23 czerwca 2015

[Recenzja] UFO - "UFO II: Flying" (1971)



"UFO II: Flying" (z wiele mówiącym podtytułem "Space Rock") to album wyjątkowo długi, jak na czasy przedkompaktowe - zabrakło dosłownie kilku sekund do pełnej godziny. Mimo tego, wydano go na jednej płycie winylowej, dzięki czemu oszczędzono słuchaczom konieczności zmieniania co chwilę stron (gdyby ukazał się na dwóch płytach, najkrótsza strona trwałaby niecałe siedem minut). Dziś wytwórnie muzyczne nie są już tak wyrozumiałe i krótsze albumy ukazują się na dwóch płytach, dzięki czemu można je sprzedawać w wyższej cenie... Ale nie o tym miał być ten tekst, a o jednym z najbardziej niesamowitych albumów w historii ciężkiego rocka. Ogromnie zaskakujący jest już sam postęp, jaki muzycy UFO poczynili w ciągu jednego roku. Zaledwie dwanaście miesięcy po wydaniu niedopracowanego, niemal amatorskiego debiutu, "UFO 1", zaproponowali dojrzałe, w pełni świadome i - mimo słyszalnych podobieństw do innych wykonawców - oryginalne dzieło. Bardzo rozwinął się przez ten czas gitarzysta Mick Bolton. Wciąż gra prosto, ale bardziej efektownie, z większą pewnością siebie - jego partie już nie muszą być chowane w miksie. Tym razem to na nim spoczywa obowiązek prowadzenia linii melodycznych, co oznacza zmniejszenie roli basisty Pete'a Waya. Jednak partie basu wciąż są wyraźnie słyszalne w miksie, a basista ma sporo miejsca do popisu w rozbudowanych fragmentach instrumentalnych.

Już na sam początek zespół proponuje niemal siedmiominutowy utwór, "Silver Bird". Rozpoczyna się od spokojnego gitarowego motywu - prostego, ale przyciągającego uwagę - wspartego wyraźną grą sekcji rytmicznej. Phil Mogg śpiewa wyjątkowo czystym głosem, dopiero wraz z zaostrzeniem muzyki jego głos nabiera charakterystycznej szorstkiej barwy. W utworze dominują jednak fragmenty instrumentalne, kojarzące się z koncertowymi improwizacjami grupy Cream - opartymi na doskonałej interakcji wszystkich instrumentalistów, a jednocześnie sprawiających wrażenie, jakby każdy instrumentalista chciał swoją grą przyćmić grę pozostałych. Wyszło naprawdę świetnie. Jest to jednak dopiero przystawka przed niesamowitym, dziewiętnastominutowym "Star Storm". Dopiero tutaj muzycy w pełni rozwijają skrzydła i serwują rewelacyjny spacerockowy odlot. Rozpoczyna się od monotonnego pulsu gitary basowej, któremu towarzyszą przetworzone dźwięki gitary. Dopiero po dwóch minutach utwór nabiera bardziej "piosenkowego" charakteru. W tej części znalazło się miejsce i na bardzo chwytliwy gitarowy motyw przewodni, i na zadziorne, hardrockowe riffowanie (któremu wtórują szorstkie partie Mogga), i na długie gitarowe solówki. Ale już po chwili klimat całkowicie się zmienia, zaczynają się kolejne dźwiękowe eksperymenty, nie tak odległe od ówczesnych dokonań Pink Floyd (takich utworów, jak "A Saucerful of Secrets" czy "Echoes"). Przed końcem kompozycji następuje jeszcze kilka zwrotów akcji, ale całość brzmi bardzo spójnie i ani przez chwilę nie nudzi.

Album zawiera także dwa krótsze, niespełna czterominutowe, utwory: rozpędzony, hardrockowy "Prince Kajuku" (ze świetnymi popisami Boltona na tle mocnej gry sekcji rytmicznej), oraz instrumentalny, częściowo balladowy "The Coming of Prince Kajuku". Stanowią one chwilę odpoczynku przed kolejnym spacerockowym odlotem - tytułowym "Flying". To pełna rozmachu, monumentalna kompozycja, o czasie trwania przekraczającym dwadzieścia sześć minut. Pomysłami w niej zawartymi można by obdarzyć kilka różnych utworów. Utwór charakteryzuje się licznymi zmianami nastroju - od rozbudowanych bluesrockowych improwizacji w stylu Cream, przez hardrockowe riffowanie bliskie Led Zeppelin, po bardziej eksperymentalne fragmenty przywołujące na myśl wczesne Pink Floyd. A całość niczym klamra spinają bardzo ładne fragmenty o balladowym charakterze, ze spokojnym śpiewem Mogga i przejmującymi solówkami Boltona o bluesowym nastroju. Całość wypada jednak odrobinę mniej spójnie od "Star Storm". I w sumie nie zaszkodziłoby, gdyby w kilku momentach trochę ją poskracać (szczególnie niepotrzebne wydaje się kilka ostatnich sekund, z puszczoną wspak recytacją fragmentu wiersza "Gunga Din" Rudyarda Kiplinga). Ogólne wrażenie jest jednak bardzo pozytywne. To naprawdę niezwykła i intrygująca kompozycja.

Od premiery "UFO II: Flying" minęło już ponad czterdzieści lat, a album wciąż brzmi świeżo i zaskakuje bogactwem pomysłów oraz niepowtarzalnym klimatem. Zespół wypracował sobie tutaj swój własny, oryginalny styl, będący połączeniem hard/bluesrockowego brzmienia z hipnotycznym nastrojem space rocka. I tylko pozostaje żałować, że grupa nie rozwijała tego stylu na kolejnych wydawnictwach, a poszła w całkowicie innym kierunku... 

Ocena: 9/10



UFO - "UFO II: Flying" (1971)

1. Silver Bird; 2. Star Storm; 3. Prince Kajuku; 4. The Coming of Prince Kajuku; 5. Flying

Skład: Phil Mogg - wokal; Mick Bolton - gitara; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja
Producent: Guy Fletcher i Doug Flett


7 komentarzy:

  1. Bezwzględnie najlepsza ich płyta. I w zasadzie jedyna, która wyrasta poza hard rockową (czy jakąkolwiek inną) druga ligę. Naprawdę oryginalna, wyrazista, pomysłowa muzyka. Zresztą UFOII jest cały czas bardzo wysoko ceniona przez fanów proga i w ogóle klasycznego rocka, podczas gdy nawet najlepsze płyty z Schenkerem (o późniejszych nie wspominając) trafiają tak naprawdę wyłącznie do maniaków hard rocka.

    Jeżeli chodzi o UFO w formule stricte hard rockowej, to poza kilkoma momentami na Phenomenon lubię w zasadzie tylko Strangers in the Night - bardzo fajny koncert, paradoksalnie o niebo lepszy niż Live z Boltonem. I to by było na tyle, całą resztę traktuję jako muzykę tła.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna, a trochę zapomniana płyta. Utwór "Flying" to arcydzieło. Szkoda, że panowie dalej nie grali w takim stylu, bo byli w tym dobrzy (choć paradoksalnie wolę ich prostsze krążki z Michaelem Schenkerem).

    P.S. Czy pojawią się też recenzje następnych płyt UFO?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, recenzje albumów UFO, do "Strangers in the Night" włącznie, będą pojawiać się co wtorek.

      Usuń
  3. Świetna recenzja. Każdy hardcorowy fan UFO (jak ja;) powie, że to najlepsza płyta zespołu. Moim zdaniem jeden z najbardziej klimatycznych LP w historii. Okres z Schenkerem rzeczywiście był bardziej "mainstreamowy" ale przyniósł świetną Force It i idealnie go podsumowującą koncertówkę Strangers in The Night. Dał też zespołowi umiarkowany sukces komercyjny, bez którego wytwórnie nie były by zainteresowane wydawaniem kolejnych płyt co mogło być głównym powodem zmiany brzmienia. Kto więc wie co lepsze- UFO z obecnym dorobkiem czy z ewentualną trzecią studyjną, "kosmiczną" płytą po której zespół by się rozpadł.Moim zdaniem to pierwsze ale mogę nie być obiektywny bo uwielbiam również okres z Chapmanem i Moorem przy gitarze i płytę "High Stakes Dangerous Man" z Archerem.
    Gdybyś miał czas i ochotę to z okresu post-Schenkerowskiego polecam zrecenzować płytę The Wild, the Willing and the Innocent, najbardziej chyba niedocenianą w dyskografii zepołu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobra robota Panie Pawle!!!! Dla Mnie to jedyny album UFO który wytrzymał próbę czasu.Debiut jest niezły choć niedopracowany,koncert z Boltonem też ma swoje momenty,natomiast albumy z Schenkerem to tylko hardrockowe rzemiosło.Ot taka druga liga hardrocka,można posłuchać ale bez nadmiernej ekscytacji.

    OdpowiedzUsuń
  5. Słyszałeś kiedyś album "Doremi Fasol Latido" Hawkwind?

    Jak nie, to polecam. Też bardzo fajne space rockowe granie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś wciąż nie mogę się zabrać za poznawanie Hawkwind ;) Słyszałem dotąd jeden czy dwa albumy, ale akurat nie ten.

      Usuń