3 czerwca 2015

[Artykuł] Historie Klasycznych Albumów: "In Rock" Deep Purple

Wśród albumów, które odegrały największą rolę w powstaniu i popularyzacji ciężkiego rocka, wymienić trzeba przede wszystkim "Are You Experienced?" The Jimi Hendrix Experience, "Disraeli Gears" Cream, dwa pierwsze longplaye Led Zeppelin, debiut Black Sabbath, oraz "In Rock" Deep Purple. Dziś mija równo 45 lat, odkąd ostatni z nich ujrzał światło dzienne. "In Rock" to album przełomowy zwłaszcza dla samego zespołu - wcześniej postrzeganego, poniekąd słusznie, za grupę coverującą popowe hity - a od jego wydania w końcu traktowaną z powagą i szacunkiem. "In Rock" stanowi jednak także klasę sam w sobie. To jeden z najlepszych albumów rockowych wszech czasów, cieszący się uznaniem także wśród osób nie słuchających na co dzień cięższej muzyki. 


Karuzela

Historia Deep Purple sięga 1967 roku, kiedy to były perkusista The Searchers, Chris Curtis, postanowił założyć własny zespół. Od samego początku przyświecała mu konkretna wizja - grupa miała nosić nazwę Roundabout (ang. rondo, karuzela) i składać się z czterech instrumentalistów (gitarzysty, basisty, perkusisty i klawiszowca), do których podczas koncertów mieli dołączać różni muzycy, zmieniający się jak w karuzeli. Planów tych nigdy nie udało się zrealizować, jednak Curtisowi udało się pozyskać do projektu dwóch niezwykle utalentowanych muzyków: gitarzystę Ritchiego Blackmore'a i klawiszowca Jona Lorda, już wtedy mających spore doświadczenie, głównie jako muzycy sesyjni. Składu dopełnił niejaki Dave Curtiss, wokalista i basista. Jednak już na początku 1968 roku Chris Curtis stracił zainteresowanie zespołem. Na jego miejsce przyjęto Bobby'ego Woodmana. W tym samym czasie odszedł także Curtiss. Miejsce basisty zajął Nick Simper, a poszukiwania wokalisty trwały do marca, gdy zaproponowano tę posadę Rodowi Evansowi z grupy The Maze. Razem z nim przyjęto także perkusistę tej grupy, Iana Paice'a, posiadającego o wiele większe umiejętności niż Woodman.

Deep Purple Mark I (ok. 1968 roku), od lewej: Rod Evans, Jon Lord, Ritchie Blackmore, Nick Simper i Ian Paice.

20 kwietnia zespół, już pod nazwą Deep Purple (wziętej od tytułu ulubionej piosenki babci Blackmore'a), rozpoczął swoją pierwszą trasę - składającą się z pięciu występów w Danii. Były to jedyne koncerty, jakie muzycy zagrali, zanim weszli do studia nagraniowego, by zarejestrować swój debiutancki album. Dzięki wpływom Curtisa już od dawna mieli podpisany kontrakt (z wytwórnią EMI), nie musieli jak inne zespoły stopniowo pracować na sukces. Popularność przyszła im aż zbyt gładko. Już debiutancki singiel "Hush" (przeróbka hitu Billy'ego Joe'a Royala) doszedł do 4. miejsca listy Billboardu, a zawierający go album "Shades of Deep Purple" - do 24. pozycji. Tymczasem w rodzimej Wielkiej Brytanii zespół pozostał praktycznie nieznany. EMI w tamtym czasie skupiała się niemal wyłącznie na promocji The Beatles; debiut Deep Purple był praktycznie niedostępny w sklepach. Brytyjscy prezenterzy radiowi też nie byli specjalnie zainteresowani promocją nowego zespołu. Nic zatem dziwnego, że kolejne albumy zespół nagrywał głównie z myślą o rynku amerykańskim, gdzie był prawdziwą gwiazdą. Nie bez znaczenia był też fakt, że tamtejszy wydawca, Tetragrammaton, chcąc jak najwięcej zyskać na niespodziewanym sukcesie Brytyjczyków, naciskał na jak najszybsze dostarczanie nowego materiału. Chcieli nas zaharować na śmierć - mówił Simper. Byliśmy dla nich wyłącznie "produktem" i mieli zamiar nas doić tak długo, aż skonamy. Odczuwaliśmy wówczas ogromną presję. Drugi album zespołu, "The Book of Taliesyn" w Wielkiej Brytanii ukazał się osiem miesięcy po amerykańskiej premierze, w czerwcu 1969 roku. W tym samym miesiącu w Stanach został wydany trzeci longplay, "Deep Purple", którego brytyjska premiera miała miejsce dopiero w listopadzie. Występujący na niej skład należał wówczas już do przeszłości...

Cięższe brzmienie

Zawartość trzech pierwszych albumów Deep Purple nie odbiegała stylistycznie od mainstreamu późnych lat 60. To typowa dla tamtych czasów mieszanka rocka psychodelicznego z ciężkim blues rockiem w stylu Cream i The Jimi Hendrix Experience, chociaż ubarwiona wpływami muzyki klasycznej (szczególnie w utworze "April", nagranym z udziałem orkiestry), co również było znakiem tamtych czasów - vide twórczość The Nice. Ale już na początku 1969 roku, po ukazaniu się przełomowego debiutu Led Zeppelin, ówczesny styl Deep Purple zaczął brzmieć nieco archaicznie. Dopiero kiedy pojawiło się Led Zeppelin, odnaleźliśmy właściwy kierunek - przyznawał Blackmore. Gitarzysta, wspólnie z Lordem i Paicem, doszli do wniosku, że jeśli zespół ma przetrwać, muszą grać ciężej. Już album "Deep Purple" wyraźnie zdradzał chęć pójścia w takim kierunku. Pozostawała jednak pewna przeszkoda - brak odpowiedniego wokalisty. Problem z Rodem był taki, że chociaż miał świetny głos, nie umiał się z nim przebić w głośniejszych numerach - wyjaśniał Lord. Zespół szedł w kierunku cięższego brzmienia, a głos Roda po prostu do niego nie pasował. W podobnym duchu wypowiadał się Paice: Wokalne ograniczenia Roda zaczęły być wyraźnie widoczne. Gdy zapadła już decyzja o zmianie wokalisty, Blackmore, Lord i Paice postanowili pozbyć się także Nicka Simpera. Był dobrym muzykiem, ale nie odnajdywał się w ostrzejszym graniu - twierdził Lord. Tymczasem Paice podaje inną przyczynę: Nastawienie Nicka do życia było nieznośne - nie można było przebywać z nim na co dzień bez popadnięcia w depresję.

Deep Purple Mark II (ok. 1970 roku), od lewej: Ian Paice, Ian Gillan, Ritchie Blackmore, Roger Glover i Jon Lord.

Evans i Simper o planach pozostałej trójki dowiedzieli się dopiero w lipcu 1969 roku - po zagraniu ostatnich zakontraktowanych koncertów. Tymczasem już od czerwca Blackmore, Lord i Paice odbywali tajne próby z nowymi muzykami - wokalistą Ianem Gillanem i basistą Rogerem Gloverem (obaj występowali wcześniej w popowym Episode Six). To właśnie ten skład, powszechnie znany jako Mark II, stał się tym najbardziej klasycznym. To w tej konfiguracji personalnej powstały najważniejsze dzieła Deep Purple. Czemu akurat wtedy zaiskrzyło? [Gillan i ja] byliśmy twórcami piosenek - wyjaśniał Glover. Pozostali członkowie Deep Purple byli muzykami, którzy potrafili komponować, ale tak naprawdę nie byli twórcami piosenek. A połączenie tandemu, który potrafi to robić, z tymi świetnymi muzykami, dało coś w rodzaju magicznej formuły. Wirtuozerię zespołu zrównoważyła nasza umiejętność pisania prostych piosenek. Początki nowego składu były jednak trudne. Szczególnie niejasna była sytuacja Glovera. To Gillan nalegał na jego dołączenie do Deep Purple, podczas gdy zarówno basista, jak i "starszyzna" grupy, mieli spore wątpliwości co do tej współpracy. Ale nawet pozycja Gillana - którego ostry głos tak idealnie pasował do nowego oblicza grupy - nie była pewna. Po jednym z pierwszych koncertów Mark II, Jon Lord uciął sobie pogawędkę z wokalistą supportującego ich zespołu, Davidem Coverdalem, podczas której poprosił o jego numer telefonu, mówiąc: Tak na wszelki wypadek, gdyby nam nie wyszło z Gillanem. Zadzwonił dopiero cztery lata później... Tymczasem Mark II coraz bardziej się docierał. Gdy znalazłem się z tymi czterema ludźmi na scenie, od pierwszej chwili wiedziałem, że dzieje się coś ważnego - mówił Gillan. Jakieś poczucie wspólnoty z pozostałymi muzykami, powiedzmy - rodzaj zbiorowej świadomości.

Proces naturalizacji

Co ciekawe, dołączenie Gillana i Glovera wcale nie przyśpieszyło metamorfozy Deep Purple w zespół zeppelino-podobny. Ba, najwcześniejsze dokonania tego składu były krokiem w zupełnie przeciwnym kierunku. Pierwszym wspólnym nagraniem był singiel "Hallelujah" (nagrany 12 czerwca 1969, wydany 25 lipca), napisany przez ludzi spoza zespołu, Rogera Cooka i Rogera Greenawaya. Gdyby nie ostre solówki Blackmore'a i wydarcie Gillana w końcówce, byłby to utwór stricte popowy. We wrześniu zespół wyruszył natomiast na trasę koncertową z udziałem orkiestry symfonicznej, której głównym punktem było odegranie godzinnej kompozycji Jona Lorda "Concerto for Group and Orchestra" (jej rejestracja z 24 września w Royal Albert Hall została wydana na tak samo zatytułowanym albumie, który w Stanach ukazał się w grudniu, a w Europie miesiąc później). W programie koncertów znalazło się także miejsce dla kilku utworów zagranych bez udziału orkiestry. Wśród nich, poza znanymi już utworami ("Hush" i "Wring That Neck"), także jedna premierowa kompozycja, podpisana przez cały nowy skład - "Child in Time". To jedno z największych arcydzieł Deep Purple szybko stało się klasyką rocka. Utwór jest prezentacją niesamowitych umiejętności Gillana, płynnie przechodzącego tutaj z delikatnego śpiewu do przeszywającego wrzasku, a także równie rewelacyjnych popisów instrumentalistów.

Martin Birch.

Niedługo później, Lord przygotował kolejną kompozycję na zespół rockowy i orkiestrę, zatytułowaną "The Gemini Suite". Pozostali muzycy zaczynali jednak mieć dosyć jego ambicji. Zmęczyło mnie granie z orkiestrami - mówił Blackmore. Gillan, Glover i ja chcieliśmy być zespołem hard rockowym. Czułem, że ta sprawa z orkiestrą jest trochę zbyt grzeczna. Grasz w Royal Albert Hall, publiczność siedzi z założonymi ramionami, a ty stoisz obok skrzypka, który zasłania uszy za każdym razem, gdy grasz solówkę. Niespecjalnie mnie to inspirowało. Gitarzyście udało się przekonać Lorda, aby w końcu nagrać coś cięższego. Sesja trwała od 14 października 1969 roku do 13 kwietnia, w trzech londyńskich studiach: IBC, De Lane Lea i Abbey Road. Zespół nie zatrudnił żadnego producenta z zewnątrz, formalnie sami muzycy odpowiadają za produkcję longplaya. W rzeczywistości bardzo pomógł im Martin Birch - oficjalnie "tylko" inżynier dźwięku. Birch wkrótce miał zyskać sławę jako producent czołowych zespołów hardrockowych i heavy metalowych (m.in. Rainbow, Whitesnake, Black Sabbath, Iron Maiden), a chociaż w tamtym czasie dopiero zaczynał swoją karierę, już wtedy był wartościowym partnerem. Miał bardzo zdecydowane zdanie, jeśli chodzi o muzykę - mówił Blackmore. I mógł dzięki temu służyć nam za przewodnika. Bezbłędnie oceniał która wersja nagrania jest najlepsza. Zawsze też wyczuwał, kiedy zrobiliśmy coś poniżej naszych możliwości i nalegał, byśmy to poprawili. Paice dodawał: Myślę, że w końcu zostawałeś z brzmieniem Martina, a nie swoim, ale ono było tak dobre, że nie miałeś nic przeciw. Zespół, a konkretnie Blackmore, miał dla Bircha tylko jedną instrukcję: Zrób tak, żeby była głośniejsza niż wszystko inne. Za pomoc odwdzięczyli się dedykując Martinowi jeden z utworów, "Hard Lovin' Man".

Sesja przebiegła bezproblemowo. Poszło bardzo łatwo i bardzo szybko - wspominał Blackmore. Wszystkie swoje utwory przygotowywałem dość starannie, zanim jeszcze przedstawiłem je na próbach zespołowi. Ale dopiero na próbach podlegały procesowi naturalizacji. I właściwie wszyscy mieli w nie jakiś wkład. Nawet jeśli Jonowi Lordowi nie przychodził żaden pomysł do głowy, zawsze był gotów wzbogacić te czy inną kompozycję świetną solówką. Ian Paice, który nie komponuje, czuwał by wszyscy trzymali tempo, by to się nie rozlazło. A Ian Gillan zadziwił wspaniałym sposobem śpiewania, bliskim krzyku, zupełnie niespotykanym w tamtych czasach. Wypadł świetnie, zwłaszcza w "Child in Time". Natomiast Roger Glover był tym, który czuwał nad całościowym efektem. Był jak klej, który spaja poszczególne elementy układanki w całość.

Na scenie.

Poza "Child in Time" - składającym się z części balladowej (opartej na klawiszowym motywie, zaczerpniętym z utworu "Bombay Calling" grupy It's a Beautiful Day), oraz ciężkiej części z instrumentalnymi popisami - zespół zarejestrował osiem innych, już stricte hardrockowych, kompozycji. Sześć z nich trafiło na album, a odrzucone "Cry Free" i "Jam Stew" dopiero po kilku latach ujrzały światło dzienne (pierwszy na kompilacji "Powerhouse" z 1977 roku, drugi na reedycji "In Rock" z 1995 roku). Jeśli kawałek nie jest ani dramatyczny, ani ekscytujący, to nie ma dla niego miejsca na tej płycie - mówił Blackmore jeszcze w czasie sesji. Zespół przez pewien czas miał także wątpliwości co do utworu "Living Wreck", ale ostatecznie umieszczono go na albumie. Był także jednym z czterech fragmentów longplaya, które zespół wykonywał na promującej go trasie. Pozostałe trzy to "Into the Fire", "Child in Time" i "Speed King". Dwa ostatnie stały się koncertowymi klasykami. Obecnie Ian Gillan niestety jest już w stanie wykonywać partii wokalnej "Child in Time" i zespół przestał go grać kilkanaście lat temu. Za to "Speed King" do dziś jest stałym punktem koncertów. Zresztą powstał właśnie z myślą o występach na żywo. Ritchie chciał coś szybkiego na otwarcie setu i ten riff wyszedł ode mnie - wyjaśniał Glover. Dwa inne utwory z albumu, "Bloodsucker" i "Hard Lovin' Man" zespół wykonywał dopiero podczas późniejszych tras (pierwszy w latach 1996-2009, drugi jest stale obecny w setliście od 2010 roku). Jedynym utworem, który nigdy nie został zaprezentowany na żywo, jest "Flight of the Rat".

Stratosfera

Kiedy album został ukończony, przedstawiciele wytwórni stwierdzili, że żaden z zawartych na nim utworów nie nadaje się na singiel. W tamtym czasie, gdy znacznie wzrosło znaczenie płyt długogrających, wiele czołowych zespołów, z Led Zeppelin i Pink Floyd na czele, całkowicie zrezygnowało z wydawania małych płyt (w Wielkiej Brytanii, bo w innych krajach nie mieli na to wpływu), ale decydenci EMI pozostali nieugięci. Wymusili na zespole powrót do studia. Mordowaliśmy się z tym cały dzień - wspominał Gillan. Próbowaliśmy różnych rzeczy, ale żadna się do niczego nie nadawała. Rzuciliśmy to więc w cholerę i poszliśmy do pubu. A kiedy wróciliśmy do studia, pierwsza rzecz, jaka przyszła Ritchiemu do głowy to właśnie ten riff. Dopiero wtedy wszyscy się zrelaksowali. A ja i Roger wróciliśmy do pubu i przy kolejnym piwie napisaliśmy tekst. Popatrzyliśmy na siebie i któryś z nas zapytał: "Ale o czym to właściwie jest?", a drugi odpowiedział: "Nie mam pojęcia!". Utwór, zatytułowany "Black Night", został wydany na singlu 5 czerwca 1970 (strona B, w zależności od kraju, zawierała jeden z trzech albumowych utworów: "Speed King", "Into the Fire" lub "Living Wreck"). Płytka okazała się niespodziewanym sukcesem w Wielkiej Brytanii, dochodząc do 2. miejsca na liście singli (w Stanach ledwie do 66. pozycji). "Black Night" wyniósł nas w stratosferę w Europie - mówił Glover. To niesamowite czego może dokonać jedna piosenka. Nagle wszyscy Cię znają! 

Deep Purple ze złotymi płytami za "In Rock" (Berlin Zachodni, 1 września 1971).

Dwa dni przed premierą singla, 3 czerwca, do sklepów trafił album (amerykańska premiera miała miejsce dopiero we wrześniu). Dzieło zostało zatytułowane "In Rock". Kiedy gdzieś graliśmy, mówiło się: "Deep Purple in concert" - wyjaśniał Glover. Nie "Deep Purple show", nie "Deep Purple gra dziś wieczorem", ale "Deep Purple in concert". Trochę pretensjonalnie. A Tony Edwards [menadżer zespołu] wpadł na pomysł, aby to "Deep Purple in concert" zmienić na "Deep Purple in rock" i przedstawić nas wykutych w skale Mount Rushmore. To cała historia. Longplay, podobnie jak singiel, okazał się sukcesem w ojczyźnie muzyków (4. miejsce na UK Albums Chart), a w Stanach został niemal niezauważony (143. miejsce na liście Billboardu). Dotarliśmy do punktu, w którym jesteśmy na tyle szczęśliwi i zadowoleni, że wszystko może toczyć się naturalnym torem - mówił Jon Lord niedługo po premierze albumu. Wcześniej próbowaliśmy robić wszystko wbrew naturze, chwytaliśmy się wielu pomysłów naraz. Szukaliśmy tożsamości zespołu. "In Rock" jest naszym jedynym albumem, który posiada wyrazisty kierunek. Wiele lat później mówił natomiast: W dźwiękach, które zostały utrwalone na winylu, niemal słyszy się nasze podniecone głosy: "I o to właśnie chodziło!". Czuje się ekscytację towarzyszącą odkrywaniu czegoś nowego. To sprawia, że "In Rock" jest tak niezwykłą płytą.

"In Rock" uczynił z zespołu prawdziwą gwiazdę. To, że nam się naprawdę, naprawdę udało, zrozumiałem przy dwóch zdarzeniach - wspominał Roger Glover. Najpierw w Szkocji. Na koncert Deep Purple przyszło tak wiele osób, że zablokowano ulice. Tygodnik "Melody Maker" skomentował to tytułem "Purplemania" na pierwszej stronie najbliższego wydania. Pamiętajmy, że było to w czasach, gdy końcówkę "mania" doklejano wyłącznie ludziom z pierwszych miejsc, więc to był dla nas pewien znak. I drugie zdarzenie, w Stuttgarcie, w Niemczech... Przed sceną trzy barierki, a jedną z nich opleciono drutem kolczastym. Była policja z psami i żandarmeria na koniach. Gdy dotarliśmy do garderoby, pomyślałem: "To wszystko po to, by pięciu ludzi mogło grać muzykę?". Koncert był dobry, a potem wyjeżdżając utknęliśmy w gigantycznym korku przed salą. I wtedy zdałem sobie sprawę, jak wielki jest zespół Deep Purple.




Źródła cytatów: 
1. Thompson Dave, Smoke on the Water. Opowieść o dobrych nieznajomych, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2013
2. Babula Jordan, Ulubiona piosenka babci, "Teraz Rock Kolekcja" 2010, nr 4, s. 6-7
3. Filipowski Robert, Purplemania, "Teraz Rock Kolekcja" 2010, nr 4, s. 12-13
4. Blackmore Ritchie, Zabrakło pomysłów, rozm. przepr. Wiesław Weiss, "Teraz Rock Kolekcja" 2010, nr 4, s. 15
5. Koziczyński Bartek, Demontaż: "In Rock", "Teraz Rock" 2010, nr 7, s. 48-51
6. Glover Roger, Ostrożnie z tą siekierką. Ritchie..., rozm. przepr. Wiesław Weiss, "Teraz Rock" 2010, nr 10, s. 56-57

Więcej na temat:


5 komentarzy:

  1. Ten album stanowi jak dla mnie płynne przejście pomiędzy etapem psychodelicznym, a prawdziwie hardrockowym brzmieniem obecnym np. na Machine Head. Ma w sobie jeszcze ducha płyt Purpli z lat 60. a zarazem jest od nich już znacznie cięższy. Jednak jeżeli chodzi o samą zawartość to dużo bardziej przekonuje mnie to co Purple robili na na "Shades of Deep Purple" i "Book Of Taliesyn" - ten walczy o 3 miejsce z "Machine Head"("Maybe I'm A Leo i "Lazy" na pewno nie są tylko przeciętne)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A moim zdaniem "In Rock" jest o wiele cięższy od "Machine Head" ;) Jest na nim surowość, a wręcz dzikość, która na "MH" została zastąpiona wygładzoną produkcją. Dopiero na koncertach utwory z tego drugiego albumu nabrały właściwego ciężaru (vide "Made in Japan").

      Usuń
    2. Machine Head jest lepszy kompozycyjnie, bez słabych numerów, produkcja owszem bardziej wygladzona ale też czytelniejsza i czystsza.

      Usuń
    3. Na "Machine Head" słychać, że muzycy bardziej przyłożyli się do stworzenia zapamiętywalnych melodii, ale moim zdaniem wcale nie wyszło to na dobre. Taki "Never Before" powstał wyłącznie w celach komercyjnych (sami muzycy się do tego przyznają) i to słychać, nie ma w tym szczerości, a sama kompozycja jest banalna. Ja jednak wolę spontaniczność "In Rock".

      Usuń
  2. Poza aprobatą świetnego artykułu o jednym z moich ukochanych krążków chcę pochwalić coś jeszcze, a mianowicie grafikę z tytułowym napisem Historie Klasycznych Albumów. Chodzi konkretnie o wizerunki okładek Lonesome Crow i In Trance Scorpionsów. Bardzo się ucieszyłam widząc je tam bo raz jestem wielka fanką tej wspaniałej grupy, a dwa zazwyczaj pomija się ją w zestawieniach typu najlepsze rockowe debiuty, klasyczne albumy itp. Tak więc ogromny plus ;)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.