16 czerwca 2015

[Recenzja] UFO - "UFO 1" (1970)



Zespół UFO zawsze należał raczej do drugiej ligi hard rocka, chociaż w drugiej połowie lat 70. odnosił całkiem spore sukcesy. Zdobycie popularności zajęło jednak kilka lat. Wczesne albumy grupy spotkały się z uznaniem wyłącznie w Japonii i Niemczech - krajach, które w tamtym czasie przyjmowały z entuzjazmem praktycznie każdy brytyjski zespół. Historia UFO sięga 1969 roku, kiedy to czwórka muzyków - wokalista Phil Mogg, gitarzysta Mick Bolton, basista Pete Way, oraz perkusista Andy Parker - postanowili razem założyć zespół. Początkowo przybrali nazwę Hocus Pocus, by zmienić ją po kilku miesiącach na tą właściwą - będącą hołdem dla londyńskiego klubu UFO. To właśnie w nim zostali zauważeni przez przedstawiciela wytwórni Beacon Records, który zaproponował im podpisanie kontraktu. Niedługo potem nagrali swój debiutancki album, wydany w październiku 1970 roku.

Jak prezentuje się zawartość muzyczna "UFO 1"? Słychać, że longplay ukazał się już po muzycznej rewolucji, przeprowadzonej przez Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple. Muzycy UFO nie naśladują jednak tych grup, a podobnie jak one przekuwają swoje muzyczne inspiracje w coś, co w 1970 roku mogło brzmieć świeżo. Niestety, przeważnie z dość przeciętnym skutkiem. W przeciwieństwie do dojrzałych debiutów Led Zeppelin i Black Sabbath, ten album zdradza brak doświadczenia nagrywających go muzyków. Pod tym względem UFO bliżej było do Deep Purple, który potrzebował kilku albumów i istotnej zmiany składu, by w pełni zabłysnąć. W przypadku Niezidentyfikowanego Obiektu Latającego najsłabszym ogniwem był gitarzysta. Mick Bolton nie dysponował wielkimi umiejętnościami i bynajmniej nie nadrabiał tego inwencją (o jej braku świadczy przede wszystkim "Follow You Home", oparty na riffie podprowadzonym z "You Really Got Me" The Kinks). Bohaterem albumu jest natomiast basista Pete Way, którego partie napędzają wszystkie utwory, a także nadają im melodyjności. Gitara basowa wybija się na tym albumie na pierwszy plan, zajmując miejsce gitary rytmicznej.

Doskonale słychać to już na przykładzie pełniącego rolę intra "Unidentified Flying Object", który rozpoczyna się od dźwięków gitary, ale już po chwili prowadzenie przejmuje bass, spychając na dalszy plan niezbyt efektowną solówkę Boltona. W tle słychać różne dziwne, "kosmiczne" dźwięki, wprowadzające w space rockowy klimat wczesnego UFO. Pierwszym właściwym utworem jest "Boogie for George", już z charakterystyczną, szorstką partią wokalną Mogga. Utwór wyróżnia się wyjątkowo udaną, jak na ten album, współpracą wszystkich instrumentalistów. Melodię prowadzi oczywiście Way, ale i Bolton proponuje wyjątkowo udane, jak na niego, gitarowe popisy. W coverze "C'mon Everybody" Eddiego Cohrana rola gitarzysty jest już mocno ograniczona - przez większość utworu przygrywa w tle, dopiero pod koniec pozwala sobie na niezbyt wyszukaną solówkę. Więcej daje z siebie w mocno bluesowym "Shake It About", opartym na fantastycznej partii basu, ale pełnym także udanych, chociaż sztampowych, solówek Boltona. Prawdziwą perłą albumu jest wieńcząca pierwszą stronę winylowego wydania interpretacja kompozycji "(Come Away) Melinda", oryginalnie wykonywanej przez Harry'ego Belafonte'a. Co ciekawe, w tym samym roku utwór został scoverowany także przez grupę Uriah Heep i umieszczony na ich debiutanckim albumie. Jednak to wersja UFO sprawia znacznie lepsze wrażenie; porywa niesamowitym klimatem. Z początku jest to po prostu tradycyjna rockowa ballada, z wyjątkowo subtelnym śpiewem Mogga, jednak z czasem przeradza się w space rockowy odlot.

Drugą stronę rozpoczyna utwór "Timothy" - chyba najbardziej ekscytujący popis Waya, grającego tutaj bardzo intensywną, gęstą partię. Ale i Bolton wspina się na wyżyny swoich umiejętności, proponując ciekawe, orientalizujące solówki. Natomiast wspomniany już "Follow You Home" to ewidentna wpadka - nie dość, że plagiat, to jeszcze wyjątkowo banalny. Całkiem zgrabnie wypada natomiast balladowy "Treacle People", z piękną partią basu i znów nieco "kosmicznym" nastrojem. "Who Do You Love?" to kolejny cover, tym razem muzycy sięgnęli do repertuaru Bo Diddleya. To typowy dla przełomu lat 60. i 70. rozbudowany blues. Niestety, muzycy porwali się na coś przekraczającego ich umiejętności - a właściwie umiejętności jednego z nich. Taki utwór potrzebuje gitarzysty na miarę Claptona, Hendrixa, Gallaghera, Page'a lub Blackmore'a, a Boltonowi do nich daleko. W tym utworze całkowicie obnaża swoje niedostatki; gra monotonnie i bez polotu. W rezultacie ta niemal ośmiominutowa kompozycja - która wykonana z innym gitarzystą mogłaby być najbardziej porywającym fragmentem longplaya - szybko zaczyna nużyć. Na szczęście, na zakończenie albumu pojawia się jeszcze jeden, bardziej udany utwór - zadziorny "Evil", fajnie wzbogacony partią gitary akustycznej, a także dwoma zaskakująco udanymi solówkami Boltona.

"UFO 1" to album niedopracowany, momentami ocierający się o amatorstwo. Nic dziwnego, że został praktycznie niezauważany - tym bardziej, że 1970 rok przyniósł mnóstwo znacznie lepszych albumów, w tym kilka, może kilkanaście, naprawdę wybitnych. Ogromną zaletą tego longplaya jest natomiast oryginalność. W tamtym czasie ciężko było pomylić UFO z jakimkolwiek innym zespołem. Co prawda dopiero na kolejnym wydawnictwie muzycy dopracowali ten intrygujący styl, ale już tutaj słychać pewne przebłyski geniuszu. I dlatego warto z tym materiałem się zapoznać.

Ocena: 7/10



UFO - "UFO 1" (1970)

1. Unidentified Flying Object; 2. Boogie for George; 3. C'mon Everybody; 4. Shake It About; 5. (Come Away) Melinda; 6. Timothy; 7. Follow You Home; 8. Treacle People; 9. Who Do You Love?; 10. Evil

Skład: Phil Mogg - wokal; Mick Bolton - gitara; Pete Way - bass; Andy Parker - perkusja
Producent: Doug Flett i Guy Fletcher


4 komentarze:

  1. Wielką zaletą jest właśnie wysunięta do przodu gitara basowa (która razem z perkusją tworzy jedną z lepszych sekcji rytmicznych w historii). Dla mnie naprawdę solidne dzieło, choć ma kilka uchybień. Jednak wolę oblicze UFO z Michaelem Schenkerem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, że jest to zaletą, bo bardzo lubię dobrze słyszalny bas ;) Ale nie zmienia to faktu, że partie gitary mogłyby na tym albumie być lepsze.

      Usuń
  2. Ufo 1 jest rzeczywiście trochę niedopracowane, ale już płyta następna Ufo II Flying rozwija w większym stopniu koncepcję space rockową a nie hard rockową co wychodzi na plus. I byłoby jeszcze ciekawiej gdyby zespoł poszedł w Space. Niestety wraz z przyjściem Schenkera zaczyna się etap ,,zwykłego" hard rocka. UFO stało się wtedy znane, ale jak dla mnie popełniło artystyczne samobójstwo.

    OdpowiedzUsuń
  3. To była ich przedostatnia dobra płyta ;)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.