15 czerwca 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Jinx" (1982)



Wczoraj obchodziliśmy smutną rocznicę. Dokładnie dwadzieścia lat temu, 14 czerwca 1995 roku, Rory Gallagher zmarł w wyniku powikłań po przeszczepie wątroby, będącym z kolei rezultatem postępującego od wielu lat uzależnienia od alkoholu. To właśnie alkohol zniszczył karierę Irlandczyka, który począwszy od początku lat 80. coraz rzadziej wchodził do studia, by rejestrować nowy materiał, a podczas koncertów coraz bardziej słyszalny - a jeszcze lepiej widoczny - był spadek jego formy. Wydany w 1982 roku album "Jinx" w pewnym sensie zakończył regularną działalność Gallaghera (w kolejnych latach przerwy miedzy kolejnymi wydawnictwami znacznie się wydłużyły, z drugiej jednak strony muzyk wciąż aktywnie koncertował). Był też ostatnim longplayem, na którym wyraźnie słychać przebłyski geniuszu Rory'ego. Niestety, są to właśnie już tylko przebłyski, gdyż spora część zawartych tutaj utworów wypada najwyżej poprawnie i nie porywa aż tak bardzo, jak wcześniejsze dokonania Gallaghera.

"Jinx" był niestety skazany na niepowodzenie. Lata 80. to przecież okres największej popularności heavy metalu, ale też syntezatorowego pop rocka. Tymczasem Rory uparcie tkwił w coraz bardziej niszowym blues rocku. Ba, w porównaniu z wydanym trzy lata wcześniej, najcięższym w jego dyskografii "Top Priority", "Jinx" jest albumem o wiele bardziej konserwatywnym. Co słychać zwłaszcza na przykładzie takich utworów, jak  rock and rollowy "The Devil Made Me Do It" czy nowoorleański blues "Ride On Red, Ride On". Pytanie tylko czy to źle? Oczywiście, że nie. Chwała Gallagherowi za to, że nie poszedł za modą i nie skomercjalizował swojej muzyki, jak wielu innych wykonawców w tamtym czasie, a grał to, co było najbliższe jego sercu. Wyszło na korzyść dla zawartej tutaj muzyki, która jest po prostu uniwersalna, ponadczasowa. Od blisko ćwierć wieku syntezatory są synonimem kiczu i archaizmu, a i wartość heavy metalu znacznie się zdewaluowała, styl ten niemal stał się własną parodią. Za to klasyczny blues rock zawsze będzie brzmiał świeżo i ekscytująco.

Do najlepszych fragmentów albumu zalicza się przede wszystkim otwierający całość "Signals". Bardzo lubię w twórczości Gallaghera nawiązania do jego irlandzkiego pochodzenia, a to właśnie jeden z tego typu utworów. Dodatkowo wyróżnia się on chwytliwą melodią, uwypukloną partią gitary basowej i oczywiście świetnymi solówkami Rory'ego. Drugą szczególnie udaną kompozycją jest blues rockowa ballada "Easy Come Easy Go". I chociaż Irlandczyk nagrał już wcześniej mnóstwo utworów tego typu, nierzadko lepszych, to nie potrafię się oprzeć jej urokowi. Nie można też zapomnieć o singlowym "Big Guns". Akurat w tym jednym, jedynym utworze, można usłyszeć nawiązanie do ówczesnych trendów - na szczęście tych bardziej przyjaznych dla rockowego ucha. Utwór opiera się bowiem na zadziornym, niemal heavy metalowym riffowaniu. Ale ma też  wyraźnie bluesową podstawę, charakterystyczną raczej dla poprzedniej dekady. Warto jeszcze wyróżnić "Double Vision" i "Bourbon" - dość ostre, ale też całkiem chwytliwe, utwory bluesowe. Pozostałe kompozycje to całkiem przyjemne wypełniacze.

Na "Jinx" nie brakuje wartościowej muzyki, jednak album sygnalizował spadek formy Gallaghera. W praktyce nie wnosi on nic do jego dorobku. Rory niemal popadł tu w rutynę (co zresztą jeszcze bardziej słychać na przykładzie jego kolejnego albumu, "Defender"). Na tle poprzednich wydawnictw Irlandczyka, "Jinx" wypada więc raczej blado. Natomiast na tle ogółu muzyki z dekady, w której powstał, wypada naprawdę bardzo dobrze.

Ocena: 7/10



Rory Gallagher - "Jinx" (1982)

1. Signals; 2. The Devil Made Me Do It; 3. Double Vision; 4. Easy Come Easy Go; 5. Big Guns; 6. Jinxed; 7. Bourbon; 8. Ride On Red, Ride On; 9. Loose Talk

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara, harmonijka (6,8); Gerry McAvoy - bass; Brendan O'Neill - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Bob Andrews - instr. klawiszowe (3,7); Ray Beavis - saksofon (6); Dick Parry - saksofon (6)
Producent: Rory Gallagher


1 komentarz:

  1. Dla mnie Jinx nie odstaje od największych osiągnieć gitarzysty. Wręcz przeciwnie, uwielbiam ten krążek. Nie ma tu praktycznie słabego numeru. Zresztą autor recenzji również nie wskazuje tych gorszych utworów bo tak naprawde ich tu po prostu nie ma. Nie ma się do czego przyczepić. Jedyne czego ja nie akceptuję i nie potrafię zrozumieć to wyciszenia w końcówkach utworów wtedy gdy Rory gra swoje natchnione solówki np. Jinxed czy Big Guns. Trudno mi wyróżnić jakiś numer bo to bardzo równa znakomita płyta. Może Double Vision albo wlaśnie Big Guns? A tak na marginesie to wszystkie płyty irlandczyka bardzo lubię i naprawde słucham z wielką przyjemnością. Nawet jeśli kompozycyjnie czasem jest nieco słabiej to wykonawczo zawsze jest na wysokim poziomie. Zawsze można liczyć na fantastyczną grę Gallaghera, który moim zdaniem jest mocno niedocenianym gitarzystą. Rzadko kiedy wymieniany jest jako czołowy przedstawiciel gitary lat 70. A przecież właśnie tak jest. Wielka szkoda. No ale ci co znają jego twórczość swoje wiedzą.

    OdpowiedzUsuń