin'".

U góry: Ritchie Blackmore, Roger Glover i Ian Gillan; na dole: Jon Lord i Ian Paice.
Kadry z koncertu w Kopenhadze.

DVD zawiera także fragment występu w Nowym Jorku, 29 maja 1973 roku. Cały koncert został zarejestrowany przez stację telewizyjną ABC, a następnie jego 20-minutowy fragment (utwory "Strange Kind of Woman", "Smoke on the Water" i "Space Truckin'", w nieco przyciętych wersjach) wyemitowano w programie "In Concert". Niestety, pełna rejestracja koncertu została skasowana, w archiwum zachował się jedynie ten wyemitowany fragment. To ogromna strata, ponieważ ocalała część rejestracji prezentuje się naprawdę wspaniale: posiada dobre brzmienie, rewelacyjną jakość obrazu (tym razem w kolorze) i bardzo dynamiczny - jak na tamte czasy - montaż, w którym każdemu muzykowi poświęcono wystarczająco dużo miejsca. Ta rejestracja ma też wartość historyczną, gdyż występ odbył się równo miesiąc przed ostatnim koncertem tego składu (w latach 70., bo jedenaście lat później doszło do jego reaktywacji). Konflikt na linii Gillan-Blackmore osiągnął w tamtym czasie punkt krytyczny, muzycy spotykali się wyłącznie na scenie, a wokalista już postanowił, że po tej trasie odejdzie... A jednak podczas tradycyjnego "pojedynku" w "Strange Kind of Woman" obaj się do się siebie uśmiechają, jakby nigdy nic. Bezcenny widok, nawet jeśli było to wymuszone... Ponadto na DVD znalazła się także zapowiedź kolejnej części "The Deep Purple DVD Archive Collection" - fragment "Live in California 74", w postaci utworu "Burn". Analogicznie, na następnym DVD znalazł się pochodzące z "Live in Concert 72/73" wykonanie "Highway Star".

Skład Mark III - z wokalistą Davidem Coverdalem i śpiewającym basistą Glennem Hughesem, którzy zajęli miejsca Gillana i Glovera - pozostaje w cieniu Mark II. Wielu słuchaczy Deep Purple nie przepada za tym okresem, głównie ze względu na wyraźne wpływy funku i soulu, jakie do twórczości grupy wprowadził Hughes. Jednak nawet najwięksi przeciwnicy Mark III muszą przyznać, że występ tego składu na festiwalu California Jam był jednym z najważniejszych wydarzeń w całej karierze grupy. Występ ten przeszedł do historii, a "Live in California 74" pozwala na własne oczy przekonać się dlaczego. Pozwolę sobie w tym miejscu na krótkie wprowadzenie. Festiwal California Jam odbył się 6 kwietnia 1974 na Ontario Motor Speedway, a zorganizowany został przez wspomnianą już telewizję ABC, która później emitowała jego fragmenty w swoim programie "In Concert". Poza Deep Purple wystąpili m.in. Emerson, Lake & Palmer, Black Sabbath i The Eagles. Było to największe tego typu wydarzenie od czasu wielkich festiwali z końca poprzedniej dekady, na którym zgromadziło się ponad 250 tysięcy widzów. Deep Purple nigdy wcześniej, ani później, nie występował przed tak liczną publicznością... Festiwal został przygotowany bardzo starannie - zbudowano trzy sceny, które za pomocą szyn można było zamieniać miejscami. Dzięki temu, gdy występował jeden wykonawca, na drugiej scenie można było spokojnie rozbierać sprzęt poprzedniego, a na trzeciej ustawiać sprzęt kolejnego. Pomogło to znacząco skrócić przerwy miedzy poszczególnymi występami.

U góry: Ritchie Blackmore i David Coverdale; na dole: Jon Lord, Glenn Hughes i Ian Paice.
Zdjęcia wykonane podczas California Jam Festival.

Niestety, stało się również źródłem problemów. Muzykom Deep Purple zaproponowano ostatni występ podczas festiwalu lub przedostatni, tuż po zachodzie słońca. Wybrali tę drugą opcję, pozwalając grupie ELP wyjść później. Jednak w wyniku minimalnych odstępów między występami poprzednich zespołów, zakończyły się one znacznie przed planowanym czasem. Organizatorzy próbowali więc wypchnąć Deep Purple na scenę wcześniej, niż zostało zakontraktowane, grożąc, że w przeciwnym razie w ogóle nie pozwolą zespołowi wystąpić, co oznaczało również brak zapłaty. Po godzinnej kłótni, z krzykami zniecierpliwionej publiczności w tle, zespół zgodził się rozpocząć występ o 19:30, gdy słońce dopiero zaczęło zachodzić. Początkowo wszystko wyglądało normalnie. Muzycy nie dawali po sobie poznać wzburzenia i perfekcyjnie zagrali swoje utwory, skupiając się na materiale z dopiero co wydanego albumu "Burn" (m.in. rozpędzony utwór tytułowy, który z powodzeniem zajął miejsce "Highway Star", oraz rewelacyjny "Mistreated" z pełnym pasji śpiewem Coverdale'a). Ze starszych utworów zabrzmiały tylko "Smoke on the Water" i "Space Truckin'", oraz cytaty z "Lazy" i "The Mule" w rozimprowizowanym "You Fool No One". Koncert zbliżał się ku końcowi, muzycy tradycyjnie grali długą improwizację w "Space Truckin'", gdy nagle oszalały Blackmore zaczął rozwalać jedną z telewizyjnych kamer za pomocą swojej gitary. Wcześniej podobno wielokrotnie zwracał uwagę kamerzyście, że zasłania go widzom. Następnie Ritchie rozwalił dwie kolejne gitary, podpalił kilka wzmacniaczy (wybuch jednego z nich niemal zdmuchnął go ze sceny), a resztki sprzętu zrzucił do "fosy" pod sceną. Niedługo później musiał uciekać do innego stanu, aby uniknąć aresztowania przez policję, wezwaną przez organizatorów. W tej sytuacji publiczność nie mogła liczyć na żadne bisy.

Jak już jednak wspominałem, również to DVD nie jest pozbawione wad. I znów są to wady techniczne. Jakość brzmienia pozostawia sporo do życzenia, chociaż tragedii nie ma, słychać wszystkie dźwięki. Gorzej jest pod względem wizualnym. W porównaniu z wyraźnym obrazem na "Live in Concert 72/73", tutaj pełno jest różnego rodzaju zakłóceń, niczym na starej kasecie VHS. Dziwny jest też montaż - muzycy pokazywani są z daleka, zbliżenia padają właściwie tylko na Coverdale'a. Szczególnie irytuje to podczas finałowego szaleństwa Blackmore'a... Wszystko jednak wynagradza wspaniała muzyka. Utwory z "Burn" bardzo dobrze sprawdzają się na żywo, a improwizacje muzyków są równie interesujące, co na poprzednim DVD - w końcu w zespole wciąż grali Blackmore, Lord i Paice, a Hughes jest lepszym basistą od Glovera. Wokalnie też bez zarzutu, Coverdale był wtedy w szczytowej formie, a Hughes bardzo się starał, żeby zabrzmieć przynajmniej tak samo dobrze, jak główny wokalista... Na "Live in California 74" znalazł się także bonus, w postaci utworów "Burn" i "Might Just Take Your Life" w wersji z tego samego koncertu, ale z innym montażem (szczerze mówiąc, nie widzę różnicy), a także wspomniana reklama "Live in Concert 72/73". Szkoda, że zamiast tego nie zamieszczono tutaj jakiś dodatkowych rejestracji innych koncertów Mark III, choćby ich fragmentów.

Chyba nie muszę dodawać, że oba wydawnictwa, mimo pewnych niedociągnięć, to obowiązkowa pozycja dla wszystkich wielbicieli Deep Purple, bez względu na to, który skład preferują. Jeżeli ktoś jednak uważa, że to pozycje wyłącznie dla największych fanów zespołu, jest w błędzie. Niewiele było zespołów (a teraz nie ma takich w ogóle), które tak rewelacyjnie prezentowały się na scenie, dlatego każdy rockowy słuchacz powinien zapoznać się z tym materiałem, nawet jeśli z jakiegoś powodu nie przepada za Deep Purple. Osobiście nie potrafię zdecydować, które DVD jest lepsze, dlatego wystawiam im jedną, wspólną ocenę.

Ocena: 9/10

PS. W 2013 roku ukazało się DVD "Copenhagen 1972" będące odpowiednikiem "Live in Concert 72/73" (zawiera koncert z Kopenhagi i ten sam fragment nowojorskiego występu, ale utwór "Burn" został zastąpiony dokumentem o tytule "Deep Purple & the Music Revolution"). Odradzam jednak to wydanie, ze względu na zdecydowanie gorsze brzmienie ("urok" remasteringu).



Deep Purple - "Live in Concert 72/73" (2005)

Denmark 1972: 1. Highway Star; 2. Strange Kind of Woman; 3. Child in Time; 4. The Mule; 5. Lazy; 6. Space Truckin'; 7. Fireball; 8. Lucille; 9. Black Night; New York 1973: 10. Strange Kind of Woman; 11. Smoke on the Water; 12. Space Truckin'; Bonus: 13. Burn ("Live in California 74" preview)

Skład: Ian Gillan - wokal, instr. perkusyjne, harmonijka; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Drew Thomson i Tony Edwards


Deep Purple - "Live in California 74" (2005)

California Jam 1974: 1. Arrival at airport; 2. Burn; 3. Might Just Take Your Life; 4. Lay Down, Stay Down; 5. Mistreated; 6. Smoke on the Water; 7. You Fool No One; 8. Space Truckin'; Bonus: 9. Burn; 10. Might Just Take Your Life; 11. Highway Star ("Live in Concert 72/73" preview)

Skład: David Coverdale - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Glenn Hughes - bass i wokal; Ian Paice - perkusja
Producent: Drew Thomson i Tony Edwards