5 czerwca 2015

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "The Inner Mounting Flame" (1971)



Klasyka muzyki fusion. Jeden z najlepszych albumów jazzrockowych. O czym mowa? O "The Inner Mounting Flame", debiutanckim dziele grupy Mahavishnu Orchestra. A właściwie należałoby napisać "supergrupy", gdyż została stworzona przez doświadczonych muzyków, mających na koncie już pewne sukcesy. Pierwszy skład tworzyli instrumentaliści pochodzący z różnych części świata: brytyjski gitarzysta John McLaughlin, irlandzki basista Rick Laird, panamski perkusista Billy Cobham, czeski klawiszowiec Jan Hammer, oraz amerykański skrzypek Jerry Goodman. Wszyscy oni poznali się w Stanach, gdzie działali głównie jako muzycy sesyjni (McLaughlin i Cobham współpracowali z samym Milesem Davisem).

Album "The Inner Mounting Flame" posiada ciężkie, rockowe brzmienie, ale tak naprawdę zdecydowanie bliżej mu do jazzu. Chociażby dlatego, że mamy tu do czynienia ze stricte instrumentalnym graniem, pozbawionym wyraźnych struktur, opartym na improwizacjach krążących wokół jakiegoś tematu - dokładnie tak, jak w muzyce jazzowej. Grający tutaj muzycy są prawdziwymi wirtuozami swoich instrumentów, a doskonała interakcja między nimi, czyni ich improwizacje jeszcze bardziej interesującymi. Słychać to już w otwierającym całość "Meeting of the Spirits". Na pierwszy plan wybija się tutaj ciężka, ale finezyjna gra McLaughlina i sekcji rytmicznej, a w całość doskonale wtapiają się partie skrzypiec i organów. Utwór wywołuje skojarzenia z King Crimson, ale Brytyjczycy w ten sposób zaczęli grać dopiero dwa lata później, na albumie "Larks' Tongues in Aspic". I jednak, mimo wszystko, prezentowali nieco niższy poziom, niż Mahavishnu Orchestra na swoim debiucie. Warto zwrócić też uwagę na jego brzmienie - czyste, selektywne, ale zarazem naturalne. Gdyby tylko odrobinę lepiej słyszalna była gitara basowa, uznałbym ten album za ideał rockowego - i nie tylko - brzmienia.

Drugi utwór, "Dawn", rozpoczyna się spokojniej, od klawiszowej partii wspartej subtelną grą sekcji rytmicznej. Ale już po chwili dołącza do nich ostra partia gitary, która przez większą część kompozycji zdaje się rywalizować ze skrzypcami o pierwszoplanową rolę. Ale pod koniec utworu następuje uspokojenie i wszyscy instrumentaliści zaczynają grać w doskonałej harmonii. Rozpędzony "The Noonward Race" z początku zniechęca nieskładnym, hałaśliwym wstępem, ale po chwili przekształca się w interesujący, chociaż nieco monotonny, popis muzyków. "A Lotus on Irish Streams" to zwrot o 180 stopni - delikatna kompozycja, z gitarą akustyczną, pianinem i dominującą nad całością partią skrzypiec. Zgodnie z tytułem, słychać tutaj nieco irlandzki klimat. Drugą stronę albumu otwiera kolejny cięższy utwór, "Vital Transformation". Tak agresywnie w 1971 roku nie grał chyba żaden inny wykonawca, a liczne zmiany klimatu tylko podkreślają to wrażenie. Mniej agresywny, ale równie ciężki, jest "The Dance of Maya". Początek znów wywołuje skojarzenia z King Crimson (szczególnie z albumem "Red", wydanym w 1974 roku), ale po kilku minutach następuje zaskakujące przejście w prosty blues, by pod koniec wrócić do bardziej zakręconego grania. Uspokojenie przynosi prześliczny "You Know You Know", oparty na charakterystycznym gitarowym temacie, który ciężko zapomnieć. Na zakończenie czeka jeszcze jeden agresywny utwór, "Awakening", będący przede wszystkim perkusyjnym popisem Cobhama, ale pełen także rozdzierających solówek McLaughlina.

"The Inner Mounting Flame" to dość trudny album, który nie każdemu przypadnie do gustu. Ja potrzebowałem wielu podejść, na przestrzeni kilku lat, by w ogóle zrozumieć, a potem docenić, zawartą tutaj muzykę. Szczególnie przeszkadzał mi brak partii wokalnych, przez który jeszcze trudniej było ogarnąć tę niezwykle intensywną i wielowarstwową muzykę. Longplay o wiele łatwiej docenią słuchacze jazzu, niż rocka. Jednak przynajmniej wielbiciele King Crimson mogą tutaj znaleźć wiele dla siebie. Na pewno warto spróbować.

Ocena: 9/10



Mahavishnu Orchestra - "The Inner Mounting Flame" (1971)

1. Meeting of the Spirits; 2. Dawn; 3. The Noonward Race; 4. A Lotus on Irish Streams; 5. Vital Transformation; 6. The Dance of Maya; 7. You Know You Know; 8. Awakening

Skład: John McLaughlin - gitara; Rick Laird - bass; Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jerry Goodman - skrzypce
Producent: Mahavishnu Orchestra


7 komentarzy:

  1. O, widzę, że w końcu zabrałeś się za fusion ;)

    Będą kolejne recenzje MO, czy na razie tylko debiut?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będą, ale nie w najbliższej przyszłości ;)

      Usuń
  2. Takie utwory to tylko we flac-u lub na gramofonie :) Ostatnio właśnie przeczesuję Allegro w poszukiwaniu dobrej muzyki na czarnych krążkach :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Muzyka Mahavishnu Orchestra nie jest wcale taka trudna do ugryzienia. McLauglin wcześniej grał, można powiedzieć nawet, że terminował u Milesa Davisa i przemycił do swojego zespołu sporo patentów od mistrza. Wiec zanim ktoś zabierze się za Inner Mounting dobrze jest sięgnąć po trochę milesowej klasyki w rodzaju In a Silent Way(na którym też słychać grę Johna)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam dokładnie odwrotnie - rockowemu słuchaczowi łatwiej ogarnąć MO niż Davisa, dlatego, lepiej wchodzić w to wszystko zaczynając od Inner Mounting Flame. Potem Birs of Fire, potem kolejne płyty, a dopiero później Miles i to też nie od elektrycznego jazzu z In a Silent Way, tylko od jazz-rockowego Jacka Johnsona.

      Usuń
  4. Być może, ja pisze z własnego doświadczenia, najpierw słuchałem Milesa potem Mahavishnu. Ale wcześniej ogarniałem inne jazz rocki w rodzaju Colosseum czy Nucleusa

    OdpowiedzUsuń
  5. Osobiście zaczęłam słuchać Mahavishnu ze względu na liczne porównania z moim ulubionym składem King Crimson - Fripp, Wetton, Bruford, Cross. O ile Birds Of Fire wydaje mi się lekko przeceniane, Inner Mounting Flame to prawdziwe arcydzieło. Myślę, że ten album powinien się spodobać wszystkim fanom KC.

    OdpowiedzUsuń